Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coolturalnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coolturalnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2026

Głód, który trudno zagłuszyć


O rany.

To była książka dla twardych zawodników.

Gdyby tak porównać świat literacki do sportowego, kim byś był(a)?

Filigranowym narciarzem umiejętnie lawirującym między niepożądanymi przeszkodami (lekturami), zawodnikiem wagi piórkowej, czy może twardym sumo, który z łatwością pożera porażające powieści na śniadanie?

Jeśli nie jesteś tym ostatnim, to dla swojego dobra trzymaj się z daleka od "Hungry", bo to zdecydowanie nie jest memuar dla "mięczaków".

Ja jestem sumo. Niestraszne mi straszne opowieści.

Jeśli myślicie, że wyciągniecie zza pazuchy najsmutniejszą książkę, jaką kiedykolwiek czytaliście, wymierzycie ją w moim kierunku, a ja skulę się jak opętaniec na widok egzorcysty z wycelowanym w niego krucyfiksem i zaklęciem "zgiń, przepadnij, antychryście!", to... się grubo mylicie.

Najbardziej prawdopodobna reakcja będzie taka, że oczy rozbłysną mi jak supernowa, a serce zacznie szybciej bić. Nie ze strachu. Z ekscytacji.

Jeśli żyje się na świecie odpowiednio długo, to świat literacki przestaje straszyć. Ba! Nawet staje się ucieczką od okrucieństw tego realnego.

W "Hungry" autorka załadowała na taczkę – a raczej na naczepę wywrotki – cały swój życiowy gnój i stopniowo zrzucała go na czytelnika. Początkowo spływało to po mnie jak po kaczce, ale kiedy byłam już na finiszu, a spod kupki gnoju wystawała mi tylko głowa, zaczęłam nieśmiało wołać "pomocy!" i walczyć o oswobodzenie rąk, aby zacząć nimi wymachiwać (dla wzmocnionego efektu).

Katriona O'Sullivan zaistniała na irlandzkiej scenie literackiej po opublikowaniu swojej bestsellerowej autobiografii "Poor", o której już tutaj pisałam w zeszłym roku. Bardzo podobała mi się ta książka, więc kiedy dowiedziałam się, że w kwietniu tego roku ukazała się "Hungry", "biografia jej ciała", grzecznie ustawiłam się w bibliotecznej kolejce.

"Hungry" ("Głodna") jest nieplanowanym dzieckiem Katriony. Częściowo uzupełnieniem "Poor" ("Biednej"), a częściowo jej rozbudowaniem, toteż ci, którzy czytali tę ostatnią, mogą odebrać ją jako nieco "odsmażany kotlet".

"Głodna" to jednak coś znacznie więcej niż dobrze nam znany kotlet.

To manifest kobiety głodnej. Głodnej w tym dosłownym znaczeniu – spragnionej pożywienia, którego nie zapewniali jej patologiczni rodzice narkomani – ale też w tym metaforycznym, bo Katrionę od maleńkości trawił nieokrzesany głód. Głód miłości, uwagi, akceptacji, zrozumienia.

To też manifest kobiety udręczonej, w którym zapewne wiele innych kobiet przejrzy się jak w lustrze lub tafli wody. A to, co tam zobaczą, niekoniecznie będzie przyjemne.

Można zaklinać rzeczywistość, ale fakty są brutalne. Dziewczynki od najmłodszych lat są często seksualizowane przez mężczyzn, co z kolei prowadzi do ich problemów psychicznych i późniejszego przedmiotowego traktowania kobiet.

Autorka już jako dojrzewające dziecko musiała mierzyć się z niepożądaną uwagą mężczyzn: z niewybrednymi uwagami na temat jej dużych piersi, pełnych ust, z seksualnymi aluzjami opatrzonymi obleśnym uśmieszkiem.  If she's old enough to bleed, she's old enough to breed.

Im dłużej o tym czytałam, tym większy gniew we mnie narastał. Nie na nią, na wulgarnych chamów, na brutalny świat, na tych, którzy na to pozwalają i nie widzą w tym nic złego! Bo to nie fikcja literacka. To najprawdziwsza prawda.

Sama sobie przypomniałam, jak ksiądz, stary pryk, obleśnie na mnie patrzył, kiedy byłam w szkole podstawowej. Jak chętnie przetrzymywał moją dłoń na powitanie, jak mnie "niewinnie" podszyczypywał, jak panowie budowlańcy gwizdali na mój widok, kiedy szłam ulicą. I nie, "nie prosiłam" o to, bo nie miałam na sobie dekoltu do pasa i mini ledwo zakrywającej tyłek – byłam zakutana od stóp do głów i bardziej przypominałam ninję (z długimi rozpuszczonymi blond włosami) niż ponętnego wampa.

Teraz już raczej się od tego odchodzi i nazywa to molestowaniem ulicznym, ale w czasach mojej młodości było postrzegane przez wiele kobiet jako powód do dumy i radości.

Smutne, jak bardzo dałyśmy sobie wmówić, że nasza wartość sprowadza się właśnie do tego – do gwizdów, do wzroku aprobaty (nie)znajomych, do niewybrednych tekstów na temat naszych kobiecych krągłości.

Żyjemy w świecie, który nie tylko sprzyja nienawiści kobiet do swojego lustrzanego odbicia, ale wręcz podsyca ten brak akceptacji i zgody na rozstępy, zmarszczki, dodatkowe kilogramy. To woda na młyn kosmetycznego przemysłu. Chirurgowie już ostrzą skalpele.

Tak z ręką na sercu – kto z Waszego środowiska ma wiecznie obsesję na punkcie wagi i wyglądu? Kobiety czy mężczyźni?

U kogo nadwaga jest bardziej akceptowana społecznie?

Kto z Was, drogie panie, ma więcej kosmetyków w łazience? Nawet jeśli jesteście taką osobą jak ja, która ma ich naprawdę umiarkowaną ilość, to i tak stawiam dolary przeciwko orzechom, że macie ich więcej niż Wasi mężowie.

Właśnie, mężowie – który z nich regularnie chodzi do kosmetyczki, katuje się kolejnymi restrykcyjnymi dietami, wstrzykuje sobie kwas hialuronowy w usta, albo toksynę botulinową w czoło? Który z nich odsysa tłuszcz w szemranych klinikach w Turcji i naraża swoje życie?

