Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2022

Winter Is Coming

Winter is coming.

Zima nadchodzi - jak powiedzieliby Starkowie z "Gry o tron". Wiem, co sobie myślicie. Coś w stylu: "thank you, Captain Obvious - co myśmy bez ciebie zrobili?". Wybaczcie mi jednak głoszenie tych truizmów meteorologicznych, wszak życie blogera łatwe nie jest, a wpis jakoś zacząć trzeba. 


A tak całkiem serio, to zima naprawdę nadchodzi. Jest tak jak w piosence Elektrycznych Gitar: to widać (łysiejące drzewa i oliwkowa zieleń), słychać (deszcz uderzający o okna niczym nawiedzony perkusista Metaliki w bęben) i czuć (tym, co sąsiedzi wrzucili do kominka). 

 

To oznacza zaś, że na półkę niespełnionych marzeń można już odłożyć to o złotej jesieni. Nie mieliśmy żadnej taryfy ulgowej, nie było żadnego łagodnego przejścia z upalnej końcówki lata w łagodną jesień. Żadnego babiego lata, łagodnego wrześniowego zefirku, złotego dywanu pod stopami.  


Tak po prawdzie, to wielkiego zaskoczenia tu nie było. Irlandia nie do końca kojarzy mi się z "polską, złotą jesienią".

Zaskoczyła mnie za to końcówka września, kiedy grubo po ponad dwóch latach pandemii mogłam powiedzieć: "wszyscy mają, mam i ja!". 


A wszystko zaczęło się od Połówka, który pewnego dnia spytał, czy minionej nocy nie jeździłam walcem, bo od samego rana tak właśnie się czuje - jakby go walec drogowy przejechał. 

 

Tu go strzyka, tam boli. To mnie jednak jakoś specjalnie nie zdziwiło, bo jak się całe dni spędza przed komputerem, to ciało ma prawo wołać o ratunek. Nie doszukiwałam się w tych jego dolegliwościach niczego podejrzanego.

Jak przystało na absolwentkę renomowanego Uniwersytetu Medycznego im. doktora Google'a, szybko postawiłam Połówkowi fachową diagnozę: Ot, efekty zasiedzenia. 


Jednak dwa dni później, na "dobry" początek weekendu, sama obudziłam się w podobnym stanie. Głowa ciężka jak ołów, zatkany nos, przepity głos burdelmamy i ogólne rozbicie. Nafaszerowałam się jednak prochami i udało mi się przeżyć tę sobotę, a nawet co nieco porobić w domu.

Niedziela była nieco lepsza, w poniedziałek więc normalnie stawiłam się w pracy, jak na pracowitą mróweczkę przystało, ale nadal skrzypiałam jak stare i nienaoliwione drzwi. Niemniej nie byłam w pełni formy, więc na koniec dnia przezornie spakowałam wszystkie papiery, wsunęłam laptopa do torby i zabrałam ze sobą do domu. Bossowi zaś, którego nie widziałam przez cały dzień, wysłałam wieczorem informację, że chyba najlepiej będzie, jeśli jutro będę pracować z domu. 


W czasach BC (before Covid), kiedy nikt na nikogo nie łypał złowrogo tylko dlatego, że sobie kichał i kaszlał publicznie, nawet by mi do głowy nie przyszło robić sobie wolne od pracy z tak błahego powodu. Przypomniałam sobie jednak te czasy, kiedy szef lojalnie mnie uprzedzał o każdym przypadku koronawirusa w jego rodzinie, pomyślałam więc o jego siedemdziesięciokilkuletniej mamie i doszłam do wniosku, że lepiej dmuchać na zimne. A co jeśli faktycznie mam koronawirusa i ją pośrednio zarażę?

Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale nie to, że jestem pogromcą bezbronnych staruszek.

Zostałam w domu. A kiedy rano, jak co dzień, przygotowywałam sobie moją obłędnie pachnącą herbatę miętową, nagle poczułam, że... nic nie czuję! Herbata, której zapach z łatwością wyczuwałam już przez opakowanie, tym razem "nie pachniała" wcale! I wtedy mnie olśniło - to musi być koronawirus! Wszyscy mają, mam i ja! 


Tutaj słówko o głównym zainteresowanym. Na samym początku tego całego zaaferowania wirusem odczuwałam trochę strachu przed niewiadomym. Jak chyba my wszyscy. Dość szybko jednak przeszłam nad nim do porządku dziennego. Musiałam.

