środa, 10 kwietnia 2024

Podążając morskim szlakiem Wild Atlantic Way: Dungloe, Maghery & Termon House


Dungloe to małe miasteczko w hrabstwie Donegal, gdybyście jednak wybierali się na urlop do Termon House'u, opisanego tutaj, albo w jego okolice, to warto się w nim zatrzymać na chwilę. Jak na tak niewielkie rozmiary i małą populację (nie ma chyba nawet dwóch tysięcy mieszkańców), jest zadziwiająco rozwinięte. 


Muszę przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie liczba sklepów. Biorąc pod uwagę, że te strony to niejako zapyziałe peryferia Irlandii (bez obrazy, sama chciałabym mieszkać w tym hrabstwie), byłabym zadowolona, gdyby w Dungloe był tylko jeden supermarket. Tymczasem dużych sklepów było tam niemal na pęczki: Aldi, SuperValu, Lidl, z czego oczywiście skwapliwie skorzystaliśmy.


Już od samego początku wiedzieliśmy, że nasz grudniowy pobyt w tej pięknej posiadłości nad Atlantykiem będzie dość leniwy - będzie się głównie sprowadzał do siedzenia w domu (zabrałam w tym celu kilka książek i gier planszowych) i ewentualnym eksplorowaniu bezpośredniej okolicy, czyli plaż i wioski Maghery, jeśli oczywiście pogoda łaskawie na to pozwoli. Z góry więc wiedzieliśmy, że sami musimy sobie zapewnić prowiant na kilka dni. Pytanie sprowadzało się jedynie do tego, czy wieźć go ze sobą, czy może zrobić zakupy na miejscu. 

 

Po zrobieniu rekonesansu w sieci szybko okazało się, że nie ma sensu pakować jadła na kilkugodzinną drogę, bo chcący dotrzeć do punktu końcowego, i tak musimy przejechać koło wspomnianych sklepów. 

 

Jak wkrótce się przekonaliśmy, to był świetny pomysł. Przy okazji zakupów spożywczych w Lidlu skusiłam się też na kilka żywych roślin: majeranek, aby mieć  świeże zioła do gotowania, a także na miniaturową różę i gwiazdę betlejemską, aby nieco oswoić i udekorować dom. 


Może wydać się to niektórym dziwne, ale przyznam się, że już zrobiłam sobie z tego taką małą prywatną tradycję. Ilekroć wyjeżdżam na urlop, tylekroć staram się nadać temu nowemu miejscu osobistego charakteru, uroku i ciepła. Tak jakby nie wystarczyło, że rozjaśniam je swoją osobą ;) A co bardziej mogłoby odzwierciedlić mój osobisty charakter, jeśli właśnie nie kwiaty?



W tym celu staram się właśnie przywozić ze sobą wiązankę kwiatów. Niby mała rzecz, a cieszy. U siebie w domu często mam kwiaty cięte, czy to na swoim biurku, czy też we wspólnej przestrzeni, jaką tworzą kuchnia i salon. Zawsze robi mi się cieplej na sercu, kiedy je widzę. Tym razem jednak padło na kwiaty doniczkowe. Gwiazda betlejemska jest przecież uosobieniem Bożego Narodzenia. Róża - nie bardzo, ale jako że mam słabość do różu, a w dodatku była tania, to sami rozumiecie.



Dobrym pomysłem było też przywiezienie ze sobą drewna na opał. W domu były dwa kominki, jeden okazał się celowo zablokowany, z drugiego jednak można było swobodnie korzystać. 


Jak nauczyło mnie doświadczenie z poprzednich pobytów w historycznych posiadłościach znajdujących się pod pieczą Irish Landmark Trust, w tych miejscach zawsze jest śladowa ilość opału. O ile w ogóle jest, bo jednak miejsc doglądają tylko ludzie i czasem zwyczajnie coś komuś umknie. Tak jak na przykład było w Termon - kiedy zabrałam się za przyrządzanie jedzenia, nagle okazało się, że w całym domu nie ma żadnego tłuszczu, który można by było użyć do posmarowania patelni. Do sklepu w Dungloe było na szczęście tylko kilka kilometrów. 



