Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 listopada 2014

Zamek Athenry - duma i chluba miasta


Średniowiecze już dawno minęło, ale pozostałości po nim jest tutaj całkiem sporo. Nieco ponad dwadzieścia kilometrów na wschód od Galway znajduje się Athenry. Miasteczko nie grzeszy rozmiarami, za to ma mnóstwo średniowiecznych atrakcji do zaoferowania. Warto zjechać z autostrady, by dotrzeć do miasta, które ciągle otoczone jest murami z kilkoma wieżami obronnymi i nadal imponującą North Gate, bramą wjazdową.



Zamek Athenry ma małe rozmiary, ale mimo to ciężko byłoby go przegapić. Góruje nad okolicą i kusi. Niechlubny okres czterystuletniego rozpadu ma już zdecydowanie za sobą. Teraz jest wymuskany i imponujący. Wygląda tak jak prezentował się przed XVI-wiecznym atakiem klanu O’Donnell. Do jego obecnego wyglądu przywróciło go pod koniec XX wieku OPW, organizacja zajmująca się ochroną i konserwacją irlandzkich zabytków, dlatego też jej flaga jak najbardziej ma prawo powiewać teraz dumnie na szczycie twierdzy.




Zamek jest pamiątką po najeździe Normanów na wyspę i powstał w 1235 roku dzięki (nie)uprzejmości niejakiego Meilera de Bermingham. Ów jegomość wpadł na pomysł, by zbudować zamek nad rzeką Clareen, założyć miasto, otoczyć je murem obronnym i fosą zasilaną wodą z pobliskiej rzeki.



Ciężkie to były czasy, o czym zapewne przypominał sobie Meiler wchodząc do swojej twierdzy. Wszystko, co tutaj widzicie, powstało nie dla wygody lecz dla bezpieczeństwa – mówi nasza pani przewodnik. Zamek był zimny, ciemny, ponury i śmierdzący. Suterena, w której się znajdujemy, nie sprawia wrażenia przytulności, choć oczywiście starano się jak najwierniej ją zrekonstruować. Kilka wieków wstecz było w niej zdecydowanie bardziej nieprzyjemnie. Przede wszystkim w pierwotnej wersji – zamek powstawał w trzech fazach – na parterze, gdzie znajduje się wspomniana suterena, nie było drzwi wejściowych. Powstały one dopiero w XV wieku, kiedy to zamek przeszedł sporą modyfikację.




Wcześniej suterena pełniła m.in. funkcję magazynu. Przedmioty umieszczano w niej z poziomu pierwszego piętra, o czym przypomina dziura w suficie, teraz zabezpieczona szkłem. Drzwi być może okazały się koniecznością, jako że w XV wieku zmieniła się rola, jaką pełnił zamek. Mniej więcej w tym okresie familia de Bermingham przeniosła się do wygodniejszej rezydencji w mieście.




Na pierwsze piętro wkraczamy po drewnianych schodach. Tak to mniej więcej wyglądało na początku XIII wieku. Tylko to wejście umożliwiało przedostanie się do środka twierdzy. Portal wejściowy udekorowano ładnymi płaskorzeźbami, co jest elementem wartym odnotowania. Tego typu zdobienia są typowe dla budowli sakralnych, nie dla zamków. Być może Athenry Castle jest ich jedynym zamkowym przykładem.




Wejście wprowadziło nas bezpośrednio do pomieszczenia zwanego great hall, „królestwa” jego właściciela. Znajdziemy tu dwa okna z kolejnymi zdobieniami, nieco schowaną latrynę i w zasadzie nic więcej. Żadnych śladów po kominku, żadnych mebli. Tylko kolejne drewniane schody prowadzące na piętro wyżej.



W swojej oryginalnej postaci zamek był niski – składał się tylko z sutereny i great hallu, „sali bankietowej”. Prawdopodobnie ocieplano go za pomocą paleniska znajdującego się w centralnym punkcie tego pomieszczenia. Dym wydostawał się przez otwór w dachu. Z tego rozwiązania zrezygnowano jednak w XV wieku, kiedy dodano kolejną kondygnację i drewniany sufit. Zamek stał się jeszcze bardziej nieprzyjaznym miejscem do życia – zimnym i ponurym, jako że nowe piętro nie miało żadnych okien. Nic dziwnego, że jego właściciele postanowili poszukać przytulniejszego gniazdka. W zamku zaś, w późniejszym okresie nieużytkowania, gniazda zaczęły wić ptaki. Jednak dzięki interwencji OPW dziś Athenry Castle jest małym, ale imponującym zamkiem, dumą miasta. To skromna twierdza, ale mimo wszystko ciekawa. Warto ją odwiedzić. Koniecznie z przewodnikiem.


