Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Donegal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Donegal. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2026

Z opowieści latarnika – heroiczny ratunek i przebiegłe intrygi, czyli życie na irlandzkiej wyspie Arranmore w XIX wieku

 


"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu", pisał Hemingway w "Komu bije dzwon", rozsławiając w ten sposób słowa angielskiego poety, Johna Donne'a. 


W miejscach takich jak Arranmore, wyspach obmywanych wodami kapryśnego oceanu, te słowa zawsze wybrzmiewały donośniej. Tu zawsze mocniej czuło się to zespolenie z ludzkością. Nikt sam nie skrobał swojej rzepki. Skrobano ją razem. Niekoniecznie dlatego, że mieszkańcy wyspy byli nadzwyczajnie dobrymi ludźmi. Jako "więźniowie" Atlantyku, "więźniowie" Arranmore, swojej małej ojczyzny, byli niejako do tego zmuszeni. Życie ich zmuszało. Ówczesne warunki tego wymagały. 


Dziewiętnasty wiek na wyspie to nie była era indywidualistów. Raczej przedsiębiorczych ludzi – lokalnych McGyverów, którzy potrafili wyczarować coś z niczego. Każdy orał, jak mógł. 


Bardzo dobrym przykładem tej wymuszonej zaradności był sąsiad latarników – Sprytny Szkot, który mieszkał niecałe dwa kilometry od latarni Arranmore. Nie wiem, za jakie grzechy zesłano go na tę surową irlandzką wyspę, by na górze bezlitośnie smaganej wiatrem wypasał szkockie bydło i owce. 


Jak twierdził młodszy latarnik, Edward McCarron, jego dwuletni pobyt tutaj był w miarę przyjemny. Życie jednak monotonne i samotne. Za to dzięki sąsiedztwu Sprytnego Szkota nabierało koloru i smaku. Smaku w dosłownym znaczeniu, bo mężczyzna dostarczał latarnikom świeże mleko, masło, czasem też baraninę. 


Nie wiem, kto powiedział, że "gdy nie ma kota, myszy harcują". Może główny bohater bajki "Tom & Jerry", a może jakiś antyczny myśliciel. Miał jednak rację, wszak Szkot w tańcu się nie certolił. Jego "pan" był nieobecnym landlordem –właścicielem ziemskim, jakich w dawnych czasach nie brakowało. Przebywał w Wielkiej Brytanii, a jego irlandzkiej ziemi i stada doglądał wspomniany szkocki wysłannik. Ten zaś uznał, że skoro już tutaj być musi, to zrobi wszystko, by ten pobyt był jak najbardziej znośny. 


Kombinował jak koń pod górkę. Jak jego wierzchowiec – a może nawet bardziej! – na którym jeździł i doglądał powierzonych mu zwierząt. Mimo że nie powinien był doić krów, wszak jego pan życzył sobie, by cielaki żywiły się mlekiem, Szkot podbierał połowę mleka, przerabiał na masło i sprzedawał. 


Jednym z jego zadań na zesłaniu było również prowadzenie rejestru martwych zwierząt. Miał wpisywać na listę każdą sztukę, która padła, spadła albo została zdmuchnięta z klifów w czasie sztormu, co sporadycznie się zdarzało. 


Wówczas organizował akcję ratunkową – najmował jakiegoś śmiałka, który schodził po linie albo wypływał łodzią, by uratować zwierzę. Wszystkie wydatki rekompensował landlord, który raz do roku przypływał na Arranmore w ramach kontroli. Przeglądał księgi i wyznaczał określoną liczbę zwierząt, które miały popłynąć specjalnie wyczarterowanym parowcem na targ w Glasgow.  