Komuś bardzo zależy, by kobiety wiecznie były zakompleksione i nie czuły się wystarczająco atrakcyjne, pewne siebie, młode i zadbane.

I nawet jeśli nie interesujemy się psychologią i nie orientujemy się, co to ten efekt aureoli, to i tak jakoś intuicyjnie wyczuwamy, że ładny i atrakcyjny ma w życiu znacznie łatwiej od brzydkiego i grubego.

A może to wcale nie intuicja? Może to po prostu efekt jednego czy drugiego podszeptu mamy lub babci na temat naszych porcji, mądrości przekazywanych z pokolenia na pokolenie (jak cię widzą, tak cię piszą), albo wzroku dezaprobaty na widok przytycia?

To wszystko, a nawet więcej w "Hungry" Katriony O'Sullivan.

Niełatwa lektura, bardzo szczera (momentami aż za bardzo!), ale jednak niesamowicie potrzebna, żeby naświetlić problemy stare jak świat.

Zmiany często zaczynają się od takich właśnie niewygodnych dyskusji.

środa, 17 czerwca 2026

Bardziej współczuć czy podziwiać?


David Goggins.

Dwa słowa, które jeszcze do niedawna nic dla mnie nie znaczyły. Jedna osoba, o której nie wiedziałam nic. Przyparta do muru, albo nawet do elektrycznego pastucha, nie byłabym w stanie pisnąć ani jednego słówka na jego temat. Nic poza "ała!!!" i "nie znam go, daj mi spokój, człowieku!".

Dziś, kiedy patrzę na Gogginsa, widzę w nim mieszankę superbohaterów. Ma coś z Batmana, który wyłania się z mroków, trochę z Aquamana (niekoniecznie mówię tu o jego muskulaturze, bardziej o swobodzie w wodzie), jeszcze trochę z Supermana, bo powietrzu też sobie świetnie radzi, a nie tylko na lądzie i w wodzie. Ale też coś z szaleńca i fanatyka. A także z... bezdusznej maszyny i bezkompromisowego Ultrona, gotowego po trupach dążyć do celu. Po swoim na pewno!

Każdy, kto zna Gogginsa, wie bowiem, że ból to jego specjalność. A on sam nigdy nie oszczędza swojego ciała. To ten typ człowieka, którego prędzej zobaczycie chłoszczącego się kańczugiem o piątej rano niż w gabinecie SPA na relaksującym masażu.

Dla niewtajemniczonych (żeby nikt nie musiał przyciskać Was do elektrycznego pastucha) – David Goggins jest byłym komandosem Navy SEALS, elitarnych sił specjalnych Marynarki Wojennej USA, a ponadto jedynym amerykańskim żołnierzem, który ukończył także mordercze szkolenie w The Ranger School (nikogo tam nie mordowali, morderczy to synonim "cholernie ciężkiego"), jak również to w siłach Air Force Tactical Air Control Party (nie przejmujcie się, ja też nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy).

A jakby tego było mało, dodam, że zapisał się też w Księdze Rekordów Guinnessa – w 17 godzin wykonał 4030 podciągnięć na drążku. Słownie: cztery tysiące trzydzieści! To zero na końcu nie wcisnęło mi się przez przypadek. No, mówiłam maszyna, nie człowiek! 


Hurtowe czytanie ma pewne minusy. Czasami jestem jak ta kasjerka, która kończy obsługę jednego klienta i woła "next!". Od razu zapomina o tym poprzednim, całą swoją uwagę poświęca nowemu. Mam tak z książkami. Z tą było jednak inaczej. Długo o niej myślałam, bardzo długo, a nawet poczułam potrzebę, aby zapisać te moje refleksje.

Czytam "taśmowo", ale rzadko na dłużej pochylam się nad przeczytaną pozycją literacką. Niemal natychmiast zapominam o niej w momencie, w którym zamykam ostatnią stronę.

W pewien sposób jest to dość wymowne i... smutne. Świat literatury już dawno zalało tsunami książek. Nawet bez mikroskopu i analizy biologicznej widać, że w tej fali znajduje się szlam, ale też perełki i kamienie szlachetne zmyte gdzieś po drodze.

Człowiek versus tsunami? To nie może się udać. Wielu perełek nigdy nie uda nam się wyłowić z tego nadmiaru wody. Ale – niektóre wyłowią dla nas inni. I to jest ta dobra wiadomość.

I tak właśnie było w przypadku "Nic mnie nie złamie" Gogginsa. Ktoś w mediach społecznościowych, które mają w obecnych czasach raczej czarny pijar, zachwalał ją jako najbardziej inspirującą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytał.

To jedno hasło wystarczyło, by mnie kupić. A przynajmniej moją uwagę. Jako że uwielbiam fascynujących i ciekawych ludzi, szybko zanotowałam sobie ten tytuł, aby niedługo później udać się z nim do mojej irlandzkiej biblioteki AKA książkowego Sezamu. Sezam, nie tylko otworzył przede mną swoje wrota, ale też ukazał obiekt, którego tak pożądałam. 


Któregoś dnia usiadłam (bez jakichś większych oczekiwań) i zaczęłam czytać. Nim się obejrzałam, byłam już zaangażowana w treść czytanej przeze mnie autobiografii.

Zafascynował mnie ten nietuzinkowy człowiek, który skutecznie przeprogramował swój umysł i znalazł kreatywne ujście dla całego zła, które go w życiu spotkało. Dla tych wszystkich negatywnych emocji, które tak wielu ludzi hojnie gromadzi długimi latami i pieczołowicie przechowuje w łatwopalnym miejscu, aż w końcu staje się nieuniknione – natrafiają one na iskrę zapalną i robią z człowieka płonącą pochodnię. Spodobało mi się to, że Goggins zrobił wszystko, by nie pozostało po nim smutne pogorzelisko.

Przewracałam kartkę za kartką. Musiałam wiedzieć co dalej.

Książka jest w moim odczuciu trochę nierówna. Pierwsza część była dla mnie zdecydowanie ciekawsza. W drugiej autor praktycznie cały czas skupia się na sporcie i swoich wyczynach. 