sobota, 11 października 2014

Podróż do wnętrza ziemi - jaskinia Dunmore

Do środka centrum turystycznego wpadłam z obłędem w oczach. Gdzie tu są jakieś toalety? [tak, kobiety też sikają!] - zdesperowanym i wręcz błagalnym głosem zapytałam mężczyznę za ladą. Nie było czasu na zbędne gadki-szmatki. Po pierwsze dlatego, że sytuacja była naprawdę awaryjna, a po drugie trafiłam na ostatnie w tym dniu oprowadzanie. Niewątpliwie był to przychylny uśmiech losu wobec mej osoby. Jadąc w aucie miałam w głowie tylko jedną myśl – zdążyć na czas. Zdążę? Nie zdążę? – zastanawiałam się w końcowych kilkudziesięciu minutach mojej podróży. Nie miałam żadnej pewności, że mi się uda. Godziny otwarcia jaskini Dunmore Cave zamieszczone w zabranych przeze mnie przewodnikach były rozbieżne.

Wszyscy już sobie poszli. Zabieram cię ze sobą – rzekł żartowniś za ladą, który dwie minuty wcześniej litościwie wskazał mi drogę do ubikacji. Nawet teraz nie mieliśmy czasu na spokojną rozmowę. Choć mężczyzna był niewątpliwie ciekawym interlokutorem, przyjechałam tu w ściśle określonym celu i właśnie zamierzałam wykorzystać szansę daną mi przez los. Leć! – rzekł już całkiem poważnie recepcjonista wskazując mi kierunek, w którym powinnam się udać. A ja zgodnie z jego radą zagęściłam ruchy.


Drogę do jaskini pokonałam w skupieniu. Do jej wejścia prowadzą dwa długie rzędy schodów przedzielone metalową barierką. Bieg po nich w dół zbocza mógłby okazać się zdradliwy, a efekt bolesny. A ja zaplanowałam sobie skromne, niezauważalne entrée – bez huku i niezdrowego zainteresowania, które z pewnością towarzyszyłyby mojemu ewentualnemu upadkowi ze szczytu ponad trzystu schodów.  

Wejście do Dunmore Cave robi wrażenie – szczególnie wtedy, kiedy ma się okazję spojrzeć na nie z lotu ptaka. Jaskinie, które do tej pory odwiedziłam, miały przeważnie niewielkie otwory wejściowe. Tu jest dziura na sześć metrów wysoka, a wewnątrz wielka ciemność i pustka. The mouth of a huge beast – paszcza wielkiej bestii – to określenie jaskini spotykane w irlandzkim folklorze. Całkiem trafne.



Choć istnienie tej groty odnotowano już dawno, dawno temu, miejscowa ludność niezbyt kwapiła się, by wejść w paszczę potwora. Przez długi czas wejście do Dunmore Cave utożsamiano z wrotami do piekła. I wcale mnie to nie dziwi. Dziś, kiedy centrum przystosowano do ruchu turystycznego, wszystko jest tu dopieszczone i zapięte na ostatni guzik. Ale wieki temu musiało być tu zupełnie inaczej: bardziej pierwotnie, prymitywnie, a przez to strasznie. I ciemno – bo oświetlenie Dunmore Cave to stosunkowo nowy wynalazek pochodzący z końca XX wieku.


