sobota, 4 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika kobiety podróżującej koleją...

W piątkowy poranek budzę się średnio wyspana, za to tak bojowo nastawiona do walki z ewentualnym pechem jak Mike Tyson przed wyjściem na ring. Moje postanowienie uczynienia tego dnia niezapomnianym jest też tak samo mocne jak determinacja Mike'a w przekazywaniu swoich genów i nazywaniu kolejnych potomków w wyszukany sposób. 

To nic, że kiepsko mi się spało. Mimo tego zaczynam ten dzień w swój ulubiony sposób, czyli od gorącego prysznica i kawy, co ma zagwarantować mi uśmiech i dobry nastrój na resztę dnia. Kiedy jednak parę godzin później - zadowolona z siebie, bo już dawno spakowana i wyfiokowana niczym dostojna matrona - zasiadam po raz ostatni do komputera, by upewnić się, że nic nie pomyliłam i mój pociąg faktycznie odjeżdża o tej, o której myślę i z tego peronu, o którym myślę, nagle oblewają mnie zimne poty, a uśmiech błyskawicznie znika z twarzy. 
"Nie, nie, nie! Tylko nie to!!!" - głośno i ostentacyjnie protestuję, kiedy mój wzrok pada na godzinę odjazdu mojego pociągu i adnotację, która sprawia, że momentalnie dostaję palpitacji serca: "If this train is an InterCity service it is sold out. Please select an alternative". To jest InterCity, ale to nie może być prawda! - próbuje zaklinać rzeczywistość. Ten pociąg nie może odjechać beze mnie! 
Nie mogę kupić biletu przez Internet, bo "pociąg jest już wyprzedany" i wszystko wskazuje na to, że właśnie dopadł mnie potężny prawy sierpowy, którego nie powstydziłby się wyżej wspomniany Tyson. Nie daję się jednak powalić z nóg i rozłożyć na łopatki, choć nie ukrywam, że trochę mnie ten cios zbił z pantałyku. 
Może wyglądam na kogoś, kto z góry jest na straconej pozycji, ale mam coś, co znajdowało się nawet  na dnie puszki Pandory - mam nadzieję. I to ona każe mi lekceważyć wkurzający rechot Piątku Trzynastego, przechwalającego się tym, że jest 1-0 dla niego, i mimo wszystko udać się na dworzec, by szukać prawdy u źródła. 
Zanim jednak udaje mi się zasięgnąć języka, stoję z dobre dziesięć minut przed okienkiem informacji, bo - pech chciał! - akurat jeden pracownik kończy swoją zmianę i przekazuje ją w ręce drugiego. Cały proces odbywa się oczywiście z jakże irlandzkim namaszczeniem, z jakże ogromną troską o to, by nie pogwałcić żadnej niepisanej zasady, a już szczególnie tej - "Relax! Take it easy!". Mam ochotę wrzasnąć "Pali się!", ale wtedy tym bardziej niczego bym się nie dowiedziała, więc stoję i ćwiczę cnotę cierpliwości. 
Nowy pracownik - z kolczykiem w uchu i z gumą w ustach -  dopiero rozpoczyna swoją zmianę, a mimo to wygląda gorzej niż znudzony mops. Wlepia wzrok w swój telefon, a ja zastanawiam się, czy nie popełnię śmiertelnego faux pas, jeśli właśnie otworzę usta i zapytam go, jak to właściwie jest z tym pociągiem do Castlebar. Zżera mnie jednak niepewność i właśnie to sprawia, że decyduję się jak najbardziej przymilnie zapytać, czy mogę jeszcze kupić bilet na interesujące mnie połączenie. "Yes" - słyszę w odpowiedzi i myślę sobie, że to najpiękniejsze "tak", jakie kiedykolwiek usłyszałam. 