Bo widzicie, ludzie dzielą się na tych, co wierzą, że częste mycie skraca życie i na tych, którzy uważają, że to bujda na resorach. Jako że należę do tych, co myją się codziennie, a przy tym głęboko wierzą, że to stres skuteczniej zabija od mycia, nie mogłam ryzykować. Sami rozumiecie - musiałam zminimalizować poziom stresu na wypadek gdyby jednak okazało się, że rację mieli ci, którzy mycia unikają jak diabeł wody święconej. 


Zatem po jakichś trzydziestu miesiącach siania paniki, jaką fundowały nam media, byłam już na nią uodporniona. Rzadko na coś choruję - powiedziałabym raczej, że mam końskie zdrowie po ojcu (nie żeby moim ojcem był koń...), więc na tym etapie koronawirusa miałam już w nosie.

Jak się okazało tego wtorkowego poranka, miałam go w nosie dosłownie i w przenośni.

Nie bardzo byłam pewna, czy wykonany przez siebie wymaz z nosa w ogóle okaże się poprawny, bo trochę się przy tym cackałam z sobą, moje wątpliwości jednak szybko zostały rozwiane przez dwie wyraźne czerwone kreski na teście.

"Gratulacje" - rzekł Połówek - który asystował mi przy całej procedurze. "Tak dobrze grzebałaś tym patyczkiem w nosie, że wygrzebałaś covida. To ja pewnie też mam!".

Miał.

Tu chciałabym tylko nieśmiało zaznaczyć, że to on pierwszy go złapał. Próbowaliśmy dociec, skąd nam się to przyplątało, ostatecznie doszliśmy jednak do wniosku, że prawdopodobnie ktoś mu sprzedał w sklepie. 

Zrobiłam zdjęcie testu i podesłałam Bossowi na znak swojej prawdomówności. Niech ma i wie, że to nie była żadna wymówka. Chwilę później odpisał jedynie "no panic". (Bez paniki)

Popełniłam jednak strategiczny błąd, bo kiedy na drugi dzień zadzwonił do mnie i spytał, jak się mam, zamiast udawać obłożnie chorą, odpowiedziałam, że całkiem dobrze. I wtedy się zaczęło. Mail za mailem.

"Czy masz...?"

"Czy możesz...?"

"Czy wiesz...?"

"Czy mogłabyś...?"

GRRRRRRR!

Pozostałe dwa dni były już na szczęście spokojne, zaś przeprowadzony w niedzielę test pokazał czarno na białym, że koronawirus mnie opuścił.

Węchu do dzisiaj jednak nie mam, a od tamtego momentu upłynęły już prawie trzy tygodnie. Powiadam Wam, jakie to jest... fajne! 

Nie wiem, jak ja do tej pory żyłam wyeksponowana na tyle przeróżnych i nieproszonych woni, fetorów i smrodów!

Teraz już nie wykręcam twarzy w grymasie, kiedy odkamieniam czajnik octem, albo używam chlorowego wybielacza w łazience. Co się zaś tyczy ładnych zapachów, to tu również jakoś szczególnie nie odczuwam ich braku. Ludzki umysł to niesamowity twór - dzięki pamięci zapachowej czuję się tak, jakbym je czuła. Wiem, jak pachnie konkretna butelka perfum, kiedy więc biorę ją do ręki, mam w głowie jej zapach. 

Zdarza mi się jednak mieć zapachowe przebłyski i faktycznie czuć delikatną i bardzo krótkotrwałą woń - wtedy najczęściej zawodzę żałośnie: "o nieee, chyba wraca mi węch!!!", na co Połówek uśmiecha się pod nosem i z niedowierzaniem kręci głową.

A właśnie - Połówek. Słyszeliście zapewne niejeden raz enigmatyczne "życie zatacza krąg"? Rodzimy się, jesteśmy dziećmi, dojrzewamy, starzejemy się, a na starość... znów dziecinniejemy.

Nie wierzycie w to? Uwierzcie! To nie jest żaden pic na wodę, fotomontaż.


Do niedawna jeszcze sama nie bardzo wierzyłam w to dziecinnienie, a potem usłyszałam coś, czego nigdy się nie spodziewałam usłyszeć. A już na pewno nie od osoby, którą znam dosłownie połowę swojego życia.  

