Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 marca 2024

Późna wiosna i wczesna Wielkanoc

Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, czy faktycznie tak jest, ale irlandzka wiosna w tym roku wydaje się być trochę opóźniona w stosunku do swojej polskiej kuzynki. Zazwyczaj bywało tak, że dość wyraźnie odczuwało się ją już z nadejściem pierwszego dnia lutego, który jest tutaj dniem świętej Brygidy, patronki wyspy. Tymczasem patrzę na te Wasze polskie ogrody, wiosenne zdjęcia, i mam wrażenie, że jesteśmy tutaj trochę do tyłu. 


W zasadzie to nie powinno mnie to zbytnio dziwić. Pogoda jest średnio wiosenna, temperatury tym bardziej. Ten mijający kwartał roku był niemal cały dość szary i mokry. Trochę też zimny - mamy przecież ostatnie dni marca, a ogrzewanie nadal w użyciu.

Taką porą jak teraz, kiedy piszę te słowa (a jest już późny wieczór), termometr pokazuje zaledwie dwa stopnie. Czasami o tej porze roku już nie korzystaliśmy z ogrzewania. Zastanawiam się, czy to taki zwiastun pozostałej części roku, czy może po mało imponującym początku nastąpi nieoczekiwane, czyli długie i słoneczne lato? Pożyjemy - zobaczymy. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny sprawdziło się stare porzekadło: w marcu jak w garncu.

Dziś od samego rana odbieram przesyłki - swoje, a nawet dla sąsiadki. Wszystko byłoby cacy, tylko czy kurierzy i listonosz naprawdę muszą zawsze dzwonić do drzwi w najmniej odpowiednim momencie? 

Dziś jednak wszystko im wybaczam, wszak wielką radość mi uczynili, dostarczając zamówione paczki. Parę dni temu nie wytrzymałam i - z myślą o nadchodzącym urlopie - zamówiłam sobie dwie książki z księgarni Eason. Dotarły i są piękne: nowiutkie, błyszczące i pachnące. Teraz siedzę i wącham je jak głupia - zachłannie wciągam ich zapach jak narkoman kolejną działkę. To nawet nie jest takie głupie i przesadzone porównanie, jak mogłoby się wydawać. Chyba naprawdę jestem uzależniona od czytania. Koniecznie chciałam je dostać przed weekendem, i na szczęście się udało. Bowiem moją ulubioną wizją weekendu jest dobra książka do czytania.


Ubolewam tylko nad nadchodzącą zmianą czasu. Co jak co, ale zmrok, książka i koc to trio idealne. Po tym jak czas zostanie przesunięty o godzinę do przodu, już nie będzie tak fajnie - będzie się ściemniało w okolicach 20:30! Nie jestem na to psychicznie gotowa ;)

W drugiej paczce też były fajne rzeczy, ale nie tak istotne jak przesyłka z księgarni. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że moja kuchnia jest niekompletna, bo brakuje w niej praski do czosnku (dawno temu się zepsuła) i szczypiec. Te ostatnie udało mi się nabyć w Dunnes Stores, w czasie zakupów spożywczych, praskę też mieli, ale nie przypadła mi do gustu, więc wyszukałam ją w Arnotts, gdzie już miałam na oku parę innych rzeczy. Pewnie już to mówiłam, ale się powtórzę - uwielbiam czosnek. Żaden wampir mi niestraszny! 


A tymi innymi rzeczami były między innymi kubki Le Creuset. Nigdy nie byłam specjalną fanką tej marki, nie lubiłam imbryka, który mieliśmy w pracy, bo leżał w dłoni gorzej niż moje domowe, które były dwukrotnie tańsze, jednak z czasem zmieniłam zdanie. Stało się to mniej więcej niedługo po tym, jak nabyłam dla szefa zestaw kubków do espresso. Były urocze, każdy w innym kolorze, a co najważniejsze, dobrze się spisywały. Kiedy miałam je już przetestowane, zdecydowałam się na prywatny zakup dwóch kubków, ale o normalnej pojemności - 330 ml. Wybrałam niebieski i zielony, a parę dni temu skusiłam się na żółty i pomarańczowy. 


