wtorek, 16 września 2014

Ukotowani

Zawsze chciałam mieć konia. Odkąd pamiętam, od maleńkości. Właściwie to nie potrafię wyjaśnić, dlaczego akurat konia a nie na przykład krowę, jeża albo żyrafę. Może dlatego, że to czego nie mamy często wydaje nam się atrakcyjniejsze od tego, co już posiadamy? A może odpowiedzią na to pytanie jest zwyczajne i uniwersalne: BO TAK?


Jako wieśniaczka pełną gębą, prawie jak Mowgli wychowana wśród zwierząt, w zasadzie od zawsze miałam nieograniczony dostęp do dziadkowych krów, cielaków, królików, świń, kotów i psów. Ale nie do końca do koni. Koń to był dla mnie „rarytas”. Coś, co tylko czasami miałam na wyciągnięcie ręki.


Miło wspominam wizyty u wujka Franka. Prawie każdą z nich spędzałam głównie w… stajni. Rodzice w domu, a ja w oborze. Nie za karę, lecz z własnej woli. Bo w stajni znajdował się wujkowy Kasztan. Duży, mocny i potężny, a do tego przyjazny dzieciom. Nie mogłam nie przypominać mu, jak - pomimo swoich gabarytów - pięknym jest zwierzęciem z klasą.


Ale do czego zmierzam? Do tego, że w końcu los wysłuchał moich próśb i zesłał mi… kota. Oj tam, oj tam. Kot-koń, wielka mi tam różnica. Przecież jedno i drugie ma trzy litery i zaczyna się na k. Tylko naprawdę czepialska osoba ze smutnym lajfem robiłaby z tego jakiś problem. Przecież dostałam to, czego chciałam. Że nie do końca? Sama jestem sobie winna – pewnie niewyraźnie mówiłam czego, sobie życzyłam.


Ten Na Górze nakazuje, by utrudzonego wędrownika przyjąć pod dach, zapewnić mu strawę i gościnę. Nie mogłam zatem obojętnie potraktować czworonożnego gościa, który pewnego zimowego dnia pojawił się na naszym parkingu. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, żeby go zignorować, to naprawdę trzeba by było być oziębłym draniem, albo przynajmniej głuchym jak pień. Musicie bowiem wiedzieć, że wyjątkowo głośny to był sierściuch i zrozumiałym było, że albo się zgubił, albo ktoś mu w tym pomógł, albo zwyczajnie jest głodny.


Przygarnęli go zatem naiwniacy, nakarmili, wygłaskali, w kocu ułożyli, do którego to zresztą kocię wyjątkowo lgnęło, jakby widząc w nim futro przedwcześnie utraconej matki. I tę czynność naiwniacy powtarzali przez kolejne dni i tygodnie. W międzyczasie zaś kocie na tyle wydoroślało, albo przynajmniej dojrzało, że niepostrzeżenie zdążyło przejść w stan błogosławiony. Rad nierad trzeba było zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Nie mieliśmy tu bowiem do czynienia z niepokalanym poczęciem, bo winowajca był nam doskonale znany i yyyy… tak jakby dzielił z nami ten sam dom. Nie było nad czym się rozwodzić – ciężarna kotka zostaje z nami. To, co sobie oswoiłeś, jest twoje.


Jak na czarownicę przystało, miałam w Polsce dwa czarne kocury, ale no właśnie - to były kocury, a nie kotki.  Ciche, spokojne, bezproblemowe. Tymczasem zaś przyszło mi dzielić dom z drugą babą. I nieważne, że z kudłatą i czworonożną. Ważne że z babą. A te jak wiadomo, mają swoje humory, swoje fochy, swoje widzimisię. I ktoś to tolerować musi. Ktoś te miauki, kocie narzekania i zawodzenia słuchać musi. A jeśli myślicie, że tylko kobiety w ciąży napędzane są hormonami i mają swoje zachcianki, to się mylicie. Grubo. Kotki też je mają. Nasza nagle zrobiła się straszną przylepą. Tak, jak nigdy wcześniej jakoś specjalnie nie zabiegała o nasz dotyk, tak w ciąży nagle jej się to odmieniło. Gdyby tylko znalazła takiego łosia, który by się na to zgodził, kazałaby się głaskać przez jakieś 20h na dobę. Mogłam zapomnieć o czytaniu w pozycji siedzącej i o uzupełnianiu terminarza. Bo za każdym razem, gdy tylko usiadłam na łóżku i wyciągnęłam książkę lub notes, dwie sekundy później miałam już na kolanach kotkę.


