poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Macocha z piekła rodem

Jeśli ktoś z Was zastanawia się, dlaczego w świecie pełnym okrucieństwa, wszechobecnego zła, które wylewa się na nas ze wszystkich stron, wybieram tak "depresyjne" lektury, to już tłumaczę.

Najłatwiej chyba będzie, jak zobrazuję to na znanym przykładzie. Widzicie, wszystko zależy od punktu widzenia. Ja na te książki patrzę przez pryzmat szklanki do połowy pełnej, nie pustej. A zatem są one dla mnie dowodem na zwycięstwo dobra nad złem. Podbudowującymi świadectwami ludzkiej siły i niezłomności. Przykładem, że niemal każde zło można przekuć na dobro.

I taki właśnie jest memuar, który wydała Sarah Corbett Lynch. 


Sarah to ta urocza irlandzka dziewczynka z okładki, która mylnie mogłaby sugerować, że jej dzieciństwo było właśnie takie – różowe. Niestety, było zupełnie inaczej. Różowy jednak jest symbolem miłości, troski, czułości, szczęścia i nowego początku, a tego w książce też nie brakuje.

Sarah zapisała się w literackim świecie Irlandii jako jedna z najmłodszych autorek. Jako trzynastolatka stworzyła ilustrowaną książeczkę dla dzieci zmagających się z żałobą – "Noodle Loses Dad" ("Noodle traci Tatę"). Skąd taki pomysł? Z życia. Z własnego doświadczenia.

Sarah miała zaledwie dwanaście tygodni, a jej brat, Jack, dwa lata, kiedy niespodziewanie zmarła ich ukochana mama, Mags. Jeśli myślicie, że nic gorszego nie mogło już spotkać tych dzieci, to się grubo mylicie. Najgorsze dopiero nadchodziło. A w zasadzie to nadlatywało, bo tak Molly Martens, "słodka i niewinna" amerykańska au-pair, znalazła się w Irlandii. 


Molly przyleciała na Zieloną Wyspę po tym, jak wypatrzyła ogłoszenie irlandzkiego wdowca pilnie poszukującego opiekunki dla swych malutkich dzieci. Jason, bo tak nazywał się ten pechowy wdowiec, nie wiedział, że otwierając drzwi przed Molly, zaprasza do swojego domu nie kobietę-anioła, lecz anioła śmierci, a ten błąd będzie go kosztował życie.

Molly była idealna tylko na papierze, bo taki właśnie wizerunek stworzyła w swoim CV. Przychodziło jej to z łatwością, wszak była wprawioną mitomanką. Patologicznie kłamała. A do tego, jak czas pokaże, była prawdziwą kobietą-modliszką, ale tego Jason nie mógł wówczas wiedzieć. Kiedy zacznie się już orientować, z kim ma do czynienia, będzie głęboko w sidłach swojej prywatnej Cruelli de Vil. Niezrównoważonej psychicznie desperatki opętanej manią posiadania jego dzieci.

Sarah wydała "A Time for Truth" w 2025 roku. Jednak biblioteczny egzemplarz, który trafił do moich rąk, wyglądał na dużo, dużo starszy – był już mocno sfatygowany. To i długa kolejka, którą musiałam wirtualnie "odstać", żeby ją dostać, to doskonały dowód na to, jak bardzo Irlandia nadal żyje tą tragedią. Śmierć Jasona odbiła się tutaj szerokim echem, a proces jego morderców był niezwykle medialny. W minionym roku upłynęła dziesiąta rocznica jego śmierci. Sarah niejako upamiętniła ją publikacją swojego przejmującego memuara.


Opaska, którą Temida ma przewiązane oczy, symbolizuje jej całkowitą bezstronność i brak uprzedzeń wobec oskarżonych – równość wszystkich wobec prawa. Ona jako grecka bogini może faktycznie taka jest. Bezstronna. Śmiem jednak wątpić, czy ludzie, którzy już z samej natury są istotami niedoskonałymi, również tak postępują. Czy aby na pewno w sposób bezstronny rozstrzygają prawne spory? Czy mimo wszystko nie posługują się, nawet nieświadomie, głęboko zakorzenionymi stereotypami, albo swoimi osobistymi uprzedzeniami i preferencjami?

