piątek, 31 października 2014

Jeszcze jeden irlandzki zamek - Ardgillan Castle


Otworzyłam drzwi do recepcji i prawie wpadłam na ladę z ciastami i ciasteczkami. Mało brakowało, bym sama zamieniła się w placek. Nie spodziewałam się jej tutaj. Kiedy po raz pierwszy postawiłam nogę w zamkowej recepcji, pomieszczenie to prezentowało się bardziej przestronnie. Lady zastawionej łakociami nie było. Stare dzieje to jednak były, a miejsca wbrew pozorom też się znacząco zmieniają – nawet w ciągu trzech lat. Nie tylko ludzie mają do tego prawo.



Uciekałam przed złośliwym deszczem, który musiał zacząć padać AKURAT niedługo po naszym przyjeździe. Przez jakieś półtorej godziny drogi w samochodzie pogoda sprzyjała, a my - jak zwykle latem - mieliśmy ustawioną klimatyzację na jakieś 16 stopni. Po dojechaniu na zamkowy parking, popatrzeniu na malowniczo majaczące w oddali Skerries i latarnię Rockabill, zwiadowca w postaci mojej skromnej osoby stwierdził, że warunki pogodowe są jak najbardziej sprzyjające. Wiejska filozofka – to jeszcze jedno z moich wcieleń – wydumała, że kurtka przezornie zabrana z domu do niczego nie będzie jej potrzebna. Bo przecież nie wieje, choć Morze Irlandzkie jest prawie na wyciągnięcie ręki, bo mamy jakieś 18 stopni, bo nie mam zamiaru jej nosić na sobie wewnątrz zamku, a ręce będą mi potrzebne do robienia zdjęć. Została zatem kurtka, smętnie zwinięta w kłębek, na tylnym siedzeniu auta, a jej właścicielka wesoło podreptała w kierunku zamku, by niedługo później szukać schronienia w recepcji i kajać się w myślach: „oj, głupia ty, głupia ty!”.



Och, jak łatwo dałam się podejść irlandzkiej pogodzie. A można by było pomyśleć, że ponad osiem lat życia tutaj nie poszło na marne i nauczyło mnie chociażby jednej rzeczy: irlandzkiej pogodzie się nie ufa. Podobnie zresztą jak koniowi, kobiecie i psu. Przy najbliższej okazji sponiewiera Cię deszczem, przy którym strumień wody z pompy strażackiej wydaje się być żałosną sikawką, zbombarduje bryłkami gradu, oblecze w zdradliwą mgłę, a kiedy już będziesz skamleć o litość, zmrozi Cię przeszywającym wiatrem.



Łakocie świetnie wodziły na pokuszenie, bo w jadłodajni nie brakowało klientów. Nie dostrzegłam za to chętnych na oprowadzanie. Po dywagacjach niezwykle ważnych dla przyszłości naszych brzuchów: „zjeść coś czy nie zjeść?”, doszliśmy do wniosku, że spasujemy. Zaopatrzyliśmy się za to w bilety i w oczekiwaniu na przewodnika przesunęliśmy się zgodnie z sugestiami pani za ladą o parę kroków do przodu, nie tyle by podpierać ściany, co po prostu przeszkadzać księżniczce w masce i nieco zbyt obcisłej sukience, pośpiesznie kursującej między zapleczem kuchennym a tajemniczym pokojem na piętrze. Już kiedyś w innym zamku oprowadzała nas przewodniczka w strojnej sukni, pomyślałam zatem, że kobieta biegająca niczym kot z pęcherzem pewnie będzie nas za chwilę oprowadzać po zamkowych komnatach. Niedługo później jednak ze schodów zbiegł Irlandczyk w średnim wieku. I nawet gdyby zamiast marynarki miał suknię, nie przypominałby wspomnianej księżniczki.