Jeśli myślicie, że koty to cholerni egoiści, to tak – macie rację. Liczy się tylko kocia przyjemność. Nic więcej. Założę się, że gdyby akurat miało miejsce trzęsienie ziemi, a ja w pośpiechu rzuciłabym się w stronę wyjścia, moja kotka spojrzałaby na mnie z morderczym wyrzutem i gdyby tylko umiała mówić, wysyczałaby: Really?! Naprawdę jest coś ważniejszego niż moja porcja pieszczot?!


Jeszcze niedawno nie miałam żadnego kota. Dziś mam jednego dorosłego osobnika i kilka małych gangsterów. I muszę powiedzieć, że „kocierzyństwo” to świetna sprawa. Chociaż są takie momenty, kiedy mam ochotę poukręcać kociakom główki [szczególnie wtedy, kiedy w moje ciało wbijają się pazurki-igiełki], to jednak zdecydowanie częściej cieszę się, że dostałam od losu spóźniony prezent urodzinowy w postaci małej, głośnej i wystraszonej kotki. A kilka miesięcy później kolejny prezent. Tym razem imieninowy i to nie jeden, a nawet kilka.


Morał dzisiejszej historii jest taki: narzekasz na nudę? Spraw sobie kota. A najlepiej kilka kociąt. Zapomnisz co to nuda, cichy, czysty i spokojny dom.



najlepszy przysmak: lampka nocna


najlepsza zabawka: płatki kosmetyczne


wiewiórkot


codzienny przegląd Fak(o)tów


co złego, to nie my!


jaki znowu papier toaletowy? Ja tu przed chwilą pokonałem mumię!



64 komentarze:

  1. ~Przypadkowy Turysta17 września 2014 07:53

    Dzień dobry po raz wtóry dzisiaj :)
    Chciało by się powiedzieć "no to masz za swoje" ... ale serce sercem wraca a złość kamieniem.
    Gratuluję powiększenia rodzinki i to w tak licznym wydaniu :) Chyba mi zazdrościłaś jak pisałem o odwiedzinach naszej kotki-rezydentki? Nadal nas nawiedza na wsi i "ugniata" i robi mmrrrrr....
    Mam podobne piekło w domu , tylko raczej to psie towarzystwo i jedna sztuka wystarcza mi za Twoje pozostałe :) Jesteśmy dopiero co po renowacji mebli, bo ta szczeniara nie oszczędziła niczego - nawet mojego ulubionego fotela ( ucierpiał chyba najbardziej...). Nie wiem tylko czy nie za bardzo pośpieszyliśmy się z tą odnową, bo ONA nadal ma głupawe pomysły...
    Świetne te fotki Twoich kociaków. Masz rękę a raczej oko nie tylko do architektury ale i do materii ożywionej... :)
    Jeszcze raz dziękuję że znowu JESTEŚ :) :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam siostrę-wiedźmę i siostrę-kociarę :) U mnie cztery futerka w domu - trzy bardzo charakterne kobietki i jeden schorowany staruszek, wzięty na dożywocie ze schroniska. O nudzie nie ma mowy, o lśniącym jak muzeum domu też :)

    OdpowiedzUsuń
  3. to prawda, kot wniesie dużo życia w każdy dom....
    zdjęcia rzeczywiście przeurocze:)

    OdpowiedzUsuń
  4. JA W DOMU ,TEŻ MAM CZTERY UROCZE KOTKI,NA DZIAŁCE TRZY MAŁE KOCIĘTA,SĄ PRZEUROCZE.
    SZUKAM DLA NICH OSOBY,KTÓRA JE POKOCHA I PRZYTULI.