Jestem w stanie wyobrazić sobie - i przede wszystkim zrozumieć - obawę dawnych ludzi przed jaskiniami. Niekoniecznie nazwałabym to nyktofobią, chyba bardziej zdrowym rozsądkiem. Wchodzisz kilkadziesiąt metrów poniżej ziemi w wielką niewiadomą. W nowy wymiar, gdzie tak naprawdę nie wiesz, co cię czeka. Zewsząd otacza cię bezgraniczna ciemność, a bez świeczki jesteś skazany na wieczne błądzenie. Twój wzrok nigdy nie zaadaptuje się do wszechobecnej ciemności. Bo jaskinia to królestwo czerni i mroku, a ty do tego świata nie należysz. To specyficzny podziemny świat rządzący się swoimi prawami. Logicznie rozumując jest to świat, w którym człowiek jest intruzem. Powietrze jest tu niezwykle czyste. Przyjemnie wciągać je w płuca, ale podziemny świat dobry jest dla robaków i kretów. Nie daj się zwieść, człowieku. Przebywanie pod wodą lub ziemią jest oczywiście możliwe, ale to tylko tymczasowy pobyt. Stworzeni zostaliśmy, by stąpać po ziemi. Tu jest nasz świat, a dawna ludzkość – jakkolwiek prymitywna i mało zaawansowana cywilizacyjnie – wydawała się wyraźnie dostrzegać tę prawdę. Dlatego pod ziemię, do wielkiej czarnej dziury, gdzie czyhała NIEPEWNOŚĆ i istniało NIE WIADOMO CO, po prostu się nie wchodziło. Nie, gdy się nie musiało.

W irlandzkim folklorze Dunmore Cave przewija się wielokrotnie, dziwnym trafem przeważnie w mrocznym kontekście. Wspominanie o tej jaskini wiąże się zazwyczaj z niewidzialną etykietą ‘trzymać się z daleka’ chociażby dlatego, że dawno temu grota uchodziła za siedzibę Władcy Mysz, gigantycznego kota Luchtigerna, który – kto wie – może nie pogardziłby także mięsem na dwóch nogach. O ile na wieść o tej legendzie można się ironicznie lub pobłażliwie uśmiechnąć, w przypadku legendy o masakrze wikińskiej na miejscowej ludności już nie bardzo można to zrobić. Bo znaleziska w jaskini jak najbardziej przemawiają za tym, że historia nie jest wyssana z palca, a faktycznie miała miejsce w X wieku.

Jak głosi legenda, w 928 roku doszło tu do tragedii. To właśnie wtedy wikingowie pod wodzą niejakiego Godfreya mieli dokonać barbarzyńskiego najazdu na miejscową ludność. Jak głoszą dawne dzieje, najeźdźcy splądrowali i zniszczyli jaskinię, zabijając przy tym tysiąc osób. Przez długi czas historia wydawała się być tylko legendą aż do lat 70. XX wieku, kiedy to archeologowie natrafili na pewne artefakty. Jednak najważniejszym znaleziskiem okazały się być szczątki 44 ludzkich szkieletów. Wtedy też  na poważnie zaczęto zastanawiać się nad autentycznością historii o masakrze. Liczba 1000 osób, dla których grota stała się mogiłą, ciągle jednak wydawała się być przesadzona. W pobliżu jaskini istniały pradawne forty, zatem jeśli faktycznie wikingowie zamordowali tyle osób, najprawdopodobniej zrobili to właśnie tam, nie zaś w jaskini.


Warto wspomnieć, że znalezione kości 44 osobników należały w dużej mierze do dzieci i kobiet – osób, które  w przypadku ataku były praktycznie bezbronne i które nie mogły odegrać znaczącej roli w przypadku defensywy. Nieszczęśnicy zdecydowali się wejść do jaskini, bo zmusił ich ostateczny czynnik – pragnienie życia. W tym przypadku strach przed śmiercią okazał się być silniejszy niż strach przed ciemnością. Jaskinia jednak nie zapewniła im bezpieczeństwa. Wikingowie najprawdopodobniej podążyli za grupką i dopięli swego – zabili uciekinierów. Jako że ich szczątki nie wykazują śladów użycia ostrych narzędzi, uważa się, że wikingowie zaczadzili uciekinierów rozpalając ogień.


Ta wersja wydaje się mieć solidne podstawy do uważania jej za prawdziwą.  Niektóre z monet znalezionych w jaskini wybito w w płn-wsch Anglii około 920 roku. Co ciekawe, wspomniany Godfrey miał przybyć do Irlandii kilka lat później z Yorku leżącego właśnie w tamtym regionie Anglii. Zwykły przypadek? Pytanie tylko, czy garstka męskich kości, które również znaleziono w jaskini to szczątki starszych mężczyzn szukających w jaskini schronienia wraz z kobietami i dziećmi, czy też może kości samych wikingów, którzy w jakiś sposób stracili życie.