Oczywiście na listę "pechowo straconych zwierząt" trafiały też te, które Sprytny Szkot sam postanowił uśmiercić, a mięso opylić latarnikom. Landlord oczywiście nie miał o tym pojęcia. Tak samo jak do głowy mu nawet nie przyszło, że Sprytny Szkot rozkręcił pod jego nieobecność mały biznes. Mężczyzna skupował cielaki od irlandzkich farmerów na Arranmore, a następnie tuczył je na mleku od krów swojego landlorda (a ponoć kradzione nie tuczy!). Kiedy ten ostatni miał przyjechać z wizytacją, Szkot chował swoje "nielegalne" stadko w jakimś ustronnym miejscu w odległej części wyspy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal! 


W czasie jednej z takich wizyt landlord z zainteresowaniem przyglądał się życiu mieszkańców wyspy – jakże odmiennemu od żywota, który sam prowadził.  Sporządził opisy Arranmore i nieopatrznie pochwalił się Szkotowi planem publikacji artykułu w prasie w Zjednoczonym Królestwie. Tutaj naszemu Pomysłowemu Dobromirowi szybko zapaliła się gwiazdka! Błyskawicznie skonstruował intrygę, której mógłby pozazdrościć mu sam Machiavelli! Naopowiadał mu przeróżnych głupot o zwyczajach tutejszych ludzi, a potem zasiadł wygodnie z kubełkiem popcornu, aby poczekać na rozwój sytuacji (no dobra, to ostatnie sama wymyśliłam).


Kiedy obiecany artykuł został opublikowany w angielskiej gazecie w Newcastle, Szkot otrzymał kilka kopii do dystrybucji. Z radością rozpowszechnił je wśród mieszkańców Arranmore, dobrze wiedząc, że zawierają one steki bzdur i wywołają oburzenie lokalnej społeczności. Stosunki łączące Irlandczyków z Anglikami od dawna były napięte, a artykuł okazał się zapałką wrzuconą do beczki prochu – urażeni mieszkańcy wyspy zgodnie poprzysięgli, że landlord nie wyjedzie żywcem z Arranmore, jeśli jeszcze kiedyś się tutaj pojawi. 


Cwany Szkot, mistrz intrygi, oczywiście chętnie przekazał te informacje swojemu panu – istniało prawdziwe ryzyko, że niewinny landlord podzieli los Machiavelliego, nieoficjalnego mistrza Sprytnego Szkota, i zostanie aresztowany, skuty, a następnie torturowany przez rozwścieczony tłum. 


Jeśli myślicie teraz: "nie, to nie może  się udać!", to... mylicie się. Landlord najwyraźniej uznał, że jego życie jest ważniejsze od stada baranów. Bał się zlinczowania i już nie wrócił na wyspę! Sprytny Szkot dopiął swego. 


Karma jednak nie gubi adresu. Przez kilka lat powodziło mu się naprawdę dobrze. Jednak po tłustych latach nastały te chude. Zubożał, a w efekcie opuścił Arranmore i Irlandię. Ale, ale... wszystko dobre, co się dobrze kończy! Góra, na której Szkot wypasał bydło i owce ostatecznie trafiła w ręce mieszkańców wyspy i stała się ich własnością. To wszystko zaś dzięki uprzejmości księdza, któremu udało się  namówić landlorda do oddania jej prawowitym właścicielom.  


O samych dziewiętnastowiecznych mieszkańcach wyspy młody latarnik wypowiadał się nad wyraz pochlebnie. Miał ich za inteligentnych (mimo że nie byli zbytnio wykształceni), pracowitych, zaradnych, powściągliwych i trzeźwych. Nie pili na umór, a jedynie sporadycznie korzystali z alkoholu – w chwilach smutku i radości. 


Nawozili swoje poletka wodorostami, przekopywali szpadlami (z braku pługów) i uprawiali ziemniaki, owies, żyto i jęczmień. Był też pod ogromnym wrażeniem pracowitości kobiet – ich talentu do dziergania i wyczarowywania kolejnych fatałaszków. Nigdy nie były bezczynne. Tak bardzo były wyspecjalizowane w szydełkowaniu, że robiły to nawet spacerując wzdłuż drogi! Swoje rękodzieło sprzedawały, a tym samym podreperowywały rodzinny budżet dodatkowymi szylingami. 