Czy Wy też tak macie, że musicie mieć inny kubek do herbaty, inny do cappuccino, a jeszcze inny do czarnej kawy? Czy to tylko ja jestem taka stuknięta? Te z Le Creuset mają świetne kolory, a ja wierzę w koloroterapię :) Mówcie co chcecie, ale to naprawdę działa, a kawa pita z żółtego kubka podwójnie stymuluje! 


Naczytawszy się złych rzeczy o plastiku, zaczęłam rozważać wymianę pojemników na lunch - krok pierwszy już poczyniony. Dziś otrzymałam pierwszy szklany pojemnik z bambusową pokrywką. Już nie będę musiała się martwić, że kurkuma (albo inne przyprawy o intensywnej barwie) zafarbuje plastik.

A tak wygląda mój plan na nadchodzące dni:


W zasadzie to już go częściowo wykonałam, bo "przed chwilą" skończyłam czytać "Cracking the Case" autorstwa emerytowanego nadinspektora (tak się chyba tłumaczy "chief superintendent"?) Christy'ego Mangana. Jakie to było rozczarowanie! Pewnie nie pamiętacie, ale kilka lat temu opisywałam tu inną książkę irlandzkiego policjanta, detektywa Pata Marry'ego, i byłam nią zachwycona. Lektura była przyjemnością, a kiedy podzieliłam się nią z moją wykładowczynią z forensic science, również przypadła jej do gustu, bo książka została wpisana przez nią na listę zalecanych lektur. Liczyłam więc na coś podobnego, ale srogo się zawiodłam.

Powiem tak. Podziwiam Christy'ego za jego nieograniczoną empatię w stosunku do winnych, za szacunek i zrozumienie, które zawsze wszystkim okazywał. Na pewno jest wspaniałym człowiekiem, w to nie wątpię. Doceniam wiele jego heroicznych wyczynów, ale książka niestety nie podobała mi się. Była mocno nierówna. Owszem, zdarzały się ciekawe rozdziały, a raczej fragmenty, ale były też te nudnawe, kiedy przewracałam oczami z nudów i nie mogłam się doczekać końca. Dałam jej naciągane trzy gwiazdki, ale tylko i wyłącznie z sympatii dla autora i jego poczynań. Niemniej, przywraca wiarę w dobrych "gliniarzy". 

Za to "Ostatni taniec Chaplina" bardzo mi się spodobał. Przeczytałam kilka kartek i muszę powiedzieć, że zapowiada się super lektura! 


I to chyba wszystko na dziś. Dom udekorowałam już tydzień temu, dziś umyłam okna w kuchni i posprzątałam dom, mogę więc oficjalnie się obijać!

Wesołego Alleluja!

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Going Nowhere

Chciałam napisać ten wpis jeszcze w sobotę, by życzyć Wam dobrych świąt, bo nie wszystkim wysłałam wielkanocne kartki, ale czasem same chęci nie wystarczają. Pomimo tego, że już po siódmej zerwałam się z łóżka, by jak najszybciej przystąpić do żmudnej pracy przy komputerze i nie zmarnować ani jednej cennej godziny, i tak przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że tego dnia czas pędził dwa razy szybciej niż zazwyczaj. 


Chyba też trochę padłam ofiarą samej siebie - tak bardzo nie chciało mi się pisać kolejnej pracy na zaliczenie, że podświadomie robiłam wszystko, by się wymigać od tego męczącego i czasochłonnego obowiązku. Nie musiałam się zbytnio wysilać - z szarego i chłodnego początku dnia sobota przerodziła się w najcieplejszy i najsłoneczniejszy dzień roku, który aż prosił się o to, by spędzić go na świeżym powietrzu, w "zaciszu" swojego ogródka. Całego dnia w nim nie spędziłam, bo moja tolerancja na intensywne słońce jest raczej niewielka. W pewnym momencie musiałam się jednak poddać, nie mogąc ryzykować uprażenia ostatnich szarych komórek (trzydzieści stopni w słońcu!), bo te były mi potrzebne na późniejszym etapie. 