Bez wątpienia jest bardzo inspirująca i wierzę, że dla wielu stała się pokrzepiającym światełkiem w tunelu, które nie tylko dało im potrzebną nadzieję, ale też narzędzia do tego, by wzięli życie w swoje ręce i zaczęli spełniać swoje marzenia.

Jest w niej bardzo mało informacji o jego życiu prywatnym (sprawach sercowych) i samych misjach wojskowych – to drugie akurat zrozumiałe. Moja wewnętrzna plotkara, o której istnieniu nie miałam pojęcia, nie poczuła się zaspokojona. Ze szczątkowych informacji, przemycanych tu i ówdzie, czytelnik nagle dowiaduje się, że Goggins ma drugą żonę, dziecko albo że był na misji w Iraku. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z niechęci do "zaśmiecania" książki niepotrzebnymi wątkami, czy może z braku sukcesów na tym polu? Co niektórzy mogliby bowiem uznać jego życie osobiste za pasmo porażek (rozwód, kolejna żona, trudne relacje z córką, według której nie był wystarczająco obecny w jej życiu, ani odpowiednio zaangażowany).

Z mojego punktu widzenia David jest szalenie inspirującą osobą – przeżyć to, co on przeżył i tyle osiągnąć... To doprawdy ogromny sukces zarezerwowany tylko dla wybitnych jednostek. Imponuje mi jego samodyscyplina, ambicja, wytrwałość w dążeniu do celów, a także jego niezgoda na posiadanie mentalności ofiary. Jako kobieta uważam ten zestaw cech u mężczyzn za bardzo atrakcyjny, seksowny wręcz.

Z drugiej strony zaś, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie z kimś takim jak on zwyczajnie musi być okropnie trudne i przypominać jazdę na rodeo z wyjątkowo dzikim i wierzgającym bykiem.  Z pewnością nie jest to rozrywka dla każdego.

Mam też wątpliwości, czy Goggins, pomimo tych wszystkich sukcesów zawodowych i pobitych rekordów, potrafi tak naprawdę osiągnąć poczucie szczęścia i zadowolenia. Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć terminatora, który może doskonale radzić sobie na wojskowych misjach, ale niekoniecznie w zwyczajnym, prywatnym życiu. I to jego spojrzenie... Jakby martwe, wyzute z jakichkolwiek emocji. 


Mam więc mieszane uczucia. Bo z jednej strony podziwiam go, jest niewątpliwą inspiracją i wzorem do naśladowania, z drugiej strony zaś trochę mu współczuję tego, że nie potrafi tak po prostu spocząć na laurach. Poprzestać na tym, co już ma. Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. Tak jakby to jego wewnętrzne dziecko (a może ojciec patus?) ciągle powtarzało mu, że jednak nie jest wystarczająco dobry.  

Trochę przypomina mi takiego wyścigowego konia albo charta, wiecznie w pogoni za zwycięstwem. Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna. Ale to jego życie i trudno mi winić go za to, że chce je przeżyć na pełnej petardzie zgodnie z maksymą "lepiej jest przeżyć rok życiem tygrysa niż dwadzieścia lat życiem żółwia".

Jeśli znacie Gogginsa i czytaliście jego autobiografię, podzielcie się, proszę, swoimi przemyśleniami, bo jestem bardzo ciekawa, do którego obozu się zaliczacie: jego zwolenników czy przeciwników. 


Ten wpis jest już wystarczająco długi, nie będę go zatem przedłużać. Wspomnę tylko, że z książek, które ostatnio przeczytałam bardzo podobała mi się "Go As A River" Shelley Read. 


Początek nie był obiecujący – nie mogłam się w nią wgryźć. Utknęłam na trzydziestej stronie, rozczarowana i zawiedziona, że mi z nią nie wyszło (a od Rose słyszałam dużo dobrego o tej powieści). Na szczęście pewnej niedzieli nastąpił przełom. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę – usiadłam, wznowiłam czytanie od strony numer 30, i... przepadłam! Jak kamień rzucony w wodę. Im dalej w las, tym ciekawiej – nie mogłam się od niej oderwać, bo koniecznie MUSIAŁAM wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterki. Gdyby nie to, że trzeba było zrobić kotlety schabowe na obiad, nie ruszyłabym się z miejsca przed dotarciem do końca książki. Skończyłam ją jeszcze tego samego dnia, po obiedzie.


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Macocha z piekła rodem

Jeśli ktoś z Was zastanawia się, dlaczego w świecie pełnym okrucieństwa, wszechobecnego zła, które wylewa się na nas ze wszystkich stron, wybieram tak "depresyjne" lektury, to już tłumaczę.

Najłatwiej chyba będzie, jak zobrazuję to na znanym przykładzie. Widzicie, wszystko zależy od punktu widzenia. Ja na te książki patrzę przez pryzmat szklanki do połowy pełnej, nie pustej. A zatem są one dla mnie dowodem na zwycięstwo dobra nad złem. Podbudowującymi świadectwami ludzkiej siły i niezłomności. Przykładem, że niemal każde zło można przekuć na dobro.

I taki właśnie jest memuar, który wydała Sarah Corbett Lynch. 


Sarah to ta urocza irlandzka dziewczynka z okładki, która mylnie mogłaby sugerować, że jej dzieciństwo było właśnie takie – różowe. Niestety, było zupełnie inaczej. Różowy jednak jest symbolem miłości, troski, czułości, szczęścia i nowego początku, a tego w książce też nie brakuje.

Sarah zapisała się w literackim świecie Irlandii jako jedna z najmłodszych autorek. Jako trzynastolatka stworzyła ilustrowaną książeczkę dla dzieci zmagających się z żałobą – "Noodle Loses Dad" ("Noodle traci Tatę"). Skąd taki pomysł? Z życia. Z własnego doświadczenia.

Sarah miała zaledwie dwanaście tygodni, a jej brat, Jack, dwa lata, kiedy niespodziewanie zmarła ich ukochana mama, Mags. Jeśli myślicie, że nic gorszego nie mogło już spotkać tych dzieci, to się grubo mylicie. Najgorsze dopiero nadchodziło. A w zasadzie to nadlatywało, bo tak Molly Martens, "słodka i niewinna" amerykańska au-pair, znalazła się w Irlandii. 