    OdpowiedzUsuń
  5. hahaha :) poczułam się jak u siebie w domu :) u mnie też kocia ekipa jest konkretna! genialne zdjęcia i świetnie to opisałaś :) znam te "prezenty" i domaganie się pieszczot :) samo kocie życie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Odżywiam się zdrowo, jem owoce i warzywa, spożywam posiłki regularnie, nie stresuję się za bardzo. To i wiele innych wpływa, że dobrze wyglądam jak na swój wiek. Nie mam nadwagi, co w tych czasach coraz więcej z nas zmaga się z tym problemem. Ale nie ja. Polecam świetną metodę(idealnafigura.com/gberes), dzięki której teraz wyglądam lepiej, młodziej a co najważniejsze świetnie się czuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Taita!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Znowu jesteś!!! Chciałam powiedzieć, że się cieszę. Ja całe życie miałam psy, z kotami jestem trochę na bakier, ale wiem, że potrafią wnieść sporo zamieszania w życie. Kot mojego brata skakał już trzy razy z siódmego piętra...Kociaki śliczne!

    OdpowiedzUsuń
  8. no jestes wkoncu i to z jakim wpisem :)
    kociaki-slodziaki
    a zatrzymasz je wszystkie czy wydajesz?
    ludzie ktorzy martwia sie o tych braci mniejszych sa najlepszymi ludzmi!
    dziekuje ci za to!

    OdpowiedzUsuń
  9. witam bratnią duszę
    Czytam i zastanawiam się czy ktoś właśnie przed chwilą nie opowiedział mojej historii tylko trochę jakby wybiegł w przyszłość której jeszcze rzecz jasna nie znam.
    Od zawsze - jak tylko pamiętam a jak nie pamiętam to znam z opowiadań mamy chciałam mieć konia - było to dość trudne bo mieszkaliśmy w centrum dużego miasta, w kamienicy z jednym pokojem. Najlepsze moje coroczne wakacje - pobyt na wsi u rodziny. W tamtych czasach to była prawdziwa wieś: kury, kaczki, świnie, koty, psy, krowy, byki itp. Był też koń ale krótko i pamiętam go jak przez mgłę. Natomiast jak tylko się gdzieś zapodziałam to wiadomo było gdzie mnie szukać - albo układałam do snu małe prosiaczki lub kurczaczki, albo głaskałam małe krówki albo siedziałam w trawie z małymi kotkami. W moim domu w mieście zawsze był jakiś pies. Teraz mieszkam na "wsi" ale to taka trochę wieś tylko z nazwy - kawałek za miastem i same domki, owszem są konie ale tylko w hotelach, natomiast psów i kotów pod dostatkiem. Mam psa i od 2 miesięcy kota. Taka pamiątka z wakacji. Była sobie tam kotka z młodymi i jeden z nich miał chore oczy więc po konsultacji że on a raczej ona jak się okazało później ma małe szanse na przeżycie na wolności z uwagi na słaby wzrok który jest konsekwencją przebytej choroby została zabrana przez nas do domu. I tak sobie jest już u nas. Nie będę powielać opowiadań o głaskaniu, jedzeniu itd. Na razie jeszcze nie jest w ciąży ale ma dopiero około 4 m-cy więc rozumiem, że wszystko przede mną. Chyba że zdążę ją wysterylizować bo takie są plany. Trochę boję się tych przepowiedni o zamieszaniu w domu bo puki co mamy za sobą około 2 tygodni przyzwyczajania się psa z kotem i to były bardzo trudne dwa tygodnie ale teraz już jest ok. Poza tym, że wyjadają sobie nawzajem jedzenie z miski i teraz role się odwróciły i kot "napada" na psa ale ewidentnie w formie zabawy to jakoś nic mnie innego nie niepokoi. Oczywiście kot chodzi po stołach, szafkach itd ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Natomiast godzinami mogę patrzeć jak się bawi i bawić się z nią. A jeśli chodzi o konie to nadal mam do nich sentyment, przez całe życie gdzieś mi tam towarzyszyły, nauczyłam się jeździć konno i może jeszcze kiedyś uda mi się spełnić moje marzenie.

    OdpowiedzUsuń
  10. I Twoj brat nie pomyslal by zabezpieczyc okna/balkon? :(

    OdpowiedzUsuń
  11. Niech Panią Bóg błogosławi za dobre serce :) Kociaki są przepiękne i widać że zadbane. Ja nie mogę ich mieć z powodu alergii domowników, ale pomagam w schronisku. Mam nadzieję że uda się w końcu mieć i konia.

