Otworzyłam mój terminarz na drugim dniu czerwca i zanim zaczęłam zapisywać odpowiednią stronę, utkwiłam na chwilę wzrok w haśle, którym opatrzony był ten dzień: "vision without execution is hallucination" – "wizja bez realizacji to halucynacja".
Nie wiem, czy siostry May i Mildred z Wyspy Man zapoznane były z powyższymi słowami przypisywanymi Thomasowi Edisonowi, ale nie to jest najważniejsze w tej historii. Najważniejsza jest świadomość, że wspaniałe inicjatywy rodzą się w głowach zwyczajnych ludzi i biorą się z dobroci serca – wielkie rzeczy powstają małymi krokami.
I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw pojawiła się szlachetna wizja – siostry kochały zwierzęta i miały duże pokłady empatii. Przejęły się losem koni pociągowych, które ciągnęły tramwaje w Douglas. Przejażdżki takim tramwajem były dużą atrakcją dla turystów odwiedzających stolicę Wyspy Man, więc w szczycie popularności korzystano nawet z 45 koni.
Dopóki zwierzęta pracowały na swoje utrzymanie, były drogocenne. Jednak w przypadku niefortunnych kontuzji albo zbyt zaawansowanego wieku stawały się kulą u nogi. Chętnie się ich pozbywano i eksportowano z wyspy – co z oczu, to z serca!
May i Mildred mierził ten proceder. Chciały, by wysłużone konie miały godny plan emerytalny. Nie czekały, aż ktoś inny im to zapewni. Same zapragnęły im go stworzyć.
Fortuna sprzyja odważnym i w tym przypadku też tak było. Dowiedziały się o kowalu, który przeszedł już na emeryturę i miał niepotrzebną infrastrukturę, która teraz "leżała odłogiem". Boksy i padoki – obiekty, które byłyby dla nich na wagę złota. Szczęśliwym trafem kowal miał też niezbyt wygórowane wymagania finansowe i ugodową naturę – zgodził się je im wynająć. Hurra, pierwszy przełom!
Każdy startujący przedsiębiorca wie, że pomysł i biznesplan to dopiero połowa sukcesu. Druga jest nawet trudniejsza, a jest nią pozyskanie inwestorów. Tu trzeba często niemal stanąć na rzęsach, żeby poruszyć kieszenie kapitałodawców, albo chociaż poruszyć ich serca.
Czasy były ciężkie, ale kobiety się nie poddawały. Wspierane przez swoje przyjaciółki zorganizowały świąteczny jarmark, żeby zdobyć fundusze, a Mildred wcieliła się nawet w niewdzięczną rolę domokrążcy. Chodziła, pukała, raz po raz przedstawiała swoją wizję. Nie miała zbyt dużych oczekiwań. Prosiła choćby o symbolicznego "grosika" (ćwierćpensówkę).
Wysiłki kobiet nie poszły na marne. Zaczęły spływać te pożądane ćwierćpensówki, półpensówki, a nawet całe pensy. A jak mówi znane porzekadło: "grosz do grosza, a będzie kokosza". W tym wypadku zamiast kokoszy był kuc – Trixie.
To on był pierwszym wykupionym i ocalałym zwierzęciem. Niedługo później dołączyły do niego Bess i Sheila. A jeszcze później Prince – koń, który o mało co nie podzielił losu góralskich koni padających w drodze do Morskiego Oka. Jego właściciel, chytry obnośny sprzedawca towarów, niemal zajechał go na śmierć, ale w porę pojawił się anioł w postaci Mildred – kobieta kupiła go za wygórowaną cenę, mimo że obiektywnie nie był jej wart, i zabrała pod swoje skrzydła.
Największy przełom nastąpił, kiedy kobiety otrzymały niespodziewany spadek. Okazało się, że kampania zbierania funduszy nie poszła na marne, bo podczas jednej z domowych wizyt ziarno padło na podatny grunt.
