Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2025

Ostro i bezpardonowo. O "Przyjaciołach, kochankach i tej Wielkiej Strasznej Rzeczy"

Uwaga, będzie OSTRO!

Pobłądziłam w internetach, a wirtualne ścieżki zaprowadziły mnie do artykułu, w którym wyczytałam, że lekarzowi Matthew Perry'ego, doktorowi Salvadorowi Plasencia, grozi nawet 40 lat więzienia za to, że zaopatrywał  go w ketaminę, która to miała przyczynić się do śmierci aktora w październiku 2023 roku.

To z kolei wreszcie zmobilizowało mnie do napisania tego wpisu. Już parę miesięcy temu przeczytałam biografię słynnego Chandlera z "Przyjaciół", i chciałam się tutaj podzielić swoimi przemyśleniami, jednak zabierałam się do tego tak niemrawo jak sójka do swojej podróży za morze. 


Grubą przesadą wydaje mi się to 40 lat. Nie zrozumcie mnie źle. Czy to, czego dopuścił się doktor Plasencia było złe? Oczywiście! Postępował niemoralnie w celu osiągnięcia korzyści materialnych, nie bardzo jest się tutaj nad czym rozwodzić, jednak wiszący nad nim wyrok wydaje mi się nieproporcjonalnie duży w stosunku do popełnionych czynów. W końcu nie powinniśmy zapominać o znaczących okolicznościach łagodzących, czyli o tym, że wszystko odbywało się za obopólną zgodą. Bo to nie było tak, że zły doktorek przywiązał biednego Matthew do krzesła, a później wbrew jego woli nafaszerował medykamentami.

Autentycznie zdziwiło mnie, jak mało współczucia wzbudził we mnie aktor, a jestem osobą ‒ śmiem twierdzić ‒ zdecydowanie bardziej empatyczną od przeciętnego Kowalskiego. Gdyby zawód płaczki nadal istniał i był dobrze opłacany, byłabym dziś multimiliarderką, a Wy oglądalibyście moją facjatę na okładce Forbesa, bo widniałabym na pierwszym miejscu listy najbogatszych kobiet świata.

Bardzo, ale to bardzo nie lubię, kiedy ludzie nie potrafią wziąć odpowiedzialności za swoje czyny, a winą obarczają wszystkich, tylko nie siebie. Zdecydowanie więcej zrozumienia i sympatii mam do tych, którzy potrafią przyznać się do błędu, powiedzieć: tak, schrzaniłem to, popełniłem ogromny błąd, ale wyciągnąłem wnioski, jest mi strasznie głupio. Przepraszam, moja wina... Cokolwiek. Wszystko jest lepsze od obwiniania innych i obarczania ich swoimi porażkami. Jakby nie było, nikt z nas nie jest nieomylny, bo "errare humanum est" i te sprawy, jak głosił mędrzec Seneka (sporo o nim dzisiaj będzie, ale przysięgam, to nie jest post sponsorowany, nie zapłacił mi za promocję!)

Mam nieodparte wrażenie, że tak właśnie było w przypadku Perry'ego. Można by pomyśleć, że każdy był winny jego sytuacji, tylko nie on sam. Nawet samego Boga gdzieś tam po drodze uwikłał w swój nałóg i nieszczęście. 


Zacznę od tego, że nigdy nie byłam fanką ani tego aktora, ani serialu, w którym występował. Jego bohaterowie bardziej mnie irytowali, niż bawili, zdecydowanie nie był to mój rodzaj poczucia humoru, toteż nigdy nie utożsamiałam się z żadnym z bohaterów. Nie uważam też "Przyjaciół" za nieodzowną część mojego dzieciństwa czy młodości.

Książka tego nie zmieniła. Tak, jak nie pałałam miłością do Matthew Perry'ego przed jej publikacją, tak po jej wydaniu również się to nie zmieniło. Co więcej, powiedziałabym nawet, że aktor dodatkowo stracił w moich oczach przez to swoje ‒ nie bójmy się powiedzieć tego wprost ‒ idiotyczne i lekkomyślne zachowanie, a także przez przerzucanie odpowiedzialności na innych. Wydawał mi się lekkoduchem, niebieskim ptakiem cierpiącym na syndrom Piotrusia Pana. Takim typowym man-child, od którego uchowaj, Boże, wszystkie kobiety.  

Aktor był też, jak to się teraz mówi, mocno o d k l e j o n y. Jego biografia to w zasadzie neverending pity-party, nieustanna sesja użalania się nad sobą.

Tak, on wie, że inni mają źle, ale on jednak ma NAJGORZEJ! Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim i powiedzieć: "no, honey, you don't have it tough!" Weź, człowieku, wreszcie odpowiedzialność za swoje losy. Zacznij zachowywać się jak mężczyzna, a nie rozkapryszony, uprzywilejowany chłopiec! 