Z oliwą z oliwek nie było żadnego problemu - od razu ją dostałam. Dużo więcej zgryzot przyprawiły mi za to poszukiwania widokówek, które mogłabym wysłać. To kolejna moja tradycja wyjazdowa. Przezornie zabrałam ze sobą papeterię, aby mieć na czym pisać listy, za to nigdzie nie mogłam znaleźć kartek. Z tymi bożonarodzeniowymi nie było problemu, ja jednak chciałam widokówki, które choć w połowie ukazywałyby piękno okolicy. Kto by pomyślał, że w XX wieku to będzie taki herkulesowy wyczyn? 


Nie powiem, żebym była usatysfakcjonowana, ale ostatecznie udało mi się zakończyć te mozolne poszukiwania na miarę świętego Graala. W jednym ze sklepików (Bonner's), w stylu mydło i powidło, gdzie można kupić przynętę i kartę wędkarską, a także pamiątki, natrafiłam na widokówki. Brzydkie jak noc listopadowa, stare jak dinozaury i drogie jak złoto, ale jednak widokówki. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Posłałam je w świat, bo co miały tylko mnie straszyć?



Przy okazji wizyty w mieście udało mi się też uwiecznić bożonarodzeniową odsłonę Dungloe. Nie miałam jednak okazji przetestować żadnej jadłodajni, bo sama bawiłam się w kuchcika, nic Wam więc tutaj nie polecę. Mogę za to powiedzieć, że warto odwiedzić Dungloe. Można się nawet zatrzymać w samym mieście, jako że nad zatoką znajduje się Waterfront Hotel o dość dużych rozmiarach. 



Może nie jest to najładniejsze miasto Irlandii, ale na pewno jest świetną bazą wypadową. A poza tym jest ono jednym z nielicznych miast, które należą do obszaru Gaeltacht, w którym na co dzień można usłyszeć rodzimą mowę mieszkańców. Oczywiście z każdym mieszkańcem można dogadać się po angielsku. 



A na zakończenie dodam jeszcze, że niedawny spis powszechny wykazał, iż Dungloe ma najstarszą populację ze wszystkich miast w hrabstwie Donegal. A tych, których przeraziła wizja wakacji wśród tetryków, już uspokajam - to nie sanatorium w Kołobrzegu. Średnia wieku to tylko 45 lat. 



 


45 komentarzy:

  1. Co to za gra? Plansza wygląda interesująco.
    Nie lubię kwiatów ciętych. To jak trzymać śmiertelność w wazonie.
    Szkoda, że nie zrobiłaś zdjęcia tych straszących widokówek. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To "Wsiąść do pociągu - Polska", nie jest to jednak samodzielna gra, tylko dodatek do wersji podstawowej (Wsiąść do pociągu - Europa). Żeby w nią zagrać trzeba mieć wagoniki i karty z tej pierwotnej wersji. Mamy kilka gier z tej wersji (np. Nordic Countries, Africa, Rails & Sails), a tę kupiłam właśnie z uwagi na polską mapę, żeby mieć rodzimy akcent :)
      Tu masz link, gdybyś chciała zobaczyć więcej zdjęć tej gry:

      https://www.empik.com/rebel-dodatek-wsiasc-do-pociagu-kolekcja-map-6-5-polska-rebel,p1229366210,zabawki-p

      Ciekawe spojrzenie, nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Kwiaty i tak są na pożyczonym czasie - czy we flakonie, czy w ogrodzie, nie są wieczne niestety, za to pięknie zdobią każde wnętrze.
      Uwielbiam dostawać kwiaty, to jeden z najlepszych prezentów, jaki można mi dać (oprócz książek i perfum). Na pewno lepszy niż alkohol czy czekoladki. A jak jest w Twoim przypadku? Jakie upominki najbardziej sprawiają Ci przyjemność? I czego nie lubisz dostawać? Bardzo mnie to interesuje, bo jednak w społeczeństwie utarły się pewne schematy i tak właśnie panuje pogląd, że dla kobiet to kwiaty, co w Twoim przypadku byłoby wielce nietrafione.