Ośmielona uwagą, którą zostałam zaszczycona przez pracownika kolei, idę za ciosem i pytam o inne nurtujące mnie rzeczy ("dokąd tupta nocą jeż???" - żartuję!), zanim Znudzony Mops znów przeniesie swoją uwagę na telefon. Mówię, że nie wiem, kiedy będę wracać, choć najprawdopodobniej dopiero późnym popołudniem w niedzielę, i proszę, by mi podpowiedział, jaki bilet będzie dla mnie najlepszą opcją. Sprzedaje mi "open return", który ma ważność przez cały kalendarzowy miesiąc i upoważnia mnie do przejazdu takim połączeniem, które najbardziej będzie mi pasowało. Ta przyjemność kosztuje mnie 43 euro, drożej niż gdybym kupiła bilet przez Internet (warto to zrobić, jeśli chce się znacznie mniej zapłacić), ale to jest dla mnie akurat najmniejszym zmartwieniem - najważniejsze, że odjadę pociągiem, który sobie zaplanowałam i nie będę musiała wprowadzać w życie Planu B. Wait... jakiego Planu B? Żadnego nie miałam! 
Już obracam się, by odejść, kiedy przypominam sobie, że nie zaszkodzi spytać jeszcze o numer peronu, bo na tym etapie wiem już, że nie tylko telewizja kłamie, ale Internet także. Już raz próbował wpuścić mnie w maliny, karmiąc informacją o wyprzedanym połączeniu, może zatem zrobić to ponownie. 
"Jeszcze jedno pytanko... Czy mój pociąg odjeżdża z platformy numer 2?" - nieśmiało zagajam (i nawet nie muszę udawać słodkiej idiotki), a on posyła mi wymowne spojrzenie "przecież to proste jak budowa cepa!". "Z jedynki, nie z dwójki!" - odpowiada, pewnie myśląc sobie, że sam ma właśnie do czynienia z cepem...
Szybko przekonuję się, że nie jestem tu jedyną nieopierzoną pasażerką, bo staruszka, która siedzi w poczekalni z przejęciem opowiada każdemu, kto tylko zechce jej wysłuchać, że musi wysiąść dwie stacje dalej, gdzie będzie czekał na nią jej mąż i że razem jadą do kliniki w Galway. Jest ewidentnie poruszona całą sytuacją, szuka potwierdzenia, czy to na pewno właściwy pociąg, próbuję ją więc uspokoić, że tak, to na pewno ten - i na dowód pokazuję palcem jej stację na rozpisce wywieszonej w gablocie, ale kobiecina albo niedowidzi, albo nie dowierza obcej, bo po moich zapewnieniach podchodzi jeszcze do Znudzonego Mopsa i zadaje mu to samo pytanie. 
Po tym, jak uzyskuje od niego potwierdzenie moich słów, zaczyna mnie traktować jak swoją wyrocznię i chyba rozpowiadać wszystkim, że jestem Podręcznym Biurem Informacji, bo chwilę później podchodzi do mnie inna petentka i zadaje mi pytanie o pociąg, a ja zaczynam zastanawiać się, jak to możliwe, że nikt nie widzi tego, iż jestem tylko niewiele mniej przerażona niż one. Dzielnie jednak pomagam i udzielam kolejnej informacji, kiedy staruszka wyciąga z kieszeni zwitek papieru z zapisaną godziną przyjazdu pociągu na stację, na której musi wysiąść: "powiedz mi, bo ty chodziłaś do szkoły, czy 14:05 to pięć po drugiej?". Pytanie jak najbardziej zrozumiałe, bo Irlandczycy z uwielbieniem posługują się zegarem dwunastogodzinnym. "Tak, 14:05 to na pewno pięć po drugiej, a z tego oto miejsca odjeżdża Twój pociąg" - zapewniam. 
Przedział, do którego trafiam jest już pechowo dość mocno obsadzony pasażerami, a widok nadciągającego konduktora (to już?!) sprawia, że postanawiam przysiąść na pierwszym wolnym miejscu, by wygrzebać bilet, który zabunkrowałam w najciemniejszym zakamarku mojej torebki, a przy okazji nie zgubić połowy jej zawartości w czasie przetrzepywania jej. 
Konduktor zostawia pieczątkę na moim bilecie i odchodzi, a ja postanawiam pójść w jego ślady, bo moja aspołeczna natura wolałaby przez najbliższe godziny nie dzielić swojej najbliższej przestrzeni z innymi. 