Perry pisze, że bez mrugnięcia okiem zamieniłby się z kimś, kto nie jest aktorem, nie ma kasy, nie ma pracy, ma za to czynsz do opłacenia, cukrzycę i ciągłe zmartwienia finansowe. Powiem tak. Nie wątpię, że Matthew Perry wierzył w to, co pisał. Nie wierzę jednak, że faktycznie doszłoby do takiej zamiany, nawet gdyby była ona możliwa. A nawet jeśli by doszło, coś mi podpowiada, że już na drugi dzień aktor z pretensjami domagałby się reklamacji.

Dla mnie była to już niezła odklejka, wyższy stopień delulu.

Smutna prawda jest bowiem taka, że aktor uwielbiał ten chaos, jaki wokół siebie tworzył, całą tą dramaturgię z uzależnieniem. Jak to typowa drama queen. I nie jest to tylko moje zdanie, bo kiedy jeden z jego terapeutów, Burton, rzucił mu to w twarz, skonfrontował go z tą niewygodną, nagą i brzydką prawdą, aktor najpierw się oburzył, no bo jak to tak? Że on niby lubi swoje pokręcone życie? Że niby nie chciałby żyć jak normalny, nieuzależniony człowiek?! Potem jednak, w przypływie szczerości, sam przyznał mu rację. Lubił być w centrum zainteresowania. Lubił dramę, dlatego tak chętnie ją nakręcał.

Tych przypływów szczerości miał jeszcze kilka. Zdarzało mu się otwarcie pisać to, co, bardziej lub mniej, przebijało z kart książki ‒ miał duże ego, ale mały rozumek, a do tego był narcystycznym egoistą ("selfish, lazy fuck", "everything had to be about me").

W pewnym sensie cierpiał też na wyuczoną bezradność i zdecydowanie nie umiał radzić sobie z napotykanymi przeszkodami, bo jak sam przyznał, tak naprawdę to nie pozwalał sobie zbyt długo czuć się niekomfortowo. Od razu uciekał w używki. W alkohol, narkotyki, papierosy. W najgorszym momencie życia zażywał nawet... 55 piguł dziennie i wypalał... 60 papierosów! Dla kogoś takiego jak ja, niecierpiącego dymu tytoniowego, jest to naprawdę niepojęte! Przerażają mnie te ilości, jak również stopień upadku Perry'ego ‒ wiecie, że potrafił splądrować i okradać apteczki w domach na sprzedaż, aby tylko zaspokoić swój narkotykowy głód? Smutne i wstrząsające zarazem.

Człowiek, który teoretycznie miał wszystko: pieniądze (zarabiał nawet milion dolarów za jeden odcinek "Przyjaciół"!), sławę, rzeszę uwielbiających go fanów, dom w Malibu, luksusowe samochody, powodzenie u kobiet (nie omieszkał poinformować o tym czytelników, ponoć tylko jedna mu odmówiła), a nade wszystko środki finansowe, by skutecznie wyleczyć się z nałogu, nie miał jednak autentycznej chęci, by to zrobić. Grał w głupią grę i wygrał głupią nagrodę.

Aż chciałoby się powiedzieć, że to był bardzo biedny człowiek ‒ miał tylko pieniądze. Choć po prawdzie, pod koniec życia nawet tych nie posiadał aż tak dużo (biorąc pod uwagę bajońskie sumy, jakie dostawał za swoje role), bo miał bardzo drogi nałóg i był skłonny zapłacić ogromne kwoty, aby go dokarmiać.

Perry niejako usprawiedliwia się i pisze, że nie miał instrukcji obsługi życia. A kto z nas ją miał? Mieliście? Bo ja nie. Nawet w czepku się nie urodziłam! Nie śmiałabym więc marzyć o jakiejkolwiek "wyprawce" na dobry start w życie.

Już staruszek Seneka wiedział, że "żyć trzeba się uczyć przez całe życie, a czym zapewne jeszcze bardziej się zdziwisz, przez całe życie trzeba się uczyć umierać". Choć to ostatnie akurat dobrze Perry'emu wychodziło. Uśmiercał się krok po kroku, łyk po łyku, papieros po papierosie. I miał to w nosie.

Nie wiem, może gdyby zamiast po narkotyki sięgnął po łacińskie sentencje, przeczytał choćby kilka poniższych mądrości wspomnianego wcześniej Seneki (młodszego bądź starszego ‒ bez znaczenia, każdy mądrze prawił), jego życie potoczyłoby się inaczej? Nie musiałby topić swoich demonów w alkoholu,  zmieniać domów i kobiet jak rękawiczki, bo...

·         „Całe to bieganie z miejsca na miejsce nie przyniesie ci ulgi, ponieważ podróżujesz w towarzystwie swoich demonów, które śledzą cię na każdym kroku"

 

·         "Pijaństwo to nic innego jak dobrowolne szaleństwo”.