Po drugiej stronie drzwi Mildred natrafiła na kobietę, która była wyjątkowo zainteresowana tematem ratowania koni. I to ona zapisała im w spadku sześć tysięcy funtów. Kwotę, która była zawrotna w tamtych czasach. Kwotę, która mogła zmienić życie nie jednego konia, a wielu.
Niedaleko od Douglas była zaniedbana farma na sprzedaż. To właśnie ona posłużyła kobietom do utworzenia tego, co dziś widzimy i co powstało przy ogromnym nakładzie pracy.
Powinnam była dodać, że rzecz działa się w latach 50. XX wieku. Kobiety nie były wówczas tak wyzwolone jak teraz. Ich działania wzbudzały zatem ciekawość, ale Mildred nigdy nie zatrzaskiwała drzwi przed nosem ciekawskich, którzy się tutaj pojawiali. Pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Była na wskroś transparentna. Jak na pasjonatkę przystało, chętnie opowiadała o swojej misji tym, którzy chcieli słuchać. Z czasem zaczęto nawet serwować gościom herbatkę i sconesy za niewielką opłatą, co jeszcze bardziej zachęciło ludzi do odwiedzania rezerwatu.
Dziś na powierzchni 92 akrów, co – jak podpowiada usłużny Google – odpowiada mniej więcej pięćdziesięciu dwóm pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, w niezwykle uroczych okolicznościach przyrody, wypasają się zwierzęta, które od najmłodszych lat darzę ogromną miłością.
Ale nie tylko one, bo natrafimy tu też na osiołki, kury, koguty, a nawet kozy. A najlepsze jest to, że można je karmić (swoimi smakołykami, albo zakupionymi na miejscu), tulić, głaskać, całować w mięciutkie chrapy i... wąchać. Uwielbiam zapach koni! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w poprzednim życiu byłam kowbojką na Dzikim Zachodzie ;-)
Ponad 70 lat później Home of Rest for Old Horses nadal istnieje jako organizacja charytatywna i kontynuuje szlachetną misję, która zrodziła się w głowie zwykłych-niezwykłych kobiet. Kobiet, które oprócz dużych pokładów empatii miały nade wszystko wizję, pasję i wytrwałość, by ich marzenie nie pozostało jedynie halucynacją.


Uwielbiam historie o takich kobietach i uwielbiam takie kobiety! Całe szczęście, że ktoś się zlitował nad losem biednych zwierząt.
OdpowiedzUsuńNie chcę nawet czytać o jakie tramwaje chodzi, tak samo jak nie zgadzam się z procederem z pod Morskiego Oka.
Razem byśmy pachniały najlepiej. Możemy dorzucić jeszcze do tego owcę? Nie wiem czy pamiętasz moją urodzinową wizytę w bodaj sześciu stajniach. Jaka ja byłam szczęśliwa!
Takie miejsca podziwiam, dopinguję i jak tylko się da wspieram.
Ja również uwielbiam takich nietuzinkowych, inspirujących ludzi, bez względu na to czy to kobiety czy mężczyźni :) To właśnie dzięki nim świat jest lepszy! Nawet nie chcę myśleć, co by się stało z tymi wszystkimi końmi, gdyby nie one. Przecież przez te 70 lat działania schroniska musiały uratować zawrotną liczbę zwierząt! Mam nadzieję, że Home of Rest będzie jak najdłużej działał.
UsuńTe tramwaje do dziś działają, ale ufam (być może naiwnie), że konie nie są w nich przesadnie eksploatowane.
Haha, owca jak najbardziej by się przydała, choćby do "koszenia" trawnika! Tym bardziej teraz, kiedy mam zepsutą kosiarkę, a trawa w pełni rozkwitu ;) Ja jako dziecko z własnej woli przesiadywałam w stajni u wujka, kiedy jechaliśmy go odwiedzić, bo w stajni był piękny koń Kasztan :D
No dobrze, niech będzie. Cenię nietuzinkowych, wyprzedzających epokę ludzi. Tych, którzy mają swojego rodzaju szalony umysł geniusza i porywają się na coś, na co nikt inny by się nie porwał.