Całkiem niespodziewanie za to moja własna kuchnia pochłonęła mnie niczym wieloryb proroka Jonasza. Zeszłam do niej w ramach krótkiej przerwy od komputera, zupełnie nieświadoma tego, co zaraz się wydarzy, i... wpadłam w szał pieczenia. Przygotowałam aż... cztery różne ciasta (nie pytajcie po co, bo sama nie znam odpowiedzi na to pytanie!), mimo że jeszcze w piątek wieczorem nie planowałam robić ani jednego. Prawie cztery godziny później wyłoniłam się z kuchni niczym Afrodyta z morskiej piany. W sensie, że mokra i spocona jak prostytutka na spowiedzi - nie dość, że moja kuchnia zawsze zamienia się w fińską saunę w słoneczne dni, to pracujący piekarnik też nie był bez winy.

Rose, to moja odpowiedź na Twój zielony mech :)


Choć jeszcze niedawno nieśmiało marzyłam o powtórzeniu zeszłorocznego wielkanocnego wyjazdu na dziki zachód wyspy, bo już zatęskniłam za szumem oceanu i piaskiem pod stopami, to jednak rozwój wydarzeń w kraju zmusił mnie do przełożenia tych planów na bliżej nieokreśloną przyszłość. Wzmożone punkty kontrolne na drogach skutecznie do tego zniechęcały, a ja nie chciałam zasilić szeregu COVID-iotów. Wielkanoc upłynęła mi zatem pod znakiem "going nowhere". 


Słyszę tu i ówdzie, jak to świat stanął. Nie wiem, jak Wam, ale mnie nic nie stanęło. Ironia losu polega na tym, że w czasach zarazy pracuję więcej i dłużej niż przed nią, co - muszę przyznać - ma też swoje dobre strony. Problemy związane z przymusowym "aresztem domowym" są mi zatem zupełnie nieznane, bo prawie połowę dnia spędzam poza domem. Moja rutyna niewiele się zmieniła poza tym, że zrezygnowałam z prania w przyjaznych środowisku temperaturach i przerzuciłam się na 60 stopni. I nawet już przestałam się wzdrygać, kiedy w pracy ktoś mnie dotknie. Choć świat nagle zaroił się od ludzi w "białych kostiumach królika", w pewnym sensie wirus wydaje mi się być gdzieś poza moja rzeczywistością. Jeszcze. 


Przyroda zdaje się potwierdzać moje spostrzeżenie. Świat flory i fauny też nie stanął. Piękna magnolia u sąsiadów kwitnie obficie jak co roku, a ja zastanawiam się, jak wygląda teraz Howth, z którym kojarzą mi się te drzewa. Forsycja moich sąsiadów "zza płotu" zagląda nieśmiało do mojego ogródka i swoim intensywnie żółtym kolorem skupia na sobie całą uwagę. Świat znów jest kolorowy i piękny, pomimo tego wszystkiego, co się na nim dzieje. I moja cudna pudrowo-różowa piwonia, która obumarła na zimę, zmartwychwstała niczym Jezus, dając mi przy tym nadzieję na to, że latem uraczy mnie imponującymi kwiatostanami. I białe pąki na osiedlowych drzewach - mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj ich nie było, a teraz nagle jest ich całe multum! I jeżyki! Wróciły pod koniec marca, choć niestety nie pokazują się codziennie w moim ogródku - widać preferują naturalny pokarm, którego mają pewnie teraz pod dostatkiem. 