 

·         „Jeśli to, co masz, wydaje ci się niewystarczające, to nawet jeśli będziesz posiadać cały świat, i tak będziesz nieszczęśliwy”.

I nie piszcie mi, proszę, że nałóg to straszliwa rzecz, a ja nie mam o nim pojęcia, więc nie powinnam się wypowiadać.

Mam. Mam pojęcie. Uwierzcie. I może dlatego doskonale wiem, że jeśli człowiek uzależniony SAM nie zechce wyjść na prostą, to nikt i nic mu nie pomoże. Ani prośby, ani groźby. A obwinianie bliskich takiej osoby (rodziny i przyjaciół Perry'ego też to nie ominęło) jest zwykłym świństwem. Jestem pewna, że nie raz i nie dwa stawali na rzęsach, żeby uratować taką osobę. Problem polegał na tym, że ta osoba nie chciała być uratowana.

Cóż, może jestem wybitnie nieczuła, a może po prostu nie stać mnie na wykrzesanie współczucia dla nadzianych celebrytów ‒ z szafą markowych ubrań, garażem pełnym drogich limuzyn, domem z widokiem na Pacyfik ‒ użalających się, jak im to źle w życiu, bo wolę zachować je dla kogoś, kto jest naprawdę pokrzywdzony przez los? Dla kogoś, kto przeżył prawdziwą traumę, był molestowany, bity, poniżany i prześladowany. Dla kogoś, kto był świadkiem śmierci swojej rodziny. Nawet dla kogoś, kto dwoi się i troi, by mieć co do garnka włożyć. Dla kogoś, kto przeszedł piekło w dzieciństwie, ale mimo to nie dał się zniszczyć... Wiem, że nie powinno się licytować i porównywać cudzych nieszczęść, bo każdy ma swój prywatny koniec świata, ale czasami naprawdę trudno tego nie robić.

Dla pewnych osób po prostu nie mam empatii i już. Perry znalazł się w tej grupie, w której umieściłam między innymi bezmózgich kierowców piratujących po mieście, fast & furious wannabe, niemających za grosz wyobraźni i szacunku do cudzego życia. Jeżeli oni nie mają szacunku dla siebie, to dlaczego ja mam nad nimi płakać? Zachowam swoje łzy dla kogoś, kto jest tego wart.

Uff, to sobie ulżyłam! Chcecie coś dodać do tej tyrady?


wtorek, 17 czerwca 2025

W oczekiwaniu na lepszy czas ‒ post zapchajdziura

Dopadło mnie! Mają ją wielcy pisarze tego świata, mają też niszowi polscy blogerzy. Mowa o czymś, co ładnie nazywa się "writer's block", blokadą pisarską, lub brakiem weny twórczej, jednak "zatwardzenie intelektualne" zdecydowanie lepiej oddaje to, przez co przechodzę. Niby wiem, co napisać, mam dwa posty w głowie, niby chcę się ich z tej głowy pozbyć, próbuję, ale nie mogę. No nie wychodzą i już! Wybaczcie to ekspresyjne porównanie!

Zatem, w oczekiwaniu na lepszy czas, publikuję ten wpis, który napisałam już parę miesięcy temu na gorąco, po przeczytaniu poniższych książek. Nie opisuję dokładnie fabuły, bo sama nie lubię, kiedy inni to robią, sygnalizuję jedynie, że coś takiego jest/pojawiło się w literackim świecie, a nuż kogoś zainteresuje któraś z przedstawionych tu książek? 


Nie chcę zapeszać, ale mój czytelniczy rok zapowiada się całkiem obiecująco. Póki co zdominowany jest przez kobiety, zupełnie przypadkowo i nie ma w tym żadnej dyskryminacji, aczkolwiek tematyka niekoniecznie jest tylko i wyłącznie kobieca. 


O Colleen Hoover nie będę się rozpisywać. Nadal ją lubię, jej książki mają świetne przekłady na polski, jednak jej twórczość niekiedy delikatnie ociera się o tandetę. Mam tu na myśli konkretne fragmenty jej powieści. 


I tym oto sposobem "Verity" mocno mnie zawiodła. Dość wulgarny język, historia szyta grubymi nićmi, nie taką Colleen polubiłam. Cieszę się, że nie było to moje pierwsze przeczytane "dzieło" Amerykanki. "Nagie serce" dużo bardziej mi się podobały, ale też utrzymane były w typowym stylu dla tej autorki. 


Za to "Wild Atlantic Anthology", autorstwa Mary Heeran White (Irlandki z hrabstwa Clare), miło mnie zaskoczyła. 


