Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2023

Do trzech razy sztuka, czyli jak wybierała się sójka na koncert

Kiedy w grudniu 2019 roku jechałam na drugi koniec Irlandii, by zobaczyć w Castlebar występ irlandzkiej grupy Walking on Cars, pochodzącej z malowniczego Dingle w hrabstwie Kerry, nie sądziłam, że to będzie mój pierwszy, a zarazem jedyny raz, kiedy będzie mi to dane. Występ był super, ale o tym już pisałam. 


Kilka miesięcy później, 21/08/2020 roku, na fanów grupy spadła, jak grom z jasnego nieba, przykra wiadomość - zespół zostaje rozwiązany, a świeżo wydana płyta "Clouds" to ukłon w stronę fanów, pożegnalny prezent, a zarazem łabędzi śpiew grupy. To była słodko-gorzka wiadomość, której chyba nikt się nie spodziewał. Nikt poza samym liderem grupy, Patrickiem Sheehy, zwanym często Pa. Między wierszami oficjalnego oświadczenia wydanego przez zespół można było wyczytać, że za wszystkim stoi wokalista. 


Jakiś czas później Sheehy powie, że jako grupa przestali być marzycielami, a on sam przestał czerpać przyjemność z tego, co robił. 


Pod koniec 2021 roku artysta już koncertował solo, a ja - podobnie jak niecałe dwa lata wcześniej - ponownie miałam go zobaczyć. Miałam już wykupioną wejściówkę do kultowego pubu Róisín Dubh w Galway, jednak niedługo później okazało się, że to jedno z tych miejsc, w których dokonuje się segregacji na szczepionych i nieszczepionych na koronawirusa. Mój bilet przepadł - doszłam do wniosku, że nie lubię artysty aż na tyle, by specjalnie dla niego poddać się szczepieniu. 


Rok później wokalista znów koncertował, ale "pech" chciał, że w tym czasie, byłam na urlopie na drugim krańcu wyspy.

Aż nadszedł 2022 rok. I moja trzecia szansa. Wszyscy wiemy, że do trzech razy sztuka, prawda? 


Zawsze chciałam pojechać do Ballycotton, malowniczej nadmorskiej mieścinki na południu kraju, kiedy więc dowiedziałam się, że Pa wystąpi tam 10/12/2022 roku w Sea Church, pomyślałam sobie, że to dogodny moment, by nasze drogi znowu się skrzyżowały.


Sea Church to dawny kościół anglikański pod wezwaniem świętego Colmana, wybudowany w Ballycotton w XIX wieku. Jako że w następnym wieku odnotowano znaczny spadek jego wiernych, świątynia z czasem popadła w ruinę. Po odkupieniu jej i rewitalizacji stanowi dziś popularne miejsce odwiedzin. W kościele odbywają się przeróżne koncerty, a w przyległym budynku, będącym niegdyś małą lokalną szkołą, znajduje się nowoczesna i przyjemna restauracja z panoramicznymi oknami wychodzącymi na morze.  


Występ miał rozpocząć się o 20:30, ale jako że to był jeden z tych mroźnych grudniowych dni, a my musieliśmy dojechać tu z pobliskiego miasta Youghal, gdzie mieliśmy nocleg, na przykościelnym parkingu zameldowaliśmy się już godzinę przed koncertem. Wieczór dopiero się zaczynał, a parking już szklił się w księżycowym świetle, jakby był posypany gwiezdnym pyłem. 


Barbara, urocza gospodyni z naszej noclegowni, ostrzegała, by ciepło się ubrać na koncert i miała rację. Mury świątyni tchnęły chłodem, na miejscu jednak można było kupić rozgrzewające napoje, z czego skorzystało wielu gości. 


Sam koncert był bardzo kameralny. Ja tam nigdy nie byłam Pitagorasem, ale moje szybkie kalkulacje wykazały, że w budynku znajdowało się grubo poniżej 200 osób, jakieś 160-170, zgromadzonych w nawie i rozdzielonych jedynie wąskim przejściem przez środek, którym to zresztą o 20:45 (z piętnastominutowym opóźnieniem!) wparował na scenę Patrick Sheehy, by o 22:00 z niej zejść. 


Artysta nie tylko zagrał wszystkie utwory ze swojej debiutanckiej płyty, The Art of Disappearing, która ukazała się 24/09/2021, ale nade wszystko te, których urywki czasami przemycał na swoim koncie instagramowym, nigdy jednak nie słyszałam ich w całości. Ku mojemu zaskoczeniu każda z nowych piosenek od razu wpadała mi w ucho, a niektóre z nich natychmiast stawały się ulubionymi:

- "Wretched"

- "Guided"

- "Calling"

- "Meet Me At the Record Store"

- "Stutter"


Nie mnie wypowiadać się na temat słuszności decyzji podjętej w 2020 roku przez Patricka. Jako osoba, która ceni sobie swoją niezależność, jestem w stanie zrozumieć jego chęć robienia czegoś swojego - tworzenia muzyki takiej, jakiej on chce, bez aprobaty pozostałych członków zespołu. 


Czy większą szansę na światowy sukces miałby z zespołem? Być może. Muzyka Walking on Cars była bardziej - z braku lepszego określenia - taneczna i disco. Ta, którą obecnie tworzy Pa, jest w dużej mierze melancholijna (świadczy choćby o tym tytuł najnowszego minikrążka artysty: "Lost in a 90s arcade"), często przesiąknięta nostalgią, lamentacyjna i rzewliwa. Tak jakby wokalista dawał upust wszystkim złym wydarzeniom ze swojego życia, które wcześniej trzymał skrzętnie ukryte przed światem. Myślę, że teraz jest w 100% sobą i tworzy muzykę, która naprawdę gra mu w duszy. Chociaż nie brakuje mu talentu, to jednak nie wróżę mu światowego sukcesu. 


Nie jest to bowiem rodzaj energetycznej i żywiołowej muzyki podrywającej do tańca. Jeśli chcę natychmiastowego przypływu energii włączam "Runaway (U & I)" Galantis, nie zaś Irlandczyka. Pa jednak ma coś takiego, do czego lubi się wracać. Jest jak kojący balsam. Dobry do wyciszenia, zadumy, relaksu. 