Przyznam, że skrzywiłam się z niesmakiem, kiedy amerykański sędzia zwrócił się do oskarżonego, Toma Martensa, i powiedział mu, że wyraża wobec niego duży szacunek, dziękuje za jego służbę (to emerytowany agent FBI) i życzy mu wszystkiego najlepszego! No, ludzie... Ten człowiek brutalnie zamordował innego człowieka – nie przypadkowo (mówimy o co najmniej dwunastu ciosach metalowym kijem bejsbolowym!), nie obcego, a swojego zięcia! Ojca dwojga małych dzieci, które kilka lat wcześniej straciły swoją rodzoną matkę!

I tak się zastanawiam. Czy oskarżony nie powinien stać przed sądem "nagi"? Odarty z jakichkolwiek przywilejów, dokonań, tytułów i zasług? Sprawowany urząd nie powinien być tu czynnikiem łagodzącym, bo wydając mniejsze i łagodniejsze wyroki tym, którzy wykonują prestiżowe zawody, niejako faworyzujemy ich i dajemy im przyzwolenie na łamanie prawa.

Ba! Myślę też, że oni sami doskonale wiedzą, iż są na uprzywilejowanych pozycjach, mają respekt w społeczeństwie, przez co stają się aroganccy i zadufani w sobie. Wielu z nich wręcz nauczonych jest, że inni – ci "gorsi", mniej szanowani i wykwalifikowani, "pospólstwo" – nadskakują im, płaszczą się przed nimi i traktują niczym bożków. I takiego też VIP-owskiego traktowania oczekują.

Myślę, że ta parszywa dwójka, tatuś i córeczka, właśnie na to liczyła, planując to paskudne morderstwo. Że wszyscy łykną ich wersję niczym młode pelikany. Że nikt nie zwątpi, nikt nie zakwestionuje, bo przecież jak to tak, nie dać wiary słowom wysoko postawionego agenta FBI? Jak można nie uwierzyć "kruchej", biednej i pokrzywdzonej kobiecie, że jest ofiarą przemocy domowej z rąk tego paskudnego Irlandczyka-pijusa? Przecież od zarania dziejów wiadomo, że Irlandczycy to alkoholicy, a agresorami są tylko mężczyźni!

Pycha kroczy przed upadkiem. I tu też tak było, kiedy z czasem okazało się, że wersja Martensów sypie się jak zamek z piasku, a na wierzch wypływają kolejne nieścisłości. Ponieważ jednak system prawny jest wielce niedoskonały, a utalentowani prawnicy potrafią za grubą kasę po mistrzowsku naginać fakty, to mamy to, co mamy. Ludzi-potworów na wolności, podczas gdy przez długie, długie lata powinni gnić za kratami za to, że jednego człowieka pozbawili życia, a całą rzeszę innych straumatyzowali. 


Nie ukrywam, dużo w tej książce smutnych wydarzeń. Już sama historia miłosna Jasona i jego pierwszej żony jest do głębi tragiczna. Jakieś takie bolesne ukłucie poczułam w sercu, kiedy patrzyłam na ich fotografię ślubną: piękni, młodzi, szczęśliwi, w tle plaża i ocean. Świata poza sobą nie widzieli. Zapewne głęboko wierzyli też, że świat leży u ich stóp. Że mają przed sobą całe życie, a to, co najlepsze dopiero nadchodzi.

Z wielkim zaangażowaniem i ekscytacją budowali swój wymarzony dom, a ona z czułością dokumentowała każdy krok tej budowy. Nie wiedzieli jednak, że ten sam świat (jakże okrutny i niesprawiedliwy!) ma w zanadrzu paskudną niespodziankę: dom, który z taką miłością budowali, zostanie ostatecznie sprzedany, żadne z nich nie dożyje nawet 40 lat, a ich ukochane dzieci zostaną sierotami. 


Nie widać tego na tej ślubnej fotografii, ale gdzieś tam z tyłu za ich plecami czaił się bezlitosny Ponury Żniwiarz. Absolutnie nie gotowy do żadnej negocjacji. To po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że życie jest krótsze, niż nam się wydaje. Żyjemy na pożyczonym czasie, więc idźmy za radą mędrców – carpe diem.

Historia, którą przekazała nam Sarah, to nie tylko gorzki dowód na niesprawiedliwość naszego świata i ułomność prawa, lecz również optymistyczna historia bezgranicznej mocy, jaką niesie ze sobą rodzina, bo gdyby nie ona, to nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych biednych dzieci. Dziś być może – oprócz poczucia winy, które niestety w sobie noszą – trawiłyby ich nałogi, a oni sami leżeliby gdzieś w rynsztoku z innymi, z których okrutny los brutalnie zakpił. Miłość, którą okazała im rodzina zmarłego ojca nie wymazała traumatycznych przeżyć, ale zdecydowanie je złagodziła, i pozwoliła dorastać w normalnym, szczęśliwym domu – z dala od bezwzględnej macochy z piekła rodem i jej wynaturzonych rodziców.


poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Jeszcze za życia w niebie – Mann Cat Sanctuary


Chociaż nie ma jeszcze Światowego Dnia Zwierząt, który obchodzimy czwartego października, nie wyobrażam sobie, abym nie pokazała Wam pewnego miejsca, w którym poczułam się jak w niebie. 


