Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop w Polsce. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2011

Powrót do przeszłości

"Jak po urlopie?"- pytacie. Dobrze. Tak naprawdę to nie wiem, co powinnam powiedzieć, bo uczucia mam mocno mieszane. Owszem, super było wysiąść z samolotu i zobaczyć na lotnisku oczekujące na mnie bliskie osoby. Oczywiście nie obyło się bez łez wzruszenia, bo choć nie planowałam tak rozczulających scen, emocje mają to do siebie, że ciężko je ujarzmić. Można założyć maskę "jestem twarda i nic mnie nie wzrusza", ale nie można zmienić swego miękkiego serca.


Fajnie było zobaczyć tych wszystkich, za którymi tęskniłam, i których przez długi czas widziałam jedynie na przysyłanych zdjęciach. Te kilka dni mojego pobytu w Polsce to był mój czas. Moja namiastka tego, co miałam kiedyś praktycznie na co dzień. I moim zadaniem było zrobić w tym czasie wszystko, co w mojej mocy, by dobrze wykorzystać ten krótki okres pobytu w Polsce. Musiałam spróbować nadrobić stracony czas, a zarazem na zapas nacieszyć się bliskimi. Bo jak znam życie, nieprędko znów się z nimi zobaczę.


Fajnie było na chwilę cofnąć się ileś tam lat wstecz. Weszłam do mojego pokoju, urządzonego głównie przeze mnie, kiedy byłam nastolatką i zamarłam. Wszystko, ale to wszystko wyglądało tam tak jak dawniej. Moja mama zachowała ten pokój w nietkniętym stanie. Prezentuje się tak jak kilka lat temu, kiedy spakowałam się i wyszłam z niego, by wyruszyć w moją irlandzką podróż. Na półkach książki, które czytałam jako nastolatka. Lekko przykurzone, z pożółkłymi kartkami, ale wciąż te same. Te same pamiątki z moich wczesnych wycieczek, te same upominki od znajomych. W szafkach moje ciuchy i podręczniki. Z sentymentem, ale jednocześnie ze swego rodzaju ulgą, przesuwałam palcem po dobrze mi znanych grzbietach książek. Tu zbiór zadań do chemii, tu antologia do polskiego, tam słownik rosyjskiego, a tam dalej jeszcze moja "Disce Latine". W tym fotelu siedziałam nieraz do późna w nocy, popijając kawę z kubka i zagłębiając się w tajemnice łacińskich deklinacji. Nominativusy, Genetivusy, Dativusy... Były zmorą niejednego ucznia i studenta, ale przyjemnie wspominam te szkolne czasy i moich nauczycieli.


Fajnie było siedzieć przy stole w starym, niezmienionym gronie, śmiać się w głos i stwarzać pozory, że jest tak jak dawniej. Ale wcale tak nie było. Każde z nas było jakby kimś innym. Czy po połowie dekady spędzonej głównie z daleka od siebie, można mówić, że jest się tym samym człowiekiem, którym się było? Każde z nas miało teraz swoje nowe życie, problemy i radości. I każde z nas - po tym nietypowym czasie spędzonym w swoim towarzystwie - miało za niedługo wrócić do swojego świata. Oni do polskiego, a ja do irlandzkiego.


Fajne było to, że po tak długim czasie rozłąki mieliśmy ze sobą o czym rozmawiać. Fajne było też to, że los okazał się dla nas łaskawy, bo przy naszym biesiadnym stole nie zabrakło nikogo ze starego grona. I to chyba wszystko, co było fajne w Polsce na moim tak zwanym "urlopie". O tych mniej fajnych rzeczach będzie wkrótce. Bo po prostu ciężko zostawić to wszystko tak bez komentarza...