      To, że go tutaj nie zamieściłam, nie znaczy, że nie mam go w kolekcji - pamiętaj, że jestem jak azjatycki turysta i fotografuję wszystko jak leci ;) Właśnie wysłałam Ci maila ze zdjęciem :)

      Usuń
    2. Podoba mi się ta gra. O_O

      Kwiaty w doniczce mogą jednak postać kilka lat. Ja już rodzinie powiedziałam, że jak ktoś mi chce przynieść cięte kwiaty, to poproszę jadalne. Albo doniczkowe z uwzględnieniem warunków jakie mogę im dać.

      Szczerze mówiąc boję się dostawać prezenty, bo ludzie kupują standardowe rzeczy i na ogół one mi się do niczego nigdy nie przydają. Typu biżuteria czy jakieś bibeloty do mieszkania. Ja to wydaję.

      Wolę dostać voucher na jakieś fajne atrakcje, byle nie do SPA, bo te też wydaję. XD

      Mam, odpisałam Ci. :D

      Usuń
    3. Na tych grach - wersji europejskiej, polskiej i zagranicznej - powinni uczyć dzieci geografii :) Nauka przez zabawę to jest to. Polska oferuje szybką i sprawną rozgrywkę, bo trasy są krótkie, gra jest dobra dla dwóch osób, dla większej grupki lepiej spisałaby się Europa albo mapa Ameryki - Rails and Sails, gdzie korzysta się nie tylko z pociągów, ale także statków! Ogólnie gra zbiera pozytywne komentarze - graliśmy z dziećmi, nastolatkami, dorosłymi, nikt nie narzekał.

      Niestety prawda jest taka, że ludzie na ogół nie przykładają się do kupna prezentów. Często też kupują je "pod siebie", zamiast myśleć przede wszystkim o obdarowanym. Trzeba dobrze znać osobę i wiedzieć, czym można sprawić jej przyjemność.
      Nadal nie podałaś przykładu rzeczy, którymi można by Cię zadowolić - są w ogóle takie? Górski sprzęt może? Albo odzież? Zabawny t-shirt? A książki lubisz, czy też oddajesz, jak dostaniesz?
      Voucher do SPA brzmi fajnie przecież!

      Dobrze, że napisałaś, bo mail powędrował do folderu ze spamem!

      Usuń
    4. Rok temu dostałam voucher do SPA, leżał ponad pół roku i dałam rodzicom. Teraz u nich leży. ;D
      Rzecz jaką bym chciała? Górski sprzęt już mi nie potrzebny. Książki zostawiam tylko te, które wiem, że będę chciała czytać jeszcze nie raz.
      Zabawny t-shirt brzmi dobrze, tylko żeby ktoś mnie o rozmiar zapytał, bo zazwyczaj kupują mi za małe. Wszyscy myślą, że noszę XS albo S, tymczasem ja mam M lub L.

      Usuń
    5. Ja tak miałam z kartami podarunkowymi, które dostawałam z pracy. Wiem, że to grzech narzekać na nie, w końcu to prezent, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, najbardziej jednak lubiłam dostawać gotówkę w ramach bonusu. Gotówkę mogłam dołożyć do oszczędności, a karta podarunkowa jakoś tak motywowała do wydawania pieniędzy zamiast ich roztropnego wydawania.

      Wcale się im nie dziwię! Też bym nie powiedziała, że nosisz czasami L! Mimo że - z tego, co kojarzę - jesteśmy podobnego wzrostu, Ty chyba ze dwa cm wyższa. Inna sprawa, że te rozmiarówki to czasami śmiech na sali. Ostatnio zamówiłam online dwie pary adidasów w swoim zwyczajowym rozmiarze - obydwie musiałam odesłać. Do jednych butów prawie nie wcisnęłam stopy, do drugich weszła łatwiej, ale za bardzo mnie uciskały. Tak że tak.

      Usuń
    6. Mam 171 cm wzrostu (jak się wyprostuję) -_-
      S-ki są na mnie za ciasne pod pachami, mimo że w tali leżą jak ulał, dlatego ciężko jest mi dobrać dopasowaną koszulkę i najczęściej noszę trochę luźniejsze.