Nie wyglądał mi też na przewodnika, bo ci z reguły mają swoje charakterystyczne uniformy i plakietki. Moje wrażenia pogłębiły się, kiedy weszliśmy do pierwszego pomieszczenia na naszej trasie, a pan przewodnik zaczął zapoznawać nas z historią zamku i jego głównych właścicieli, rodziny Taylor – to w ich rękach Ardgillan Castle znajdował się od 1738 do 1962 roku. Później zamek trafił w ręce niemieckich właścicieli, którzy jednak postanowili pozbyć się go dwadzieścia lat później po tym, jak doszło w nim do nieszczęśliwego wypadku. W taki oto sposób zamek Ardgillan trafił ostatecznie w ręce Fingal County Council i to wtedy rozpoczął się żmudny proces odrestaurowania, który ostatecznie zakończył się pomyślnie, a na oficjalnym otwarciu zamku w 1992 roku pojawiła się ówczesna pani prezydent, Mary Robinson.




Początkowo monologowi przewodnika nieco brakowało płynności, przez co odnosiłam wrażenie, że albo właśnie zastanawia się „co by tu jeszcze powiedzieć?” albo po prostu wyszedł nieco z wprawy. A może po prostu się rozkręcał? Kiedy po raz pierwszy głośno się roześmiałam słysząc, że ten oto ‘stojący’ przed nami kominek jest rekonstrukcją [i to nawet nie wierną, bo innego koloru], jako że oryginał... zabrał sobie kolekcjoner kominków, atmosfera zrobiła się jakby swobodniejsza, a pan przewodnik spytał chwilę później: So, are you happy? Of course we are! – odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą. Nie miałam powodów do bycia niepocieszoną. Byliśmy jedynymi zwiedzającymi, a Irlandczyk szybko wkupił się w moje łaski. Kiedy na wstępie dla jasności sprawy zapytałam, czy mogę robić zdjęcia, on stwierdził: rób tyle, ile tylko zechcesz, pod warunkiem, że nie będzie na nich mnie, bo moje ubezpieczenie nie obejmuje kosztów spowodowanych zepsuciem komuś aparatu.




mebel stojący na straży moralności


W kolejnym pomieszczeniu dowiedzieliśmy się ciekawostek na temat kilku eksponatów, w tym nietypowego mebla z lustrem służącym kobietom do upewniania się, czy aby ich kiecki nie są zbyt kuse  i czy czasem bezwstydnie nie odsłaniają zbyt dużej części łydek. Kobiety XVIII i XIX wieku, jak dobrze, że nie doczekałyście czasów, w których to płeć żeńska niejednokrotnie nosi mini, spod której niemalże wystają nici w rzyci, popularnie stringami zwane. To w tym pokoju odbywają się także ceremonie zaślubin, na co zwrócił naszą uwagę przewodnik, wskazując na odpowiednie ku temu rekwizyty.




Nie udało mu się za to wskazać nam gór Mourne, które w normalnych warunkach pogodowych można wypatrzeć z okna. Niebo niestety ciągle się dąsało i zamiast umożliwić nam podziwianie gór, pokazało nam środkowy palec - widoczność ciągle pozostawała wiele do życzenia. Szybko jednak o tym zapomniałam, bo przewodnik sprawnie przerzucił się na tematykę z dreszczykiem, a historie o duchach to to, co tygryski lubią najbardziej.  Ma zatem Ardgillan swoją zjawę, ma swoją tragedię, w którą to zapewne nieumyślnie zaopatrzyła go Louisa Connolly znana także jako Lady Langford.




W 1853 roku Louisa przybyła w gościnę do gospodarzy zamku: wielebnego Taylora i jego żony Marrianne. Jej mąż, krewniak pastora notabene, przebywał w tym czasie w Szkocji, zatem z wiadomych przyczyn nie mógł małżonce dotrzymać towarzystwa. Podczas ostatniego wieczoru Louisa zapragnęła zażyć kąpieli w Morzu Irlandzkim, które swobodnie można podziwiać z zamkowych włości. W tym celu wraz ze swoją służącą Charlotte udała się na plażę Barnageera, leżącą o rzut beretem od zamku. Morze nie było zbyt spokojne, na co Charlotte nieśmiało zwróciła Louisie uwagę, ale Lady Langford nie straszne były takie warunki. Dobrą pływaczką była, a kąpiele w morzu uskuteczniała nawet zimową porą.