Ale i sam Edward nie odstawał niczym od dzielnych mieszkańców Arranmore. Dał temu wyraz w 1871 roku, kiedy dobitnie udowodnił, jak niesamowicie ważną rolę pełnili latarnicy w tych "ciemnych, zacofanych czasach". 


W czasie jednej ze swoich wart wypatrzył na oceanie łódź wiosłową z jej "krzykliwą zawartością". Początkowo nie wzbudziła w nim większych podejrzeń – mieszkańcy wyspy często wypływali na ocean do przepływającego tutaj parowca z Glasgow, aby dokonać handlu wymiennego i zaopatrzyć załogę w świeże ryby. 


Tym razem jednak było inaczej. Te wrzaski jakby bardziej dramatyczne niż zwykle. Bardziej przeraźliwe i przejmujące. Jakby życie załogi miało od nich zależeć. I tak też było. Jak się wkrótce okazało, to nie była zwykła łódź, lecz szalupa ratunkowa z barki Tropic, która 11.04.1871 roku wypłynęła ze Szkocji do Hiszpanii. Po drodze coś jednak poszło nie tak i załoga musiała się ewakuować, bo statek zaczął tonąć. 


Nie mieli czasu na dokładne przygotowanie się na gehennę, która na nich czekała. Złapali to, co najważniejsze: dokumenty statku, butelkę brandy, trochę suchego prowiantu i peklowany boczek. Wsiedli do szalupy ratunkowej i odpłynęli w poszukiwaniu suchego lądu. Ratunek przyszedł po długich pięciu dniach wiosłowania, kiedy byli już u kresu sił. 


Wyspa Arranmore zamajaczyła im przed oczami ze swoją latarnią i zapewne był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widzieli. Dla jednego z nich widok lądu był też ostatnim widokiem – wyzionął ducha, kiedy go zobaczył. Widok zabrał ze sobą do grobu i nie udało mu się niestety postawić nogi na suchym lądzie. Był stolarzem i nazywał się Alfred Jackson. 


Kiedy Edward upewnił się, że są rozbitkami, natychmiast ruszył z pomocą. Zaalarmował swojego zwierzchnika, głównego latarnika, przyniósł gruby sznur, a potem – niczym nieśmiertelny superbohater z kreskówki – zszedł po klifie w dół, aby ratować ludzkie życie. Różnica polegała jednak na tym, że nie był nieśmiertelny. Na każdym etapie akcji ratunkowej ryzykował swoim życiem. Tutejsza latarnia znajduje się na ostrym, pionowym urwisku – klifie, który nie wybacza błędów. 


Szczęśliwie obyło się bez dodatkowych zgonów, choć ta chałupnicza akcja ratunkowa była bardzo dramatyczna – ocean był wzburzony, a rozbitkowie skostniali, ledwo zipiący, pozbawieni sił, choć nie woli życia. I chyba ta ostatnia sprawiła, że resztkami sił współpracowali, a kiedy już wydostali się na ląd, poruszali się na czworaka i dramatycznie szukali wody do picia. Przez kilka kolejnych dni nie mogli ugasić pragnienia, bez względu na to, ile pili. 


Nogi i stopy mieli potwornie opuchnięte – trzeba było rozciąć im buty. Po tylu dniach i nocach na otwartym morzu żaden z nich nie potrafił normalnie chodzić. Przejmujący to był widok – dziesięciu mężczyzn poruszających się na kolanach albo na czworakach po nierównej, ostrej nawierzchni prowadzącej do domków latarnika. Niczym pielgrzymi do celu swojej bolesnej wędrówki.  