Jaskinia Dunmore nie jest ani najpopularniejszą ani nawet największą irlandzką grotą. Jest za to jedną z najciekawszych tutejszych jaskiń krasowych. Paradoksalnie jest też  najtańsza. Wstęp dla dorosłych kosztuje tu zaledwie 3 euro, co jest naprawdę rzadkością w dzisiejszych realiach. Warto tu przyjechać i pokonać ponad 700 schodów [w obydwie strony] chociażby po to by zobaczyć fairies’ floor – podłogę, na której, jak głosi folklor, śpią wróżki i którą uprzednio zawsze zamiatają z wszystkich kamieni wrzuconych tu przez człowieka.


Możemy też zobaczyć tu duszka Caspera, czy też imponujące kalcytowe nacieki połyskujące w świetle niczym magiczne drobinki. Nade wszystko warto jednak przyjechać tu dla prawie sześciometrowego stalagmitu znanego jako The Market Cross i przekonać się, czy należymy do obozu tych, którzy widzą w tej kolumnie krzyż, harfę czy też może rękę trzymającą kufel Guinnessa. Ilekroć patrzę na ten imponujący stalagmit, mam ochotę - wzorem ojca Jacka Hacketta – zawołać: Drink! Drink!  Bo niech mnie kule biją, jakkolwiek intensywnie wytężałabym wzrok, nie dostrzegam tam nic poza ręką z kufelkiem piwa.

Polecam to miejsce, bo po prostu na to zasługuje. Jest unikatowe, tanie, interesujące, owiane mgiełką tajemniczości. Przyjeżdżając tu nie odkryjemy prawdy, bo ta – jak mniemam – już dawno została pogrzebana na dnie jaskini, ale grzechem byłoby nie zajrzeć do tego podziemnego świata, który przez miliony lat powstawał dla nas. Grzechem byłoby odrzucenie tego daru natury.


wtorek, 27 maja 2014

Graffiti w piwnicy i knypek na dachu, czyli wizyta w Enniscorthy Castle


Mama Forresta Gumpa zwykła mawiać: „Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co może ci się trafić.” I choć to prosta kobiecina była, wypowiadane przez nią słowa zawierały nieraz mnóstwo mądrości. O prawdziwości powyższego stwierdzenia doskonale przekonałam się w czasie naszej wycieczki do Enniscorthy, całkiem przyjemnego miasta w hrabstwie Wexford na południowym wschodzie Irlandii.



Tego dnia nie było Enniscorthy w naszych planach. Los jednak chciał, że znaleźliśmy się w tym mieście i przeuroczo spędziliśmy w nim czas. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo potrzebowałam takiej wycieczki. Jeszcze do niedawna „zamknięta” byłam w swoim małym światku niczym Roszpunka w wieży. Codzienne pokonywanie tej samej trasy do domu i pracy nie oferowało mi żadnych nowych wrażeń. Niczym nie ekscytowało, niczym nie zaskakiwało. Kwietniowy wyjazd do Enniscorthy szeroko otworzył mi oczy na świat. Na budzącą się przyrodę, na jej tchnącą optymizmem cykliczność i cudną, kojącą zieleń. A to był dopiero początek atrakcji.



Gdyby Roszpunka w wieży nie siedziała, to by się szybciej księcia doczekała. A już na pewno znalazłaby go, gdyby przyjechała do Enniscorthy. Nie pokonałam jeszcze 100 metrów po opuszczeniu auta, kiedy dobiegły mnie słowa pewnego Irlandczyka: „Kręcisz film?” Filmu nie robiłam, fotografowałam tylko front sklepu, który wpadł mi w oko. Kiedy się odwróciłam, głos zmaterializował się w starszego, zadbanego Irlandczyka. Świeżo ogolonego, w czerwonym swetrze. Nieznajomy szybko zasypał mnie gradem pytań: jesteś tu na wakacjach? Skąd pochodzisz? [Z Polski. – Ach, z Rumunii!], napiłabyś się drinka? Nie? To może chociaż kawy? Szybko okazało się, że to jego ogolone lico i elegancki look to tak naprawdę hook – haczyk na kobiety. Wkrótce bowiem padło mało dyskretne: „Masz męża?”