Wynika to zapewne w dużej mierze z tego, że artysta nie jest na scenie wulkanem energii i nieokrzesanym żywiołem. Na jego występach nie sypią się wióry jak z gitary Nirvany, której Pa słuchał we wczesnej młodości (jak chyba my wszyscy). Na naszym koncercie siedział sobie grzecznie na krzesełku, w swoim nieodłącznym kaszkiecie, a w przerwach między kolejnymi utworami dzielił się z nami żartobliwymi opowiastkami i historiami stojącymi za danymi piosenkami. Niezręcznie skubał swoją bransoletkę na prawym nadgarstku i przypominał mi siebie z lat szkolnych, kiedy musiałam coś deklamować na środku klasy. 


Był taki skromny i ludzki. Jakby zawstydzony, że ci wszyscy ludzie przyszli tu specjalnie dla niego. Zdecydowanie daleko mu do bufona i to w nim bardzo lubię. I choć jego kariera nie poszybowała tak jak Billy'ego Idola po rozpadzie Generation X, to zdecydowanie warto posłuchać Pa na żywo, bo naprawdę ma wiele do zaoferowania.


niedziela, 12 stycznia 2020

Castlebar, here I come! (2)


Dla tych, którzy w ostatniej chwili kupują bilet na koncert, jest specjalne miejsce w piekle. Takie mam wrażenie, ilekroć patrzę na moją "przepustkę" z wyraźnym napisem "unreserved seating", pod którym kryje się właściwie jedno: prawa dżungli. Kto pierwszy ten lepszy. Przychodzisz na ostatni moment? Licz się z tym, że możesz stać przez cały koncert, bo co sprytniejsi już się usadowili.

Dlatego postanawiam być tą sprytniejszą. Przychodzę odpowiednio wcześnie i choć oznacza to, że najpierw muszę przejść przez piekło (stać w deszczu, chłonąć go jak gąbka, marznąć, czekać i przyglądać się zakochanym parom...), dzięki temu później już do niego nie trafiam. Kiedy bowiem otwierają się wrota raju, szybko udaje mi się znaleźć przytulny zakątek z bardzo dobrą widocznością. 
Szybko też doceniam kameralne rozmiary teatru i  akustyczne właściwości jego sali. Mam świetne miejsce, jest mi wreszcie sucho (choć nie ciepło), a poza tym... dostrzegam też innych loserów, którzy przyszli tu bez osoby towarzyszącej! "Boże, czego tutaj było się obawiać?!" - myślę sobie i nie mogę ukryć politowania nad własną głupotą. 
Do tej pory każdy występ supportu był dla mnie "złem koniecznym". Jedynym rodzajem "gry wstępnej", którą zawsze i z chęcią bym pomijała. Błyskawicznie jednak zmieniam zdanie, kiedy na scenie pojawia się Moncrieff supportujący Walking on Cars. 
W pierwszej chwili mam chęć ponownie sprawdzić swój bilet, bo coś tu ewidentnie jest nie tak: albo ja trafiłam do złej sali i wylądowałam na występie Chippendalesów, albo to on pomylił scenę z siłownią. Wszystkiego się bowiem spodziewałam tej nocy, ale nie tego, że zobaczę przed sobą "pakera" z imponującymi bicepsami i tricepsami, w białym bezrękawniku wręcz krzyczącym "zerwij mnie!". A Moncrieff wygląda właśnie jak uciekinier z pierdla, który przez ostatnie dziesięć lat swojego pobytu w nim nie wychodził z siłowni, a jeśli już, to tylko po to, by dla rozrywki obić gębę kilku żółtodziobom. No i oczywiście zaraz po tym szybciutko wrócić na siłownię, by znów pieczołowicie rzeźbić muskulaturę niczym mistrz Rodin swojego "Myśliciela". 
Plus tego wszystkiego jest taki, że jego obecność na scenie automatycznie podnosi temperaturę  - już nie jest mi zimno! Mam za to grzeszne myśli, ilekroć patrzę na ten bezrękawnik ;) "Cóż za ironia!" - myślę sobie, przywołując scenę spryskiwania się perfumami Caroliny Herrery. Good Girl? I am anything but! 