Pięciu zostało umieszczonych w domku głównego latarnika i jego rodziny, a druga połowa rozbitków w domu Edwarda. Pod troskliwą opieką latarników odzyskali wigor i w przeciągu tygodnia byli w stanie swobodnie chodzić. Następnie zaś wsiedli na pokład szkockiego parostatku i odpłynęli do swojej ojczyzny. 



Za swój bohaterski czyn Edward dostał 2£, a główny latarnik i cała jego rodzina (żona i córki, które również brały udział w akcji ratunkowej i holowały rozbitków) po jednym funcie. 


Czasy się zmieniły i ponoć jako ludzkość zrobiliśmy ogromny postęp, choć mój wewnętrzny cynik bardziej wierzy w to, że dziś ludzie chętniej wyciągaliby smartfony niż opuszczali się po linie z klifu, by ratować nieznajomych. 



Część rzeczy się zmieniła. Żegluga morska niesamowicie unowocześniła, a latarnicy przeminęli z wiatrem. Druga część pozostała taka sama, jak latarnia Arranmore na skalnym urwisku. Każdy nadal orze, jak może i wspina się na wyżyny kreatywności, by przetrwać swoje życie – śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową. 


 

czwartek, 18 września 2025

Morskie opowieści z wyspy Arranmore


Z Arranmore jest trochę jak z doktorem Jekyll i panem Hyde. Wyspa ma dwa oblicza. Wschód i południowy wschód to tereny stosunkowo osłonięte i uprzywilejowane. To tu znajdują się piaszczyste plaże, które w słoneczny i gorący dzień mogą przywodzić na myśl te w egzotycznych krajach. To jest ten przyzwoity doktor Jekyll z mojego porównania. 


Tu znajduje się też główna wioska Leabgarrow, bijące serce wyspy, w której koncentruje się życie, i to tu przybijają promy z turystami na pokładzie. W sezonie życie tu nie zamiera. Za przyczyną turystycznego zaplecza raczej buzuje jak pszczoły w ulu. 


Sklep, kawiarenka, take-away, w którym można dostać smakowitą rybę z frytkami, puby, poczta, muzyka na żywo, hotel i hostel ‒ to wszystko jest tutaj na wyciągnięcie ręki płatnika. To ta jasna strona wyspy. Tu możesz zapomnieć się i zapomnieć, że jesteś na oderwanym fragmencie lądu obmywanym przez Atlantyk. Dom na domku, a wiele z nich ułożonych warstwowo, niczym kolejne piętra w torcie. 


Ale już nieco dalej, kiedy zaczniesz przemierzać środek wyspy i kierować się na jej zachód, zauważysz, że życie tu powoli zamiera, krzewy i roślinność stają coraz rzadsze, za to teren coraz bardziej surowy. 


 

Kiedy dotrzesz do Rinrawos Point, na jej wyeksponowane rubieże na północnym zachodzie, których od XVIII wieku strzeże latarnia, możesz poczuć się jak na końcu świata. Jak wyrzutek społeczeństwa zesłany na banicję, aby mógł w tym odosobnieniu pokontemplować swoje życiowe wybory, zrobić rachunek sumienia i dokonać żalu za popełnione grzechy. To jest pan Hyde. Ta ciemna strona Arranmore. I to dosłownie.


Szczególnie odczuwalne jest to w nocy. Jak okiem sięgnąć ‒ ciemność. Absolutny mrok. Jakby świat okrył czarny i złowrogi całun, albo obszerna peleryna Sandmana. Ani jednego bursztynowego światełka na horyzoncie świadczącego o tym, że gdzieś tam znajduje się życie. Hipnotyzująca wiązka światła, emitowana przez latarnię i zawsze kojarząca mi się z dyskotekowym stroboskopem (czasami mam ochotę tańczyć w jej świetle), jest tutaj jedynym jego źródłem. 