 

Nie cierpię zatem na nudę, choć kochana An Post, irlandzka poczta, i tak zadbała o to, bym w tym specyficznym okresie nie cierpiała na brak zajęć i dostarczyła mi tajemniczą, finezyjnie ozdobioną kopertę w rozmiarze A4, a w niej zaś "kolorowankę". Tu muszę pochwalić też inną inicjatywę, z jaką wyszła wspomniana poczta, a mianowicie kampanię "Come Together. Write Now", mającą na celu ułatwienie mieszkańcom wyspy utrzymania kontaktu z bliskimi i podtrzymania ich na duchu w tym trudnym dla wielu czasie. Każde domostwo zostało zaopatrzone w dwie kartki pocztowe, które można darmowo wysłać do dowolnego zakątka Irlandii. Jako, że jeszcze ich nie wykorzystałam, chętnie wyślę je tym, którym koronawirus niestraszny :)   



Bardzo nietypową Wielkanoc mamy w tym roku i choć święta już prawie za nami, to jednak życzę Wam szybkiego powrotu do codzienności i normalności, bo pewnie wielu z Was właśnie o tym teraz najbardziej marzy. Mam nadzieję, że ten świąteczny czas upływa Wam przyjemniej niż mnie, w spokoju, zdrowiu i radości, bez zbędnych nerwów i niestrawności wywołanej nie tylko przejedzeniem, ale także nadmiarem złych wiadomości. 

 
Trzymajcie się zdrowo.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Oczekiwania kontra rzeczywistość - Wielkanoc w Connemarze


Zacznę trochę jak Martin Luther King: I had a dream.
Wymarzyłam sobie wspaniały weekend w Connemarze, w moim ulubionym B&B na boskim Półwyspie Renvyle, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia jakieś dziesięć lat temu, nie wiedząc nawet, jak nazywa się ten konkretny zakątek Irlandii.
Zbliżała się Wielkanoc, którą po raz kolejny mieliśmy spędzić na wyspie, nie widziałam zatem przeszkód, by nie skorzystać z długiego weekendu i spędzić go w jednym z najładniejszych regionów Zielonej Wyspy.
To miał być nasz pierwszy tegoroczny wyjazd weekendowy, a jako że od dłuższego czasu trawił mnie zew natury, domagający się wyjazdu w teren, napaliłam się na niego jak szczerbaty na suchary. 

Miało być przecież tak pięknie: przytulna noclegownia, przesympatyczny właściciel, jego urocze zwierzaki i my w tym wszystkim, nurzający się w nastrojowej atmosferze Wielkanocy i pozytywnych wibracjach tego B&B. Ale jak mądrze rzekł kiedyś ojciec Dougal McGuire z kultowego "Father Teda": "you should never meet your heroes, you"ll only be disappointed". A. - gospodarz tego B&B był dla mnie właśnie takim bohaterem - doskonałym przykładem na to, co robić, by turyści walili do ciebie drzwiami i oknami. 

Kiedy pewnego wrześniowego dnia pierwszy raz zapukałam do drzwi tego przybytku, otworzył je właśnie A. Przyjął cieplej niż rodzony ojciec, kazał usadowić się w przytulnym salonie, na czarnej skórzanej sofie, naprzeciwko kominka, w którym płonął ogień podsycany kolejnymi kawałkami torfu. Zaserwował kawę, poczęstował ciastem. A kiedy taka rozpieszczona i rozleniwiona siedziałam na sofie, jego uroczy pies dosiadł się do mnie, popatrzył mi w oczy, a potem wtulił we mnie jak mały szczeniaczek, którym nie był od kilkudziesięciu kilogramów temu, i położył mi łapę na moich udach. Tym jednym, prostym gestem sprawił, że zaszkliły mi się oczy. Nie trzeba było słów, by wiedzieć, że od teraz jesteśmy już best buddies!  

Rozglądając się po pokoju, po jego eklektycznym wystroju, pomyślałam, że czuję się tu jak u siebie i że to miejsce ma naprawdę pozytywną aurę. Nie obchodziło mnie to, że koło kominka leżały drobinki torfu i popiołu - nieodłączne elementy każdego niegazowego kominka - mimo że u mnie coś takiego by nie przeszło. 