Moncrieff szybko jednak udowadnia, że nie jest artystą, który "golizną" zasłania swoje braki w muzycznym wykształceniu i umiejętnościach. To nie jest ani nic na podobieństwo "trompe l'oeil" ani zasłony dymnej, mających za zadanie odwrócić uwagę i oszukać odpowiednie zmysły. 
Moncrieff jest dobry. Jest nawet bardzo dobry! Ma miły dla ucha wokal, który w dodatku idzie w parze z przyjemną osobowością sceniczną i "showmańskimi" umiejętnościami. Wykonuje tylko kilka piosenek (między innymi swoją flagową "Like I Do", "Ghost", balladę poświęconą zmarłemu kilka lat temu bratu, który zawsze go dopingował, i cover "Dance Monkey", który spotyka się z największym entuzjazmem,) i w każdą z nich wkłada tyle samo zaangażowania. 
Choć jego ruchy sceniczne wydają się momentami nieco teatralne, podoba mi się jego żywiołowość. Jest wulkanem energii, który jednak cały czas pamięta o tym, by utrzymywać kontakt z widownią i dziękować jej po każdej piosence. Patrząc jednak na sztywniaków, którzy doskonale sprawdziliby się na planie filmowym "Walking Dead", odnoszę wrażenie, że publika na to nie zasługuje. 
O 21:00, po półgodzinnej przerwie, która nastąpiła po występie Moncrieffa, na scenie pojawia się Patrick Sheehy i spółka, a publiczność wreszcie demonstruje swoje dzikie i głośne oblicze - piskom, wrzaskom, oklaskom i gwizdom nie ma końca. Widownia dobitnie pokazuje w ten sposób, dla kogo tu się zgromadziła. 
Rozlegają się pierwsze dźwięki "Too Emotional", piosenki, którą zespół wybrał na utwór rozpoczynający swój występ, a uśpione wcześniej światła rozbłyskują barwami tęczy, przypominając wszystkim zgromadzonym nazwę najnowszej płyty ("Colours") i trasy koncertowej. To sprawia, że dopiero teraz dociera do mnie coś, czego wcześniej nie zauważyłam - to, jak bardzo ascetyczny i achromatyczny był pod tym względem występ Chrisa z Waterford (Moncrieffa).
Trudno jednak nie zauważyć kontrastu między Patrickiem a Chrisem, "młodym byczkiem", który mógłby razem z Jagienką z "Krzyżaków" zawodowo rozłupywać orzechy jej niezawodną metodą. 
W przypadku wokalisty WoC kamera nie dodaje kilogramów: tak w niej, jak i poza nią nadal jest chucherkiem, co jeszcze bardziej widać wtedy, kiedy zrzuca koszulę z długim rękawem i występuje w t-shircie z szerokim dekoltem, spod którego wystają wyraźne kości obojczykowe i chudziutkie jak patyki ramiona. 
Podziwiam jednak jego energię. Nie jest tak teatralny jak Chris, ale jest daleki od bycia statycznym. W ogóle nie widać po nim trudów związanych z męczącą trasą po całym świecie (dopiero niedawno wrócili z Australii, Nowej Zelandii, ZEA i Rosji...), dlatego dopóki na scenie pozostaje tak dynamiczny i aktywny jak teraz, nie mam zamiaru dołączać do "zatroskanych" piszących pod teledyskami, że powinien więcej jeść. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, że Patrick zdążył w porę się opamiętać i zerwać z nałogiem. Czasy, kiedy budził się w rowie po nocnej libacji ma już szczęśliwie za sobą, i od ponad sześciu lat pozostaje abstynentem, co daje nadzieję, że nie dołączy do "klubu 27" (no chyba, że już przekroczył ten wiek, tego nie wiem, bo trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat wieku członków zespołu...). 
Zauważam też, że Sorcha, w przeciwieństwie do mnie, postawiła na czarną, częściowo przezroczystą bluzkę. Bardzo ją lubię i choć uważam, że każdy w zespole wykonuje kawał dobrej roboty, to jednak ona i Patrick są moimi ulubieńcami i wnoszą do niego wyjątkowy element. Sorcha, naturalna piękność, darzy swoją miłością nie tylko pianino, ale także modę, którą ewidentnie się bawi. Tego wieczoru postawiła na tiulową spódnicę maxi z falbanami, ale zdecydowanie zneutralizowała jej cukierkowy wygląd poprzez dodanie rockowych elementów: ciężkich, skórzanych martensów, kabaretek i ramoneski.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak ta grupa fantastycznie brzmi na żywo! Uświadamiam też sobie, że chyba powinnam zainwestować w lepszy sprzęt do odtwarzania muzyki, bo to, co słyszę na żywo znacznie odbiega od tego, co tyle razy słyszałam z domowych głośników: brzmienie WoC jest bardziej rockowe, dynamiczne, generalnie pod każdym względem lepsze, w czym na pewno pomaga akustyka sali. Napawam się tymi wspaniałymi momentami, nagrywając przy okazji wiele filmików telefonem (nie wzięłam ze sobą aparatu, bo myślałam, że mnie z nim nie wpuszczą, jak to miało miejsce na koncercie Kings Of Leon), ale kiedy kilka godzin później leżę w łóżku i ich odsłuchuję, czar pryska - znów nie brzmią tak świetnie jak na żywo...
Godzinę później zespół schodzi ze sceny, a ja jestem pewna, że nie jestem jedyną, która ma w tym momencie chęć zatrzymać go słowami z "Two Stones": "one more, one more, one more, one more time!" Grupa pozwala nam głośno i wyraźnie domagać się jej powrotu, by niedługo później znów stać na scenie i dawać czadu. Kiedy w czasie wykonywania "Catch Me If You Can" z sufitu spada deszcz confetti, myślę sobie, że już bardziej euforycznie i perfekcyjnie być nie może, ale... mylę się. Patrick bowiem robi nam wspaniałą przedświąteczną niespodziankę i zaczyna wykonywać cover "The Winter Song", którą tak bardzo chciałam kiedyś usłyszeć na żywo, ale z którą nie wiązałam większych nadziei, bo nie jest to stała pozycja na ich set liście. "I love this song!" - dobiega do mnie podekscytowany głos kogoś z publiki. "So do I" - odpowiadam w myślach. 
Kiedy kilkanaście minut później cała sala wyśpiewuje z Patrickiem kolejne wersy "When We Were Kids" a później "Speeding Cars" odczuwam dumę z niego, mimo że nie łączą nas żadne więzy krwi - bo to musi być cudne uczucie, kiedy taki tłum śpiewa słowa twojej własnej piosenki! - a także nieopisaną radość, że miałam okazję wziąć udział w tym niezapomnianym koncercie. 
Pod koniec wykonania "Speeding Cars" z sufitu spadają na nas liczne wstęgi, a ja wiem już, że to był najlepszy koncert w całym moim życiu, a piątek trzynastego okazał się zdecydowanie moim najszczęśliwszym dniem grudnia i jednym z najlepszych w całym minionym roku! 
Wiem też, że bilet na ich występ jest wart znacznie większych pieniędzy od tych, które wydałam i że w przyszłości z przyjemnością tu wrócę, jeśli tylko jeszcze kiedyś będą występować w Castlebar. W międzyczasie zaś spróbuję utrafić szóstkę w Lotto, by za przykładem Gordona Ramsaya, który "zatrudnił" Eda Sheerana na urodzinowy występ dla swojej córki, wynająć Moncrieffa i Walking On Cars na moje urodziny ;)

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ach, co to był za wieczór!


Są takie wydarzenia w życiu każdego człowieka, o których nie sposób zapomnieć. Chcesz, ale nie potrafisz. Plączą Ci się po głowie, latają koło nosa niczym przysłowiowa osa, tkwią w Tobie niczym niefortunnie wbita drzazga, niczym odłamek szkła w oku Kaya i nie pozwalają Ci czerpać radości z tego wszystkiego, co Cię otacza.



To może być wszystko. Od wujka i ciotki pechowo nakrytych w czasie łóżkowego tanga [w tym wieku i jeszcze mogą?!], przez niesłuszny awans tej wrednej koleżanki, której tak nie znosisz, aż do zdrady, a nawet śmierci ukochanej osoby. Od najbardziej prozaicznej pierdółki do prawdziwego nieszczęścia.



W moim przypadku była to reklama zasłyszana w radiu. Tak, właśnie taka drobnostka. Usłyszałam o dublińskim koncercie Kings of Leon i od tego momentu przyszło mi się zmagać z rozterkami na miarę szekspirowskiego "być lub nie być". Tak, wiem. Dylematy XXI wieku.