    OdpowiedzUsuń
  12. U nas od ponad 4 lat kocia rodzina się rozrasta - teraz na każdego "ludzia" przypada jeden kot. Na początku była DIUNA (kupiona samica maine coone'a) - nota bene samica alfa w domu, chociaż waży tylko 4 kg. Później, zima, -30C, a na tarasie siedzi Żarłok, zziębnięty bury kotek rasy europejskiej gadający dialektem warszawskim (na początku był honorowy (czyt: dziki) - nie chciał wejść do domu, więc dostał tego samego dnia na tarasie ocieploną styropianem budę z miękkimi poduszkami i miseczkami - taki był dzikus ;) Wytrzymał tak 1,5 miesiąca - Od prawie 4 lat mieszka i śpi w domu i okazał się... kotką zwaną dzisiaj GUARDIĄ, która broni domu i działki przed kunami, kretami i innymi gryzoniami.
    Później była KITTY - ktoś przejeżdżał i wrzucił nam kotkę za płot. Przerażona przesiedziała w garażu 2 dni, ale którejś nocy tak głośno płakała, że zdziwiony wstałem, a jak otworzyłem drzwi od garażu miałem już ją na ręku. To jest dopiero neurotyczka - jak nie widzi "ludzia" wyje i biega po domu aż znajdzie (chociaż już 3 lata jest głaskana i miziana u nas w domu). Skacze na klamki - taki ma sposób na otwieranie drzwi i...uwielbia myć się w wannie ;)
    Od 10 miesięcy jestem ja czyli GUCIO HAPONEN - wielki 11kg - samiec maine coon'e, którego już dwa razy wyrzucano z różnych domów; aż trafiłem do tych 3 samic - miałem podejrzenie fipa (ale to były tylko problemy z wątrobą i robale). Dzisiaj jestem zdrów, socjalizuje się z resztą kotów i psem sąsiadów, który często zagląda. Byłem agresywny, ale tylko dlatego, że musiałem się bronić - w poprzednim domu połamali mi np. ogon. Dzisiaj jest już dobrze, dostałem nowe imię: GUCIO (bo jestem taki wielki słoń w składzie porcelany) i nazwisko: HAPONEN (bo czasem jeszcze "chapię" - ale tylko dla zabawy ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Super, ze wszystkie mają dom, opiekę i miłość:) koty to wspaniałe zwierzaki.
    jednak należy się nagana za brak sterylizaji, kastracji obu kotów. Jest to bardzo nieodpowiedzialne - fundacje pekaja w szwach od domów tymczasowych, idzie spora kasa na leczenie niechcianych kociąt..tak, wiem, te były niespodziewane, ale kochane..tak, ale niezmienia to faktu, ze nie powinno do takiej sytuacji dojść, jeśli ktoś nie planuje hodowli. Jeśli taka kotka lub kocur ucieknie, nawet na jakiś czas, kociaki będą mnożyć się wnieskończoność, dzieci kociaków takze i spirala niechcianych w końcu kociąt będzie rosła i rosła..zapraszam na strony fundacji lub hospicjów dla kotów - wtedy zrozumiecie jak ważne jest to, o czym mówię.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  14. Kocham wszystkich , którzy mają dobre serce dla zwierząt. Mój sześcioletni kocurek ( ragdoll ) jest najlepszym co mnie w życiu spotkało. Mądry , bardzo grzeczny i ogromnie komunikatywny. Zawsze na mnie czeka pod drzwiami kiedy wracam z pracy.Dokarmiam też bezdomne sierotki na osiedlu . Pozdrawiam wszystkich kociarzy .