Molly przyleciała na Zieloną Wyspę po tym, jak wypatrzyła ogłoszenie irlandzkiego wdowca pilnie poszukującego opiekunki dla swych malutkich dzieci. Jason, bo tak nazywał się ten pechowy wdowiec, nie wiedział, że otwierając drzwi przed Molly, zaprasza do swojego domu nie kobietę-anioła, lecz anioła śmierci, a ten błąd będzie go kosztował życie.

Molly była idealna tylko na papierze, bo taki właśnie wizerunek stworzyła w swoim CV. Przychodziło jej to z łatwością, wszak była wprawioną mitomanką. Patologicznie kłamała. A do tego, jak czas pokaże, była prawdziwą kobietą-modliszką, ale tego Jason nie mógł wówczas wiedzieć. Kiedy zacznie się już orientować, z kim ma do czynienia, będzie głęboko w sidłach swojej prywatnej Cruelli de Vil. Niezrównoważonej psychicznie desperatki opętanej manią posiadania jego dzieci.

Sarah wydała "A Time for Truth" w 2025 roku. Jednak biblioteczny egzemplarz, który trafił do moich rąk, wyglądał na dużo, dużo starszy – był już mocno sfatygowany. To i długa kolejka, którą musiałam wirtualnie "odstać", żeby ją dostać, to doskonały dowód na to, jak bardzo Irlandia nadal żyje tą tragedią. Śmierć Jasona odbiła się tutaj szerokim echem, a proces jego morderców był niezwykle medialny. W minionym roku upłynęła dziesiąta rocznica jego śmierci. Sarah niejako upamiętniła ją publikacją swojego przejmującego memuara.


Opaska, którą Temida ma przewiązane oczy, symbolizuje jej całkowitą bezstronność i brak uprzedzeń wobec oskarżonych – równość wszystkich wobec prawa. Ona jako grecka bogini może faktycznie taka jest. Bezstronna. Śmiem jednak wątpić, czy ludzie, którzy już z samej natury są istotami niedoskonałymi, również tak postępują. Czy aby na pewno w sposób bezstronny rozstrzygają prawne spory? Czy mimo wszystko nie posługują się, nawet nieświadomie, głęboko zakorzenionymi stereotypami, albo swoimi osobistymi uprzedzeniami i preferencjami?

Przyznam, że skrzywiłam się z niesmakiem, kiedy amerykański sędzia zwrócił się do oskarżonego, Toma Martensa, i powiedział mu, że wyraża wobec niego duży szacunek, dziękuje za jego służbę (to emerytowany agent FBI) i życzy mu wszystkiego najlepszego! No, ludzie... Ten człowiek brutalnie zamordował innego człowieka – nie przypadkowo (mówimy o co najmniej dwunastu ciosach metalowym kijem bejsbolowym!), nie obcego, a swojego zięcia! Ojca dwojga małych dzieci, które kilka lat wcześniej straciły swoją rodzoną matkę!

I tak się zastanawiam. Czy oskarżony nie powinien stać przed sądem "nagi"? Odarty z jakichkolwiek przywilejów, dokonań, tytułów i zasług? Sprawowany urząd nie powinien być tu czynnikiem łagodzącym, bo wydając mniejsze i łagodniejsze wyroki tym, którzy wykonują prestiżowe zawody, niejako faworyzujemy ich i dajemy im przyzwolenie na łamanie prawa.

Ba! Myślę też, że oni sami doskonale wiedzą, iż są na uprzywilejowanych pozycjach, mają respekt w społeczeństwie, przez co stają się aroganccy i zadufani w sobie. Wielu z nich wręcz nauczonych jest, że inni – ci "gorsi", mniej szanowani i wykwalifikowani, "pospólstwo" – nadskakują im, płaszczą się przed nimi i traktują niczym bożków. I takiego też VIP-owskiego traktowania oczekują.

Myślę, że ta parszywa dwójka, tatuś i córeczka, właśnie na to liczyła, planując to paskudne morderstwo. Że wszyscy łykną ich wersję niczym młode pelikany. Że nikt nie zwątpi, nikt nie zakwestionuje, bo przecież jak to tak, nie dać wiary słowom wysoko postawionego agenta FBI? Jak można nie uwierzyć "kruchej", biednej i pokrzywdzonej kobiecie, że jest ofiarą przemocy domowej z rąk tego paskudnego Irlandczyka-pijusa? Przecież od zarania dziejów wiadomo, że Irlandczycy to alkoholicy, a agresorami są tylko mężczyźni!

Pycha kroczy przed upadkiem. I tu też tak było, kiedy z czasem okazało się, że wersja Martensów sypie się jak zamek z piasku, a na wierzch wypływają kolejne nieścisłości. Ponieważ jednak system prawny jest wielce niedoskonały, a utalentowani prawnicy potrafią za grubą kasę po mistrzowsku naginać fakty, to mamy to, co mamy. Ludzi-potworów na wolności, podczas gdy przez długie, długie lata powinni gnić za kratami za to, że jednego człowieka pozbawili życia, a całą rzeszę innych straumatyzowali. 


Nie ukrywam, dużo w tej książce smutnych wydarzeń. Już sama historia miłosna Jasona i jego pierwszej żony jest do głębi tragiczna. Jakieś takie bolesne ukłucie poczułam w sercu, kiedy patrzyłam na ich fotografię ślubną: piękni, młodzi, szczęśliwi, w tle plaża i ocean. Świata poza sobą nie widzieli. Zapewne głęboko wierzyli też, że świat leży u ich stóp. Że mają przed sobą całe życie, a to, co najlepsze dopiero nadchodzi.

Z wielkim zaangażowaniem i ekscytacją budowali swój wymarzony dom, a ona z czułością dokumentowała każdy krok tej budowy. Nie wiedzieli jednak, że ten sam świat (jakże okrutny i niesprawiedliwy!) ma w zanadrzu paskudną niespodziankę: dom, który z taką miłością budowali, zostanie ostatecznie sprzedany, żadne z nich nie dożyje nawet 40 lat, a ich ukochane dzieci zostaną sierotami. 


Nie widać tego na tej ślubnej fotografii, ale gdzieś tam z tyłu za ich plecami czaił się bezlitosny Ponury Żniwiarz. Absolutnie nie gotowy do żadnej negocjacji. To po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że życie jest krótsze, niż nam się wydaje. Żyjemy na pożyczonym czasie, więc idźmy za radą mędrców – carpe diem.