Snu z powiek mi to nie spędzało, apetytu nie odbierało [a szkoda!], ale mimo wszystko nie dawało spokoju. Bo z jednej strony chciałam i czułam potrzebę, z drugiej zaś aż wzdrygałam się na myśl o tej ludzkiej, często zresztą pijanej, masie wypełniającej stadiony i hale koncertowe.


Ostatecznie zwyciężyło coś, co pewnie trudno będzie Ci zrozumieć - poczucie lojalności i obowiązku. Doszłam do wniosku, że zwyczajnie na świecie jestem "chłopakom" to winna. Tyle razy poprawiali mi humor, tyle razy rzucali linę, kiedy leżałam i kwiczałam w głębokim dole, tyle razy sprawiali, że świat stawał się piękniejszy, że po prostu nie mogłoby mnie tam zabraknąć.


Jest taka scenka w moim ukochanym serialu komediowym, "Father Ted", kiedy to do tytułowego ojca Teda przychodzi pogrążony w depresji ojciec Kevin. Ted włącza mu, dającą energetycznego kopa, piosenkę "Shaft". Kevin się w nią wsłuchuje, a jego humor znacznie się poprawia [aż do momentu, kiedy wsiada do autobusu i wysłuchuje "Exit Music" w wykonaniu Radiohead]. Kings of Leon to taki mój "Shaft". Ty też pewnie masz swój.


Nie wiem, czy ktoś kiedyś spisał przykazania każdego szanującego się fana, ale jeśli nie, to ja właśnie kładę kamień węgielny i ustanawiam pierwsze prawo: "przynajmniej raz w życiu powinieneś udać się na koncert swojego ulubionego wykonawcy na znak szacunku i sympatii do niego." I kij z tym, że stoi ono w opozycji do niegłupiego "you should never meet your heroes, you'll only be disappointed!".


Bo widzisz. Tak realnie rzecz ujmując, to mam niewielką szansę na wyjazd do Nashville, Tennessee w USA w najbliższym czasie, gdzie znajduje się centrum dowodzenia chłopaków. Co zatem innego mogłam zrobić w takiej sytuacji? Góra nie przyszła do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. W tym konkretnym przypadku okazja nie zapukała subtelnie do moich drzwi. Ona je wyważyła niczym funkcjonariusz SWAT.


Przed wejściem do 3Arena pobłogosławiłam swoje własne lenistwo. To był ten jeden z nielicznych przypadków, kiedy to bardziej opłaca się być leniwym. Otóż, kiedy kupowaliśmy bilet na koncert, mieliśmy możliwość kupna także miejsca na Point Village Car Park, który znajduje się tuż obok 3Arena. Jedyne 12 euro. Połówek jednak zlekceważył tę opcję, twierdząc, że to bez sensu, bo po co płacić kilkanaście euro, skoro możemy zostawić naszego bolida na jego firmowym parkingu. Bo to przecież niedaleko.


Jak bardzo niedaleko odkryłam niedługo przed samym koncertem. Jakieś pół godziny spacerkiem. O nie, dziękuję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak długo będzie trwał koncert, ale biorąc pod uwagę, że miał zacząć się gdzieś o 20:30, wiedziałam już, że nie chcę przed północą włóczyć się po Dublinie.


Zatem ostatecznie wykupiliśmy miejsce na parkingu, co okazało się strzałem w dziesiątkę i co Połówkowi wyszło na dobre. Było to bowiem stosunkowo niedługo po zamachu na koncercie Ariany Grande w Manchesterze i przed wejściem do 3Arena każdy musiał przejść kontrolę osobistą. Taki znak naszych czasów, jak chwilę wcześniej śpiewał na parkingu Harry Styles, kumpel perkusisty Kings of Leon. Nie przypominam sobie, bym przed żadnym innym koncertem [czy to Clannad czy też Queen] musiała przechodzić przez kontrolę osobistą. To było jednak KIEDYŚ. Na szczęście wszyscy wykazywali się zrozumieniem i nikt nie protestował.


Jako że w mailu informacyjnym nie umieszczono tak istotnych informacji jak to, że na halę nie można wnosić ze sobą lustrzanek ani też swojej wody, nasz aparat szybko zwrócił uwagę ochroniarza. Obiektyw mu się nie spodobał, bo gdyby to był zwykły, mały aparat kompaktowy, dostalibyśmy zielone światło. Tymczasem zaś Połówek musiał zawrócić i schować aparat do samochodu. Tutaj bardzo przydatny okazał się pobliski parking. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której musiałby drałować te pół godziny w jedną stronę na parking firmowy. Czas nas naglił, bo przyjechaliśmy nieco spóźnieni i support w postaci Nathaniela Ratliffa & The Night Sweats już dawno był na scenie. Nie wiem, ile piosenek zaśpiewał, ale mnie udało się wysłuchać tylko dwóch, ale to akurat nie miało dla mnie większego znaczenia.


Ja z kolei musiałam pozbyć się litrowej butelki wody mineralnej, którą niemal zawsze noszę ze sobą w torebce. A jako że w środku hali panowała temperatura niemal tropikalna, szybko zaczęłam się pocić niczym dziwka na spowiedzi, i jasnym się stało, że bez wody długo tu nie pociągnę. A skoro już wydałam to 100 euro, to chciałam mieć z tego koncertu jakąś przyjemność.


Z pomocą przyszła mi woda zakupiona w barze na terenie obiektu. Zimny pot mnie jednak oblał, kiedy usłyszałam cenę i już skłonna byłam uwierzyć, że pod wpływem zaćmienia umysłu wywołanego wysoką temperaturą omyłkowo zamówiłam butlę Dom Perignon zamiast małej, półlitrowej wody mineralnej. Kilka dni później kupiłam w moim miejscowym Tesco cały sześciopak tej samej wody.  Za niższą cenę. Taka ciekawostka. Ach, no i wodę sprzedają odkręconą. Kupujesz i dostajesz bez nakrętki. Bo, jak będą mieć szczęście, to się potkniesz, połowę wychlapiesz i znów zawitasz do sklepiku. No chyba, że wolisz wysuszyć się na wióry i przetrwać koncert bez zmoczenia ust. Każdy słyszał o takich hardkorach, ale nikt ich nie widział [to zupełnie jak z Yeti].