Akurat byłam w tym dziwnym stanie, w jaki czasami wchodzę po przeczytaniu bardzo dobrej lektury ‒ niby miałam rozgrzebane dwie inne, ale to jednak nie było "to". Czasami sobie myślę, że pustkę, jaką pozostawia po sobie świetna lektura można porównać do narkotykowego głodu. Koniecznie chce się go jak najszybciej zagłuszyć. 


Książkę wybrałam w bibliotece na chybił- trafił. Zaintrygowała mnie tematyka, jak i sama okładka: dziki Atlantyk w tytule, irlandzkie wybrzeże, latarnie morskie i statek. Co mogłoby pójść nie tak? Bez większych oczekiwań zaczęłam ją czytać późnym i zimnym wieczorem. To tylko 9 opowiadań, niecałe 160 stron. Po drugim z nich wiedziałam już, że tak szybko jej nie odłożę. Takie myślenie to spory sukces w moim przypadku, bo od opowiadań zdecydowanie wolę porządną powieść.

Obcowanie z nią było nie tylko pożywną strawą dla umysłu, ale też fajnym sensorycznym doświadczeniem. Nie ma "śliskiej", zimnej okładki, ani szorstkiego papieru ‒ jest miękka i przyjemna w dotyku. Tak, wymacałam ją bardziej, niż to było konieczne. Przyznaję bez bicia.  

Szkoda, że "Wild Atlantic Anthology" nie jest bardziej obszerna. Na oprawce widnieje napis "volume 1" (pierwsza część"), zdecydowanie czuję się zachęcona do sięgnięcia po drugi tom! 


"Antartica" Claire Keegan jest ‒ podobnie jak pozycja wyżej ‒ zbiorem opowiadań, nieco tylko bardziej obszernym (210 stron). To było moje pierwsze spotkanie z tą popularną irlandzką autorką. Przysiadłam na sofie, bo pilnowałam obiadu w piekarniku i pomyślałam, że zamiast siedzieć na niej bezczynnie "przeczytam stronę albo dwie". Ostatecznie skończyło się na 10, bo tyle liczyło otwierające książkę, tytułowe opowiadanie "Antartica". Ożeż! Ale mnie wciągnęło! Omal nie spaliłam obiadu! 


Kolejne były mniej lub bardziej absorbujące, czasami dość szokujące, niemniej po tym inicjującym spotkaniu czuję, że rudowłosa Irlandka musi częściej u mnie gościć. Nieprzereklamowany hype, słusznie nagradzana. Zdecydowanie ma kobieta talent! A ja mam ochotę na więcej. 


Na koniec wspomnę o rodzynku w tym doborowym, kobiecym towarzystwie. Po przejściu na policyjną emeryturę John Sweetman, ekspert daktyloskopijny, opublikował "Identity", którą pochłonęłam w błyskawicznym tempie i z ogromnym apetytem. "Słodka" lektura, palce lizać, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć o dziele literackim. Bardzo lubię tematykę kryminalistyki, zwłaszcza jeśli dotyczy ona Irlandii, musiałam więc sięgnąć po tę książkę. Czytałam już trochę książek byłych detektywów/policjantów, ta zdecydowanie jest jedną z lepszych w tej dziedzinie. Okładka nie kłamie ‒ to naprawdę była fascynująca lektura! 


środa, 8 stycznia 2025

Porozmawiajmy o książkach

 

Chociaż zdecydowanie można określić mnie mianem mola książkowego, nigdy nie brałam udziału w żadnych wyzwaniach czytelniczych. Nie miałam takiej potrzeby, nie widziałam w tym większego sensu.

Odkąd bowiem pamiętam, czytałam tylko dla siebie i swojej przyjemności. Nie jestem jak bohaterka "Marzycielki z Ostendy" Érica-Emmanuela Schmitta, która czyta tylko nieżyjących pisarzy. Nigdy też nie stylizowałam się na książkowego snoba sięgającego wyłącznie po klasyków literatury. W moich czytelniczych stosach z powodzeniem można było znaleźć osławionego Balzaka czy Dostojewskiego, ale też "obciachową" Danielle Steel czy często wyśmiewanego Paulo Coelho.

Nigdy nie ograniczałam się do jednego gatunku i autora. Moje serce, pałające gorącym uczuciem do książek, wydawało się na tyle pojemne, by zmieścić w nim wszystkich literatów: tych znanych i cenionych, jak również tych, którzy nigdy nie dostąpili chwały i zaszczytów. 


Oczywiście, kiedy byłam w szkole czy na studiach, część lektur była mi niejako narzucona odgórnie, mimo to zawsze udawało mi się wpleść między nie moje prywatne wybory.

Książki od zawsze mnie uszczęśliwiały, czytanie ich było więc dla mnie tak naturalną czynnością jak oddychanie. 