Jak wspominałam Wam już do znudzenia, Wyspa Man na dobre skradła moje serce. W czasie pobytu na niej nocowałam w pięknym miejscu, zwiedzałam wspaniałe i interesujące atrakcje, jednak żadna z tych wymienionych rzeczy nie wzbudziła i nadal nie wzbudza we mnie takiej tkliwości i sentymentu jak właśnie Mann Cat Sanctuary ‒ schronisko kotów w Santon, znajdujące się tuż przy drodze A5, niecałe 10 km na południe od stolicy kraju, Douglas. 


Kiedy tylko wypatrzyłam to miejsce na mapce wyspy, wiedziałam, że muszę tam dotrzeć. Na szczęście szóstego dnia naszego pobytu, na dwa dni przed powrotem do Irlandii, udało nam się tego dokonać. Bardzo mnie to cieszy, bo wizyta w tym wspaniałym miejscu zdecydowanie przeszła moje oczekiwania!


Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym kocim przytulisku, przyznam więc, że miałam trochę obaw przed tą wizytą. Jako że jestem wyjątkowo wrażliwa na krzywdę zwierzaków, bałam się, że kiedy stanę oko w oko z tymi "nieperfekcyjnymi", poszkodowanymi przez los (a najczęściej ludzi) czworonogami, to może się to negatywnie odbić na mojej psychice, a te wszystkie tutejsze piękne obrazy, które do tej pory widziałam, zostaną wyparte przez smutne obrazy kociej nędzy i rozpaczy. Bo powiedzmy sobie szczerze: w miejscach takich jak to nie ma zazwyczaj pięknych i rasowych kotów. To nie pokaz zwierząt z rodowodem godnym pozazdroszczenia. Tu są "zwyczajne" dachowce, często u schyłku wieku, schorowane, zaniedbane, porzucone. Na szczęście nikt ich tu nie uśmierca tylko dlatego, że takie są. 



Zdarzają się tu nawet tak oryginalne nabytki z dalekich stron świata jak... Katar, Afganistan czy Cypr. W Mann Cat Sanctuary nie lubią odmawiać zwierzakom pomocy. W sercach mają bowiem nie tylko bezbrzeżną miłość do naszych braci mniejszych, lecz także przepiękne słowa św. Franciszka z Asyżu, który głosił, że:

„Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję ‒ służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować". 


Wierzę, tak samo jak on, że więcej można osiągnąć miłością niż kijem, i chyba taką samą dewizą kierowały się założycielki tego schroniska, dwie przyjaciółki: Sue Critchley i Carole Corlett, kiedy w 1996 roku powołały do życia Mann Cat Sanctuary. 


Niestety w 2001 roku zmarła Carole, a pod koniec lipca 2024 roku, po długiej walce z rakiem, odeszła też Sue, co głęboko zasmuciło wielu wspierających. Ulgę przyniosła jednak informacja, że schronisko nadal będzie działać i wykonywać misję, której prawie 30 lat temu podjęły się te dwie kobiety. 


Ledwo wjechaliśmy na teren posesji, zaparkowaliśmy (na trawie stało już około 10 samochodów) i wygrzebaliśmy z bagażnika świeżo zakupione kocie przysmaki, a zza winkla domu wyłonił się piękny burasek o nieco orientalnej urodzie i przepięknych migdałowych, hipnotyzujących oczach.


Z gracją kroczył po kamykach, by nas przywitać, jak na porządnego gospodarza przystało. W tym momencie po raz kolejny uwierzyłam w to, że zwierzaki mają szósty zmysł i naprawdę widzą ludzką aurę, bo czułam się przejrzana na wskroś. Ten przystojniak od razu wiedział, że moja aura jest zdecydowanie kompatybilna z jego ‒ widzieliśmy się po raz pierwszy, a przywitaliśmy się jak najwięksi przyjaciele, stęsknieni i spragnieni swojego kontaktu.


 

Niedługo później Połówek zasiadł na pierwszym lepszym fotelu na dziedzińcu, i jeszcze zanim zdążył się wygodnie rozsiąść, na jego kolana wskoczył nieco podstarzały Rudy Lisek, i pozostał tam prawie do samego końca wizyty. 