Któregoś dnia przy wspólnym posiłku Połówek spytał ni stąd, ni zowąd: "myślisz, że powinienem zacząć malować figurki?". Totalnie zastrzelił mnie tym pytaniem, więc zanim cokolwiek odpowiedziałam, roześmiałam się nieco za głośno i za szybko, czym niechcący uraziłam męskie ego poszkodowanego. 

W tamtym momencie jednak to pytanie wydało mi się tak abstrakcyjne i absurdalne, że nie mogłam zareagować inaczej. Równie dobrze mógłby zapytać o to, czy powinien polecieć w kosmos albo odciąć sobie ucho. 

 Nigdy bowiem, NIGDY, nie widziałam Połówka z pędzelkiem i farbkami w ręku. Zawsze wydawał mi się być "ścisłym umysłem", nigdy zaś artystycznym typem i chyba dlatego w życiu nie pomyślałabym, że najlepszym prezentem dla faceta po czterdziestce będą... farby, pędzle, mokra paleta i werniks. 

Dopadła mnie też karma za te wszystkie utyskiwania. Jak to mawiają: uważaj na to, co mówisz, bo może się spełnić. Chciałam, by sobie znalazł jakieś rozwijające hobby, zamiast grać z kolegami na PS, no to sobie znalazł. Teraz GODZINAMI siedzimy pochyleni nad pięciocentymetrowymi figurkami i malujemy. 

Zróbcie mi przysługę i nie pytajcie po co, bo sama nie mam na to dobrej odpowiedzi. Wiem za to, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo dorobię się płaskodupia albo garbu. Albo tego i tego. 

Kiedy zaś nie maluję, to czytam. Nic ambitnego - nic, czym mogłabym zaimponować arystokratycznym bufonom z zadartym nosem.  Najczęściej sięgam po thrillery, a moimi ostatnimi odkryciami są Claire Allan, pisarka z Irlandii Północnej (fabuły jej książek często mają miejsce w Derry) oraz Angielka - C. L. Taylor. 


Niedawno skończyłam "Apple of My Eye" i choć w tym wypadku bardzo szybko można się domyślić, kto jest sprawcą całego zamieszania, to jednak lektura jest na tyle ciekawa, że czyta się ją z przyjemnością. "The Liar's Daughter" znacznie mniej mi się podobała, ale nie dlatego, że nie udało mi się wytypować winnego, tematyka była znacznie cięższa. Teraz zaś czytam "The Island". 

Na najbliższy urlop zabieram ze sobą jednak coś z literatury faktu, coś o mojej ulubionej tematyce latarnianej - "Stargazing", wspomnienia młodego szkockiego latarnika, i "The Lighthouse" Keitha McCloskeya o tajemniczym zaginięciu szkockich latarników w 1900 roku, mimo że widziałam niedawno film bazujący na tej historii - "The Vanishing" (2018) z Gerardem Butlerem. Bardzo mi się podobał. Film, nie Gerard. Gdyby ktoś chciał obejrzeć, to jest on do wypożyczenia w tutejszej bibliotece. 



Chciałam niedawno zrobić parę zdjęć owcom, które wypasały się na ściernisku niedaleko mojego miejsca pracy, ale jak tylko zabrałam ze sobą aparat do pracy, to okazało się, że owiec już nie ma! Zamieściłam za to kilka fotek innych wdzięcznych modelek - to właśnie owce będą niedługo moimi jedynymi sąsiadkami. Już się nie mogę doczekać!

A co u Was?

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Roszpunka, czyli Ptaszek Na Uwięzi