UsuńI ja również mam nadzieję, że takie miejsca będą istnieć jak najdłużej.
Moja ręka nie nadążyła za mózgiem. Chciałam powiedzieć, że pachniałybyśmy najlepiej: biblioteką, końmi i owcą.
I co teraz z kosiarką?
Znam Cię już na tyle, że dobrze wiedziałam, iż chodzi Ci zarówno o kobiety jak i mężczyzn, ale odniosłaś się jedynie do tych pierwszych, bo to właśnie one były bohaterkami dzisiejszego wpisu :)
UsuńNie lubię bylejakości, a ludzie z pasją (w sumie to z jakąkolwiek pozytywną) są dla mnie interesującymi "obiektami" :)
Wyrzucałam dzisiaj ulotkę wrzuconą przez drzwi, otworzyłam ją jeszcze, żeby upewnić się, że na pewno nie będzie mi do niczego potrzebna, a wtedy ulotnił się taki powabny aromat książki i druku, że przez moment autentycznie rozważałam pozostawienie jej tylko dla tego zapachu :D
Za to rozczarowałam się nieco zamówioną męską wodą toaletową (bo nie do końca spodobał mi się jej zapach na moim nadgarstku) i zastanawiałam się, czy można ją zwrócić do drogerii ;)
Miałam kiedyś pod opieką super owcę – była jak pies. Razem leżałyśmy na kocu na trawie. Ona na plecach na moich nogach! Buu, już jej nie ma :(
Trzeba będzie kupić. Albo kosiarkę, albo owcę ;) Bo to była jakaś jednorazówka tandetna i nigdzie w sieci nie ma brakującego elementu, który się ułamał (w wersji Połówka: "którą Żelazna Łapka wyłamała")
Uff. Jak dobrze, że mnie znasz.
UsuńI znowu! Ja też bardzo nie lubię byle jakości.
:D Czy to nie zboczenie? Ja wącham zawsze nowe książki. A jak pachniała owa męska woda toaletowa? Mi się podoba niezbyt wiele męskich zapachów, z resztą w damskich też jestem wybredna ;-)
Kiedyś chyba wspominałaś o tej owcy, bo pamiętam tą historię. Jak długo żyją owce? Totalnie się na nich nie znam!
To może lepiej owcę. Miły widok o poranku, dużo tulanka, a trawa tak czy owak zniknie ;) Jedynie będzie więcej jeść niż kosiarka ;)
fajne są takie miejsca o ile są zadbane i faktycznie prowadzone z sercem choć akurat ja do koni jakiegoś specjalnego pociągu nie mam.
OdpowiedzUsuńAle ja mam, więc nie było opcji, żebym się tam nie pojawiła :) A miejsce moim zdaniem BARDZO zadbane. Jakie Ty w ogóle zwierzęta lubisz oprócz królików??? Są w ogóle jakieś? ;) U mnie konie są zdecydowanie na pierwszym miejscu. Później koty. Albo konie i koty ex aequo :)
UsuńPsy, koty jakieś gryzonie. Konie mi nie przeszkadzają ale nie wzbudzają szczególnego zainteresowania 🤷🏼♀️
UsuńJeszcze by tego brakowało, żeby Ci przeszkadzały ;))
UsuńSzalenie mnie wzruszyła ta opowieść, każde stworzenie winno mieć godną emeryturę i człowiek i zwierzę. Te miały szczęście, że trafiły się kobiety o wielkim sercu i dużej odwadze i wytrwałości.
OdpowiedzUsuńAle wspaniały komentarz! Cieszę się, że ten wpis wywołał w Tobie tak pozytywną rekację :) Wychodzę z identycznego założenia – zwierzę powinno mieć dach nad głową i pełną miskę, a kiedy nie mają tych podstawowych rzeczy, to autentycznie boli mnie serce.