      Usuń
    7. To dobrze pamiętałam, pomyliłam się o jeden centymetr :)
      Te w rozmiarze L są też dłuższe, co dla mnie jest zaletą, bo nie lubię kusych t-shirtów, crop topów i innych wynalazków modowych ;)

      Usuń
  2. Uwielbiam Twoje posty, nigdy nie byłam w Irlandii, a dzięki Tobie mogę poznać ciekawe miejsca i obejrzeć fajne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję za tak przemiłe słowa - bardzo je doceniam i zostawiam Ci to pokraczne serduszko w podziękowaniu <3

      Usuń
  3. o tak żywe cięte kwiaty to cała Ty :) ale nie sądziłam, że nimi dekorujesz też domy na wyjazdach :)

    Urocza mieścinka faktycznie. A czemu macie różne zupki czy co to jest w miseczkach ?

    BTW. Moje wysłane w Rzymie 3 kartki idą już miesiąc i jeszcze nie dotarły :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie moje fanaberie :) Jeśli zostaję na dłużej (nie jeden dzień), to przeważnie tak robię. Wtedy łatwiej oswoić mi nowe miejsca, a jak sama zapewne wiesz, czasami są one dość "bezosobowe". Dekorując je kwiatami, czynię je (tymczasowo) moimi - przyjemniej mi się w nich wtedy mieszka i znosi rozłąkę z domem ;)

      Spokojna, taka jak lubię. Na co dzień mam dość hałasu miasta. Na urlopie szukam ciszy i odgłosów natury (szumu morza, drzew, śpiewu ptaków, choć te ostatnie mam też u siebie).

      Zabawne pytanie o miseczki i zupki ;) Bo Połówek się nie zna i nie chce jeść pomidorowych, podczas gdy to jedne z lepszych zup świata! :))

      Ty się lepiej módl, żeby w ogóle dotarły ;) Co tam opóźnienie!

      Usuń
    2. no to tym się niestety różnimy że ja na urlopach w pokoju spędzam tylko noc. Nie mam więc potrzeby dekorowania czy ujarzmiania go. Wracam późnym wieczorem idę spać a rano wcześnie wychodzę. W sumie nie pamiętam urlopu na którym bym siedziała w pokoju.

      No proszę czyli zaprzecza powiedzeniu nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili :D

      Na razie nadal cisza a już minął miesiąc. Miały iść ponoć 32 dni no to niestety sie nie zmieściły ...

      Usuń
    3. Ale czemu od razu "niestety"? :) Nie ma w tym nic złego przecież. Poruszyłaś ciekawy temat, przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie zrobić z tego nowego postu, rozbudowując odpowiedź na to zagadnienie. Wesz, w ogóle nie dziwią mnie te różnice, bo mamy zupełnie inny styl podróżowania. Ty przede wszystkim nie lubisz jeździć na weekendy, ja - tak. Po drugie - Ty lubisz długie, dwu- i trzytygodniowe urlopy, ja - nie. Mam zwierzęta, nie mogę ich zostawić na tak długi czas bez właściciela, choć mam super opiekunkę. Poza tym, jako że miałaś więcej urlopu rocznego, mogłaś sobie na to pozwolić. Dla mnie głupotą byłoby jednorazowe wykorzystanie całego urlopu rocznego, bo jeden wyjazd na rok mnie nie satysfakcjonuje. Wolę częściej a krócej. Ponadto, niektóre z moich wyjazdów są tylko po to, by pobyć w konkretnym obiekcie, jak np. latarnie. Nie wyobrażam sobie zapłacić za to kilkaset euro (bo to niestety droga przyjemność) i w ogóle nie przebywać w domku latarnika. To byłoby wyrzucenie kasy w błoto.

      Nie lubię tego powiedzenia - zawsze wydawało mi się bardziej absurdalne niż żartobliwe. Ale to może dlatego, że znam trochę osób, które nie lubią zupy pomidorowej.

      Bo one, proszę Pani, idą po rekord :)

      Usuń
    4. one chyba idą piechotą :D

      Ja jak się zastanowić to chyba nie znam kogoś kto nie lubi pomidorówki. Ale mój wujek (niezbyt lotny w sumie) kiedyś powiedział, że nie rozumie Włochów. mają tyle pomidorów więc czemu nie jedzą zupy pomidorowej ...

      A no i słusznie. Racja, że ze zwierzakami na długo się nie wypuścisz no i racja druga ja nie urlopuję się w jakimś obiekcie z powodu samego obiektu. Ja traktuję pokoje jak noclegownię ważne jest tylko łóżko i własna łazienka w pokoju reszta zupełnie jest nieistotna nawet mogę nie mieć tam szafy bo mało kiedy się rozpakowuję z walizy a jeśli już to tylko częściowo.