Klasyczna ja. Przez kilka pierwszych dni czerwca żyłam myślą o tygodniowym urlopie, który planowałam wziąć sobie z nadejściem drugiego tygodnia. Trzymałam się tej myśli kurczowo niczym rozbitek deski ratunkowej - tak, jakby zależało od tego moje życie, albo przynajmniej zdrowie psychiczne. I w pewnym sensie tak było, bo ta myśl podtrzymywała mnie przy życiu, ogrzewała wewnętrznie i pozwalała przetrwać kolejne długie i męczące dni.
Jeszcze w piątek wychodząc z pracy - a w zasadzie to wylatując na skrzydłach - byłam święcie przekonana, że wrócę do niej dopiero dziewięć dni później. A później przyszedł weekend, ochłonęłam, odpoczęłam i... zmieniłam zdanie. Otrzepałam się niczym bokser na ringu i z bojowym okrzykiem "bring it on!" ruszyłam przed siebie, jakby wstąpiło we mnie nowe życie.
Zmiana mojej decyzji nie była przypadkowa - zbiegła się ona bowiem z jakże optymistyczną informacją o przyspieszeniu kolejnej fazy wychodzenia z lockdownu, co oznaczało, ni mniej, ni więcej, że już od końca czerwca będzie można swobodnie poruszać się po całej wyspie! Wreszcie! I to było to światełko w tunelu, na które z takim utęsknieniem czekałam. Wobec takich informacji doszłam do wniosku, że szkoda mi teraz marnować tydzień urlopu na siedzenie w domu, skoro już za kilkadziesiąt dni będę mogła jakoś sensownie go wykorzystać.
Gdybym nie była takim cykorem, to już dawno zrobiłabym to, co inni - czyli spektakularnie złamała nakaz przebywania w swojej okolicy, i zamiast później wysłuchiwać zachwytów znajomych o samotnych spacerach po klifach Moheru i całym dniu spędzonym na plaży w Clare, może  sama bym na niej siedziała, słuchając tego, co po długiej rozłące mają mi do powiedzenia ocean i morska bryza. Zabrakło mi jednak jaj, bo jakoś nie mogłam pozbyć się przeczucia, że to nie może się udać i że gra nie jest warta świeczki.
Jeszcze gdyby tylko tak otwarto biblioteki, to już w ogóle poczułabym, że żyję! Tymczasem zaś zadowalam się tym, co mam w domu, i czego nie zdążyłam jeszcze przeczytać, ale pomimo tego niesamowicie opuściłam się w czytaniu. Tak źle już dawno ze mną nie było...
Tuż przed nadejściem długiego weekendu Matka Przełożona wcisnęła mi "The Beekeeper of Aleppo", mówiąc, że przeczytała ją za jednym zamachem w pewną sobotę. "Wow!" - rzekłam, trzymając książkę w dłoniach, przejeżdżając kciukiem po jej kartkach, i omiatając wzrokiem obszerną treść. "Całkowicie zignorowałam dzieci" - wyjaśniła, widząc w moich oczach podziw dla jej dokonania. Po czym dodała, że w kolejce do książki już ustawiła się jej koleżanka, czym nieświadomie wywarła na mnie presję.
O książce wiedziałam tylko tyle, że okupowała irlandzką listę bestsellerów - i że jest o jakimś pszczelarzu z Aleppo ;) - co w połączeniu ze słowami Matki Przełożonej pozwalało mi przypuszczać, że będę mieć do czynienia ze świetną lekturą.
Chciałabym móc powiedzieć, że przeczytałam ją za jednym posiedzeniem i to w dodatku jeszcze z wypiekami na twarzy. Choć po prawdzie te ostatnie mogłam mieć, zważywszy na fakt, że często czytałam ją w ogródku w gorące dni długiego weekendu, niestety nie miały one jednak nic wspólnego z samą historią, bo ta mnie nie porwała. Nie skłamię, stwierdzając, że jeśli chodzi o "Pszczelarza z Aleppo", to najbardziej podobała mi się... jego piękna okładka. I jeden cytat: "Inside every person you know, there is a person you don't know". Nie podobało mi się za to to, że zostawiła mnie z pytaniem: "Co ze mną nie tak?!", bo to kolejny czytelniczy hit, który zachwyca, wzrusza i wzbudza podziw. U wszystkich tylko nie u mnie.