Nie brałam więc udziału w żadnych konkursach czy wyzwaniach. Nie czytałam na czas, z nikim nie konkurowałam, bo po co? Jak w wielu dziedzinach życia, tu też znalazłby się sposób na oszustwa ‒ można przecież postawić na ilość, nie jakość, i przeczytać 100 książek liczących nie więcej niż 50 stron. A można przeczytać 20 obszernych "cegieł", z których żadna nie schodzi poniżej 600-800 stron.

Lubiłam za to zapisywać wszystko, co przeczytałam w każdym roku. Taką ewidencję prowadzę w swoim dzienniczku już od dobrych kilkunastu lat. Na początku notowałam jedynie autorów i tytuły, w ostatnich latach wzbogaciłam te zapiski o ocenę. 


Na samym początku 2024 roku trafiłam jednak na wyzwanie czytelnicze na Goodreads.com. Pomyślałam sobie wtedy to, co milion razy myśleli przede mną autorzy zarówno fajnych, jak i poronionych pomysłów: why not? A dlaczego by nie?

Istotną częścią tego wyzwania było oczywiście ustalenie sobie celu ‒ liczby książek, które planuje się przeczytać w 2024 roku. Niewiele myśląc, zawiesiłam swoją poprzeczkę na 60 pozycjach.

Jako że od wielu lat prowadziłam wspomniane wyżej zapiski, doskonale wiedziałam, że mój roczny wynik plasuje się gdzieś między 37-86, przy czym to 86 było raczej ewenementem ‒ niecodziennym zjawiskiem, bo taki rezultat osiągnęłam jedynie w 2010 roku, kiedy czytałam pokaźną sagę Margit Sandemo, a to nie były grube tomy. Zazwyczaj mój roczny wynik był znacznie niższy, a średnia z minionej dekady (właśnie obliczona) to 57,7. 


Końcowy wynik moich książkowych poczynań zawsze był dla mnie niespodzianką ‒ nie ustalałam sobie celów, zapisywałam to, co przeczytałam, ale te zapiski nie tworzyły jednego ciągu, obejmowały jedynie pozycje w danym miesiącu. Jeśli w styczniu przeczytałam np. pięć książek, to lutowych zapisków nie zaczynałam od szóstki, tylko ponownie od jedynki. Chciałam bowiem, żeby finalny wynik przyszedł mi naturalnie, nie był zaś wymuszony.

Wyzwania książkowe, jak to na Goodreads, są zapewne dobre dla osób, które potrzebują dodatkowej motywacji, delikatnego pchnięcia ich w stronę kolejnej książki. Za każdym razem, kiedy uzupełniałam je o to, co właśnie przeczytałam, miałam informację, że jestem o kilka pozycji w plecy. W domyśle: czytaj więcej, popraw się! Tyle, że ja nie lubię, kiedy ktoś mnie pogania. I kiedy coś, co było dla mnie przyjemnością, nagle staje się obowiązkiem. 


Nim się obejrzałam, nadeszła końcówka roku, a ja uzmysłowiłam sobie, że chyba właśnie poległam. W sylwestra bowiem wskaźnik zatrzymał się na 58/60. Imponujący wynik? Dla niektórych pewnie tak. Mnie jednak to niewykonane zadanie zaczęło uwierać jak kamyk w bucie. Poczucie zawodu było o tyle większe, że do sukcesu tak niewiele brakowało! Już przecież byłam w ogródku, już witałam się z gąską! Niemal mogłam poczuć smak zwycięstwa i ogrzać się w cieple jupiterów oświetlających mnie na podium! A tymczasem wszystko wskazywało, że muszę obejść się smakiem!

Zaiste, faktycznie mogłam tak zrobić. Podkulić ogon i odejść jak zbity pies. Przecież nic by się nie stało. Świat by się nie zawalił. Żadne słodkie kociątko by przeze mnie nie umarło.

Ale nie.

Wtedy do głosu doszła moja wewnętrzna koza. Bo mówiłam Wam, że potrafię być zawziętym osłem i upartą kozą?

A może to słowiańskie, buńczuczne geny? Co, ja nie dam rady?! Ja?! Gena przecież nie wydłubiesz!

Do końca roku miałam jeszcze kilkanaście godzin.

Pomyślałam, podumałam.

Wydłubałam z mojej prywatnej biblioteczki jakieś chucherko (~130 stron), które czytałam już parę lat temu. Nie zaszkodzi odświeżyć sobie pamięć!

Kiedy pożarłam chucherko, a wskaźnik przeskoczył z 58 na 59 zwycięstwo nabrało realniejszych kształtów, wszak dzień jeszcze się nie skończył.

Miałam jednak już tak dość czytania, że autentycznie zaczęłam się obawiać, iż nabawię się awersji do książek. Ostatnie, czego chciałam to to, by moja miłość do nich przerodziła się w nienawiść. 