      Napisz, napisz to są fajne różnice :)

      Usuń
    5. A do tego lubią przystawać od czasu do czasu ;) Widać, że im się nie spieszy :)

      Jedzą, jedzą, choćby minestrone. Pomidory są super! Teraz praktyczne cały czas goszczą w mojej kuchni.

      Trochę żal mi zostawiać je na tak długo. Dlatego póki co tydzień, ewentualnie nieco ponad tydzień to idealna długość urlopu.
      Kiedyś też tak miałam, ale to już zamierzchłe czasy. Może jeszcze o tym napiszę, bo lubię czytać o upodobaniach innych i tych wszystkich różnicach w stylu życia. W pewien sposób jest to fascynujące!

      Usuń
    6. jedzą przetwory pomidorowe ale żadna ich zupa nie jest naszą pomidorową :)

      Te kartki to mnie załamują. Pisało, że idą długo do 32 dni ale tyle już dawno minęło ...

      Usuń
  4. Jak ja lubię te Twoje opowiadania. mam takie wrażenie, że przenoszę się w to miejsce, o którym piszesz.
    Oczywiście, nie skomentuję faktu posiadania czy wożenia żywych kwiatów, bo akurat ja w zupełności to rozumiem, zawsze (no, prawie zawsze) mam świeże kwiaty w domu, choć za oknem też prawie zawsze jest ich zatrzęsienie :)
    Lubię mieć w domu alstromerie, bo stoją w wazonie nawet dwa tygodnie, pod warunkiem, że dostają świeżą wodę. I zawsze mogę je kupić w Dino, naszej polskiej sieciówce :)
    Tym razem zatrzymałam wzrok na tym cudownym oknie. Zazdroszczę tych angielskich, cudownych okien, z niskim i szerokim parapetem oraz szprosami w szybie. Żałuję tylko, że przy budowie domu nie uparłam się, żeby zrobić takie właśnie niskie i szerokie parapety, na które można rzucić poduszki i zniknąć domownikom z oczu na cały dzień :) Kocham takie klimaty...
    Cieplutko i wiosennie Cię pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję z całego serca za Twoje przemiłe słowa, Iwonko :) Czasami piszę coś i jestem z tego później niezadowolona (bo jestem swoim największym krytykiem), zastanawiam się, czy w ogóle jest sens coś takiego publikować, a tak pozytywny odbiór tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest :)

      Wiedziałam, że kto jak kto, ale Ty na pewno ze zrozumieniem podejdziesz do moich kwiatowych fanaberii :)
      O tak, uwielbiam alstromerię, a co ciekawe odkryłam ją dość późno, bo zaledwie parę lat temu. Natrafiłam na nią w sklepie ogrodniczym i od razu się w niej zakochałam. Pięknie rosła mi w donicy przed domem, a po roku (przezimowaniu na zewnątrz) wracała do życia na lato. Nie wiedziałam jednak wtedy, że można ją wykorzystać jako kwiaty cięte. Jakiś czas później pojechałam do pewnej irlandzkiej latarni (jeszcze o niej będzie), i tam we flakonie w kuchni stała alstromeria. Przez cały pobyt cieszyła moje oczy. Niestety nie widuję jej w normalnych sklepach, gdzie robię zakupy, pewnie musiałabym szukać w kwiaciarni, a do niej niezbyt mi po drodze.

      Tutaj też muszę przyznać Ci rację, bo i ja uwielbiam sash windows, choć gdybym mieszkała w tym domu koło plaży (trzecie zdjęcie od końca), to zostawiłabym te obecne, oryginalne. Tam akurat pasują takie duże panoramiczne. Te angielskie natomiast mają w sobie niesamowicie dużo uroku - to już taki znak rozpoznawczy tych historycznych posiadłości, które można wynająć dzięki Irish Landmark Trust. Oni właśnie remontują te zabytkowe budowle z poszanowaniem autentycznych cech.