Na nieszczęście nie trzeba było jednak długo czekać. Charlotte wkrótce stała się świadkiem tragedii i bezowocnej walki Louisy z wodą, która wydawała się bezlitośnie wciągać ją w swe morskie tonie. Próby ratunku nie odniosły skutku. Jeszcze tego samego wieczoru wyłowiono zwłoki trzydziestojednoletniej Louisy. Tego samego wieczoru z podróży ze Szkocji miał wrócić jej mąż. Niestety Lady Langford już nie doczekała się powitania. Ponoć od czasu do czasu zjawia się na Lady’s stairs bridge, pobliskim mostku nad torami kolejowymi. Błąka się i snuje posępnie, budząc pytania, czy zjawia się tam w oczekiwaniu na powrót męża, czy też może z tęsknoty do dzieci, które osierociła. Można ją o to samemu zapytać, ale nawet jeśli pani raczy odpowiedzieć, to odpowiedź najprawdopodobniej zabierzemy ze sobą do grobu. Lady Langford zwykła bowiem umilać sobie czas na ziemi zrzucaniem z mostku tych, którzy staną jej na drodze.



Mój podniesiony poziom zainteresowanie utrzymywał się nawet po wyjściu z pokoju i wysłuchaniu zakończenia historii. Chwilę później zakończyło się spacerowanie po pomieszczeniach gospodarzy zamku i rozpoczął się etap zwiedzania wschodniego i zachodniego skrzydła rezydencji, gdzie niegdyś urzędowała służba. Paradoksalnie ta część oprowadzania podobała mi się najbardziej, choć wygląd kwater służby daleki był od wyglądu prywatnych pomieszczeń właścicieli. Surowość i prostota – tak określiłabym warunki, w jakich pracowała służba na zamku.



Biblioteczka-cudo, nawet drzwi zabudowano książkami. Nie dla klaustrofobików


Zakończenie oprowadzania nie musi oznaczać jednak zakończenia wizyty w tym miejscu. Zamkowe włości liczą sobie jakieś 80 hektarów i co najważniejsze, są absolutnie darmowe. Chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie: jest tu ogród różany z wiktoriańską szklarnią, jest plac zabaw dla dzieci, są malownicze ścieżki spacerowe wśród zieleni, drzew i krzewów. Co prawda współcześnie Ardgillan Castle znajduje się w nieco mniej drzewiastej scenerii, ale i tak jest tu ładnie i urokliwie.



Początkowo teren był zdecydowanie bardziej zalesiony – stąd wywodzi się jego irlandzka nazwa – ale wielebny Robert Taylor zdecydował się nieco przerzedzić las. Oczywiście sam tego nie zrobił. „Czarną robotę” wykonywali dla niego m.in. rezerwowi żołnierze, którzy za pracę otrzymywali dziennie jednego pensa i jeden posiłek. I dach nad głową w nocy.




Przyjemne miejsce, gdzie przy korzystnych warunkach pogodowych można spędzić nawet pół dnia: wylegując się na trawie, siedząc pod drzewem i czytając książkę, piknikując lub po prostu aktywnie spędzając czas. Nawet pomimo tego, że przewodnik nie był najlepszym, jakiego mieliśmy w całej swojej historii zwiedzania, podobało mi się oprowadzanie w jego wykonaniu. Jemu chyba też się coś podobało, bo jego pożegnalny uścisk dłoni wywołał rumieńce na mojej twarzy i z pewnością nie nazwałabym go zwyczajnym.