UsuńPiękna historia, a najbardziej podziwiam determinację i dążenie do celu pomimo przeciwności :) kobiety górą :) pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za wizytę i komentarz :) Tak, ta determinacja to klucz do sukcesu!
UsuńBardzo fajne miejsce, widać, ze zwierzęta zadbane i zadowolone
OdpowiedzUsuńZwiedziliśmy wiele wspaniałych atrakcji na Wyspie Man, ale wizytę w tym miejscu (jak również w kocim schronisku) wspominam z wyjątkowym rozrzewnieniem.
UsuńKocham i podziwiam konie, od zawsze marzylam o pieknym wielkim obrazie przedstawiajacym konie w galopie. Widzialam taki na Kaszubach, w pieknej ludowej restauracji, niestety nie byl na sprzedaz. Obraz byl po prostu genialny. Kocham konie i sie ich nie boje, ale mam przed nimi respekt. Jednego roku przez kilka miesiecy ogladalismy ciurkiem piekny kanadyjski serial na Netflixie " Heartland", jak nie widzialas to polecam. Jest to taka saga rodzinna z wielkiego rancha, z konmi w roli glownej. Jak moj chlop sie tym nie znudzil nie wiem, ale ogladal i ogladal...Co do tej inicjatywy , to te kobiety sa prawdziwymi boahterkami swoich czasow. Dzis byloby im zapewne latwiej, puscic taka akcje na social media i grosiki sie posypia, ale wtedy? To bylo wymarzone , wychodzone i powstalo z serca. Ciesze sie, ze to miejsce istnieje. Mam w Polsce kolezanke, ktora prowadzi "hotel" dla koni, zajecia, treningi , warsztaty o koniach i z konmi. tylko szkoda, bo mnie tam nie ma od 20 lat i wiele mnie omija. Usciski Kitty
OdpowiedzUsuńBardzo cieszy mnie fakt, że podzielasz moją miłość do tych wspaniałych i pięknych zwierząt – mam wrażenie, że wcale nie jest tak łatwo natrafić na koniarzy. Na moje szczęście mam tutaj pewną uroczą i młodą osóbkę, która też kocha konie, co wyjątkowo raduje moje serce :)
UsuńDziękuję bardzo za polecenie "Heartlandu", sprawdzę, czy jest u nas dostępny, bo od dawna mam ochotę na dobry serial, a nie bardzo wiem, za co się zabrać. Taki znak naszych czasów – róg obfitości. Pełno platform strimingujących, kanałów telewizyjnych i... nie wiadomo, co oglądać! Człowiek traci czas skacząc po kanałach, albo szukając na Netfliksie "tego czegoś", a ostatecznie i tak na nic się nie decyduje ;)
Chłop chyba kocha, skoro dzielnie oglądał i nie narzekał :)
Otóż to. Dziś mogłyby założyć GoFundMe i pewnie szybko nazbierałyby potrzebne środki, ale wtedy trzeba było solidnie się namęczyć, żeby wdrożyć to marzenie w życie.
Bardzo fajna koleżanka! Szkoda, że nie możesz częściej do niej zaglądać i napawać się końmi :(
Niesamowita historia, bardzo budująca, a konie wyglądają na szczęśliwe.
OdpowiedzUsuńWarto spełniać marzenia!
Chyba są – myślę, że nie mogły lepiej trafić. Był tam jeden smutasek, którego wyprzytulałam i wycałowałam, ale jego "brak humoru" wynikał raczej ze starego wieku. Widać było po nim te lata. To ten uroczy kasztanek z drugiego i siódmego zdjęcia.