      U nas dziś po raz pierwszy było 17 stopni. Dałam się nabrać, rozwiesiłam pranie w ogródku, w tym także rzeczy na jutro do pracy, no i oczywiście wszystko zmokło! Typowe ;)

      Usuń
    2. To masz tak, jak ja... też jestem swoim największym krytykiem. Napiszę, potem czytam i mam ochotę wszystko pozmieniać, bo to bazgrolenie wydaje mi się infantylne :)
      A Twoje pisanie? Oczywiście, że jest sens, ja - tak jak Ci napisałam - bardzo, bardzo lubię czytać Twoje opowieści. Jest w swoich słowach coś takiego, co maluje krajobraz tak, jak malarz maluje pędzlem. Plastycznie i obrazowo przenosisz człowieka w swoje klimaty...
      A co do pogody? Wyobraź sobie, że dzisiaj pierwszy raz podlewałam ogród. Po ostatnich gorących dniach, było już dosyć sucho, a deszczu dawno nie widziałam :)
      Tak że różne pogodowe przygody mamy :)
      Przytulasy dla Ciebie...

      Usuń
    3. Wiesz, zawsze znajdzie się jakiś malkontent, który przyczepi się do czegokolwiek, uzna czyjegoś bloga za infantylnego (w przeszłości zdarzało mi się dostać taki komentarz od jakiegoś przypadkowego czytelnika), ale przecież my nie piszemy dla takich osób. Tworzymy te swoje strony dla siebie i dla naszej grupki dobrych blogowych znajomych, a oni raczej nie będą narzekać na infantylność, tylko cieszyć się, że jest nowy post :)

      Zawsze miło usłyszeć komplementy, więc ponownie serdecznie Ci za nie dziękuję. Dodają wiatru w żagle :)

      O wow, haha, u mnie za to odwrotnie - marzę o tym, by ogród wreszcie porządnie wysechł, bo trawa już nadaje się do koszenia, ale podłoże tak mokre, że nie ma sensu wjeżdżać kosiarką!

      Usuń
  5. Hahha jesteś super! :D Rozbawiłaś mnie tymi widokówkami. Okolica jest przepiękna! Chętnie wybrałabym się tam na długi spacer. To cudowne, że masz takie wyjazdowe tradycje, mnie się podobają! Kwiatki zawsze na plus. <3 Krówki mega urocze. Pozdrawiam ciepło i miłego dnia życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widokówki do dzisiaj nawiedzają mnie w koszmarach nocnych ;)
      Jak najbardziej polecam hrabstwo Donegal - spektakularne widoki i relatywnie mało turystów, przez co można mieć wiele zakątków tylko dla siebie.
      Wielkie dzięki za wizytę i komentarz, Dollka :)

      Usuń
    2. Zapamiętam i mam nadzieję, że będzie mi dane je odwiedzić! :)

      Usuń
  6. Przerwałam na chwilę czytanie bloga, w celus sprawdzenia weekendowych cen biletów do Dublina, bo jakoś zatęskniło mi się za Irlandią. Wprawdzie marzy mi się ekspoloranie dalszych terenów niż stolica, ale niestety cały urlop na ten rok mam już rozplanowany. Z chęcią poekspolorwałabym takie mniejsze miasteczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej jestem orędowniczką rzeczywistości poza dublińskiej ;) Do tego konkretnego miejsca jest z Dublina około 4h drogi, ale nawet w jego pobliżu można znaleźć urokliwe nadmorskie miasteczka. Szczególnie polecam Howth, Dalkey Killiney, Malahide, Skerries, gdzie są młyny, ale tam chyba już byłaś...

      Usuń
  7. Nie wiedziałam, że widokówka może straszyć, hehe. :) Zabawne, kiedyś był to rarytas. Zbieraliśmy i wymienialiśmy się nimi jako dzieci. A te zagraniczne były najcenniejsze! Teraz znów stały się rzadkie. Historia kołem się toczy, jak widać...
    Co do zwiedzania, to je uwielbiam. Z przyjemnością oglądam zdjęcia. Twoja Irlandia wydaje mi się już oswojona. Jest udomowiona, swojska, przytulna...Jak te włochate krówki, ogień w kominku, czy kolorowe elewacje. Wszysko jakby przed, lub po sezonie- spokojna małomiasteczkowa codzienność. I tylko ocean żyje swoim życiem. Kwiaty zawsze i wszędzie. 💕Preferuje doniczkowe, albo do ogrodu. Doniczkowych mam naprawdę sporo! Szukam wieloletnich do ogrodu - tak, by co roku cieszyły oko. Pozdrawiam serdecznie na nowy udany tydzień!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pewna, że w Irlandii można kupić piękne widokówki, ale tam akurat nie ;) Może po prostu nie mają potrzeby zaopatrywania się w nie, bo w tych czasach mało ludzi korzysta z tradycyjnej poczty, a poza tym miasteczko jest małe, więc turyści pewnie traktują je po macoszemu.