16 komentarzy:

  1. Dziękuję za kolejny, ciekawy wpis. Jesteś wielka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super zamek. Szkoda , że go nie odwiedziłam . Tak blisko byłam! Znowu za słabo się przygotowałam.Nie wiem kiedy teraz będę miała okazję pojechać na wschodnie wybrzeże.
    Jak zwykle opis i zdjęcia zamku na wysokim poziomie. Miło było czytać i oglądać zdjęcia. Już czekam na następny wpis.
    Czy znasz takie zamki jak Ballyhannon,Dromoland, Doe, Ashford ? Tak myślę , że w przyszłym roku odwiedzę zachodnią stronę Irlandii , ale to jeszcze tyle miesięcy przede mną.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem wielka dosłownie, to mogę być i w przenośni ;) A ja dziękuję za kolejny komentarz :) Miłego weekendu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zamek pozytywnie mnie zaskoczył: wnętrze ciekawe, otoczenie piękne [zwłaszcza latem w słoneczny dzień], do tego mnóstwo przestrzeni. Nawet jeśli jest tam dużo ludzi [a przeważnie parking jest mocno wypełniony], to nie daje się to we znaki. Dla każdego znajdzie się skrawek zieleni :) Polecam. Na piknik, na zwiedzanie, na relaks, na cokolwiek :)

    O Ballyhannon chyba nie słyszałam, nazwa nic mi nie mówi. Doe Castle w Donegalu znam. Byłam tam parę lat temu, kiedy trwała renowacja. Żałowałam, że nie mogłam się popluskać w zatoce. Dromoland i Ashford też widziałam, to bardzo luksusowe zamki, w których nocleg kosztuje kilkaset euro. Są bardzo popularne wśród amerykańskich turystów. Przyjemne dla oka i efektowne. Zachodnie wybrzeże również jest ciekawe - polecam.

    Miłego weekendu życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczny wpis, droga Taito, świetne zdjęcia, wyrastające wysoko ponad poziom zwyczajowego przewodnika - naprawdę zachęca do odwiedzenia opisanego miejsca :)
    Jak tam Twoje wrażenia z występu Clannad? Ja niestety nie wybrałem się, mimo że koncert był 'rzut beretem' ode mnie, a i cena biletów niewygórowana. Cóż, czasami człowiek staje się 'so lazy' że aż samego siebie przeraża - mam tylko nadzieję, że kolejnym koncert odbędzie się w nieco bardziej sprzyjającej aurze i porze roku, jako że nie wątpię że i one na ową 'lazowatość' wpływają ;)

    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, Piotrze :) Miło mi znowu Cię tutaj widzieć :) Wielkie dzięki za miłe słowa. Mów mi tak jeszcze ;)

    Pamiętałeś o Clannad :) Wizyta w Dublinie zaliczona, płyta kupiona, autograf nabyty, pamiątkowe zdjęcie zrobione :) Postaram się wkrótce spisać swoje wrażenia :) Teraz zaś nie będę się rozpisywać, bo nie chcę "spoilerować" :) Szkoda, że się nie wybrałeś. Myślę, że byłbyś zadowolony.

    Trzymaj się ciepło :) I do pogadania wkrótce :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj Moja Droga Taito!,

    Rzucając okiem na pierwsze zdjęcia byłam przekonana, że to Kinvara, pomieszały mi się nazwy zamków. Na moich zdjęciach też umieściłam do drzewko z dziwnymi igłami i do dziś nie wiem co to jest.

    Co do samego zamku zdaje się, że był jednym z polecanych przez Ciebie, ale nie dotarłam tam. Tyle jeszcze do zobaczenia. Zawsze marzyłam o takiej biblioteczce jak jest na zdjęciu...I paradoksalnie nawiązując do tego, że lepiej podobały Ci się pomieszczenia służby-ja zwykłam mówić, że jestem raczej gruboskórną, irlandzką wieśniarą niż damą. Źle bym się czuła w hotelu 4* czy 5*. Obawiam się, że nawet bym nie wiedziała jak się zachować;)

    Uściski przesyłam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam, witam, gdzie to się podziewałaś, kiedy Cię nie było? :)

    To drugie to właściwie nie jest nawet zrobione w opisywanym miejscu, tylko kilkanaście kilometrów dalej - w małej mieścinie Rush, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu zamku. Zamieściłam je, bo mi się podoba. A poza tym lubię wszelkie porty :)

    No co Ty, Ardgillan Castle zjada zamek Dunguaire ;) Jest od niego znaaacznie większy, aczkolwiek można by było mocno polemizować nad tym, który jest bardziej malowniczo położony. No i stosunek ceny do jakości jest lepszy w Ardgillan.