Przez moment nawet się poddałam. Przypomniałam sobie prawdę o świecie, który przecież się nie zawali, jeśli nie podołam temu głupiemu wyzwaniu.

Zajęłam się więc układaniem puzzli (tak, tak, wiem. Miałam bardzo przebojowego i wystrzałowego sylwestra. To już chyba ten wiek, kiedy bingo bardziej fascynuje niż hulanki do samego rana). 

Układałam, układałam, ale "kamyk" w bucie nadal mnie uwierał.

A potem mnie oświeciło. Przypomniałam sobie, że Połówek błyskawiczne przeczytał "Rozdroże kruków", najnowszą powieść Sapkowskiego. Skoro on mógł, to ja też! 


Na niecałe trzy godziny przed północą zabrałam się za czytanie "nowego Wiedźmina". Na szczęście dla mnie przygody nieopierzonego Geralta okazały się na tyle absorbujące, że kartki niemal same się przewracały. Kiedy nastała ta wiekopomna chwila i 2024 rok przeszedł w 2025, miałam ponad 3/4 książki przeczytane. Uznałam więc, że zaliczyłam swoje wyzwanie, a przeczytanej powieści oczywiście nie omieszkałam dodać do tych pozostałych.

Czy oszukałam? Powiedziałabym, że TROCHĘ. Mędrcy jednak powiadają, że nie można być trochę w ciąży. Albo się w niej jest, albo nie.

Jaki jest morał tej przypowieści?

Nie dla mnie żadne wyzwania czytelnicze! Wydobywają ze mnie oszusta i moją mroczą stronę.

To był pierwszy i ostatni raz!


 

sobota, 11 maja 2024

Był sobie długi weekend

Długi majowy weekend upłynął mi w bardzo przyjemnej i spokojnej atmosferze. Jak wspominałam wcześniej, nie planowałam żadnego wyjazdu w tym czasie, skupiłam się więc na obowiązkach domowych. Wreszcie udało się wykarczować  dżunglę w ogródku, przez co teraz szpaki są w siódmym niebie, i z lubością wygrzebują z ziemi kolejne dżdżownice.

Jako że mlecze przekwitły i przemieniły się w dmuchawce, zrekompensowałam to pszczołom,‒ nabywając kolejne piękne kwiaty. Tym razem na ratunek przyszedł mi lokalny Aldi - nie dość, że mieli urodziwe rośliny na sprzedaż, to dodatkowo jeszcze oferowali je w bardzo przystępnej cenie, zdecydowanie niższej niż konkurencja! Udało mi się też zrobić tonę prania i wszystko wysuszyć na świeżym powietrzu, jako że niedziela była bardzo sucha, ciepła i słoneczna.

A ponieważ nie samymi obowiązkami człowiek żyje, to sporą część weekendu spędziłam na czytaniu. Komputer praktycznie nie istniał dla mnie w tym czasie -robiłam za to użytek z mebli ogrodowych, zachwycając się sprzyjającymi okolicznościami do konsumowania pisanego słowa na zewnątrz. 


Miałam wypożyczone z biblioteki dwie książki Laili Shukri i jedną Marcina Margielewskiego, wszystkie w zasadzie o tej samej tematyce ‒ islamu. Dla niewtajemniczonych ‒ Laila Shukri to tak naprawdę... Polka pisząca pod pseudonimem. Zarówno ona jak i Margielewski spędzili sporo czasu w krajach arabskich, czego pokłosiem były wydane publikacje opisujące szokujące realia panujące w tych krajach.

W "Porzuciłam islam, muszę umrzeć" autor udzielił głosu Faricie, Saudyjce, która musiała  ‒ i nadal musi ‒ skrzętnie ukrywać się przed... swoją własną rodziną. Jej największym przewinieniem było odrzucenie wiary w Allaha, a tego islam nie wybacza. W tej religii nie można ot tak po prostu zostać apostatą. Za taki występek grozi śmierć. Historia jest naprawdę poruszająca, czytałam więc z zapartym tchem. Mógłby powstać na jej kanwie całkiem niezły film akcji. Szkoda tylko, że nie jest to wymysł pisarza, a szokująca prawda o tym, jak szkodliwy jest religijny fanatyzm.

Powieści Laili również bazują na autentycznych wydarzeniach i osobach. Nie są to jednak książki wysokich lotów. Powiedziałabym nawet, że to dość toporny typ literatury. Autorka robi jednak dużo dobrego edukując, więc niech jej będzie chwała i cześć za dokładanie kolejnej cegiełki do uświadamiania kobiet. Może dzięki niej uda się uratować choć parę Polek wzdychających do ciemnoskórych kochanków. Z drugiej strony nie spodziewałabym się zbyt wiele, bo tam gdzie do głosu dochodzi głupie zauroczenie, rozsądek ma niewiele do powiedzenia. 

