Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb powszedni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb powszedni. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2026

Summertime Sadness

W kultowej piosence Maanam Kora śpiewa:

"A słońce wysoko wysoko
Świeci pilotom w oczy
Rozgrzewa niestrudzenie
Zimne niebieskie przestrzenie

 

Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz"

 

Ja z kolei czekam na wiatr, co przygoni ciemne, ciężkie i ołowiane chmury, by móc stanąć z deszczem twarzą w twarz.

Z zazdrością spoglądałam na niedawne doniesienia znad polskiego wybrzeża – z chęcią znalazłabym się nad Bałtykiem w czasie tego niedawnego sztormu. W Irlandii w tym czasie szalał nieznośny upał.

Mamy upiorne lato. Praktycznie cały lipiec, dzień w dzień, intensywne słońce i wysokie temperatury. Pewnie gdybym mieszkała nad morzem, bardziej by mnie to cieszyło, ale tu, w głębi lądu, jest zwyczajnie za gorąco. Trawa już częściowo wypalona tymi trzydziestoma stopniami i przedłużającą się suszą.

We wtorek wieczorem wybuchł potworny pożar w parku narodowym w Killarney – prawdopodobnie spowodowany głupotą ludzką i jednorazowym grillem, którego jakiś lekkoduch nie utylizował w odpowiedni sposób...

Zawsze miałam się za kaczkę-dziwaczkę. Kiedy inni zachwycali się pełnią lata i prażącym słońcem, mnie roztkliwiała myśl o romantycznej, melancholijnej i kolorowej jesieni.

Parę dni temu odkryłam, że takich dziwaków jak ja jest na świecie znacznie więcej. Przypadkowo natrafiłam na rolkę na Instagramie – czy lato smutno cię nastraja? Miała ponad 7500 lajków i poruszała temat przypadłości zwanej często jako "reverse SAD", czyli letniej depresji sezonowej.

Zazwyczaj ludzi dotykają Sezonowe Zaburzenia Afektywne związane z jesienią i zimą, są jednak też tacy, z których to lato wysysa życiowe soki. I choć może nie jestem książkową ofiarą SAD, to jednak widzę u siebie kilka typowych objawów.

Irytuje mnie nadmiar ostrego światła. Budzę się, odsuwam rolety i dostaję stuwatową jarzeniówką po oczach. Od razu mam ochotę skulić się i popełznąć do krypty Nosferatu, żeby się z nim spoufalić. Nie przez przypadek na przesłuchaniach torturuje się ludzi świecąc im prosto w gały. Niektórzy może to lubią, wszak masochiści są wśród nas, ale ja od razu sięgam po okulary przeciwsłoneczne. Kiedy u mnie wieczorami ciemne kąty rozjaśnia miękka, ciepła i bursztynowa poświata, u sąsiadów z naprzeciwka oczy wypala prosektoryjne zimne i ostre światło.

A na co narzekali ludzie w komentarzach? Okazuje się, że lato nasila u wielu osób objawy depresji i lęków. Sprawia, że nie mogą się skoncentrować, wyspać, są bardziej drażliwi. Czują się w potrzasku, bo nie mogą uniknąć nadmiernego światła i uciążliwych temperatur. Wszechobecne tłumy ludzi doprowadzają do szału, tak samo jak niemożliwość schłodzenia się. A do tego jeszcze dochodzą oczekiwania innych – powszechnie uważa się bowiem, że "ładna i słoneczna pogoda" każdemu poprawia humor. Oczekuje się więc, że ludzie będą zadowoleni i  szczęśliwi, a do tego aktywni. Jesień i zima dają niejako przyzwolenie na relaks, koc, kanapę i Netflix. Lato z kolei narzuca na ludzi presję robienia ciekawych rzeczy, wyciskania dni niczym cytrynę. Wzmaga w niektórych poczucie winy i wyalienowania społecznego.