Historia, którą przekazała nam Sarah, to nie tylko gorzki dowód na niesprawiedliwość naszego świata i ułomność prawa, lecz również optymistyczna historia bezgranicznej mocy, jaką niesie ze sobą rodzina, bo gdyby nie ona, to nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych biednych dzieci. Dziś być może – oprócz poczucia winy, które niestety w sobie noszą – trawiłyby ich nałogi, a oni sami leżeliby gdzieś w rynsztoku z innymi, z których okrutny los brutalnie zakpił. Miłość, którą okazała im rodzina zmarłego ojca nie wymazała traumatycznych przeżyć, ale zdecydowanie je złagodziła, i pozwoliła dorastać w normalnym, szczęśliwym domu – z dala od bezwzględnej macochy z piekła rodem i jej wynaturzonych rodziców.


sobota, 25 października 2025

Książę z Tindera, który okazał się ropuchą – "Stronger"


Z ponad czterdziestu książek, które przeczytałam w tym roku ta zbulwersowała mnie najbardziej. Najmocniej poruszyła, a w zasadzie to wręcz wstrząsnęła do szpiku kości.

Kilka z tych przeczytanych należało do literatury obozowej, i choć czasem na ich kartach pojawiali się okrutni kapo, postać każdego z nich blaknie wobec antybohatera "Stronger" – człowieka zepsutego do szpiku kości.

Historia przedstawiona w "Stronger" idealnie wpisuje się w halloweenowy klimat, a na jej kanwie z powodzeniem mógłby powstać prawdziwy horror albo chociaż dreszczowiec. Psychopata i sadysta już jest – Paul Moody. Irlandzki "książę" z Tindera, który okazał się nie tyle ropuchą, co po prostu parszywą kreaturą. 


Scenariusz napisało samo życie, Nicola Hanney zaś przelała tę bolesną historię na papier i nadała jej życie.

(delikatne spojlery początku fabuły)

Wyobraź sobie, że masz 36 lat. Przed Tobą jeszcze niemal "całe życie". Ale tak tylko Ci się wydaje, bo pewnego, niezbyt pięknego, dnia lekarz oznajmia Ci, że masz terminalną postać raka.

Jeszcze nie dowierzasz, jeszcze masz nadzieję, że to może jakiś głupi żart, ale nikt się nie śmieje. Wręcz przeciwnie. Lekarz jest śmiertelnie poważny, a na Twoją sugestię kriokonserwacji, czyli zamrożenia komórek jajowych (no bo przecież jesteś jeszcze młoda i nie szykujesz się do trumny) odpowiada z brutalną szczerością, że to mija się z celem, bo nie dożyjesz macierzyństwa.

Straszne prawda? Nie wiesz jednak jeszcze, że to nie jest największy koszmar, jaki spotka Cię w życiu.

Nie przyjmujesz do wiadomości informacji o nadchodzącej śmierci. Niczym tonący brzytwy chwytasz się wszystkiego, co daje Ci nadzieję na uzdrowienie: wiary i modlitwy, obmywasz się świętą wodą z irlandzkiego źródła, przechodzisz na zdrową, bezmięsną dietę, wprowadzasz do niej mnóstwo soków, które mają wyeliminować raka, udajesz się do lokalnego uzdrowiciela i grzecznie poddajesz leczeniu, aż... staje się cud! Rak, który miał Cię zabić w przeciągu kilku miesięcy, całkowicie znika!

Ekstaza! Euforia! Wygrana na loterii! Czujesz, że świat znów leży u Twoich stóp. Że teraz będzie juz tylko pięknie. Bo przecież najgorsze już za Tobą.

Prr, poczekaj z tą radością. Nie tak szybko!

I wtedy wchodzi on. Cały na biało, choć duszę ma na wskroś czarną, ale tego nie widać. Czarujący, romantyczny irlandzki "książę" z bajki, o którym marzy chyba każda użytkowniczka aplikacji randkowej.

Chciałoby się rzec: "run, girl, run!", bo to jego nazwisko ("Moody" – ponury/humorzasty) jest tutaj wymownym omenem. Ale nie można.  I tak byś pewnie nikomu nie uwierzyła, ani nie posłuchała, bo jak śpiewała Małgorzata Ostrowska – "Ale miłość, moi mili, jest nieczuła na mądrości".

Myślę, że historię Nicoli Hanney z powodzeniem można nazwać wstrząsającą kroniką terroru. Mnie najbardziej w "Stronger" poruszył, zasmucił, a zarazem obrzydził fakt, że tym potwornym agresorem nie był zwykły "Ziutek", lecz... członek An Garda Síochána, czyli tutejszej policji. Człowiek, który nosił dumny i odpowiedzialny tytuł "stróża prawa", a okazał się pospolitym bandziorem. Obrzydliwym typem spod ciemnej gwiazdy. Silnym wobec słabych, słabym wobec silnych. To on był tutaj prawdziwym rakiem, którego należałoby usunąć, aby jego toksyczne macki nie dosięgły już nikogo więcej. 


Domyślam się też, że podzielenie się tą historią wiele kosztowało autorkę. Pewnie najwygodniej i najłatwiej byłoby wyprzeć ją z pamięci, zamieść pod dywan i zapomnieć, a jeszcze lepiej – wymieść spod tego dywanu i zwyczajnie wyrzucić na śmietnik historii. Zachować dla siebie. Nikt by wtedy głupio nie komentował, nie docinał, nie obwiniał ofiary (tak, mili państwo, victim blaming ma się świetnie w naszym społeczeństwie). Wiedzieliby o niej tylko najbliżsi Nicoli.

Są jednak w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba wykazać się odwagą cywilną. I to też właśnie Nicola uczyniła. Poprzez uzewnętrznienie się, podzielenie ze światem tą swoją wstydliwą i bolesną historią, dała nadzieję innym. Tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji "bez wyjścia". 


Nicola stała się jakże potrzebnym światełkiem w tunelu beznadziejności i rozpaczy. Bo jeśli ona pokonała nieprzyjazny jej system, zwyciężyła z funkcjonariuszem prawa – doskonale obeznanym w technikach manipulacji i wyszukanych strategiach mających złamać przeciwnika – to każda inna ofiara przemocy psychicznej i fizycznej też może.