    Drzewo ciekawe, ale i mocno kłujące. Może była na nim tabliczka z nazwą, ale niestety jej nie zanotowałam, więc Cię nie oświecę.

    Irlandzka wieśniara, haha :)

    No ja takich skrupułów i zahamowań bym nie miała :) Spokojnie mogłabym zaznać tego luksusu ;)

    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  9. To znaczy kiedy? Teraz czy jeszcze wcześniej?;) Ciągle gdzieś się gubię, dużo się dzieje. Zbieram się od dłuższego czasu na maila do Ciebie, ale właśnie czas. Nieustannie go brak. Bywałam w kinach, teatrach...Ostatnio byłam na Jimmy's Hall. Słyszałaś o tym filmie? Niebawem kolejny urlop, ale nie będę Cię denerwować;)

    Też lubię porty, łódki, żaglówki...

    Co racja, to racja. Najlepszym zamkiem jaki widziałam w Eire pozostaje jednak ten w Dalkey. Może mam do niego sentyment, ponieważ to był pierwszy zamek, który tam zobaczyłam, ale jakoś urzekł mnie najbardziej. Widzisz, moja relacja z Irlandii stanęła w miejscu. Zdjęcia się nie mieszczą na komputerze i czasami czuję się już zmęczona tym podróżowaniem. Uwierzysz?

    Dokładnie tak;) Ty bez skrupółów, no wiesz Ty co..nie podejrzewałabym Cię:P

    Ty też się trzymaj!

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak to kiedy? W ostatnich dniach. Prawie Cię nie było na Twoim blogu. Długo kazałaś czekać na nowy wpis [i kto to mówi, nie?].

    Nie złość się na samą siebie za swoją "opieszałość". Mam pięć albo sześć zaległych maili, na które muszę odpisać, więc byłabyś dopiero na samym końcu kolejki ;) Ciągle sobie obiecuję, że niedługo to zrobię, a zaległości się piętrzą. U mnie może nawet nie tyle wolnego czasu brakuje, co po prostu dobrej organizacji i chęci. Po pracy lubię sobie zrobić totalny "chillout", a to często oznacza, że zamiast ślęczeć przed komputerem, czytam, oglądam coś, albo robię jeszcze coś innego.

    A wiesz, że nie słyszałam o tym filmie? Ale już nadrobiłam zaległości. "Wyguglowałam" co trzeba i chyba będę chciała go obejrzeć.

    Spokojnie, nie kryguj się z tym urlopem. Już nie robi to na mnie wrażenia :) Wierzę, że możesz być zmęczona tym podróżowaniem, bo i ja świadomie odpuściłam sobie wiele wycieczek w tym roku. Lato i jesień były pięknymi porami roku i akurat sprzyjały podróżom. Ale co za dużo to niezdrowo ;) Ostatnio coraz częściej doceniam moje ognisko domowe. Możesz zacząć mnie nazywać Couch Potato :)

    Każdemu należy się odrobina luksusu :) No powiedz, nie chciałabyś choć przez jeden dzień poczuć się jak księżniczka? Spać na ekstra miękkim i wygodnym łóżku, mieć śniadanie podane do łóżka i zmartwienia typu: czy dziś powinnam spędzić popołudnie w SPA czy też może grając w golfa? ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mój blog to w ostatnim czasie formalność tylko, żeby mi różne rzeczy nie umknęły. Jak zapewne zauważyłaś zupełnie nie piszę o sprawach bieżących, ponieważ nie wyrabiam z relacjami urlopowymi. Jak już siądę do zdjęć to nie wiem za które mam się zabrać i z którego wyjazdu...

    To ja poczekam, ostatni ponoć będą pierwszymi;)

    Byłam na nim w kinie, dosyć smutny, ale myślę, że dobrze zrobiony.