Sam koncert zaliczyłabym do bardzo udanych, aczkolwiek miałam lekki niedosyt, bo choć miejscówkę miałam zacną [naprzeciwko sceny], przez co widoczność była dobra, to jednak odległość robiła swoje. Do tej pory zawsze, jak tylko szłam do teatru na przedstawienie bądź koncert, brałam najdroższe bilety, by być blisko sceny. Zawsze to działało tak, jak tego oczekiwałam. Emocje sięgały zenitu, całość odbierało się znacznie intensywniej. Tym razem zaś od moich ulubieńców oddzielała mnie cała masa fanów stojących, a ja śmiem przypuszczać, że tamtejsza atmosfera przypominała tę w kotle czarownicy. Trochę im zazdrościłam, bo choć fajnie było posadzić tyłek na krzesełku, to jednak siedzenie na piętrze to nie to samo co przestrzeń koło sceny.


Mimo wszystko udało mi się zauważyć, że Jared niedawno zmienił fryzurę i na scenie wystąpił w blond czuprynie. Wolałam go w jego naturalnym odcieniu włosów, tak jak bardziej podobał mi się Caleb w wieku dwudziestu kilku lat, kiedy miał długie włosy i był mieszanką Ashtona Kutchera i młodego Ozzy'ego. Teraz zaś chyba znów ma fazę na stylistykę lat 70., bo jego pornstache sprawia, że momentami wygląda niczym perwers. Ale bądźmy poważni, to nie jest żaden powód do tego, by przestać ich słuchać i/lub lubić.


Tak w ogóle, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Jared coraz bardziej chudnie i upodabnia się do swojej ślicznej żony, Marthy Followill. Ta sama blond czupryna, to samo kruche i wątłe ciałko. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ważył tyle samo, co ona. Najbardziej rzuciło mi się to w oczy, kiedy na telebimie Jared znalazł się tuż obok Nathana, swojego starszego brata. Skojarzenie: niczym Flip i Flap. Przy czym, zaznaczam, Nathan gruby nie jest. Ma po prostu apetyczną, szeroką klatę i z dala widać, że wypracował ciało na siłowni. Jared ma sylwetkę typowo chłopięcą. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle lubię mu się przyglądać, bo widać, że gra na gitarze basowej naprawdę sprawia mu frajdę.


A skoro o przyglądaniu mowa, to druga połowa koncertu była pod tym względem lepsza. Zmieniło się ustawienie telebimów, była lepsza gra świateł, lepsze efekty wizualne, a moment, w którym gruba, mięsista kurtyna opadła, by odseparować Caleba od reszty zespołu i wyeksponować go na pierwszym planie, to była poezja. Milk, Comeback Story i WALLS wykonane w taki sposób miały znacznie większą moc rażenia.


Większość siedzących obok mnie osób robiła to, co ja - kołysała się niczym dziecko z chorobą sierocą, aczkolwiek zdarzały się jednostki wybitne, jak dwóch młodzianów po mojej lewej stronie. Przyglądałam się im ukradkiem, uśmiechając się pod nosem, a niekiedy nawet wybuchając przyjaznym śmiechem, bo patrzenie na nich to była czysta przyjemność. Fajnie, że ktoś potrafi tak dobrze się bawić do muzyki. Tak ją czuć i odbierać. Nie to co sąsiad Połówka - zastanawiałam się momentami, czy on czasem nie śpi. Potem zaś doszłam do wniosku, że pewnie nieszczęśnika spotkał taki sam los jak Połówka - był tu w ramach towarzystwa, czyli za karę.


Setlista była wysmakowana i zróżnicowana. Znalazło się na niej 26 piosenek z wszystkich albumów, przy czym tylko 1 z Youth & Young Manhood, 4 z Aha Shake Heartbreak, 3 z Because of the Times, 4 z Come Around Sundown, 2 z Mechanical Bull, 5 z najnowszego albumu WALLS i aż 7 z Only By The Night. Gdyby tak dorzucić do listy King of the Rodeo, McFearless, Arizonę czy Talihina Sky, byłoby dla mnie idealnie.


W międzyczasie zaś Caleb zdążył poinformować widownię o irlandzkich korzeniach rodziny Followill, ale to ani ociupinkę mnie nie zdziwiło. Po tym, jak kilka lat temu dowiedziałam się o irlandzkim pochodzeniu... Baracka Obamy już nic nie jest w stanie mnie zszokować pod tym względem. [dla tych, którzy przegapili: TU znajduje się mój archiwalny wpis o irlandzkich korzeniach Obamy].


Ci, którzy zasnęli, z pewnością obudzili się na kilka minut przed końcem koncertu, bo to właśnie wtedy grupa zagrała Sex on Fire, który poderwał na nogi wszystkich, ale to dosłownie wszystkich. Nawet siedzącą szlachtę z piętra. Koncert zakończyła spokojniejsza Waste A Moment. O 22:30 Caleb dopił wodę, rzucił pustą butelkę w tłum, Nathan swoje pałeczki perkusyjne i tak oto, wśród niemych gestów i zapewnień o miłości, zespół zniknął ze sceny.


A my, nie tracąc czasu, udaliśmy się na pobliski parking, choć przyznam, że w czasie koncertu zastanawiałam się, czy w ogóle uda nam się podnieść i odkleić od lepkiej podłogi. 10 minut później już wyjeżdżaliśmy z parkingu, przy czym najwięcej czasu zabrał nam sam parking, nie zaś opuszczenie areny, bo to akurat był niezwykle sprawny proces.


Fajnie było, nie powiem, ale chyba wolę jednak mieć chłopaków na wyłączność i słuchać ich w domu lub w samochodzie przy idealnej dla mnie temperaturze, nie zaś w dusznej sali koncertowej.

czwartek, 13 grudnia 2012

Folk'n'roll w wykonaniu The High Kings

Zobacz, zobacz, co dostałam od Mikołaja! - moja znajoma kilkulatka powitała mnie niezwykle podekscytowana z dumą prezentując puzzle „At the stable”. Nie łączą nas żadne więzy krwi, ale podzielamy tę samą pasję do koni.

Tego samego dnia powiedziała mi coś jeszcze: Wiem, skąd Mikołaj bierze prezenty! Z SZAFY MAMY! Jej starszy brat znacząco potaknął, jakby uprzedzając moje zdziwienie. A mała kontynuowała: Nooo, musiał je stamtąd zabrać, kiedy poszliśmy spać!