 

Czytając "Perską miłość" miałam swoiste déjà-vu. Byłam niemal święcie przekonana, że już kiedyś czytałam tę książkę. Nawet specjalnie się pofatygowałam i przeszukałam mój notes, w którym od 2009 roku zapisuję wszystkie przeczytane pozycje, ale nie, myliłam się. Może dlatego, że to historia, o których często się słyszy ‒ Polka do szaleństwa zakochana w gorącym Arabie obiecującym jej gwiazdkę z nieba. Hmm, co mogłoby pójść źle?

Lidka, główna bohaterka, bardzo mnie drażniła przez całą lekturę, ale to już chyba taka specyfika powieści Shukri. Jej bohaterkami na ogół są naiwne i głupiutkie kobiety, przez co zapewne wiele osób ocenia jej twórczość jako infantylną. 

 

Apogeum głupoty bohaterki nastąpiło jednak w "Perskiej zazdrości". Joanna, która przewijała się w "Perskiej miłości", bo była polską koleżanką Lidki, i sprawiała wrażenie normalnej i całkiem fajnej babki, tu jest wręcz nie do zniesienia. Jejku, jaki to antypatyczny babon! Żre niczym mastodont, pije na potęgę, wiecznie narzeka, ignoruje swoje dzieci, a jedyne co jej dobrze wychodzi, to wydawanie zarobionych przez męża pieniędzy. Na głupoty. Luksusowe, ale jednak.

Dialogi są tu sztywne niczym truposz. Odpowiedzi bohaterów bardzo nienaturalne, często zaczynają się od "dobrze, (coś tam coś tam)". Generalnie dyskusje między postaciami są sztuczne jak usta Natalii Siwiec, głównie dlatego, że autorka wykorzystuje je do przemycania w nich wielu ciekawostek i informacji o zwyczajach panujących w muzułmańskich krajach.

Nie wiem jak Wy, ale ja nie znam nikogo, kto kolejne zdania rozpoczyna niemal zawsze od "dobrze" i nienaturalnie rozbudowuje swoje wypowiedzi o rys historyczny bądź obyczajowy. Nikt w mowie powszechnej nie używa takiego języka.

Czyta się to jednak zadziwiająco sprawnie, i wbrew pozorom, można z tych jej książek wynieść dość dużo wiedzy, bo autorka mimo wszystko jest znawczynią Wschodu. I tylko z tego powodu nie wystawiłam im oceny miernej. Jeśli będę miała okazję, to poczytam kolejne książki Laili, bo mimo wszystko jestem ciekawa, co wymodzą jej bohaterki.

Tymczasem zaś dobiega końca trzeci z rzędu bardzo ciepły i słoneczny dzień, w którym temperatury osiągnęły 22°! Całkiem przyzwoity początek maja, nie powiem. I jakże obiecująca zapowiedź lata.

piątek, 29 marca 2024

Późna wiosna i wczesna Wielkanoc

Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, czy faktycznie tak jest, ale irlandzka wiosna w tym roku wydaje się być trochę opóźniona w stosunku do swojej polskiej kuzynki. Zazwyczaj bywało tak, że dość wyraźnie odczuwało się ją już z nadejściem pierwszego dnia lutego, który jest tutaj dniem świętej Brygidy, patronki wyspy. Tymczasem patrzę na te Wasze polskie ogrody, wiosenne zdjęcia, i mam wrażenie, że jesteśmy tutaj trochę do tyłu. 


W zasadzie to nie powinno mnie to zbytnio dziwić. Pogoda jest średnio wiosenna, temperatury tym bardziej. Ten mijający kwartał roku był niemal cały dość szary i mokry. Trochę też zimny - mamy przecież ostatnie dni marca, a ogrzewanie nadal w użyciu.

Taką porą jak teraz, kiedy piszę te słowa (a jest już późny wieczór), termometr pokazuje zaledwie dwa stopnie. Czasami o tej porze roku już nie korzystaliśmy z ogrzewania. Zastanawiam się, czy to taki zwiastun pozostałej części roku, czy może po mało imponującym początku nastąpi nieoczekiwane, czyli długie i słoneczne lato? Pożyjemy - zobaczymy. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny sprawdziło się stare porzekadło: w marcu jak w garncu.

Dziś od samego rana odbieram przesyłki - swoje, a nawet dla sąsiadki. Wszystko byłoby cacy, tylko czy kurierzy i listonosz naprawdę muszą zawsze dzwonić do drzwi w najmniej odpowiednim momencie? 