UsuńCudowna historia, bijąca niesamowitym ciepłem! Bardzo mi się podoba jak połączyłaś ten mocny cytat o realizowaniu wizji z tak czułą i pełną empatii historią:-) Pięknie ją opisałaś i wlałaś w nią mnóstwo miłości do tych cudownych zwierząt, którą w pełni podzielam. To straszne, jak szybko człowiek zapomina o wdzięczności i powinności wobec zwierząt, które ciężko dla niego pracowały... A te niezwykłe kobiety udowodniły, że upór i wielkie serce potrafią zmienić świat zwierząt na lepsze, a każda wielka zmiana zaczyna się od zakasania rękawów. Cudownie, że to miejsce wciąż istnieje i daje schronienie zwierzakom:-)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za ten przesympatyczny komentarz, kochana :)
UsuńA tak jakoś wyszło, sama się zdziwiłam, że udało mi się opisać tę historię po tak długim czasie od mojej wizyty. Chyba cytat mnie natchnął ;)
Nigdy nie byłam osobą, która uważała, że "to tylko zwierzę", zawsze miałam wobec nich sporo sympatii i szacunku. Śmiem twierdzić, że niektóre zwierzaki są mądrzejsze od niektórych ludzi :D Taką oto kontrowersyjną opinią kończę i pozdrawiam Cię serdecznie :)
Nie ma za co:-)))
UsuńJaka kontrowersyjna opinia? Kochana, ja w tym temacie jestem zdecydowanie bardziej radykalna i wolę nie mówić głośno, co myślę o niektórych ludziach w porównaniu do zwierząt. Zwierzaki są po prostu cudowne! Dla mnie żadne zwierzę nie jest 'tylko zwierzęciem'. To jest Ktoś przez duże 'K', pełnoprawny członek rodziny i czysta miłość. Zwierzęta pod wieloma względami miażdżą ludzi swoją empatią, mądrością i czystością. Nie napiszę, że są o wiele bardziej ludzkie niż sami ludzie, bo to żaden komplement;-) Św. Franciszek wiedział, co robi, nazywając je naszymi braćmi mniejszymi i ja się pod tym podpisuję obiema rękami:-) Buziak!
Dobry cytat, zapisuję sobie.
OdpowiedzUsuńHistoria na dobrą książkę czy film nawet. Wzruszająca, pełna emocji, aż chce się tam spędzić dzień, na prawdę. Wiesz jak kocham konie.
Częstuj się i nie krępuj – zrób z niego dobry użytek ;)
UsuńWiem :) Myślę, że czułabyś się tam jak w niebie :)
Lubiłam kiedyś czytać amerykańskie memorabilia o bohaterach dawnych czasów, szczególnie z pierwszej czy drugiej wojny światowej, którzy po powrocie z tych historycznych wydarzeń stworzyli w swoich małych społecznościach niesamowite rzeczy.
OdpowiedzUsuńTakie są też wspomniane przez ciebie kobiety. Może pielęgniarki tamtych dawnych krwawych czasów? Z wyspy Man na pewno też wysyłali na front. Konie w czasie I Wojny światowej miały bardzo ciężki los.
Ja ogólnie bardzo lubię czytać historie na faktach – opowieści o oryginalnych, odważnych ludziach, którzy niejednokrotnie zaskakiwali siłą ducha, determinacją, hartem i nietuzinkowością. Jakoś tak pokrzepiają mnie na duchu i sprawiają przyjemność.
UsuńTo prawda, również po niej. Dlatego cieszę się, że jest takie wspaniałe miejsce jak Home of Rest for Old Horses :)
Dobrego weekendu, Alicjo, bo przecież już za chwilę piątek :)
Jakie to szczescie ze znalazly sie wtedy takie kobiety, ktore pomyslaly o tych niechcianych juz koniach i stworzyly to miejsce dla koni. Jak tam pieknie i konie piekne, sama moglabym tam byc. Cieszy mnie ze sa jeszcze tacy ludzkie na swiecie, cieszy i wzrusza.
OdpowiedzUsuńTo prawda! Ogromne szczęście. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało z tymi wszystkimi zwierzętami po zakończeniu ich kariery jako konie pociągowe... Tu mają wolny wybieg, dobrą opiekę, towarzystwo, są zadbane i rozpieszczane. Każdemu zwierzakowi życzę takiego domu spokojnej starości.