    OdpowiedzUsuń
  15. Też jestem kociarzem, może teraz już i psiarzem. Sympatyczna, i co ważniejsze, lekko i dobrym piórem podana opowieść. Miło się czyta blogi, których Autor nie trenuje na czytelnikach pisarskiego rzemiosła :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Świetne kotki:) i super ujęcia:) Widać że ktoś tu jest miłośnikiem tych zwierząt:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Miałam dwie urocze koteczki, siostrzyczki, obie miały na imię Majka. Gdy okociły się w tym samym czasie, miałam w domu łącznie 10 kotów. Gdy biała Majeczka straciła pokarm, bura Majka wykarmiła jej kociaczki i wychowała jak swoje. Maluchy rozdałam znajomym i rodzinie, rok temu bura Majeczka zginęła na drodze, a w czerwcu pożegnałam białą Majkę. Myślę o nich codziennie, nawet teraz ryczę, pisząc. Nie będę miała więcej kotów, bo nie wyobrażam sobie kolejnych pożegnań. Zazdroszczę ci domu pełnego zwierzaków, tego kociego bałaganu, drapania i mruczenia. Tobie i całej kociej rodzince życzę wszystkiego najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
  18. mam tylko jedną poradę nie rozmnażajcie , sterylizujcie, Gminy robią to albo za darmo albo za ok 50 zł. Fajne są małe kociaki , ale co za dużo to ............ ja z miłości do kotów przechodzę ostatnio w małą nienawiść, bo jest ich tak dużo szczególnie podrzucanych , że mam dosyć wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nasz pierwszy kot pojawił się po miesiącu od przeprowadzki z bloku do domu. Po prostu pojechaliśmy do schroniska i wzięliśmy najgorzej wyglądającego kociaka (taka szara, pręgowana kruszynka). Już drugiego dnia byliśmy z nim w kocim szpitalu, ale dzięki super Pani doktor udało się go uratować. Z tej - kuleczki wyrósł 5 kg kocur, w typie leśnego norweskiego (kto by pomyślał, jak zobaczył skołtunioną brudną kulkę)! Pięknie umaszczony, taki szary whiskas, w czarne, tygrysie pręgi. Wszyscy pytają - skąd mamy takiego - rasowego kota. A my odpowiadamy, to "dachowiec europejski"!

    Ponieważ Morris latem siedzi tylko w ogrodzie, ma wystawioną wodę i chrupki na tarasie. Pewnego lipcowego dnia - przy misce spotkałam taką biało - szarą, chudzinkę. Uciekała spłoszona na widok człowieka, ale z miseczki pochłaniała niewiarygodne ilości jedzenia. Byłam wtedy w 4 miesiącu ciąży, a kicia wyglądała na kotna, więc dostała zwoje miseczki na tarasie, budkę do spania. Została nazwana Marnią. Dziwiło mnie tylko, ze nie nocuje u nas, znikała I wracała. Po 3 tygodniach - jak już przyzwyczaiła się do nas - przyprowadziła swoje dzieci - sztuk 5.
    T

    OdpowiedzUsuń
  20. Super ludzie jesteście. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  21. Cudne kociaki :) A to zdjęcie przy monitorze rozwala :) W sumie słowo koń od kot różni tylko jedna literka ;)) Buziaki dla Ciebie i pojawiaj się częściej :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Dzień w istocie dobry, Przypadkowy Turysto :) Wróciłam z pracy, nakarmiłam gangsterów, wypiłam kawę i przeczytałam te wszystkie przemiłe komentarze :) Fajną niespodziankę powitalną zrobił mi Onet polecając ten tekst :) Wieczorem być może wybiorę się do kina na "Before I Go To Sleep", teraz zaś chciałabym odpowiedzieć na komentarze :)

    Chyba Tobie pisałam w mailu o poszukiwaniach drapaka dla kotów. Z dumą obwieszczam, że akcja zakończyła się powodzeniem. Koty wzbogaciły się o nową zabawkę [cat tree] i powiem Ci, że był to strzał w dziesiątkę. Aczkolwiek nie do końca wyeliminowało to problem drapania w poręcz...

    To ja dziękuję. Gdyby nie Ty i parę innych osób dzisiaj nie byłoby mnie tutaj. Możesz zatem sobie pogratulować :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Najserdeczniej pozdrawiam Kociar[y] i Kociarzy, tych, którzy często padają ofiarą przesądów, złych ludzi i patologii społecznej. Moje koty są "po przejściach", wiele czasu zabrało im nabranie zaufania do człowieka, a o tym, co wyrabiają możnaby powieść napisać. Życzę radości i pomyślności

    OdpowiedzUsuń
  24. Też jestem zwolenniczką sterylizacji. Kocur nie mógł być wysterylizowany, bo do tego zabiegu trzeba być zdrowym. A on niestety ciągle miał jakieś problemy zdrowotne - a to tasiemiec, a to rany nabyte w wyniku bójek z lokalnymi kocurami.