      Ja też mam trochę doniczkowych w domu, w tym takie kolosy, co to sięgają sufitu, i chętnie powędrowałyby na pięterko, gdyby tylko wyciąć im w rzeczonym suficie odpowiedni otwór :)

      Wielkie dzięki za Twoje ciepłe słowa i przemiły komentarz :)

      Usuń
    2. I pewnie tak jest jak piszesz. Jakie masz kolosy? Ja mam olbrzymią strelicję. Naprawdę jest ogromna.
      I ja dziękuję za komentowanie. Pozdrawiam serdecznie na nowy udany tydzień. 🤗

      Usuń
    3. Taito, wydawało mi się, że zostawiłam już komentarz z pytaniem dotyczącym Twoich kolosów. (Może przepadł gdzieś w spamie albo się nie zapisał? - Nie wiem.) Co to za kolosy?

      Usuń
    4. Przestałam dostawać powiadomienia o komentarzach, i Twój trafił do spamu, nawet tego nie zauważyłam. Dobrze, że się upomniałaś :) A co do kwiatów, to mam bardzo duże draceny i juki. Fikus też je mocno goni.

      Usuń
  8. Piękna okolica :) Przeglądając twoje zdjęcia, mam wrażenie, jakbym przechadzała się z tobą, jakbym była na spacerze :) Szkoda, że to dość daleko, ale kto wie, może kiedyś i tam zawitam?
    Bardzo lubię kwiaty ale w moim domu najczęściej spotyka się te sztuczne :D Niestety, nie mam ręki do roślin. Życzę wszystkiego dobrego i pozdrawiam już w większym, rodzinnym gronie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można być perfekcyjną we wszystkim - jest mnóstwo innych rzeczy, które świetnie Ci wychodzą :)

      Usuń
  9. Witaj Taito :) Podróżowanie to odkrywanie, a Ty wydajesz się być mistrzem odkrywania! Znalazłaś kolejne ciekawe miejsce warte uwagi :) Dungloe brzmi jak miejsce pełne niespodzianek, a Dzięki za nowe miejsce, kto wiwmkse ktoś z nas trafi tam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama wiesz, jak przyjemne jest podróżowanie, ile emocji wyzwala, i jak dodaje skrzydeł :)

      Usuń
  10. Bardzo lubię takie małe mieściny. Niby nic nie ma, a jednak jest pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również - mają w sobie sporo uroku. I przede wszystkim nie ma w nich tłumów, które chyba wszystkich męczą. Dzięki za komentarze, Julka!

      Usuń
  11. Co to za pyszne zupy-kremy tam na stole? Zjadłabym teraz obie 🙂.
    Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś zabierał ze sobą w podróż opał a tu proszę. Podniosłaś pakowanie się na wyższy poziom.
    Co ja się kartek naszukałam w Jordanii to tylko ja wiem, nigdzie nie było. Nigdzie. W końcu dorwałam, brzydkie, nijakie, dobrze chociaż ze tanie, ale stwierdziłam, że ich odbiorcy docenią kartkę z daleka i ucieszą się tak czy siak. Wszystkie skrzynki pocztowe wydawały mi się podejrzane, takie co to nikt już ani o nich nie pamięta, ani ich nie opróżnia. A ja nie mogłam ryzykować, że kartki nie dotrą. Udałam się zatem na pocztę, w towarzystwie mówiącej po angielsku pani dokonałam transakcji, nakleiłam znaczki i zostawiłam kartki u niej w okienku. Z trzynastu wysłanych kartek doszła JEDNA!, po roku w podróży. Po jej otrzymaniu zadzwoniła do mnie koleżanka z pretensjami, że się widziałyśmy kilka dni temu a ja słowem nie wspomniałam, że znów lecę do Jordanii 😀. Kazałam jej spojrzeć na datę na znaczku ale w szoku byłyśmy obie. Reszta kartek przepadła i nie mogę ich przeboleć, podobnie jak tych wysłanych z Lizbony podczas pierwszego pobytu w Portugalii. Cudne były, korkowe 😔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna to zupa pomidorowa, a druga to chyba coś na bazie kurczaka i warzyw, już dokładnie nie pamiętam. Bardzo lubię zjadać je w zimne dni, doskonale rozgrzewają :) Wtedy usiłowaliśmy zjeść je na świeżym powietrzu, ale jednak nie dało rady. Po minucie Połówek krzyknął "idę stąd!", a ja poleciałam za nim, haha. Zbyt szybko zupa stygła! :) Jednak grudzień to nie jest najlepsza pora na al fresco dining ;)