Już miałam poprosić swojego absztyfikanta o wykaz środków na jego koncie, kiedy kątem oka dostrzegłam zbliżającego się Połówka. Pożegnałam się zatem z nieznajomym i ruszyłam lekkim krokiem w stronę zamku. W zasadzie to pofrunęłam niesiona mile połechtanym ego. Bo nagle okazało się, że mężczyźni to faktycznie są ślepi w kwestii naszych niedoskonałości. Niepotrzebnie wyrzucamy sobie cellulit, kurze łapki wokół oczu, niedoskonałe nogi, za mały biust i setki innych kompleksów. Mężczyźni widzą tylko to, co chcą widzieć. Ja przez pół drogi w aucie smarowałam się obficie pomadkami natłuszczającymi, bo ilekroć spojrzałam w lustro, wyrzucałam sobie, że z tymi wysuszonymi ustami, niczym po tygodniowym pobycie na Saharze bez jednej kropli wody, wyglądam jak prawdziwy pasztet albo nawet salceson ozorkowy. Sama słodycz. A tymczasem… każda potwora znajdzie swojego amatora.




Przed zamkiem rzuciła mi się w oczy oryginalna kotwica z emigranckiego statku Pomona, który zatonął w kwietniu 1859 roku u wybrzeży Blackwater w hrabstwie Wexford. Statek wypłynął z Liverpoolu z ponad 400 osobami na pokładzie. Nigdy nie dotarł do Nowego Jorku. Emigranci – wśród których sporo było Irlandczyków – wsiedli na niego w nadziei na lepsze życie pod drugiej stronie oceanu. Zamiast tego stracili je. Ocalały zaledwie 23 osoby.



Jako że spóźniliśmy się na ostatnie oprowadzanie z przewodnikiem, sympatyczna pani z recepcji z uśmiechem wręczyła nam broszurkę informacyjną. Mieliśmy wolną rękę i praktycznie cały zamek dla siebie. Gdyby tylko w dzieciństwie słoń nie nadepnął mi na uszy, z radości zaśpiewałabym flagowy motyw McDonalds: I’m lovin’ it!



Zamek Enniscorthy to miła dla oka pamiątka z przeszłości, a także skuteczny wabik na turystów. Nie jest to jednak średniowieczna perełka – twierdza, która od A do Z byłaby idealna, autentyczna i dopracowana. Zamek nie jest bowiem ani budowlą, w której do minimum ograniczono współczesne elementy, ani też spójną całością. Co absolutnie nie oznacza, że jest beznadziejny.




dawne udogodnienia - filiżanka dla wąsacza


Pierwsze piętro poświęcone jest rodzinie Roche, która w latach 1903-1951 zamieszkiwała zamek. To oni byli jego ostatnimi mieszkańcami. To dzięki wspomnieniom i uprzejmości jednego z przedstawicieli tego rodu możemy dowiedzieć się, jak wyglądał zamek w XX wieku. Jak łatwo się domyślić, Roche’owie nie byli zwykłymi zjadaczami chleba, bo tych nie stać by było na życie w takiej rezydencji, opłacanie guwernantki, czy też urządzanie na dachu zamku spotkań towarzyskich przy herbatce. Fortunę przyniosło im słodownictwo.



Zamek trafił w ręce Josephine Shriver i Henry’ego J. Roche jako prezent ślubny. Hojnym darczyńcą okazał się ojciec Henry’ego. Para doczekała się sześciorga dzieci [czterech chłopców i dwóch dziewczynek], z których później spokojnie mogła być co najmniej tak dumna jak ze swoich nagradzanych królików szynszylowych - rasy, która została wyhodowana na początku XX wieku i szybko zdobyła uznanie hodowców z wielu krajów. „Szczęśliwcy!” – tak można by było ich podsumować. I nie byłoby w tym ani krzty przesady. Bo jak inaczej można nazwać kogoś, kto oszukał przeznaczenie? Kogoś, komu udało się wykiwać kostuchę i wyszarpnąć jej dobre kilkadziesiąt lat życia dla siebie? Roche’owie co kilka lat wybierali się w podróż do Ameryki, by odwiedzić swoich bliskich. Kolejna wizyta przypadła im na rok 1912 – historyczny rok zatonięcia statku, „którego sam Bóg nie byłby w stanie zatopić”. Ich bagaże dotarły do Cobh [dawnego Queenstown], skąd odpływał Titanic. Oni już nie. W ostatniej chwili zatrzymała ich ospa wietrzna jednego z synów. I tylko dzięki temu nie poszli na dno razem z ponad 1 500 innych pasażerów tego tragicznego liniowca.