I ja akurat rozumiem te argumenty. Coś w tym jest. Pamiętam, jak któregoś gorącego dnia stawiłam się do pracy w podłym humorze, mimo że wolałabym być milion mil dalej, a szef, jak tylko mnie zobaczył, przywitał niesamowicie podekscytowanym głosem: "X, sunshine!". Nie zdążyłam wtedy ugryźć się na czas w język i wypaliłam: "I don't care about sunshine!". Tak jakby to głupie prażące słońce miało magicznie zmienić moje życie i rozwiązać wszystkie problemy.

Tak że tak. Jeśli chcecie sobie ponarzekać na upały, to walcie do mnie jak w dym (wiem, że są tu przynajmniej trzy bratnie dusze, które czują podobnie). Tu zawsze macie bezpieczną przystań i znajdziecie zrozumienie. Kto wie? Może nawet któregoś gorącego dnia razem wyprowadzimy się i zamieszkamy z pingwinami?

Gdybym była serialem, byłabym Twin Peaks.

Gdybym była filmem, byłabym "Into the Wild".

Gdybym była muzyką, byłabym Cigarettes After Sex.

Gdybym była piosenką, byłabym "Society" Eddiego Veddera.

Widzisz już do czego zmierzam? Jaki klimat preferuję? I'm not your Bahama girl.

Nie zrozumcie mnie źle. Lubię słońce i ciepło, ale mam bardzo skromne wymagania w tej materii. Wystarcza mi dwadzieścia stopni. Nieco ponad. Natomiast to, co jest teraz, to koszmar. Chociaż tyle dobrego, że ostatnie dni są bardziej wietrzne, więc jest czym oddychać. No i można spokojnie spać, bo noce nie są upalne.

W taką pogodę nawet nie chce się stać nad parującymi garami. Złośliwe wiedźmy nieprzypadkowo sporządzają swoje trujące wywary pod osłona nocy! A jeśli jeszcze nie widzieliście czarownicy gotującej w biały, upalny dzień, to tylko dlatego, że nie zaglądaliście do mojej kuchni.

Gotować się nie chce, ale ponieważ jeść coś trzeba, to ulepiłam we wtorek ponad czterdzieści pierogów ruskich. Normalnie preferuję robić je w deszczowy dzień, słuchając ciekawego podcastu, bo to mnie niesamowicie relaksuje, ale w lodówce leżał twaróg, który należało zużyć, więc nie chciałam, żeby się zmarnował. Przy okazji potwierdziła się stara mądrość – potrzeba matką wynalazków! Po raz pierwszy w życiu zrobiłam pierogi na mące żytniej i muszę powiedzieć, że jestem pozytywnie zaskoczona! A wszystko dlatego, że kiedy przystąpiłam do robienia ciasta, okazało się, że mam za mało mąki pszennej! Zupełnie zapomniałam, że dzień wcześniej robiłam kruche ciasto ze śliwkami i zużyłam większość mąki!

Nie było ani auta, ani kierowcy, który mógłby szybko wyskoczyć do sklepu, a to nie czasy, że idzie się do sąsiadki po szklankę cukru/mąki. Zresztą, i tak bym jej nie dostała, bo sąsiadka w szpitalu po operacji. Oświeciło mnie jednak, że w szafce powinna być gdzieś mąką żytnia, którą kiedyś Połówek kupił-nie-wiem-po-co, więc wygrzebałam ją, wsypałam do miski i voilà – pierogi jak ta lala! Na drugi dzień Pasibrzuch pożarł je w aucie... na zimno! (trzymajcie mnie!)

A tak poza tym, to sezon ogórkowy w pełni. Tak w przenośni, jak i dosłownie. Blogowisko nieco zamarło, co mnie wcale nie dziwi, bo sama też mniej czasu spędzam w sieci. Lato temu nie sprzyja, ani tym bardziej upały – już dwa razy przegrzał mi się komputer i sam wyłączył znienacka.