    Ja też ostatnio jestem spragniona ogniska domowego. Marzę, żeby położyć się z książką, kawą obok i własnoręcznie poczynionymi wypiekami, ale zawsze albo ktoś mnie gdzieś wyciągnie albo sama gdzieś się zagubię poza domem. Tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, zobaczenia.

    A bo ja wiem? Może i bym chciała, ale pewnie dosyć dziwnie bym się z tym czuła. Ostatnio w herbaciarni, w której dosyć często bywam proponuję, że sama pomyję, jak idę do kogoś na obiad nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć jak ktoś mi przynosi jedzenie i po mnie myje...Taki już mam defekt;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ha! A co to oznacza? Że za dużo jeździsz ;) Jak to nie wiesz, z którego wyjazdu zrobić relację? Z Irlandii :) Zielona Wyspa zawsze ma pierwszeństwo :)

    A ja z premedytacją coraz częściej spędzam wieczory w domu. Chwilowo zrezygnowałam z kina, do teatrów już się nie wybieram [przynajmniej do lutego, bo wtedy będzie występował Brendan Gleeson w Dublinie], przychodzę z pracy i zaszywam się w łóżku. Z kotami, książką, filmem albo jakimś ciekawym programem.

    Fakt, bywa to onieśmielające. Ja też często proponuję wtedy pomoc, ale nie w restauracji. Tam przecież płacę za swoje przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
  13. Być może, ale do końca tego roku, a nawet następnego nie zamierzam przestać;) I mam nadzieję, że nic mi w tych planach nie przeszkodzi. Na przyszły rok tak zaszalałam, że ledwie się zmieściłam w urlopie...

    No właśnie nie do końca. Bo ona jest wyjątkowa. Byłam w tylu miejscach, tyle było ludzi, doświadczeń. Nie chcę jej traktować po macoszemu, żeby tylko odbębnić opis czy relację. Jest tak bliska mojemu sercu, że na to zdecydowanie nie zasługuje. Tymczasem sporo wyjazdów już mam za sobą i jeszcze inne przede mną.

    A ja właśnie ostatnio częściej zaczęłam chodzić do kin i teatrów, w dodatku lokalnych, uwierzysz? I okazuje się, że niektóre są całkiem dobre...O tym też nie mam widzisz kiedy napisać...

    Po typowych restauracjach nie chodzę (widzisz? wieśniara wraca jak bumerang), a we wspomnianej herbaciarni jestem bardziej gościem wśród przyjaciół niż klientką.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja na razie nie myślę o urlopie w przyszłym roku. Owszem, planuję nabyć kilka przewodników po interesujących mnie krajach, ale nic nie rezerwuję. Żadnych lotów, żadnych hoteli.

    Powiem Ci, że to nie do końca dobre podejście. Bo ja tak robię w przypadku większości wycieczek, a efekt jest marny. Nie chcę napisać byle czego, więc ciągle odkładam to na później i na później. Czasami najlepiej jest spisywać swoje wrażenia na gorąco.

    Niechodzenie do restauracji nie jest jednoznaczne z byciem wieśniarą :) Ja na przykład nigdy nie jem u mnie na mieście. Zdarza mi się to jednak w innych miastach, zwłaszcza na wyjazdach.

    OdpowiedzUsuń
  15. U mnie jakoś tak wyszło, że przynajmniej bilety już są kupione.

    Wiem, wiem. Spisanie to nie problem, najczęściej mam spisane w zeszycie albo na blogu. Gorzej ze zdjęciami...

    W tym wypadku się zgadzam. Gdzieś jeść trzeba na wyjazdach, a chyba obie nie jesteśmy zwolenniczkami opcji all in, bo lubimy zwiedzać.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak pisanie to nie problem, to może zajęłabyś się relacjonowaniem moich wycieczek? U mnie pisanie właśnie kuleje. Niby wiem, co chciałabym napisać, a często ciężko mi się za to zabrać. Wybieranie zdjęć też bywa kłopotliwe. Niestety ciągle nie pozbyłam się nawyku robienia setek zdjęć w tym podobnych ujęć.

    OdpowiedzUsuń