Drugie piętro przynosi nowe niespodzianki. Rodzina Roche chwilowo odchodzi w zapomnienie, bo na pierwszy plan wysuwa się powstanie wielkanocne z 1916 roku. To namiastka tego, co było tu niecałe dziesięć lat temu. Kiedy w drugiej połowie XX wieku z zamku wyprowadziła się córka Roche’ów, kilka lat później przeobrażono go w muzeum o dość bogatych zasobach. Pokój poświęcony powstaniu z pewnością zainteresuje wszystkich miłośników historii, mnie jednak bardziej przypadł do gustu ten poświęcony Eileen Gray, irlandzkiej projektantce wnętrz i architektowi.



Eileen urodziła się w 1878 roku pod Enniscorthy, ale znaczną część swojego życia spędziła we Francji. Wraz z kolegą po fachu, Jeanem Badovici, zaprojektowali dom, który enigmatycznie nazwali E.1027. E jak Eileen, 10 dla J – dziesiątej litery alfabetu, 2 dla B jak Badovici i 7 dla G. Część jej najbardziej sławnych mebli została zaprojektowana właśnie z przeznaczeniem dla tego domu. W zamku znajdują się niektóre repliki. I naprawdę nie trzeba być specjalistą w temacie, by dostrzec, że Eileen była kobietą, którą wyprzedzała swoją epokę. Jej meble nie trącą myszką, zaskakują zaś nowoczesną formą, futurystycznym designem. Z powodzeniem znalazłyby swoich zwolenników prawie 100 lat później.



Informacja, na którą natrafiam po wyjściu z drugiego piętra w czasie pięcia się po schodach, jest prosta: na dach zamku można dostać się tylko z przewodnikiem. Kiedy już prawie mam zawrócić, dostrzegam Połówka swobodnie przechadzającego się po dachu. Już rozumiem, dlaczego staruszek pytał, czy kręcę film. W zamku w istocie można natrafić na skromną ekipę filmową. O dziwo, nasza obecność nie wywołuje żadnego sprzeciwu. Zamiast gróźb padają prośby o to, by uważać na siebie w czasie wchodzenia na wąską wieżyczkę, z której powiewa flaga.




W to miejsce z pewnością nie zapuści się najstarszy członek ekipy filmowy, który chwilę wcześniej wyznał Połówkowi, że ma tragiczny lęk wysokości. Widok, który rozciąga się z zamkowego dachu, zdecydowanie go nie interesuje. Mężczyzna wcisnął się w wyżłobienie w krenelażu i z powodzeniem nieświadomie udaje figurkę świętego. Ze swoją cierpiętniczą miną i modlitwą na ustach mógłby uchodzić za męczennika. Jego religijna postawa udziela się także i mnie – widząc go, dziękuję Bogu, że mój lęk wysokości nie ma tak ostrej postaci. Nie stanęłabym na szczycie wieżowca bez żadnych barierek, ale spoglądnięcie w dół zza zamkowych blanków nie jest w moich oczach heroicznym wyczynem.



Wisienką na torcie okazała się końcowa wizyta w zamkowym lochu, do którego prowadzi wąskie wejście i szereg kilku schodów. Jasne ściany tego pomieszczenia nie wyglądają nawet w połowie tak strasznie, jak musiało tu być w przeszłości. Loch jest nad wyraz skromny, ale ciekawy – to tu znajduje się średniowieczne, zagadkowe graffiti, którego odkrycie dostarczyło więcej pytań niż odpowiedzi. Prawdopodobnie przedstawia ono szesnastowiecznego halabardnika, który mógł tu przebywać zanim Roche’owi przemienili loch na „kotłownię”, w której znajdował się piec i potrzebny do opału węgiel.



Tak, jak już wcześniej wspomniałam: wiele można powiedzieć o zamku w Enniscorthy. Piękny z zewnątrz, niezbyt „przekonujący” i autentyczny wewnątrz ze swoimi metalowymi i szklanymi elementami, z windą, ale mimo wszystko interesujący i wart odwiedzenia. Wizyta w tym miejscu dostarczyła nam sporo pozytywnej energii – nie tylko ze względu na ciuchowe przebieranki i inne wygłupy z mieczami w rękach i hełmami na głowie, ale przede wszystkim z uwagi na życzliwych i serdecznych ludzi: począwszy od wspomnianego podstarzałego amanta, przez recepcjonistkę i ekipę filmową.