UsuńCieszę się, że zwróciłaś uwagę na konie – również uważam, że są piękne, no ale ja nie jestem obiektywna, bo od zawsze uwielbiam te zwierzęta.
Serdeczności zasyłam, Tereso :)
Jakież cudne i mądre zwierzęta! Nie miałabym serce podchodzić do nich czysto zyskowo i pozbywać się gdy zachorują lub zestarzeją...
OdpowiedzUsuńLudzie są niestety okrutni, ale na szczęście istnieją też tacy, jak te wspomniane kobiety.
UsuńTaito, podzieliłaś się z nami wspaniałą opowieścią o kobietach o przepięknych sercach! Jak wielka musiała być ich miłość do zwierząt, a tym samym determinacja, by w czasach "bez mediów społecznościowych" chodzić od domu do domu prosząc o wsparcie. Dzięki temu ich marzenie mogło się ziścić i nie pozostało jedynie halucynacją! Cieszy też fakt, że ich dzieło jest kontynuowane, a zwierzęta znajdują swą bezpieczną przystań. Dziękuję Ci za cudną fotorelację, bo moc uśmiechu wywołały we mnie te powalające urokiem konie!
OdpowiedzUsuńGorąco pozdrawiam i życzę Ci pięknego weekendu!
Anita
Tak, to piękne serce to jest coś, co zawsze mnie wzrusza i ujmuje w innych. Takimi ludźmi uwielbiam się otaczać w swoim prywatnym życiu. Końmi też chętnie bym się otoczyła, ale z tym gorzej.
UsuńDziękuję pięknie za wizytę, serdeczny komentarz i gorące pozdrowienia, Anitko :)
Przepiękna historia!
OdpowiedzUsuńPrzypomniał mi się film, który widziałem prawie 40 lat temu, „The Littlest Horse Thieves” (alternatywny tytuł „Escape from the Dark”) z Alastair Sim oraz Chloe Franks.
Grupa dzieci, dowiedziawszy się, że koniki pracujące pod ziemią w kopalni będą przeznaczone na ubój, stara się je uwolnić. Z przyjemnością go oglądałem!
Wiem, że nie tak daleko ode mnie znajduje się podobne miejsce, Whispering Hearts Horse Rescue, które opiekuje się końmi. Nawet kilka lat temu miałem go odwiedzić z grupą zainteresowanych osób, ale coś mi wypadło. Z pewnością byłaby to bardzo ciekawa i edukacyjna wizyta.
Nie widziałam, ale chętnie bym obejrzała. Empatyczne dzieci o pięknym sercu zawsze mnie wzruszają. W ogóle w ludziach bardzo cenię dobre serce.
UsuńTo na co czekasz, Jacku? Koniecznie tam podjedź i zrób z tego fotorelację! :) Czytałabym z wypiekami na twarzy! :) Swoją drogą, bardzo ładna nazwa :)
Ciekawa jestem w Twojej opinii na temat książki i filmu, o których ostatnio wspomniałam. Zapraszam w wolnym czasie. Tymczasem pozdrawiam że słonecznego Lwówka Śląskiego.
OdpowiedzUsuńNie czytałam, ani nie oglądałam, niestety, ale za pozdrowienia serdecznie dziękuję, Alicjo. Trzymaj się dzielnie i zdrowo.
UsuńPoruszająca historia! Jak dobrze, że istnieją ludzie, którzy przejmują się losem naszych zwierzęcych przyjaciół.
OdpowiedzUsuńJak dobrze! :)
UsuńCudowna historia i przepiękne zwierzęta!
OdpowiedzUsuńNajpiękniejsze! :)
UsuńPiękna opowieść o szlachetnej akcji.
OdpowiedzUsuńNa marginesie - w Australii mamy około 400,000 dzikich koni (brumbies). Obrońcy środowiska wzywają do systematycznego odstrzału, gdyż konie tratują rośliny i produkują bardzo dużo metanu.