Udało się za to poczynić pierwsze zapasy ogórków małosolnych. W zeszłym roku mieliśmy niedobór słoików i trzeba było przedwcześnie zamknąć produkcję. Przez zimę pieczołowicie gromadziliśmy słoiki, a to zaowocowało czterdziestoma sztukami ukiszonych ogórków gruntowych. A to jeszcze nie koniec. Dopiero się rozkręcamy!

Nic ciekawego się nie dzieje, więc nie ma o czym pisać. Szara rzeczywistość. Dodam jeszcze tylko, że wczoraj wieczorem do późna w nocy siedzieliśmy w ogródku. W piekarniku robiła się zapiekanka warzywna na dzisiaj, i kiedy tak siedzieliśmy, czekając aż się upiecze, nawiedziły nas dwa jeżyki! Wycwaniły się i już nie czekają na jesień! Teraz dokarmiamy je codziennie, bo przychodzą na kolację z niemal szwajcarską dokładnością.

piątek, 3 października 2025

Hello, October!

Mokro, wietrznie i... romantycznie! Czyli mój ulubiony rodzaj pogody na dni, kiedy nie muszę nigdzie być, mogę zostać w domu i z suchego miejsca obserwować liście tańczące na wietrze.

Październik zaczął się z przytupem, mamy bowiem pierwszy sztorm tego miesiąca o jakże wdzięcznym i niewinnym imieniu Amy.

Co ciekawe, wcale nie było dziś zimno, a "jedynie" wiało i lało. Najgorzej było oczywiście na zachodzie kraju, czyli tam, gdzie mnie nie ma. Choć raz jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie, ha!

W moim hrabstwie to raczej bułka z masłem. "Popłuczyny" po sztormie z prawdziwego zdarzenia. A mimo to podmuchy wiatru były tak mocne, że poprzewracały mi donice z kwiatami, a nawet ciężką, metalową ławkę ogrodową. Sąsiadce zaś sztorm Amy bezpardonowo wybebeszył – niczym Kuba Rozpruwacz – kubeł z recyklingowymi odpadami. W ten oto sposób dowiedziałam się, bez jakiejkolwiek wyrafinowanej inwigilacji, że sąsiadka pije rozpuszczalną kawę Nescafe Azera i – jak na szanującą się Irlandkę przystało – smaruje pieczywo irlandzką margaryną Dairygold. Nie musiałam wróżyć z fusów, wystarczyło, że rzuciłam okiem na śmieci, którymi usłany był jej ogródek z tyłu domu. Lekcja na przyszłość, drogie dzieci, nie trzymamy kubłów na śmieci od strony nawietrznej.

Przy okazji pogratulowałam sobie wyczucia czasu, bo na parę dni przed sztormem dotarł termos, który zamówiłam dla Połówka i dziś właśnie miał swój wielki debiut. Połówek niestety nie zaliczył się do szczęśliwców, którzy mieli przywilej pozostania w domu. Nie było zmiłuj się, musiał jechać w tych opłakanych warunkach do Dublina, więc kiedy rano kąpał się przed pracą, zakradłam się do kuchni, podgrzałam do czerwoności zupę pomidorową, którą przyrządziłam wczoraj wieczorem, i taką bulgoczącą, niczym wywar czarownicy, przelałam do nowego nabytku. Według obietnicy producenta termosu miała pozostać gorąca przez 15 godzin. Mam nadzieję, że to nie była zwykła kiełbasa wyborcza dla naiwniaków!

Podglądałam przez chwilę transmisję na żywo z lotniska w Dublinie, aby zorientować się, jak sytuacja wygląda w stolicy – widziałam, że piloci całkiem dobrze radzili sobie z panującymi warunkami. Niemniej, nie chciałabym być na miejscu tych pasażerów.