Dużo bardziej za to przypadła mi do gustu "Normal People" Sally Rooney, którą pożyczył mi szef, i której... Wam nie polecam. Mimo że mi się podobała. "Normal People", podobnie jak "The Beekeeper of Aleppo", również trafiła na listę bestsellerów, a nawet doczekała się szumnej ekranizacji w postaci kilkunastu odcinków serialu, którego - chyba jako jedyna osoba w całej Irlandii - jeszcze nie widziałam.
Niczego nieświadoma zaczęłam ją czytać jeszcze tego samego dnia. Wróciłam z pracy, posprzątałam dom, wzięłam prysznic i zasiadłam w salonie w swoim czerwonym fotelu, nie sądząc, że zbyt długo w nim posiedzę, bo po pierwsze - było już późno, a po drugie - byłam zmęczona. Czytana historia jednak na tyle mnie wciągnęła, że nim się obejrzałam, dotarłam do strony numer 120, czyli praktycznie do połowy powieści.
Zanim jednak to się stało, zdążyłam z dziesięć razy spłonąć rumieńcem wstydu, bo jak przystało na przykładną cnotkę i szanującą się amiszkę, nie czytam takich niegrzecznych książek. A jak w dodatku pomyślałam sobie, że mój szef też to czytał, to od razu nabierałam supermocy kameleona i idealnie wtapiałam się w moje otoczenie, a konkretnie w ten czerwony fotel, w którym zasiadłam.
Książka nie jest ani rewelacyjna, ani rewolucyjna, choć podejście autorki do mowy zależnej w pewnym sensie jest rewolucyjne. Nie ma w niej wartkiej akcji, a główni bohaterowie frustrują. Wielokrotnie miałam bowiem ochotę wpaść do nich w złości, niczym rodzic wyprowadzony z równowagi przez krnąbrne dzieci, pogrozić im palcem wskazującym i powrzeszczeć: "You! [to do niej] Go to therapy! You've got more issues than Vogue!" "And you! [to już do niego] You... you are just a massive arsehole! Learn to communicate your feelings, for God's sake!".
A zatem mój werdykt jest następujący - książka była nieco frustrująca, ale jednocześnie dziwnie interesująca. Z jakiegoś powodu zagmatwana historia tej dwójki przemówiła do mnie i sprawiła, że jak najszybciej chciałam dowiedzieć się, jakie jest jej zakończenie. Może dlatego, że sama jestem dziwna, łatwiej było mi wgryźć się w jej fabułę.
Podobała mi się, ale nie polecam jej, bo jestem przekonana, że znajdzie wielu przeciwników. Nie ciągnęłam szefa za język, kiedy mi ją pożyczał, bo chciałam uniknąć spoilerów, a on sam też był oszczędny w słowa. "Przeczytałem ją w minione wakacje" - rzekł, odrywając na chwile palce od laptopa, i spoglądając przed siebie, jakby przywołując w pamięci ten zeszłoroczny urlop. "It was depressing", stwierdził. "Now, you've got me intrigued!" - odpowiedziałam, przeczuwając, że to coś dla mnie. Nie myliłam się.
A od książki zdecydowanie bardziej dołująco działa na mnie zakaz swobodnego przemieszczania się. Nawet teraz, pomimo tego, że w tej całej sytuacji zaszły zmiany na plus, nadal czuję się jak Roszpunka (a przynajmniej jej dyskontowa wersja pozbawiona pięknego głosu i olśniewającej urody) zamknięta w zamkowej wieży. Za to coraz bardziej zaczynam ją przypominać pod względem długości i koloru włosów. To pierwsze, to wynik porzucenia wizyt u fryzjera, to drugie - działania słońca.
Siedzę sobie zatem w tej mojej wieży i boję robić jakiekolwiek dalekosiężne i zagraniczne plany podróżnicze, tym bardziej teraz, kiedy z Chin zaczynają napływać informacje o rosnącej liczbie zakażeń... Ani na chwilę jednak nie przestaję tęsknie wodzić wzrokiem po horyzoncie, rzewnie wspominając przeszłość. "Kiedyś to było!"
Nie służy mi życie na uwięzi.