Rozbawiły mnie ich próby rozkminienia tego całego tajemniczego Mikołaja bezczelnie buszującego w szafie rodziców. Może w ich oczach jestem starą prukwą, która jakimś cudem jeszcze żyje, ale nie zapomniałam, że sama kiedyś byłam dzieckiem.

Zdaje się, że święty Mikołaj też nie zapomniał o mnie, choć od dawna nie zostawiam już na parapecie listów zaadresowanych do niego. W mikołajkowy czwartek Poczciwina podarował mi bilet na koncert moich ulubieńców i łaskawie dorzucił jeszcze jeden dla osoby towarzyszącej. Nawet nie zdążyłam zapytać, czymże sobie zasłużyłam na takie wyróżnienie i jak mogłabym się odwdzięczyć – zasalutował, puścił oczko, gwizdnął na Rudolfa o Czerwonym Nosie i tyle go widziałam. Za to przez całe dwie godziny mogłam do woli patrzeć na The High Kings, którzy po raz kolejny udowodnili, że nie bez kozery zwą się Arcykrólami. Scena to ich przeznaczenie, drugi dom, a oni niezawodnie na niej rządzą. Wiedziałam to już rok temu po ich koncercie w The Olympia Theatre, a teraz tylko potwierdziło się to, co odkryłam już wcześniej.

Ale po kolei. Ordnung muss sein!

Przed 20:00 już siedzieliśmy na sali w Court Hotel w stolicy hrabstwa Offaly, gdzie odbyć się miał koncert, a ja bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej karciłam się za moją opieszałość: głupia, głupia, głupia! Gdybym zrezygnowała z pindrzenia się, nie malowała paznokci i o dziesięć minut skróciła nawijanie pukli na szczotkę, teraz siedziałabym jakieś trzy, cztery rzędy bliżej sceny. Hotelowa salka była zdecydowanie mniejsza niż ta w teatrze, ale krzesełka ustawione były na poziomej powierzchni, co w przypadku 2xW [Wysokiego Widza] oznaczało tylko jedno: ktoś będzie komuś zasłaniał. W tym momencie okazało się, że jeżeli miałam w sobie cokolwiek z dobrodusznej Matki Teresy, to niechybnie zostało to na zewnątrz przed wejściem do hotelu: wolałam zasłaniać innym niż mieć zasłonięte.

Wybór krzesełek był całkowicie dowolny. Widać organizatorzy hołdowali idei „kto pierwszy ten lepszy”, a jednocześnie mieli w sobie głębokie pokłady wiary w publikę i jej odpowiednie zachowanie. Słusznie zresztą, bo gorszących scen nie zanotowano, a ci, którzy przybyli później, z klasą przyjęli na klatę tytuł losera i z pokorą zaakceptowali punkty widokowe w dalszych rzędach. Nie próbowali podstępnie wykolegować wrogów ze strategicznych rzędów znajdujących się bezpośrednio koło sceny.

Na bilecie widniała godzina 20:00, ale i tym razem okazało się, że nie jest to rzeczywisty czas rozpoczęcia koncertu The High Kings ani nawet występu ich supportu. Zapomniałam przecież, że była to 20:00 czasu irlandzkiego, co w praktyce oznacza tylko jedno: opóźnienie. Jakiś kwadrans później na scenie pojawił się młodzieniec w kapeluszu, który wcześniej przemknął koło mnie na korytarzu, pozostawiając po sobie zapaszek pretensjonalności. Na szczęście to niezbyt korzystne wrażenie zostało przez niego dość szybko zatarte. Mark Boylan, mający nie więcej niż piętnaście lat, okazał się ciekawszym supportem niż zeszłoroczna Róisín O. Nie usypiał publiki, nie gwiazdorzył, a nawet zaprezentował swoją piosenkę, która – jak stwierdził Połówek – dodała mu pewności siebie.


Arcykrólowie pojawili się na scenie o 20:45 i od razu zebrali gorące oklaski. Wyglądali niemalże tak, jak wtedy w dublińskim teatrze, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ich na żywo: w ich ubiorze – jak zawsze zresztą - dominowały stonowane, ciemne barwy. Ich talent nie potrzebuje tandetnych ozdobników i szokujących dodatków. I bez tego ma swój rynek zbytu. Również tym razem rozpoczęli swój show od skocznej piosenki Rocky Road To Dublin. Umiejętnie wprowadzili w dobry nastrój publikę, która już chwilę później klaskała tak, jak jej zagrano. Wesoło podrygiwała i zdecydowanie nie oszczędzała swoich kończyn – zarówno tych dolnych, jak i górnych.

 

Kiedyś zadano Arcykrólom pytanie, skąd wziął się ich talent muzyczny. Brian odpowiedział wtedy: it’s in the veins. It’s in the blood. Myślę, że nie tylko to mają we krwi, ale także coś, co jest niesłychanie ważne w życiu, a nie tylko na scenie - umiejętność pracy z tłumem, fantastyczną zdolność pozyskiwania sobie sympatii i przełamywania lodów. Oni to mają, oni po prostu wiedzą how to work a crowd.

Miło było na nich patrzeć i wiedzieć, że to, co robią, nie jest wykonywane ze ślepej miłości do pieniądza. Martin, jak przystało na najstarszego, był niezwykle opanowany i zrównoważony. Nawet przy tych wyjątkowo skocznych kawałkach jego choreografia ograniczała się do wybijania rytmu prawą stopą. Prostota i ascetyzm zawsze w cenie? Darren nie bardzo miał pole do popisu, bo przez większość czasu ‘przykuty’ był do syntezatora i akordeonu. Finbarr rozbrajał nas swoim wyrazem twarzy i chyba przez ¾ koncertu miał zamknięte oczy. A Brian niezmiennie wywoływał mój uśmiech. Dawał z siebie więcej niż to konieczne, udowadniał, że ma rogatą i przebojową duszę. Pił wodę, pocił się, wycierał ręcznikiem i dalej szalał na scenie. Jako najmłodszy członek zespołu ma do tego prawo, prawda? W czasie jednej z ostatnich piosenek zszedł ze sceny i podszedł do babki, która siedziała na skraju rzędu. Albo usiadł jej na kolanach albo odstawił dla niej taniec bioder. Nie widziałam dokładnie, ale i tak chciałam z zazdrości odgryźć jej głowę. A jego muszę następnym razem zapytać, co bierze, że aż tak tryska energią.