      Usuń
  12. Na tym fotelu koło okna mogłabym siedzieć godzinami i gapić się na widoki :) Przepiękne zdjęcia! Z przyjemnością obejrzałam. Oprowadziłaś mnie po niezwykle malowniczych i klimatycznych miejscach za co z całego serducha dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fotel wykazuje silne właściwości grawitacyjne ;) Raz w nim usiądziesz, to już nie będziesz chciała z niego wstać ;)

      Usuń
  13. Dungloe sounds like a charming place to visit, especially with its surprising array of stores for such a small town. Your decision to shop locally for provisions during your stay was a wise one, especially considering the convenience of having supermarkets like Aldi, SuperValu, and Lidl nearby. And adding a personal touch to your holiday accommodations with live plants is a lovely tradition. Bringing potted flowers not only adds warmth and charm to your surroundings but also reflects your personal character and brings joy to your space. Plus, having firewood on hand for the fireplace must have made your stay even cozier. It sounds like you had a delightful and well-prepared holiday in Dungloe!

    I just posted a new post, I invite you to read.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. It really is a charming & quaint place to visit. So Irish on top of that :) I love county Donegal - highly recommended!

      Usuń
  14. Uśmiecham się na myśl zakupu kwiatów do wynajmowanego domku. Ja co prawda kwiatów nie kupuję, bo jestem uzależniona od komunikacji publicznej i szkoda byłoby mi wyrzucać (moje wyjazdy bywają dość krótkie), ale zawsze zabieram ze sobą jakieś małe indywidualne akcenty dekoracyjne. Np. jadąc na Boże narodzenie miałam małą choineczkę (szklaną) i różne świąteczne ozdóbki. Co prawda można je zawsze na miejscu dokupić, ale jakąś podstawę wożę ze sobą. Albo woziłam, bo może z wiekiem to się zmieni, bo każdy gram w walizce stanowi różnicę, a ja jestem minimalistką. Ale książkę obowiązkowo (za granicę jedną, w kraju dwie albo trzy). Jak napisałaś, że to nie Kołobrzeg - miasto tetryków to pomyślałam, że w czerwcu wybieram się do sanatorium do Ustki, być może będzie tam średnia wieku 70 +. No trudno, przeżyję, spacery nad morzem wczesnym rankiem mam nadzieję wynagrodzą mi ewentualne niedogodności związane z niedołęstwem współmieszkańców sanatorium. Na szczęście pokój mam dla siebie :) - to był warunek wyjazdu (rok temu zrezygnowałam kiedy dowiedziałam się o współdzieleniu pokoju z innymi osobami. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróż samochodem jednak ma swoje zalety. Gdybym używała transportu publicznego, to moje fanaberie zostałyby w domu, nie podróżowałyby ze mną ;) Jako że najczęściej przemieszczam się autem, to mogę im pobłażać ;) A Twoje małe rytuały wywołały mój uśmiech - jak najbardziej rozumiem i popieram :)
      Z tym Kołobrzegiem to tylko taki niewinny żarcik :) Czerwiec zbliża się coraz większymi krokami, a Twój pobyt nad morzem zapowiada się naprawdę fajnie. Ja również wybrałabym pokój tylko dla siebie, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. A tak przynajmniej masz pewność, że nikt nie będzie Ci zrzędził i zatruwał powietrza w pokoju ;)

      Usuń