środa, 3 czerwca 2020

Sobota


Biała pościel powiewająca na wietrze.
Kos wydający z siebie nerwowe dźwięki.
Sąsiedzi zbyt głośno słuchający muzyki.
Playlista z lat 90. Wspomnienia.
Smak lodów rozpływających się w ustach.
Ramiączko sukienki niesfornie zsuwające się z zarumienionego ramienia.
Słońce pieszczące skórę.
Wiatr buszujący w trawie.
Nagrzany beton pod stopami zamiast piasku.
Wygrzewające się koty.
Książka o pszczelarzu z Aleppo.
Długi weekend w czasie zarazy.
Tęsknota.
Sobota.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Going Nowhere

Chciałam napisać ten wpis jeszcze w sobotę, by życzyć Wam dobrych świąt, bo nie wszystkim wysłałam wielkanocne kartki, ale czasem same chęci nie wystarczają. Pomimo tego, że już po siódmej zerwałam się z łóżka, by jak najszybciej przystąpić do żmudnej pracy przy komputerze i nie zmarnować ani jednej cennej godziny, i tak przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że tego dnia czas pędził dwa razy szybciej niż zazwyczaj. 


Chyba też trochę padłam ofiarą samej siebie - tak bardzo nie chciało mi się pisać kolejnej pracy na zaliczenie, że podświadomie robiłam wszystko, by się wymigać od tego męczącego i czasochłonnego obowiązku. Nie musiałam się zbytnio wysilać - z szarego i chłodnego początku dnia sobota przerodziła się w najcieplejszy i najsłoneczniejszy dzień roku, który aż prosił się o to, by spędzić go na świeżym powietrzu, w "zaciszu" swojego ogródka. Całego dnia w nim nie spędziłam, bo moja tolerancja na intensywne słońce jest raczej niewielka. W pewnym momencie musiałam się jednak poddać, nie mogąc ryzykować uprażenia ostatnich szarych komórek (trzydzieści stopni w słońcu!), bo te były mi potrzebne na późniejszym etapie. 


Całkiem niespodziewanie za to moja własna kuchnia pochłonęła mnie niczym wieloryb proroka Jonasza. Zeszłam do niej w ramach krótkiej przerwy od komputera, zupełnie nieświadoma tego, co zaraz się wydarzy, i... wpadłam w szał pieczenia. Przygotowałam aż... cztery różne ciasta (nie pytajcie po co, bo sama nie znam odpowiedzi na to pytanie!), mimo że jeszcze w piątek wieczorem nie planowałam robić ani jednego. Prawie cztery godziny później wyłoniłam się z kuchni niczym Afrodyta z morskiej piany. W sensie, że mokra i spocona jak prostytutka na spowiedzi - nie dość, że moja kuchnia zawsze zamienia się w fińską saunę w słoneczne dni, to pracujący piekarnik też nie był bez winy.

Rose, to moja odpowiedź na Twój zielony mech :)


Choć jeszcze niedawno nieśmiało marzyłam o powtórzeniu zeszłorocznego wielkanocnego wyjazdu na dziki zachód wyspy, bo już zatęskniłam za szumem oceanu i piaskiem pod stopami, to jednak rozwój wydarzeń w kraju zmusił mnie do przełożenia tych planów na bliżej nieokreśloną przyszłość. Wzmożone punkty kontrolne na drogach skutecznie do tego zniechęcały, a ja nie chciałam zasilić szeregu COVID-iotów. Wielkanoc upłynęła mi zatem pod znakiem "going nowhere". 


Słyszę tu i ówdzie, jak to świat stanął. Nie wiem, jak Wam, ale mnie nic nie stanęło. Ironia losu polega na tym, że w czasach zarazy pracuję więcej i dłużej niż przed nią, co - muszę przyznać - ma też swoje dobre strony. Problemy związane z przymusowym "aresztem domowym" są mi zatem zupełnie nieznane, bo prawie połowę dnia spędzam poza domem. Moja rutyna niewiele się zmieniła poza tym, że zrezygnowałam z prania w przyjaznych środowisku temperaturach i przerzuciłam się na 60 stopni. I nawet już przestałam się wzdrygać, kiedy w pracy ktoś mnie dotknie. Choć świat nagle zaroił się od ludzi w "białych kostiumach królika", w pewnym sensie wirus wydaje mi się być gdzieś poza moja rzeczywistością. Jeszcze. 


Przyroda zdaje się potwierdzać moje spostrzeżenie. Świat flory i fauny też nie stanął. Piękna magnolia u sąsiadów kwitnie obficie jak co roku, a ja zastanawiam się, jak wygląda teraz Howth, z którym kojarzą mi się te drzewa. Forsycja moich sąsiadów "zza płotu" zagląda nieśmiało do mojego ogródka i swoim intensywnie żółtym kolorem skupia na sobie całą uwagę. Świat znów jest kolorowy i piękny, pomimo tego wszystkiego, co się na nim dzieje. I moja cudna pudrowo-różowa piwonia, która obumarła na zimę, zmartwychwstała niczym Jezus, dając mi przy tym nadzieję na to, że latem uraczy mnie imponującymi kwiatostanami. I białe pąki na osiedlowych drzewach - mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj ich nie było, a teraz nagle jest ich całe multum! I jeżyki! Wróciły pod koniec marca, choć niestety nie pokazują się codziennie w moim ogródku - widać preferują naturalny pokarm, którego mają pewnie teraz pod dostatkiem. 