Wyciągam szyję, bo wydaje mi się, że kilka rzędów przede mną są wolne siedzenia (nie widzę żadnych głów, ale zawsze jest niewielka szansa, że siedzą tam karły...) i postanawiam zaryzykować. Wizja znalezienia samotnego zakątka odpowiada mi bardziej niż siedzenie przy stoliku z trójką obcych. Ściągam walizkę, chwytam torebkę i ruszam, ale już po kilku sekundach zatrzymuje mnie mocne szarpnięcie - odwracam się i widzę, że pasek mojej torebki zaczepił się o kant stolika, przy którym siedziałam, ale uczynny siwowłosy mężczyzna już sięgał ręką, by mnie uwolnić. 
Są! Są! Nie myliłam się! Puste siedzenia! Co prawda bez stolika, ale obejdzie się bez niego. Siadam z ulgą i uświadamiam sobie, że chyba już wiem, dlaczego te miejsca są wolne - są usytuowane tyłem do kierunku jazdy, co nie jest bez znaczenia dla osób z chorobą lokomocyjną. "E tam, nic mi nie będzie... Chyba". 
Pozwalam sobie na nonszalancję, skoro tyle wolnych miejsc wokół - nie wpycham walizki na półkę nad głową, trzymam ją koło siebie. Opuszczam składany stolik, kładę na nim torebkę i zaczynam grzebać w jej trzewiach w poszukiwaniu słuchawek, a te - jak wszystkie kable zresztą! - mają niesamowitą skłonność do plątania się. Wyjmuję więc coś, co przypomina przeklęty węzeł gordyjski i próbuję go rozsupłać, ale najwyraźniej robię to z gracją i delikatnością radzieckiego czołgu, bo... wyrywam jedną słuchawkę, co nie byłoby dla mnie wielkim zmartwieniem, gdybym była van Goghiem i dysponowała tylko jednym uchem. Wspaniały początek podróży, nie ma co! A nie minęło jeszcze dziesięć minut! Ciekawa jestem, co jeszcze zepsuję... 
Nic nie psuję, dostrzegam za to, że po drugiej stronie, w rzędzie przede mną siedzi "moja towarzyszka niedoli" - staruszka, która przeżywała swoją podróż jak stonka wykopki. Zerkam na nią ukradkiem, bo zbliżamy się do jej stacji, a ona jest podejrzanie spokojna i nieruchoma (nie, nie umarła) ;) Nie spuszczam więc z niej wzroku, by w razie czego mieć czas na interwencję i wysadzenie jej na odpowiedniej stacji. Nie ma jednak takiej potrzeby, bo kiedy dojeżdżamy we właściwe miejsce, ona - niczym pies Pawłowa - prawidłowo reaguje na bodźce i słyszane komunikaty (najpierw wypowiadane po irlandzku, potem powtarzane po angielsku, a do tego cały czas znajdujące się na wyświetlaczu). Zabiera swój niewielki bagaż, odpowiada na moje pożegnanie, życząc mi przy okazji szczęśliwych świąt, i wychodzi...
Reszta podróży przebiega mi bezproblemowo i "nudno". Po piątku trzynastego spodziewałabym się większej kreatywności, tymczasem nikt mnie nie zaczepia, nikt się nie przysiada, żadne dziecko nie kopie w mój fotel, i nikt nie je kanapek z kiełbasą i jajem. 
Korzystam za to ze sprzyjających warunków: jednym uchem słucham ulubionej muzyki, a do tego wreszcie czytam książkę (w domu nie mogę, bo... sabotuje mnie mój własny kot!) o technikach przesłuchań i wykrywania kłamstw, napisaną przez byłych agentów CIA i polecaną przez Jackie, moją "promotorkę". Chowam ją jednak do walizki, kiedy dostrzegam na wyświetlaczu informację, że za kilkanaście kilometrów będziemy na mojej stacji. 
This is it! To się naprawdę dzieje! - myślę podekscytowana. Castlebar, here I come!

***

Jeśli macie ochotę zapoznać się z przezabawną historią, którą w czasie podróży irlandzką koleją przeżył mój blogowy znajomy, to odsyłam Was na jego świetną stronę: 

https://nazakreciedrogi.wordpress.com/2019/12/25/kolejowa-przygoda-z-blekitna-walizka/