"Stronger" to przejmująca historia na faktach. To opowieść o tym, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Może nie jest to arcydzieło, które przejdzie do ponadczasowego kanonu literatury pięknej, jest to za to niezwykle potrzebna książka przełamująca tabu, i dająca innym jakże potrzebną im wiarę i nadzieję, że jeszcze będzie dobrze. Tylko nie można się załamać. 


Zabrzmi banalnie, ale jeśli pod wpływem tej książki choć kilka osób wyłapie czerwone flagi w swoim związku, to choćby dla nich warto było ją napisać.


niedziela, 12 października 2025

Książka, która mnie uleczyła

 

Nie wiem, kiedy to się stało. Chyba najlepszą odpowiedzią byłoby "nagle". Zupełnie nie potrafię wskazać dnia, w którym straciłam chęć do czytania. Nie umiem nawet wskazać przyczyn tego zachowania.

Zawsze czytałam dużo i chętnie. Nigdy nie trzeba było mnie do tego namawiać. Sierpień był jeszcze normalny pod tym względem. Później zaś nastał pierwszy wrześniowy tydzień, potem drugi, trzeci i czwarty. Nic się nie zmieniało. 


Dni mijały szybko, mój czytelniczy stos nie malał, rosły za to moje wyrzuty sumienia. Miałam kilka rozpoczętych książek: "Stories of Surrender" – autobiografię Bono, "Ireland's Curious Places" – kompendium ciekawych irlandzkich miejsc (przewodnik inny niż wszystkie), "Inishtrahull" – pozycję poświęconą irlandzkiej wyspie na dalekiej północy kraju, skąd już tylko rzut beretem do Szkocji, "Exploring Ireland's Castles", album o tutejszych zamkach, a także "One of the Girls", powieść, którą kupiłam kiedyś za trzy czy cztery euro w czasie... spożywczych zakupów w Aldi. Miałam więc w czym wybierać, ale tak naprawdę nie ciągnęło mnie do żadnej z nich. 



Aż któregoś dnia Połówek wrócił z zakupów, a na dnie reklamówki znalazłam dwie książki świeżo odebrane z biblioteki. Jedną była "Poor" Katriony O'Sullivan, a drugą "Schronisko, które przestało istnieć" Sławka Gortycha.


Bez większego przekonania zaczęłam czytać pierwszą z nich, i... zadziałała się magia!

"Poor" niespodziewanie przywróciła mi przyjemność z czytania. Uleczyła z mojej nietypowej bolączki. 


Jeszcze do niedawna miałam problem z przeczytaniem kilku stron czegokolwiek, teraz zaś... nie mogłam przestać! I tak sobie czytałam ją aż do drugiej w nocy, kiedy to doszłam do wniosku, że już czas spać.

Z zaskoczeniem stwierdziłam, że zaangażowałam się w historię tej obcej dla mnie kobiety i zaczęłam mocno jej kibicować.

Jako dziecko lubiłam czasopismo "Z życia wzięte". To była jedna z wielu gazet, które namiętnie kupowała moja mama. Nie wiem, czy historie w nim zawarte faktycznie były autentyczne, czy może wyssane z palca – nieważne. Lubiłam je jednak czytać. I choć dziś już nie sięgam po tę gazetę, z tamtych czasów pozostało mi zamiłowanie do historii z życia wziętych. Woody Allen może mieć kilka Oscarów, ale najlepsze scenariusze i tak pisze samo życie.

Na co dzień bardzo cenię sobie autentyczność – mam wrażenie, że zanika w naszym świecie. W świecie sztucznych fasad, w świecie pozerów i pozorów autorka jest powiewem świeżości. Katriona obnażyła przed czytelnikiem swoje wnętrze i stanęła przed nim nago (taka metafora, niech nikt się nie napala na goliznę), co niewątpliwie wymagało ogromnych pokładów odwagi.

Przed zupełnie obcymi dla niej ludźmi otworzyła drzwi do swojego osobistego piekła na ziemi i zapoznała ich ze swoimi demonami. Jednak ani przez moment nie udawała świętoszka i nie robiła z siebie aniołka, choć – biorąc pod uwagę powodzenie, jakim cieszyła się wśród mężczyzn – można by było pomyśleć, że jest kolejnym aniołkiem Victoria's Secret. 


W "Poor" kiepski jest tylko tytuł. Powieść O'Sullivan to historia niesamowicie zawiłych relacji rodzinnych, w których nic nie jest czarno-białe. To słodko-gorzka opowieść o tym, jak trudno przerwać błędne koło i wyrwać się z patologii, w której się dorastało.  

Były w niej rozczulające sceny chwytające za serce, ale też takie, w których to czytelnik chwyta za scyzoryk automatycznie otwierający się w kieszeni.

Jest też bardzo interesująca z psychologicznego punktu widzenia, bo jak na dłoni ukazuje negatywny wpływ programowania, które – chcąc nie chcąc – fundują nam rodzice. Programowania i prania mózgu, które wielokrotnie determinują później nasze zachowania (również w obliczu niebezpieczeństwa), a nawet życie.

To przejmująca opowieść o ludzkiej sile, ale też słabościach. O jednej z najtrudniejszych walk – tej ze samym sobą. O syzyfowym wysiłku i heroicznej walce o lepsze jutro, czyli bolesnych realiach, w których żyją dzieci z dysfunkcyjnych rodzin. Wielu z nich nigdy nie udaje się przerwać tej wielopokoleniowej patologii, ani wyrwać z bagna, w którym przyszły na świat. Nawet jeśli początkowo zaciekle walczą o każdy oddech, o to, by nie pójść na dno, to jednak z czasem te słabsze opadają z sił. Ewentualnie wykańczają je złowieszcze głosy w głowie podpowiadające szatańskie rozwiązania.  

Niedawno pisałam tutaj o autobiografii Matthew Perry'ego, która również porusza tematykę uzależnień i walki z nimi. Te dwie pozycje dzieli jednak ogromna przepaść. Mój osobisty stosunek do nich również jest inny. Zdecydowanie bardziej przemówiły do mnie przeżycia i rozterki Irlandki. Prawdę powiedziawszy, to gdzieś tam momentami widziałam w niej siebie. Sama książka również jest lepsza – ładniej napisana, mocniejsza w swoim przekazie i bardziej dopracowana (choć końcówkę uważam za zbyt przyspieszoną, z chęcią przeczytałabym bardziej szczegółowy opis wydarzeń).