Tu od pierwszej minuty miało się poczucie niewymuszonej swobody, co bez wątpienia było zasługą samego gospodarza i jego bezceremonialnego sposobu bycia. To tu usłyszałam, idąc za A. po schodach do zarezerwowanego pokoju, że "już sporo czasu upłynęło, od kiedy prowadził na pięterko piękną kobietę". Bardziej rozbawił mnie ten niewybredny tekst, niż zbulwersował, bo taka za mnie piękna kobieta jak z niego Leonardo Di Caprio. 

W takie miejsca zawsze chce się wracać, bo klimat, który tworzą w nich ludzie, jest niepowtarzalny, i żaden pięciogwiazdkowy bezosobowy hotel, w którym jest się anonimowym, jednym z wielu gości, nie jest w stanie z nimi wygrać. W tym B&B miało się poczucie wyjątkowości, bycia traktowanym jako unikalna jednostka. 
 
Teraz już rozumiesz, dlaczego na myśl o tym wyjeździe jarałam się jak pochodnia?
Kiedy nadeszła godzina zero, miałam już wszystkie niezbędniki: walizę, worek marchewek i tackę jabłek dla koni, opakowanie psiego przysmaku dla mojego psiego kumpla, a nawet mało wielkanocne, za to świeżo i własnoręcznie upieczone ciasto czekoladowe z włoskimi orzechami dla gospodarza i jego małżonki na okoliczność świąt. 

To samo ciasto wróciło z nami do domu następnego dnia.
Okazało się bowiem, że od tamtego pamiętnego wrześniowego dnia wiele się zmieniło i gospodarz ma ważniejsze rzeczy na głowie niż przyjmowanie gości. A przynajmniej tych przybywających do jego B&B. Najwyraźniej ci zmierzający do jego hotelu, w posiadanie którego wszedł niedawno, są teraz ważniejsi, bo doba hotelowa jest droższa niż ta sama doba w pensjonacie B&B. 

Zatem w dniu przybycia w ogóle nie było nam dane przywitać się z właścicielem ani jego żoną. Zastaliśmy pustą noclegownię, a kiedy - zgodnie ze wskazówkami zamieszczonymi na drzwiach - zadzwoniliśmy na numer Gospodarza, usłyszeliśmy, że mamy wyjąć klucz ze skrytki i sami się zameldować. Byliście już tutaj, prawda? - usłyszeliśmy. No dobra, dlaczego nie. Możemy. 
 

Na próżno czekaliśmy na to, aż Gospodarz wpadnie później się przywitać. Jakiś czas później przyjechał do domu zameldować inną parę, widocznie żółtodziobów, którzy po raz pierwszy go odwiedzali, ale nie zaszczycił nas swoją obecnością. Podobnie zresztą było z jego żoną, która podjechała pod B&B, kiedy koło niego spacerowaliśmy, ale nie doszła do wniosku, że wypadałoby się do nas odezwać. 

Doszło nawet do tego, że nie mogliśmy w jego B&B napić się nawet kawy ani herbaty, bo w pokoju nie było takich udogodnień, w domu z kolei nie było nikogo, kto mógłby nam zaserwować filiżankę gorącego napoju, a nie chcieliśmy się szarogęsić i zaglądać do kuchni, w której to nigdy nie byliśmy, i która to - jakby nie patrzeć - należała do prywatnych rewirów właścicieli tego przybytku. 

A jakby tego było mało, dzień dobiegał końca, a my nadal nie wiedzieliśmy, o której możemy stawić się w hotelu na śniadanie, bo nikt nam takiej informacji nie udzielił. Bo to, że śniadań nie serwuje się już w tym B&B tylko w nowym nabytku Gospodarza, wyczytałam na stronie w czasie robienia rezerwacji. 