W swoim życiu widziałam wiele pięknych widoków. Widoków, które zapierały dech, a jednego z nich doświadczyłam właśnie tu. Pewnej październikowej nocy weszłam do sypialni z ciekawą książką w rękach. W następnej sekundzie o mało co nie upuściłam jej z hukiem na swoje stopy. Przez niezasłonięte okno, dzięki któremu miałam w ciągu dnia widok na ocean, zobaczyłam najpiękniejsze w życiu niebo. Miriady gwiazd błyszczących niczym małe diamenciki. 


Parę sekund później ciężki album, który tu przyniosłam, leżał już bezceremonialnie rzucony na łóżko, bo straciłam nim całe zainteresowanie. Parę minut później stałam już przed domkiem latarnika ‒ z głową zwróconą ku niebu i ustami szeroko rozwartymi z zachwytu wpatrywałam się w to niebywale piękne zjawisko. Ten, kto choć raz ujrzał na jakimś pustkowiu rozgwieżdżone niebo, w ogóle niezanieczyszczone świetlnie, ten zrozumie. 


I to tu też, również jakiejś październikowej nocy, poczułam się przeraźliwie samotna. Jak gdybym była jedynym ocalałym człowiekiem na całym świecie. Stałam na tym surowym krańcu wyspy, a wokół tylko przeszywająca ciemność i "cisza". Zero jakiejkolwiek formy życia. Najbliższa wioska znajdowała się pięć kilometrów stąd. Mogłabym śmiać się do rozpuku, drzeć wniebogłosy, a i tak nikt by tego nie usłyszał. Może jakiś "zagubiony" rybak wracający do przystani, tak, jak ja czasami słyszałam silnik łodzi przepływającej w pobliżu. 



Mogłabym robić tu piękne i godne pochwały rzeczy, albo też dopuścić się jakiegoś bezeceństwa, a i tak nikt by o tym nie wiedział. Mogłabym niechcący spaść w tę otchłań, i przepaść w jej głębinach, i nikt by się nie dowiedział, co tak naprawdę się stało. Nie namnożyłoby się wokół mnie tyle legend i spekulacji niczym wkoło tajemniczego zniknięcia trzech latarników z Flannan Isles Lighthouse, ale i tak wiele osób zadawałoby sobie to samo pytanie. 


I właśnie ta świadomość w pewien sposób przerażała. Jedynym świadkiem byłaby latarnia i ocean. Niemi powiernicy i... przyjaciele? Latarnię z pewnością można by było tak nazwać, w końcu działa dla dobra nas wszystkich, zgodnie z łacińskim "In salutem omnium", które Comissioners of Irish Lights obrali na swoje motto. 


Atlantyk zaś... Ocean to raczej fałszywy przyjaciel. Taki, który wbija nóż w plecy, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Wilk w owczej skórze. W czasach biedy i głodu może jawić się jako dobroczyńca, ratować z opresji i dostarczać ze swoich głębin ryb na pokarm (w latach 80. XVIII wieku wyławiano tu ogromne ilości śledzi), ale może też zażądać bezwzględnej zapłaty ‒ życia. 



Pamiątkowe tablice informacyjne, na które można natrafić tu i ówdzie, dobitnie o tym przypominają. Największa tragedia wydarzyła się tu w 1935 roku, kiedy w lodowaty zimowy wieczór łódź żaglowa rozbiła się o skały w drodze powrotnej z Burtonport. Na jej pokładzie znajdowało się dwudziestu mieszkańców Arranmore. Dla dziewiętnastu z nich była to ich ostatnia podróż.  


Życie na wyspach odwiecznie przeplatało się, niczym w celtyckich węzłach, ze śmiercią na morzu ‒ była ona na stałe wpisana w egzystencję mieszkańców, co nie zmienia jednak faktu, że każda strata bolała tak samo. Do niektórych rzeczy nigdy nie można się przyzwyczaić, a śmierć ukochanej osoby jest właśnie jedną z nich. To jest coś, na co nigdy nie jest się gotowym.