czwartek, 8 maja 2014

Dalkey Castle - nietypowe zwiedzanie całkiem typowego zamku


Zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Dublina, w jego południowych przedmieściach, znajduje się miasteczko Dalkey. W średniowieczu miasto pełniło bardzo ważną rolę portu. To tu przybywali podróżni, tu masowo przybijały statki z pokładami wypełnionymi przeróżnymi dobrami. To m.in. przez ten port w połowie XIV wieku do Irlandii przedostała się dżuma. Zanim ładunki wyprawiono w dalszą trasę do Dublina, trzeba było je gdzieś przechować. Tower-houses, ufortyfikowane wieże mieszkalne, którymi usiana jest Irlandia, okazały się być idealnym rozwiązaniem. W Dalkey wzniesiono wtedy aż siedem takich wież. Nie wszystkie przetrwały do naszych czasów, ale te ocalałe są wystarczająco cenną średniowieczną pamiątką.



Bulloch Castle niewątpliwie zdobi port, w wodach którego pływają urocze foki, a dwa inne zamki: Archbold Castle i Goat Castle stoją przy głównej ulicy Dalkey, prawie że na wprost siebie. Ten pierwszy niezwykle ciężko zastać otwartym, bo udostępnia się go zwiedzającym tylko w wyjątkowych sytuacjach. Doskonałą rekompensatą jest za to Goat Castle, który w połączeniu z przylegającymi do niego ruinami St Begnet’s Church, wchodzi w skład Dalkey Castle & Heritage Centre.



Zamek Dalkey nie oferuje turystom standardowej wizyty, ale coś więcej. Coś, co jest zdecydowanie atrakcyjniejsze dla ludzkiego oka niż nudne ekspozycje i tablice informacyjne. Poprzez swoją inicjatywę – The Living History Tour – zamek stwarza zwiedzającym wyjątkową okazję, by porzucić na chwilę nasz świat i przenieść się kilka wieków wstecz. Profesjonalna grupka teatralna w postaci przewodników odzianych w starodawne kostiumy doskonale przybliża nam średniowieczne realia. I robi to w niesamowicie barwny, wymowny i ciekawy sposób.



Po interesującym filmiku informacyjnym wychodzimy na zewnątrz wprost na grunt starego cmentarzyska przylegającego do ruin St Begnet Church. Niewiele pozostało po tym X-wiecznym kościółku poświęconym patronce Dalkey. Lord zamku zgrabnie wprowadza nas w historię tego miejsca i pokazuje co ciekawsze nagrobki, by w końcu stanąć przed „magiczną” ścianą. Zachęca do podejścia, położenia dłoni na ścianie i pomyślenia sobie życzenia. Ponoć ma się spełnić. Chwilę później wskazuje nam taukę, krzyż rzadko spotykany na tych ziemiach. W międzyczasie zaś wypytuje, jak się dostaliśmy do jego kraju i zamku. Cały czas kurczowo trzyma się swojej roli. Akceptuje odpowiedź o łodzi, ale kiedy mówię mu o samolocie, absurdalnym dla niego środku transportu, a błogosławieństwie ery nowożytnej, robi minę mówiącą „odstaw te halucynogenne grzybki”, po czym dobrotliwie radzi, bym przestała tyle pić.




Lord zamku prowadzi nas do środka twierdzy, bo wizyta na cmentarzu dobiegła końca. Jego rola również się kończy. Jeszcze tylko krzyczy: Rupert, prowadzę gości, nie atakuj!, by z morderczej dziury strategicznie ulokowanej nad wejściem do wieży, nie posypały się na nasze głowy żadne kamienie. Gdybyśmy byli wrogami, zapewne właśnie wrzeszczelibyśmy z bólu, bo Rupertowi, proszę państwa, nawet by nie drgnęła ręka przed wylaniem nam na głowy galonów wrzącej cieczy.



Lord oddaje nas w ręce swojej uroczej i gadatliwej żony, a sam żegna się i znika. Wzywają go pewne sprawy. Lady okazuje się być równie gościnna jak jej mąż. Już po krótkich uprzejmościach pyta: would you like to eat some hedgehog pie? Nawet gdybym przed wizytą w zamku nie wypiła kawy i nie zjadła kawałka ciasta, nie skorzystałabym z propozycji zjedzenia potrawki z jeża. Zdziwieni? Zniesmaczeni? To dopiero początek. Bo Barnaby, nadworny kucharz, chwilę później wyjątkowo plastycznie kreuje przed nami wizję średniowiecznych przysmaków kulinarnych, a swoje opowiadania wzbogaca o sugestywne prezentacje.