Domyślasz się pewnie, że byłam dość niepocieszona takim obrotem wydarzeń, jako że moje oczekiwania totalnie rozminęły się z rzeczywistością, ale być może sama jestem sobie winna za to, że poniosła mnie wyobraźnia. I że oczekiwałam standardu podobnego, do tego, który był mi już znany z poprzedniej wizyty.
Szczęśliwym trafem kolejny dzień nieco podreperował w moich oczach nadwątlony wizerunek Gospodarza, który z mojego bohatera B&B przemienił się w upadłą gwiazdę. 

W czasie smacznego śniadania udało mi się wreszcie przywitać z psem właściciela i nakarmić go przysmakami, a po śniadaniu - z nim samym. Ale pewnie tylko dlatego, że sam we własnej osobie był na recepcji i żegnał wymeldowujących się gości, przyjmując od nich zapłatę za nocleg.
Pogadaliśmy przez chwilę, pożartowaliśmy, ale to już nie było to samo.
Niemniej sam wyjazd - pomijając rozczarowanie związane z noclegownią - okazał się być fantastyczny, a pogoda przyjemna. 

W ogóle, to mam nieodparte wrażenie, że czasem bardziej opłaca się być nowym klientem niż starym i stałym, bo wtedy firmy - czy jak w tym przypadku: właściciele B&B - bardziej się starają. A może to ja jestem jakaś dziwna, bo wychodzę z założenia, że o stałego klienta powinno się dbać bardziej w ramach podziękowania za jego lojalność? 

Tak się składa, że dwa tygodnie później, tym razem w innym B&B znów usłyszeliśmy to nonszalanckie "byliście już tutaj, prawda?", które zabrzmiało boleśnie lekceważąco, jak gdyby było opędzaniem się od natrętnej muchy. Równie dobrze osoba, które je wtedy wypowiedziała, mogła powiedzieć: "skoro już tutaj byliście, to spoko, nie muszę się wysilać, nic wam polecać, ani z wami wdawać się w dyskusję, bo przecież znacie okolicę doskonale i wiecie, co gdzie jest..." Ale to już opowieść na inny raz...

niedziela, 16 kwietnia 2017

Still alive and kicking!

Melduję, że przedświąteczna gorączka mnie nie dopadła, ani też nie strawiła do reszty, choć nieco przedłużająca się cisza na blogu, mogłaby właśnie o tym świadczyć.


Mówi się, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy. Analogicznie: Polak może wyjechać z Polski, ale Polska w nim na zawsze zostanie. I tu mogłabym polemizować. Na pytanie, czy to prawda, czy zwykły mit, nie jestem wstanie odpowiedzieć inaczej niż: i tak, i nie. Bo odkąd mieszkam poza granicami kraju, a niedługo będzie to już jedenaście lat, to nie praktykuję pewnych polskich przyzwyczajeń, innym zaś z lubością nadal hołduję.


Wzięłam ze sobą z Polski, z tego naszego bogatego bagażu tradycji, to, co mi najbardziej odpowiadało, a całą resztę porzuciłam bez najmniejszej łezki w oku. Kategorycznie mówię NIE tym gorączkowym przygotowaniom świątecznym: zakupom z obłędem w oczach, wydawaniem nieprzyzwoitej ilości pieniędzy na nieprzyzwoitą ilość żarcia po to tylko, by później nieprzyzwoicie się objeść. Nie dla szaleńczego sprzątania domu od A do Z - zaprawdę powiadam Wam, nie sądzę, by odwiedziła Was perfekcyjna pani domu ze swoją perfekcyjnie białą rękawiczką, gotowa, by wedrzeć się do najbardziej ukrytego zakątka Waszego domu.