Katrionie udało się nie zatonąć w tym niebezpiecznym wirze, w który wciągnęli ją nieustająco podtapiający się rodzice. Zdołała wydobyć się z matni. Jeśli więc ktoś z Was ma ochotę na pokrzepiającą "bajkę" z happy endem, to "Poor" będzie dobrym wyborem. 


 

poniedziałek, 28 lipca 2025

Ostro i bezpardonowo. O "Przyjaciołach, kochankach i tej Wielkiej Strasznej Rzeczy"

Uwaga, będzie OSTRO!

Pobłądziłam w internetach, a wirtualne ścieżki zaprowadziły mnie do artykułu, w którym wyczytałam, że lekarzowi Matthew Perry'ego, doktorowi Salvadorowi Plasencia, grozi nawet 40 lat więzienia za to, że zaopatrywał  go w ketaminę, która to miała przyczynić się do śmierci aktora w październiku 2023 roku.

To z kolei wreszcie zmobilizowało mnie do napisania tego wpisu. Już parę miesięcy temu przeczytałam biografię słynnego Chandlera z "Przyjaciół", i chciałam się tutaj podzielić swoimi przemyśleniami, jednak zabierałam się do tego tak niemrawo jak sójka do swojej podróży za morze. 


Grubą przesadą wydaje mi się to 40 lat. Nie zrozumcie mnie źle. Czy to, czego dopuścił się doktor Plasencia było złe? Oczywiście! Postępował niemoralnie w celu osiągnięcia korzyści materialnych, nie bardzo jest się tutaj nad czym rozwodzić, jednak wiszący nad nim wyrok wydaje mi się nieproporcjonalnie duży w stosunku do popełnionych czynów. W końcu nie powinniśmy zapominać o znaczących okolicznościach łagodzących, czyli o tym, że wszystko odbywało się za obopólną zgodą. Bo to nie było tak, że zły doktorek przywiązał biednego Matthew do krzesła, a później wbrew jego woli nafaszerował medykamentami.

Autentycznie zdziwiło mnie, jak mało współczucia wzbudził we mnie aktor, a jestem osobą ‒ śmiem twierdzić ‒ zdecydowanie bardziej empatyczną od przeciętnego Kowalskiego. Gdyby zawód płaczki nadal istniał i był dobrze opłacany, byłabym dziś multimiliarderką, a Wy oglądalibyście moją facjatę na okładce Forbesa, bo widniałabym na pierwszym miejscu listy najbogatszych kobiet świata.

Bardzo, ale to bardzo nie lubię, kiedy ludzie nie potrafią wziąć odpowiedzialności za swoje czyny, a winą obarczają wszystkich, tylko nie siebie. Zdecydowanie więcej zrozumienia i sympatii mam do tych, którzy potrafią przyznać się do błędu, powiedzieć: tak, schrzaniłem to, popełniłem ogromny błąd, ale wyciągnąłem wnioski, jest mi strasznie głupio. Przepraszam, moja wina... Cokolwiek. Wszystko jest lepsze od obwiniania innych i obarczania ich swoimi porażkami. Jakby nie było, nikt z nas nie jest nieomylny, bo "errare humanum est" i te sprawy, jak głosił mędrzec Seneka (sporo o nim dzisiaj będzie, ale przysięgam, to nie jest post sponsorowany, nie zapłacił mi za promocję!)

Mam nieodparte wrażenie, że tak właśnie było w przypadku Perry'ego. Można by pomyśleć, że każdy był winny jego sytuacji, tylko nie on sam. Nawet samego Boga gdzieś tam po drodze uwikłał w swój nałóg i nieszczęście. 


Zacznę od tego, że nigdy nie byłam fanką ani tego aktora, ani serialu, w którym występował. Jego bohaterowie bardziej mnie irytowali, niż bawili, zdecydowanie nie był to mój rodzaj poczucia humoru, toteż nigdy nie utożsamiałam się z żadnym z bohaterów. Nie uważam też "Przyjaciół" za nieodzowną część mojego dzieciństwa czy młodości.

Książka tego nie zmieniła. Tak, jak nie pałałam miłością do Matthew Perry'ego przed jej publikacją, tak po jej wydaniu również się to nie zmieniło. Co więcej, powiedziałabym nawet, że aktor dodatkowo stracił w moich oczach przez to swoje ‒ nie bójmy się powiedzieć tego wprost ‒ idiotyczne i lekkomyślne zachowanie, a także przez przerzucanie odpowiedzialności na innych. Wydawał mi się lekkoduchem, niebieskim ptakiem cierpiącym na syndrom Piotrusia Pana. Takim typowym man-child, od którego uchowaj, Boże, wszystkie kobiety.  

Aktor był też, jak to się teraz mówi, mocno o d k l e j o n y. Jego biografia to w zasadzie neverending pity-party, nieustanna sesja użalania się nad sobą.

Tak, on wie, że inni mają źle, ale on jednak ma NAJGORZEJ! Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim i powiedzieć: "no, honey, you don't have it tough!" Weź, człowieku, wreszcie odpowiedzialność za swoje losy. Zacznij zachowywać się jak mężczyzna, a nie rozkapryszony, uprzywilejowany chłopiec! 


Perry pisze, że bez mrugnięcia okiem zamieniłby się z kimś, kto nie jest aktorem, nie ma kasy, nie ma pracy, ma za to czynsz do opłacenia, cukrzycę i ciągłe zmartwienia finansowe. Powiem tak. Nie wątpię, że Matthew Perry wierzył w to, co pisał. Nie wierzę jednak, że faktycznie doszłoby do takiej zamiany, nawet gdyby była ona możliwa. A nawet jeśli by doszło, coś mi podpowiada, że już na drugi dzień aktor z pretensjami domagałby się reklamacji.

Dla mnie była to już niezła odklejka, wyższy stopień delulu.