W czasie jednej z piosenek wykonywanych acapella, kiedy muzycy stali bardzo blisko siebie i śpiewali do tego samego mikrofonu, pomyślałam sobie, że mam przed sobą grupkę dobrych znajomych. Ludzi, którzy poszli razem do pubu, wypili sobie nieco, a teraz wyśpiewują swoje radości i smutki. Nie, żeby fałszowali – po prostu sprawiali wrażenie takich… niezwykle ludzkich. A przecież sukces, który odnieśli, mógł ich zmanierować, uderzyć im do głowy, odebrać pokłady pozytywnej energii, która od nich bije.


Tym razem nie było żadnej przerwy w występie. Panowie dzielnie znosili trudy koncertu, a jedyne chwile „bezczynności” mieli wtedy, kiedy zamiast śpiewać rozmawiali z publiką. Były za to ulubione przeze mnie samodzielne „wykony” każdego z nich. Brian złożył hołd swemu zmarłemu w zeszłym roku tacie, Seanowi, który – jak sam podkreślił – wspierał go i udzielał mu wszelkich rad. Sean był muzykiem, reprezentował Irlandię na Eurowizji w 1967 roku i praktycznie do samego końca swych dni występował i raczył publikę swą muzyką. To dla niego Brian zaśpiewał The Rare Old Times. Nie zawiódł mnie też Darren w swoim popisowym wykonaniu The Town I Loved So Well. Więcej emocji, pasji i serca chyba już nie można było zawrzeć w tym występie. Z całym szacunkiem dla pozostałych członków zespołu – uważam, że tej piosenki żaden z nich nie zaśpiewałby lepiej.


Kiedyś nie sądziłam, że będę chodzić na koncerty irlandzkiej muzyki ludowej. Dzięki The High Kings odkryłam, że muzyka folk może relaksować, działać kojąco na duszę, dostarczać rozrywki, a nawet wzruszać. To oni ukazali mi nowy wymiar tego gatunku muzycznego. To, czego niekoniecznie dało się słuchać w wykonaniu irlandzkich muzyków z dawnego pokolenia, jest dzięki nim nie tylko "słuchalne", ale i odprężające. Tamtego wieczoru pomogli mi zupełnie się zrelaksować, zapomnieć o godzinach spędzonych w pracy, o tym, że jutro rano znowu muszę się do niej stawić. Tamtego wieczoru zjednoczyli obcych sobie ludzi i pokazali, że muzyka faktycznie potrafi pokonać różne bariery. Wzruszył mnie siedzący obok mnie staruszek, który pod koniec koncertu, wzorem innych ludzi, wstał z krzesła i zaczął energicznie tańczyć do dźwięków Whiskey In The Jar. Poszedł za radą Finbarra: “that’s your last chance to go absolutely nuts!”? A może przypomniała mu się jego młodość? Nieistotne. Tańczył całym sobą. Porzucił zahamowania, wedle których tylko młodzi mają prawo do pewnych rzeczy. To było piękne, wiecie?


Ci starsi ludzie – bo to jednak oni dominowali na sali – wydają się być najlepszą nagrodą dla zespołu. Niejednokrotnie wychowali się na muzyce starszych irlandzkich artystów ludowych. Ich obecność tego czwartkowego wieczoru świadczyła o jednym: o ich pełnej akceptacji dla zespołu. O tym, że lubią to, co oni robią i że dają im zielone światło. Że Luke Kelly, The Dubliners, czy The Chieftains mieli swoje pięć minut, ale teraz jest era The High Kings.


Bosko było, co tu więcej dodawać? Może tylko tyle, że Arcykrólowie nie próżnują i grudzień spędzają w trasie – polecam ich występy. Nowy rok przyniesie z kolei nową płytę. Już nie mogę się doczekać

A Brian i jego obcisłe biodrówki... total killer! Powinien mieć zakaz występowania na scenie w jeansowych ‘rurkach’.


***

Zdjęcia są kiepskie, ale wiem, że niektórzy na nie czekają, więc there you go! Wybaczcie, nic więcej nie dało się zrobić.

środa, 2 listopada 2011

Na audiencji u Arcykrólów



The Olympia Theatre, Dublin




Kiedy Połówek zaczął coraz częściej podsuwać mi propozycje udania się do teatru, pomyślałam „dlaczego nie?”. Pech chciał, że nie udało nam się pójść na żaden z proponowanych przez niego spektakli. Kiedy zatem pewnego dnia usłyszałam radiową  reklamę zbliżającego się koncertu The High Kings, wiedziałam, że to jest to, czego potrzeba mi i Połówkowi – tyle tylko, że on o tym jeszcze nie wiedział.


 


Bilety nabyliśmy trzy tygodnie przed występem, a długo oczekiwanego przeze mnie dnia stawiliśmy się w dublińskim The Olympia Theatre z zamiarem spędzenia relaksującego wieczoru. Jak się okazało niedługo później, rzeczywistość zdecydowanie przerosła moje oczekiwania. Zanim jednak dane mi było cieszyć się The High Kings, musiałam wynudzić się przez jakieś 45 minut. Okazało się bowiem, że o 19:00 dopiero otwierane są drzwi teatru, a koncert ma być godzinę później.


 


O 19:30 na scenie pojawiła się młodziutka irlandzka wokalistka Róisín O, by przez najbliższe pół godziny usypiać, tfu, znaczy się, zabawiać publiczność. O tej porze sala była jeszcze nienaturalnie pusta. Śmiem jednak twierdzić, że nieobecni niewiele stracili. Wokalistka miała ładny i dobry głos, za to repertuar dość smętny, przez co naprawdę miałam ochotę znieść ją ze sceny i pożegnać słowami „Goodbye and good luck”. Po zaprezentowaniu mniej więcej sześciu kawałków i zademonstrowaniu jak zachowuje się człowiek podpięty do 220V Róisin sama zeszła ze sceny, a za nią podążył jej zespół.