 

Nie cierpię zatem na nudę, choć kochana An Post, irlandzka poczta, i tak zadbała o to, bym w tym specyficznym okresie nie cierpiała na brak zajęć i dostarczyła mi tajemniczą, finezyjnie ozdobioną kopertę w rozmiarze A4, a w niej zaś "kolorowankę". Tu muszę pochwalić też inną inicjatywę, z jaką wyszła wspomniana poczta, a mianowicie kampanię "Come Together. Write Now", mającą na celu ułatwienie mieszkańcom wyspy utrzymania kontaktu z bliskimi i podtrzymania ich na duchu w tym trudnym dla wielu czasie. Każde domostwo zostało zaopatrzone w dwie kartki pocztowe, które można darmowo wysłać do dowolnego zakątka Irlandii. Jako, że jeszcze ich nie wykorzystałam, chętnie wyślę je tym, którym koronawirus niestraszny :)   



Bardzo nietypową Wielkanoc mamy w tym roku i choć święta już prawie za nami, to jednak życzę Wam szybkiego powrotu do codzienności i normalności, bo pewnie wielu z Was właśnie o tym teraz najbardziej marzy. Mam nadzieję, że ten świąteczny czas upływa Wam przyjemniej niż mnie, w spokoju, zdrowiu i radości, bez zbędnych nerwów i niestrawności wywołanej nie tylko przejedzeniem, ale także nadmiarem złych wiadomości. 

 
Trzymajcie się zdrowo.