Smutna prawda jest bowiem taka, że aktor uwielbiał ten chaos, jaki wokół siebie tworzył, całą tą dramaturgię z uzależnieniem. Jak to typowa drama queen. I nie jest to tylko moje zdanie, bo kiedy jeden z jego terapeutów, Burton, rzucił mu to w twarz, skonfrontował go z tą niewygodną, nagą i brzydką prawdą, aktor najpierw się oburzył, no bo jak to tak? Że on niby lubi swoje pokręcone życie? Że niby nie chciałby żyć jak normalny, nieuzależniony człowiek?! Potem jednak, w przypływie szczerości, sam przyznał mu rację. Lubił być w centrum zainteresowania. Lubił dramę, dlatego tak chętnie ją nakręcał.

Tych przypływów szczerości miał jeszcze kilka. Zdarzało mu się otwarcie pisać to, co, bardziej lub mniej, przebijało z kart książki ‒ miał duże ego, ale mały rozumek, a do tego był narcystycznym egoistą ("selfish, lazy fuck", "everything had to be about me").

W pewnym sensie cierpiał też na wyuczoną bezradność i zdecydowanie nie umiał radzić sobie z napotykanymi przeszkodami, bo jak sam przyznał, tak naprawdę to nie pozwalał sobie zbyt długo czuć się niekomfortowo. Od razu uciekał w używki. W alkohol, narkotyki, papierosy. W najgorszym momencie życia zażywał nawet... 55 piguł dziennie i wypalał... 60 papierosów! Dla kogoś takiego jak ja, niecierpiącego dymu tytoniowego, jest to naprawdę niepojęte! Przerażają mnie te ilości, jak również stopień upadku Perry'ego ‒ wiecie, że potrafił splądrować i okradać apteczki w domach na sprzedaż, aby tylko zaspokoić swój narkotykowy głód? Smutne i wstrząsające zarazem.

Człowiek, który teoretycznie miał wszystko: pieniądze (zarabiał nawet milion dolarów za jeden odcinek "Przyjaciół"!), sławę, rzeszę uwielbiających go fanów, dom w Malibu, luksusowe samochody, powodzenie u kobiet (nie omieszkał poinformować o tym czytelników, ponoć tylko jedna mu odmówiła), a nade wszystko środki finansowe, by skutecznie wyleczyć się z nałogu, nie miał jednak autentycznej chęci, by to zrobić. Grał w głupią grę i wygrał głupią nagrodę.

Aż chciałoby się powiedzieć, że to był bardzo biedny człowiek ‒ miał tylko pieniądze. Choć po prawdzie, pod koniec życia nawet tych nie posiadał aż tak dużo (biorąc pod uwagę bajońskie sumy, jakie dostawał za swoje role), bo miał bardzo drogi nałóg i był skłonny zapłacić ogromne kwoty, aby go dokarmiać.

Perry niejako usprawiedliwia się i pisze, że nie miał instrukcji obsługi życia. A kto z nas ją miał? Mieliście? Bo ja nie. Nawet w czepku się nie urodziłam! Nie śmiałabym więc marzyć o jakiejkolwiek "wyprawce" na dobry start w życie.

Już staruszek Seneka wiedział, że "żyć trzeba się uczyć przez całe życie, a czym zapewne jeszcze bardziej się zdziwisz, przez całe życie trzeba się uczyć umierać". Choć to ostatnie akurat dobrze Perry'emu wychodziło. Uśmiercał się krok po kroku, łyk po łyku, papieros po papierosie. I miał to w nosie.

Nie wiem, może gdyby zamiast po narkotyki sięgnął po łacińskie sentencje, przeczytał choćby kilka poniższych mądrości wspomnianego wcześniej Seneki (młodszego bądź starszego ‒ bez znaczenia, każdy mądrze prawił), jego życie potoczyłoby się inaczej? Nie musiałby topić swoich demonów w alkoholu,  zmieniać domów i kobiet jak rękawiczki, bo...

·         „Całe to bieganie z miejsca na miejsce nie przyniesie ci ulgi, ponieważ podróżujesz w towarzystwie swoich demonów, które śledzą cię na każdym kroku"

 

·         "Pijaństwo to nic innego jak dobrowolne szaleństwo”.

 

·         „Jeśli to, co masz, wydaje ci się niewystarczające, to nawet jeśli będziesz posiadać cały świat, i tak będziesz nieszczęśliwy”.

I nie piszcie mi, proszę, że nałóg to straszliwa rzecz, a ja nie mam o nim pojęcia, więc nie powinnam się wypowiadać.

Mam. Mam pojęcie. Uwierzcie. I może dlatego doskonale wiem, że jeśli człowiek uzależniony SAM nie zechce wyjść na prostą, to nikt i nic mu nie pomoże. Ani prośby, ani groźby. A obwinianie bliskich takiej osoby (rodziny i przyjaciół Perry'ego też to nie ominęło) jest zwykłym świństwem. Jestem pewna, że nie raz i nie dwa stawali na rzęsach, żeby uratować taką osobę. Problem polegał na tym, że ta osoba nie chciała być uratowana.

Cóż, może jestem wybitnie nieczuła, a może po prostu nie stać mnie na wykrzesanie współczucia dla nadzianych celebrytów ‒ z szafą markowych ubrań, garażem pełnym drogich limuzyn, domem z widokiem na Pacyfik ‒ użalających się, jak im to źle w życiu, bo wolę zachować je dla kogoś, kto jest naprawdę pokrzywdzony przez los? Dla kogoś, kto przeżył prawdziwą traumę, był molestowany, bity, poniżany i prześladowany. Dla kogoś, kto był świadkiem śmierci swojej rodziny. Nawet dla kogoś, kto dwoi się i troi, by mieć co do garnka włożyć. Dla kogoś, kto przeszedł piekło w dzieciństwie, ale mimo to nie dał się zniszczyć... Wiem, że nie powinno się licytować i porównywać cudzych nieszczęść, bo każdy ma swój prywatny koniec świata, ale czasami naprawdę trudno tego nie robić.

Dla pewnych osób po prostu nie mam empatii i już. Perry znalazł się w tej grupie, w której umieściłam między innymi bezmózgich kierowców piratujących po mieście, fast & furious wannabe, niemających za grosz wyobraźni i szacunku do cudzego życia. Jeżeli oni nie mają szacunku dla siebie, to dlaczego ja mam nad nimi płakać? Zachowam swoje łzy dla kogoś, kto jest tego wart.

Uff, to sobie ulżyłam! Chcecie coś dodać do tej tyrady?