 


I wtedy, Moi Drodzy, zaczęła się jazda. Kilka minut po 20:00 na scenę wkroczyli z hukiem The High Kings. I wtedy chyba umarłam i znalazłam się w niebie. Niestety mój pobyt w tym miejscu był ściśle określony czasowo i po jakichś trzech godzinach znów musiałam wrócić na ziemię. Ale zanim do tego doszło, przeżyłam trzy wspaniałe godziny. Mogę mieć kiedyś Alzhimera i nie wiedzieć, do czego służy łyżeczka, ale tego na pewno nie zapomnę.




 




Panowie z THK rozpoczęli skocznym kawałkiem „Rocky Road to Dublin” i utrzymywali szybkie tempo przez dwie kolejne piosenki. Przed wykonaniem czwartej Finbarr skonstatował: „My tak możemy całą noc. Jednak w trosce o Wasze ręce, zmniejszymy nieco tempo”. Czwarta piosenka była zatem spokojna i nastrojowa, ale potem znów zrobiło się skocznie. Temperatura rosła w zastraszającym tempie, pot oblewał czoła królewskiego kwartetu, w ruch poszły ręczniki, a ja myślałam, że za niedługo dojdzie do samozapłonu w The Olympia Theatre. I jakoś bym się nie zdziwiła, gdyby jego źródło znajdowało się w moim rzędzie. Tak, w tamtym momencie z pewnością byłam obiektem łatwopalnym. Szczęśliwym trafem do niczego takiego nie doszło, bo czas w niebie płynie jakoś szybciej. Nadeszła około dwudziestominutowa przerwa, a wraz z nią pojawił się schłodzony napój nabyty przez Połówka.


 


Druga połowa koncertu była równie dobra co pierwsza. I tym razem Arcykrólowie zaśpiewali 10 utworów, w międzyczasie zaś dali się poznać jako sympatyczni, bezpretensjonalni muzycy. Mieli świetny kontakt z publicznością, nie brakowało dowcipnych odzywek, zabawnych sytuacji i żartów okolicznościowych o grasującym w teatrze duchu.  Przyjemnie się na nich patrzyło i jeszcze lepiej słuchało. Każdy z nich ma ciekawą barwę i dobry głos, co można było zauważyć podczas solówek. Każdy z nich jest dobry, inny, ale razem są wręcz świetni. Tworzą kapitalną mieszankę, która nawet w wykonaniach acapella jest w stanie rozruszać różnorodną wiekowo publiczność. W moim sąsiedztwie siedzieli rodzice z nastolatkiem. Chłopak świetnie się bawił, klaskał do rytmu, ochoczo bił brawo. Staruszce obok Połówka żwawo podrygiwały kończyny, wprawiając przy tym w subtelne wibracje jego fotel [ach te komfortowe i nowoczesne krzesełka w Olympii]. Na dźwięk muzyki Arcykrólów ręce i nogi zaczynały drgać i żyć własnym życiem. Początkowo z lekkim zażenowaniem obserwowałam to, co dzieje się z moimi kończynami, ale kiedy rozglądnęłam się wokół i stwierdziłam, że publika, którą obejmuję wzrokiem, kołysze się jak typowa wańka-wstańka, przestałam się krępować. Emocje musiały znaleźć swoje ujście, bo publika w Olympii była jednym wielkim ciałem falującym w tym samym rytmie. I tak, Brian miał rację: „there’s something special about the Dublin audience”.


 


Arcykrólowie zaczęli z rozmachem i tak samo skończyli. Na sam koniec przygotowali coś, co – jak stwierdził Darren – miało doprowadzić nas na skraj szaleństwa: „Whiskey In The Jar”. I choć osobiście zdecydowanie wolę ostrzejsze wykonanie Metalliki lub Thin Lizzy, było świetnie. Publiczność z żalem pożegnała The High Kings.  Były owacje na stojąco, nie obyło się bez bisu. Chwilę później okazało się, że najlepsza część dopiero przede mną. Nastąpiło coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Przy drzwiach wyjściowych i sklepiku czekali bowiem panowie z The High Kings. Otoczeni rozentuzjazmowanymi miłośnikami, zmęczeni, a mimo to ciągle życzliwi, uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni w stosunku do publiki. Każdy z nich cierpliwie rozdawał autografy, pozował do zdjęć, wymieniał uwagi z fanami. Móc uścisnąć im rękę, popatrzeć w oczy [dziewczyny, Brian ma niesamowicie magnetyczne spojrzenie, albo jakby to powiedziała posłanka Beger: „ku.rwiki w oczach”], podziękować za świetną zabawę i zrobić sobie zdjęcie z tą przesympatyczną czwórką – to była dla mnie wisienka na torcie. Mam ich autografy na zakupionym DVD, wspaniałe wspomnienia, a w głowie obraz skromnych, przesympatycznych i bezpretensjonalnych muzyków, którzy na kolejne, być może nawet setne tego wieczoru pytanie o wspólne zdjęcie, powiedzą: „sure, hop in” - wymownym gestem zapraszając do siebie – i dodadzą: „lads, one more photo, please”, by upewnić się, że każdy z nich patrzy w obiektyw. Boscy są i tacy normalni. Nie "gwiazdorzą", nie są zmanierowani.


  The High Kings: Finbarr, Brian, Darren, Martin




The High Kings tworzy przesympatyczna i uzdolniona czwórka nadająca muzyce folk nowy wymiar: Finbarr Clancy, Martin Furey, Brian Dunphy i Darren Holden. Dublin był drugim przystankiem na ich rozpoczętej w piątek trasie „Christmas Tour 2011”. Następne w kolejności jest Cavan (4 XI). Arcykrólowe wystąpią w wielu miastach Republiki, a także w UK. Gorąco polecam ich wszystkim miłośnikom muzyki irlandzkiej, bo to doskonały sposób na rozrywkę i świetne wspomnienia.


 


The Olympia Theatre opuściłam z bolącymi od klaskania rękami i ustami nadwyrężonymi od ciągłego, mimowolnego uśmiechania się. Nabawiłam się zapewne niejednej zmarszczki mimicznej, ale kto by się tym przejmował? Wszak to zmarszczki szczęścia.


___


Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Sami rozumiecie - warunki nie sprzyjały.


Tu daty kolejnych występów Arcykrólów.


A tu kilka piosenek w wykonaniu The High Kings:


 


Rocky Road To Dublin


The Little Beggarman


Fields of Glory


Whiskey In The Jar


Step It Out Mary


Will Ye Go Lassie Go