Świąteczne smakołyki? Jak najbardziej! Ale po co sprawdzać wytrzymałość stołu za pomocą pięciu serników, trzech mazurków i czterech bab? Przecież od samego patrzenia na te kilogramy czekoladowych jaj, bogatych w kalorie ciast można zapaść w cukrzycową śpiączkę.


zeszłoroczne barwniki z Lidla dały radę, choć szału nie ma


I nie, nie oznacza to, że zasilam kręgi osób z premedytacją szydzących ze Świąt, jak również z osób wierzących w "bajki" o życiu pośmiertnym, o Zbawicielu i jego zmartwychwstaniu. Lubię przedświąteczną atmosferę, lubię nawet przygotowania, ale tylko te z głową. Dlatego moje świąteczne sprzątanie domu wyglądało tak jak zawsze. Zabrało mi może z półtorej godziny. Nie liczyłam. Gdyby dodać to tego prasowanie świątecznego obrusu, dekorowanie domu wielkanocnymi króliczkami, jajeczkami i wieńcami, to może ze dwie godziny by wyszły.



Zrobiłam tylko dwa małe, a do tego dietetyczne ciasta, bez mąki i cukru, jako że kilka miesięcy temu wdrożyłam w życie plan niejedzenia słodyczy. Kiedyś pewnie z politowaniem uśmiechnęłabym się na dźwięk słów "ciasto bez mąki, masła i cukru". Really? To jak prezerwatywa... zrobiona na drutach! To nie może się udać! Dziś jestem wielką miłośniczką dietetycznego brownie z fasoli i już nie jem innych ciast. Mogę je robić,  bo lubię piec, bo podoba mi się ten zapach, mogę na nie patrzeć i jeść oczami. Ale tylko tak.



Wczoraj zaś gdzieś między robieniem sobie jaj [a dokładniej: ich malowaniem] i sadzeniem kwiatków, po raz pierwszy zabrałam się za kolejny wynalazek kulinarny, który ostatnio przeżywa w sieci swoje ponowne narodziny. Zrobiłam pasztet z selera i... o, mamo! Przepadłam! To wygląda, jak pasztet, a do tego obłędnie pachnie! Ten zapach cebuli, selera i czosnku... poezja! Tak wiem, dziwna jestem, ale kto z nas nie ma swoich sekretnych i wstydliwych dziwactw, niech pierwszy rzuci kamieniem.



Miałam przy tym porządne ćwiczenia silnej woli, bo blaszka z pasztetem była mała, a mój apetyt na niego ogromny. I tak zdarzył się cud, że kiedy kładłam się spać, to jeszcze marna połowa tego pasztetu się zachowała. Swoją drogą, nawet Dziunia, moja urocza i najmądrzejsza kotka ever, dała się nabrać. Kiedy ja sobie majstrowałam przy piekarniku i jeszcze parującej blaszce pasztetu, ona udając surykatkę, próbowała wyłudzić ode mnie kawałek "mięcha", co robi tylko wtedy, kiedy wyczuwa surowego kurczaka.



Ach, i czy muszę wspominać, że z mojego ambitnego planu wstania po piątej i udania się na mszę rezurekcyjną na świeżym powietrzu nic nie wyszło? Chciałam dobrze, nawet nastawiłam budzik na odpowiednio wczesną porę, ale jak przyszło, co do czego, to na autopilocie go wyłączyłam, a moje dobre chęci poszły smacznie spać, by obudzić się jakieś dwie godziny później i to też tylko dlatego, że leżący na mnie kot za mocno mi na pęcherz naciskał.



Moi Drodzy, z okazji tych świąt życzę Wam przede wszystkim tego, by nikt nie musiał Was odwozić od stołu na taczkach. By Was brzuchy nie bolały, a jeśli już, to tylko od śmiechu i dobrej zabawy. Żebyście miło spędzili ten czas z tymi, których naprawdę lubicie: w zdrowiu, szczęściu, radości. Bez mędrców przy stole, bez niepotrzebnego politykowania, bez kłótni i sporów. Pamiętajcie, co świętujecie. I nie bójcie się przypomnieć babci, że nie jesteście biedną gąską, którą trzeba tuczyć na foie gras!


A do świątecznego relaksu polecam książkę M. Grzebałkowskiej. Już dawno nie czytałam tak dobrej biografii!