 

To mi się tutaj niesamowicie podobało. Nikt tu nie gonił i nie napastował futrzaków. Same wybierały sobie swoją "ofiarę", jeśli były przyjazne i chętne do kontaktu z człowiekiem. Jeśli stroniły od niego, bo i takie osobniki się tu znajdują (mówimy o kotach!), nikt nie naruszał ich przestrzeni osobistej. Mogły w spokoju wypoczywać, siedzieć gdzieś sobie na uboczu, tak po prostu cieszyć się życiem. A było czym, jako że był to piękny, suchy i słoneczny wakacyjny dzień, a ogrzany słońcem bruk chętnie oddawał ciepło tarzającym się po nim zwierzakom. 



 

 

Mann Cat Sanctuary to 7 akrów ziemi, zero klatek, a także niepoliczalna ilość miłości i troski, niezliczonych godzin włożonych w dobrobyt podopiecznych. Tu się nie uśmierca zwierząt (jedynie w wyjątkowych i naprawdę beznadziejnych przypadkach, kiedy stopień obrażeń jest zbyt duży, by zwierzakowi pomóc). Tu każdy, wcześniej niekochany, skrzywdzony czy porzucony zwierzak ma prawo dożyć spokojnej starości. W cieple, bezpieczeństwie, miłości i wolności. I wbrew pozorom nie jest to tylko bezpieczna przystań dla kotów ‒ są tu także charakterne i psotne kózki, bielutkie jak śnieg gęsi, kaczki, a nawet kuc szetlandzki i osiołek! 


Tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy też żywy symbol wyspy ‒ koty manx, które nieco różnią się budową od tych naszych. Przede wszystkim mają albo bardzo krótki ogonek, albo nie mają go wcale, a do tego dość krępy tułów i tylne nogi, które nieco przypominają skoki zająca. Są inteligentne i mają bardzo miłe usposobienie. 



Koty tej rasy są też urodzonymi łowcami i sportowcami-akrobatami: ze względu na te swoje "królicze nogi" świetnie skaczą, a także bardzo szybko biegają. W międzyczasie, kiedy im się nie spieszy, pociesznie "kicają". Ze względu na wyżej wymienione cechy niektórzy dopatrują się w nich pokrewieństwa z rysiem rudym, a jeszcze inni twierdzą, że to hybryda powstała na wskutek krzyżówki kotów z królikami. 


Jak wiele innych zjawisk na wyspie mańskie koty osnute są nimbem tajemniczości. W tym przypadku folklor ponownie nie zawodzi i dla tych, którzy odrzucają wersję o zmutowanym genie, ma inne wytłumaczenie. Biblijne. Jak bowiem głosi legenda, koty te zawdzięczają swój wygląd... Noemu. Kiedy ten ostatni szykował się do odpłynięcia swoją arką, kot z Wyspy Man najwidoczniej zaspał i omal nie spóźnił się na rejs. W ostatniej chwili wskoczył na arkę, a jakże, wszak koty mają siedem żyć (albo 9, zależy kogo pytać) i zawsze spadają na cztery łapy. Zrobił to jednak w dość niefortunnym momencie, akurat wtedy, kiedy wrota arki się zamykały, przez co zadziałały niczym gilotyna. A wszyscy wiemy z lekcji historii, co się stało, kiedy ostrze gilotyny natrafiło na głowę Marii Antoniny. Zapewne domyślacie się już, drogą analogii i dedukcji, co było później. Nastąpiło niefortunne oddzielenie kota od ogona. 


 

Jeśli niebo istnieje, to mam nadzieję, że wygląda właśnie tak: jest w nim wiele wspaniałych gatunków zwierząt, a każde z nich jest kochane, zadbane, ma suchy kąt, dach nad głową i pełną miskę. A wśród tych zwierząt są tacy ludzie, jakich widziałam właśnie tam w Mann Cat Sanctuary: emanujący ciepłem, fajną energią i uśmiechający się sami do siebie, do czworonożnych podopiecznych i do innych odwiedzających.


Godziny i dni otwarcia są tu dość ograniczone, warto sprawdzić je przed wizytą, aby uniknąć rozczarowania. Na stronie schroniska można za to do woli, 24/7, podglądać życie kocich rezydentów dzięki kamerkom umieszczonym w kilku pomieszczeniach. Wstęp wolny, warto jednak przywieźć ze sobą karmę dla zwierzaków, albo/i wspomóc organizację finansowo.