Dziś jednak wszystko im wybaczam, wszak wielką radość mi uczynili, dostarczając zamówione paczki. Parę dni temu nie wytrzymałam i - z myślą o nadchodzącym urlopie - zamówiłam sobie dwie książki z księgarni Eason. Dotarły i są piękne: nowiutkie, błyszczące i pachnące. Teraz siedzę i wącham je jak głupia - zachłannie wciągam ich zapach jak narkoman kolejną działkę. To nawet nie jest takie głupie i przesadzone porównanie, jak mogłoby się wydawać. Chyba naprawdę jestem uzależniona od czytania. Koniecznie chciałam je dostać przed weekendem, i na szczęście się udało. Bowiem moją ulubioną wizją weekendu jest dobra książka do czytania.


Ubolewam tylko nad nadchodzącą zmianą czasu. Co jak co, ale zmrok, książka i koc to trio idealne. Po tym jak czas zostanie przesunięty o godzinę do przodu, już nie będzie tak fajnie - będzie się ściemniało w okolicach 20:30! Nie jestem na to psychicznie gotowa ;)

W drugiej paczce też były fajne rzeczy, ale nie tak istotne jak przesyłka z księgarni. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że moja kuchnia jest niekompletna, bo brakuje w niej praski do czosnku (dawno temu się zepsuła) i szczypiec. Te ostatnie udało mi się nabyć w Dunnes Stores, w czasie zakupów spożywczych, praskę też mieli, ale nie przypadła mi do gustu, więc wyszukałam ją w Arnotts, gdzie już miałam na oku parę innych rzeczy. Pewnie już to mówiłam, ale się powtórzę - uwielbiam czosnek. Żaden wampir mi niestraszny! 


A tymi innymi rzeczami były między innymi kubki Le Creuset. Nigdy nie byłam specjalną fanką tej marki, nie lubiłam imbryka, który mieliśmy w pracy, bo leżał w dłoni gorzej niż moje domowe, które były dwukrotnie tańsze, jednak z czasem zmieniłam zdanie. Stało się to mniej więcej niedługo po tym, jak nabyłam dla szefa zestaw kubków do espresso. Były urocze, każdy w innym kolorze, a co najważniejsze, dobrze się spisywały. Kiedy miałam je już przetestowane, zdecydowałam się na prywatny zakup dwóch kubków, ale o normalnej pojemności - 330 ml. Wybrałam niebieski i zielony, a parę dni temu skusiłam się na żółty i pomarańczowy. 


Czy Wy też tak macie, że musicie mieć inny kubek do herbaty, inny do cappuccino, a jeszcze inny do czarnej kawy? Czy to tylko ja jestem taka stuknięta? Te z Le Creuset mają świetne kolory, a ja wierzę w koloroterapię :) Mówcie co chcecie, ale to naprawdę działa, a kawa pita z żółtego kubka podwójnie stymuluje! 


Naczytawszy się złych rzeczy o plastiku, zaczęłam rozważać wymianę pojemników na lunch - krok pierwszy już poczyniony. Dziś otrzymałam pierwszy szklany pojemnik z bambusową pokrywką. Już nie będę musiała się martwić, że kurkuma (albo inne przyprawy o intensywnej barwie) zafarbuje plastik.

A tak wygląda mój plan na nadchodzące dni:


W zasadzie to już go częściowo wykonałam, bo "przed chwilą" skończyłam czytać "Cracking the Case" autorstwa emerytowanego nadinspektora (tak się chyba tłumaczy "chief superintendent"?) Christy'ego Mangana. Jakie to było rozczarowanie! Pewnie nie pamiętacie, ale kilka lat temu opisywałam tu inną książkę irlandzkiego policjanta, detektywa Pata Marry'ego, i byłam nią zachwycona. Lektura była przyjemnością, a kiedy podzieliłam się nią z moją wykładowczynią z forensic science, również przypadła jej do gustu, bo książka została wpisana przez nią na listę zalecanych lektur. Liczyłam więc na coś podobnego, ale srogo się zawiodłam.

Powiem tak. Podziwiam Christy'ego za jego nieograniczoną empatię w stosunku do winnych, za szacunek i zrozumienie, które zawsze wszystkim okazywał. Na pewno jest wspaniałym człowiekiem, w to nie wątpię. Doceniam wiele jego heroicznych wyczynów, ale książka niestety nie podobała mi się. Była mocno nierówna. Owszem, zdarzały się ciekawe rozdziały, a raczej fragmenty, ale były też te nudnawe, kiedy przewracałam oczami z nudów i nie mogłam się doczekać końca. Dałam jej naciągane trzy gwiazdki, ale tylko i wyłącznie z sympatii dla autora i jego poczynań. Niemniej, przywraca wiarę w dobrych "gliniarzy". 

Za to "Ostatni taniec Chaplina" bardzo mi się spodobał. Przeczytałam kilka kartek i muszę powiedzieć, że zapowiada się super lektura! 


I to chyba wszystko na dziś. Dom udekorowałam już tydzień temu, dziś umyłam okna w kuchni i posprzątałam dom, mogę więc oficjalnie się obijać!

Wesołego Alleluja!