wtorek, 17 marca 2020

Walka o ogień. Wersja 2020


Tu miał być inny, bardziej okolicznościowy, wpis, ale w obecnej sytuacji, kiedy parady z okazji Dnia świętego Patryka zostały odwołane, naturalnie nie będzie także jego. Chciałam za to napisać parę słów w ramach odpowiedzi na Wasze pytania: czy panikuję i co o tym sądzę.
Sądzę, że gdybym już dawno temu nie straciła wiary w ludzi, to pewnie stałoby się to właśnie teraz.
Jest taka wysublimowana klątwa, która wydaje się niewtajemniczonym sympatycznym błogosławieństwem, i którą to przypisuje się Chińczykom. Brzmi następująco: "Obyś żył w ciekawych czasach!".
I w takich ciekawych czasach - w dodatku dzięki samym Chińczykom - właśnie żyjemy, jeśli faktycznie wierzyć w to, że wirus powstał na mokrym, chińskim targowisku, a nie w nowoczesnym i wyrafinowanym laboratorium.
Wow. Historia naprawdę lubi zataczać koło. W czasach prehistorycznych człowiek pierwotny walczył o ogień. W tych obecnych też walczy. Tyle, że o... papier toaletowy.
O tempora, o mores!
Trochę z niedowierzaniem, trochę z zażenowaniem przysłuchiwałam się i przyglądałam dantejskim scenom, które rozgrywały się w sklepach i przed nimi niedługo po tym jak premier Irlandii, Leo Varadkar, ogłosił zamknięcie placówek oświaty i instytucji kulturalnych.  
Niecały tydzień wcześniej robiłam swoje zwyczajowe zakupy tygodniowe w Tesco. Już wtedy dział z owocami i warzywami był przetrzebiony, ale częściowo zrzuciłam to na karb końcówki tygodnia i późnej pory zakupów. Podręcznych płynów do dezynfekcji rąk, których od dawna używałam i które uwielbiałam mieć zawsze przy sobie, nie było już wtedy od dłuższego czasu, ale półki nadal były zapełnione przeróżnymi rodzajami ryżu, makaronów, a nawet mydeł w płynie.
Tydzień później, po ataku szarańczy, na sklepowych półkach nie było już praktycznie żadnego z wyżej wymienionych produktów. Niespecjalnie mnie to zmartwiło, ucieszyły mnie jednak wywieszone komunikaty o tym, że wreszcie zaczęto reglamentować towar (dopuszczalne tylko pięć sztuk mydła na głowę, ale nawet tylu nie było na stanie). Szkoda tylko, że tak późno, kiedy najwięksi panikarze, egoiści i hieny - mające zamiar właśnie zarobić swój pierwszy milion - wykupili już po kilkadziesiąt sztuk i zgrzewek środków do dezynfekcji rąk.
Cudem udało mi się nabyć butelkę mydła do rąk, ale chyba tylko i wyłącznie dlatego, że pochodziło ono z najdroższej półki cenowej. Przy kasie zaś wysłuchałam historyjki o tym, jak tego samego dnia dwie kobiety niemal nie pobiły się o... opakowanie makaronu. Jedna bowiem naładowała do koszyka, ile tylko mogła, druga zaś uznała, że ta pierwsza ma za dużo, wobec czego postanowiła wziąć to, co w jej oczach się jej należało...
Pakowałam swoje rzeczy do torby, wstrzymując się od komentarza, za to kręcąc z dezaprobatą głową i posyłając ekspedientce współczujące spojrzenie. W tych trudnych czasach kasjerzy najbardziej potrzebują naszego zrozumienia, nie zaś obelg, pretensji, fochów i niepotrzebnych wyrzutów. To są ludzie, do cholery, a nie worki treningowe, na których można się do woli wyładowywać, bo nie ma papieru toaletowego. Pretensje można mieć za to do wszystkich tych, którzy zaczęli go masowo wykupywać. Takie sytuacje zaś sprawiają, że do przekleństwa "Obyś cudze dzieci uczył!", należałoby też dorzucić najnowsze - "obyś obsługiwał roszczeniowych klientów!".
Za tę ogólnonarodową panikę trochę winię też samego Varadkara, który niczym mitologiczna wieszczka Kasandra, zaledwie parę dni wcześniej wyskoczył z przerażającymi statystykami i numerkami: koronawirus może zmieść aż 163 000 mieszkańców Irlandii i dopaść nawet 60% całej populacji - prawie 3 miliony. Trzy miliony ludzi w małej Irlandii! To nic, że to najczarniejszy z czarnych scenariuszy. Szkody zostały poczynione. Lud zadrżał, ze sklepowych półek pospadały towary wprost do wózków przerażonych klientów. Mleko się rozlało i nawet nie było go czym wytrzeć, bo chusteczki, ręczniki i papiery toaletowe zostały już wykupione.
I chyba nie tylko ja pomyślałam, że Leo nieco poniosło, bo jak tylko na drugi dzień pojawiłam się rano w pracy, szef od razu spytał, czy słyszałam przemowę premiera, po czym stwierdził, że ludzie zwariowali, i wyciągnął telefon, by pokazać mi "jednego z lepszych memów, na jakie ostatnio trafił".
Gwoli jasności, nie - nie bagatelizuję problemu, tym bardziej, że moja mama pracuje w służbie zdrowia i jest w grupie podwyższonego ryzyka, ale jednocześnie uważam, że ostatnią rzeczą, której teraz potrzebujemy, jest epidemia paniki. 
W czasach takich jak te wychodzi z nas nasze prawdziwe oblicze. Nasza podła, egoistyczna natura. Wypełzają, niczym z puszki Pandory, wszystkie parszywe  i najgorsze cechy, które na co dzień tak często skrzętnie skrywamy.
Wygląda na to, że rację miał Albert Camus, pisząc, że "każdy nosi w sobie dżumę". Ta dżuma to nawet nie tyle zaraza, co po prostu element zła, który reaktywuje się w chwilach takie, jakie przeżywamy teraz: strachu, niewiadomej, paniki, zagrożenia życia, destabilizacji.
Czy panoszący się wirus naprawdę usprawiedliwia nas do kradzieży płynów do dezynfekcji rąk z publicznych toalet, siłowni, urzędów, a nawet biurek kolegów i koleżanek?
Czy naprawdę jest sens upadlać się i walczyć niemal na śmierć i życie... w imię paczki makaronu bądź papieru toaletowego?
I czy jest sens kupować kilkadziesiąt kilogramów mąki, kilkanaście bochenków chleba, i wydawać tysiąc złotych na samo mięso?
Czy nie zagalopowaliśmy się nieco?
Gdzie w tym wszystkim zdrowy rozsądek? Gdzie moralność? Gdzie godność osobista?
To prawda, że koronawirus nie zna żadnych granic, ale ludzie jednak powinni.
Skoro walki pierwotnych ludzi o ogień dawno się skończyły, a my znajdujemy się o kilka szczebli wyżej od australopiteka, to dlaczego nadal się zachowujemy jak on?
Każdy z nas podchodził do egzaminu dojrzałości. Każdy też pewnie ten egzamin zdał. Pytanie jednak, czy w czasach zarazy zdamy ten najważniejszy - egzamin z człowieczeństwa.
Jeśli już teraz bijemy się o głupi papier toaletowy, to do czego posuniemy się, jeśli nastąpi prawdziwa katastrofa? Do kanibalizmu?