Myślałam, że tegoroczny rozdział podróżniczy już zamknęłam sierpniowym wyjazdem na wyspę Arranmore, ale mój niespokojny duch (czy to Ty, mężu Hildegardy Zollstock?) znów zaczyna dochodzić do głosu. Chodzi mi po głowie pomysł jakiegoś krótkiego październikowego wyjazdu. Mam już nawet kilku potencjalnych faworytów, ale decydujący głos będzie jednak miała pogoda. Długoterminowa prognoza jest w miarę optymistyczna; całkiem znośne temperatury, zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy, więc tym bardziej kusi mnie ten pomysł.

A skoro o Hildegardzie Zollstock mowa, to do Połówka dotarła długo wyczekiwana, najnowsza gra planszowa z wiedźmińskiego uniwersum, więc gdyby się ktoś zastanawiał, co będziemy robić na urlopie, to już informuję – zapewne wcielać w wiedźminów ze Szkoły Wilka.

Nie planowałam tego wpisu. W oryginalnym zamyśle miałam kontynuować relację z wyspy Arranmore, bo mam jeszcze sporo niepublikowanych zdjęć i chciałabym, aby zobaczyły światło dzienne, ale niestety znów opuściła mnie wena. Story of my life.

Ten post jest więc po to, abym się rozpisała i przestała być starym, zaschniętym i niedomagającym długopisem. Łudzę się, że siłą rozpędu uda mi się jutro, albo najpóźniej w niedzielę, wreszcie napisać tę relację, która chodzi za mną jak bezpański pies i domaga się uwagi, ja zaś konsekwentnie okazuję jej obojętność, a może nawet niechęć. Trzymanie kciuków mile widziane!

środa, 14 maja 2025

May, You've Been Good To Me


Trochę mnie tu nie było. Pewnie nieprędko bym się pojawiła, ale Agnieszka, Anitka, Polly i Rose postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i oto jestem. Dzięki, kochane dziewczyny, za motywację i troskę!

Chcąc nie chcąc, zrobiłam sobie małe wakacje od bloga, ale myli się ten, kto myśli, że spędziłam je za granicą. Tu muszę wspomnieć, że przy obecnych temperaturach nie ma większego sensu udawać się na urlop w poszukiwaniu słońca, bo ‒ uwaga, uwaga! ‒ ponoć ostatnio Irlandia okazała się cieplejsza od Hiszpanii i Grecji! Mamy bowiem rekordowo ciepły i słoneczny maj, i choć astronomiczne lato jeszcze się nie zaczęło, słupki rtęci w termometrach pokazują zupełnie co innego. Przy okazji potwierdziło się, że Celtowie wcale nie byli w ciemię bici i rację mieli, twierdząc, że irlandzkie lato rozpoczyna się pierwszego maja.

Maj rozkochał mnie w sobie, i chyba nam wszystkim był bardzo potrzebny. Zima bowiem do końca nie chciała odpuścić: jeszcze w kwietniu, w którym był tylko jeden naprawdę ładny i słoneczny tydzień, dało się wyczuć swąd dymu z kominów niektórych sąsiadów, sama też skapitulowałam któregoś zimnego dnia i wygrzebałam swój najcieplejszy sweter z szafy. W chwilach zwątpienia zaczęłam się nawet zastanawiać, czy na Zielonej Wyspie zawsze było tak zimno i szaro. Wyglądało to trochę tak, jakby Bóg już całkowicie zapomniał o nas w tym małym kraju na rubieżach Europy.

Mnie samej wydawało się, że zapomniałam już, jak wygląda słońce.

Poniekąd było w tym sporo prawdy. Zimą zabunkrowałam się w domu, jak żołnierz w okopach. Jak pokazały moje wyniki krwi, po tym długim, szarym i zimnym okresie miałam tyle witaminy D w organizmie, co kot napłakał, więc mój młody i przystojny lekarz przepisał mi końską dawkę na kolejne osiem tygodni. A że z lekarzem się nie dyskutuje, to grzecznie łykam piguły, w międzyczasie zaś przestałam być żołnierzem-partyzantem: zamieniłam okopy na ogródek, a noc na dzień. Codziennie siedzę w słońcu, aż do momentu, w którym zaczynam nieznośnie skwierczeć. I codziennie czuję się, jakbym była na wakacjach w jakimś egzotycznym, gorącym kraju.