Lady jeszcze przez pewien czas opowiada nam o różnych ciekawostkach. Zagłębia nas w tajniki średniowiecznej medycyny i nie waha się posłużyć naszymi skromnymi osobami, by dodać demonstracjom autentyczności i atrakcyjności. I choć oddając się w jej ręce nie wiem, czego na prawdę mam się spodziewać, i czy zaraz moja głowa nie poturla się po podłodze, podoba mi się ta nutka tajemniczości, ta niesamowita forma interakcji między dwoma stronami: przewodnikiem a zwiedzającymi. W Dalkey Castle każda wizyta jest inna i w znacznej mierze zależy od tej drugiej strony - od nas samych. Jakby mało było tego, że między aktorami jest rotacja i nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, to przewodnicy dodatkowo dopasowują się do zwiedzających.




Kiedy Barnaby kończy już swój wymowny pokaz wzbogacony o efekty dźwiękowe i różne – niekoniecznie estetyczne – gesty, prowadzi nas wąską klatką schodową na sam szczyt wieży. I dopiero tu na nowo odzywa się rzeczywistość. Średniowieczne realia zostają samoistnie zepchnięte w kąt: u stóp wieży przejeżdżają kolejne samochody, ludzie nie mają na sobie starodawnych strojów, a budynki są jak najbardziej nowoczesne. Tylko Morze Irlandzkie jest takie samo jak w średniowieczu.



Współczesny to widok, ale mimo to trudno odmówić mu uroku w ten pogodny i słoneczny dzień. Łopocąca na wietrze flaga z wizerunkiem kóz przypomina o genezie nazwy – Goat Castle - jaką nadano zamkowi w średniowieczu. A wszystko to za sprawą dawnych mieszkańców twierdzy. Wbrew pozorom nie były to kozy lecz rodzina Cheevers. W pięknym i melodyjnym języku francuskim koza zwie się un chevre. I ta oto wspomniana koza widniała w herbie rodowym rodziny Cheevers.




W jednym z moich przewodników w paragrafie poświęconym zamkowi Dalkey umieszczono następującą informację: w ostatnim czasie ceny wstępu znacznie tutaj wzrosły i ciężko jest powiedzieć, że ten mały zamek wart jest tych 6 euro. Jest tylko jeden sposób, w jaki mogę ustosunkować się do tej wypowiedzi: bullshit! Jedna wielka bzdura. Sześć euro w istocie nie jest najmniejszą kwotą [ale nie jest to też żaden majątek!] za bilet wstępu, ale zdecydowanie odpowiednią do jakości zwiedzania. Wierzcie mi, że płaciłam więcej za dużo mniej ciekawe atrakcje turystyczne. Tu bawiłam się naprawdę wyśmienicie. Absolutnie nie żałuję wydanych pieniędzy – tym bardziej, że dostałam 15% zniżkę – a dla mnie najlepszym „produktem ubocznym” tej wizyty był nieschodzący mi z twarzy uśmiech.




Super było wysłuchać ciekawych historyjek Lorda, tych nieco obleśnych Barnaby i tych zadziwiających, padających z ust Lady. A jeśli rola królika doświadczalnego, otoczonego narzędziami wzbudzającymi co najmniej ciarki, nagromadziła w nas niepotrzebny stres, to doskonałą okazją do jego pozbycia się jest krzyk. Głośny, mający swoje źródło na dachu zamku. Co prawda krzyczymy „Hail to the king!”, ale zawsze to lepsze niż nic.



Dalkey jest naprawdę uroczym miastem. Może już nie jest tak ważnym portem jak kiedyś, ale ciągle zachowało swój niesamowity urok. I ciągle jest niezwykle pożądanym terenem mieszkalnym dla wielu irlandzkich sław. Jeśli moja rekomendacja nie jest dla was wystarczająca, to może ta od Bono, Meave Binchy, czy Van Morrisona to zmieni. Dalkey było/jest bowiem domem dla wielu znanych osobistości irlandzkiego świata i wiecie co? Wcale, ale to wcale mnie to nie dziwi.