Ma to swoje plusy, ale też pewne minusy ‒ praca w zaduchu absolutnie nie należy do żadnych przyjemności. Trochę sobie poutyskiwałam na to z przesympatyczną panią pielęgniarką, która pobierała mi dziś krew. Miałyśmy wątpliwą przyjemność przebywać w takim małym, ciasnym pokoiku z kiepską cyrkulacją powietrza. Generalnie to mogą mnie nakłuwać jak laleczkę voodoo, nie rusza mnie to, wyrosłam już z kąsania tych, którzy wbijają we mnie igły,  mam za to zdecydowanie mniejszą odporność na zaduch. Ze wstydem przyznaję, że przez parę sekund miałam mały kryzys, kiedy poczułam, że opuszczają mnie siły, jednak pani pielęgniarka była na posterunku i uprzejmie nakierowała na mnie swój stojący wentylator chłodzący Dyson (nie, nie jest to żadna kryptoreklama, tak tylko wspominam, gdyby komuś było za gorąco i akurat miał na pozbyciu kilkaset euro). Niesamowita ulga! Niemniej, i tak ją podziwiam za pracę w takich warunkach, zwłaszcza, że jak sama przyznała, nie cierpi upałów (swój człowiek, bo ja też nie).

Póki co żaden z majowych dni nie pobił rekordu z 31/05/1997 z hrabstwa Kerry, kiedy temperatura wyniosła 28.4°, i mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jest ciepło, nawet bardzo, ale nie uporczywie i męcząco. Kwiaty doniczkowe, które posadziłam pod koniec kwietnia, rosną jak na drożdżach, co mnie oczywiście bardzo cieszy. Udało mi się też przezimować geranium w domu, i choć nie byłam pewna, co z tego wyjdzie, wczoraj z radością odkryłam u nich nowe pąki!

Trochę nam się "inwentarz" powiększył, wczoraj bowiem dostrzegłam w ogródku pierwszego pisklaka szpaków. Przez całą zimę dokarmialiśmy szpaki i inne ptaki, wiedziałam, że mają potomstwo, bo od jakiegoś czasu zbierały pokarm do dziobów i odlatywały w siną dal, nie sądziłam jednak, że tak szybko zobaczę pierwszego potomka. Jest trochę niegramotny (ale słodki) i już drżę z obawy o jego życie. Wczoraj wylądował na trawie jak napruty pilot w czasie sztormu stulecia ‒ spektakularnie go zarzuciło w prawo, utrzymał się jednak w pionie. Dziś, wydawać by się mogło, opanował już lądowanie na trawie. Jednak musi jeszcze popracować nad śliskimi powierzchniami, bo nogi mu się rozjechały na boki, kiedy osiadł na szklanym stole ogrodowym. To jednak nie było w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze nastąpiło parę minut później, kiedy poderwał się z tego stołu i genialnie postanowił wlecieć... prosto w szybę od kuchennych drzwi! Na szczęście nie rozwinął zastraszającej prędkości, odległość od stołu do drzwi też była niewielka, więc uderzenie go nie zabiło (choć mnie akurat serce zatrzymało się na parę sekund). I tak sobie myślę, że bycie rodzicem, każdym, nie tylko ptasim!, jest cholernie trudne: napracujesz się, wysiedzisz te jajka, wykarmisz pisklaka, a taka pierdoła wyfrunie z gniazda i o mało co nie skręci sobie karku za pierwszym zakrętem...

W minioną niedzielę zainaugurowaliśmy sezon grillowy, w tę nadchodzącą zaś wybieramy się na wybory prezydenckie ‒ paszporty już przygotowane, czekają w szufladzie na ten sądny dzień. Oby tylko rodacy mądrze wybrali!

A co u Was?