    Wow, sterylizacja za darmo! U nas tak dobrze nie ma. To dość drogie zabiegi - zwłaszcza w przypadku kotki. Nie pamiętam, ile dokładnie płaciliśmy, ale chyba 70 euro. Kastracja kocura jest tańsza, bo i zabieg jest znacznie prostszy.

    Nie poddawaj się. Nie można przymykać oka na biedę i nieszczęście innych. Także czworonogów. Trzymaj się dzielnie i dzięki za komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja zawsze miałam w [polskim] domu jakiegoś zwierzaka. Tutaj jednak nie. Wydawało mi się, że kot nie byłby z nami szczęśliwy, bo przecież przez większość dnia nie ma nikogo w domu. Nigdy nie było właściwego momentu na wzięcie pod dach jakiegoś czworonoga. Wreszcie los zdecydował za nas i zesłał nam najpierw kocura [niestety już z nami nie mieszka], a potem kotkę. I powiem Ci, że to był świetny prezent :)

    Nie wierzę w bajki o pechowych czarnych kotach, ale ciągle zdarzają się tacy, którzy nie chcą przygarną kota o tej maści...

    Dziękuję i wzajemnie :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Czy super - nie wiem. Ale na pewno jesteśmy wrażliwi na krzywdę zwierząt. Moim najbardziej nietypowym podopiecznym był... nietoperz. Parę lat temu miałam jaskółki, które wypadły z gniazda. Super przeżycie, mówię Ci. Zwłaszcza lądowanie we włosach :) Nawet takie małe ptaki można w pewien sposób oswoić - nasze jaskółki wychodziły z pudełka [w którym mieszkały] prosto na nasze ręce :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Dziękuję bardzo za słowa uznania. Życzę wielu długich i szczęśliwych lat spędzonych z Twoimi czworonogami :)

    OdpowiedzUsuń
  28. O tak, tak - ja też zawsze mam komitet powitalny. Gdybyś tylko słyszała ten tupot małych stóp, kiedy zbiegają do mnie po schodach... So cute!

    Ja dokarmiałam chyba połowę kotów z naszego dawnego osiedla...

    OdpowiedzUsuń
  29. Kotka jest już wysterylizowana :) Chyba nawet nie zauważyła, że miała zabieg - przeszła go bezproblemowo.

    Jak wspominałam w poście - kotka "spadła nam z nieba". Myśleliśmy, że się zgubiła i ktoś będzie jej szukał. (Nie)stety dni mijały, a jej właściciel się nie pojawił. Została więc z nami. Nim się obejrzeliśmy, zaszła w ciążę. Prawdę powiedziawszy myślałam, że jest na to za młoda, ale jak się okazało - guzik wiedziałam :) Pomimo młodego wieku jest świetną matką. Przyznam szczerze, że jej nie doceniałam. Nie bardzo wierzyłam w jej dojrzałość do macierzyństwa. Trochę bałam się o jej poród, więc jej przy tym asystowałam, tak na wszelki wypadek, gdyby nie zechciała zająć się noworodkiem, albo kocięta były źle ułożone. Głaskałam ją, chwaliłam - i nawet trzymałam za łapkę ;) - ale i tu poradziła sobie świetnie.

    Aby poddać kota kastracji, musi on być w dobrym stanie. Nasz nie był.

    Pozdrowienia z Zielonej Wyspy przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Rośnie nam mały informatyk ;)

    OdpowiedzUsuń
  31. O borze świerkowy ;) Pięcioro kociąt :) Kotka miała szczęście, że trafiła na Ciebie :) Ja właśnie najbardziej bałam się tego, że nasza urodzi w jakimś "dzikim" miejscu, więc w pewnych momencie przestaliśmy wypuszczać ją na podwórko. Widziałam nieraz lisy na naszym osiedlu i bałam się o przyszłość małych.

    Pozdrowienia dla Ciebie i moc pieszczot dla Morrisa, Marnii i gromadki kociąt ;)

    OdpowiedzUsuń
  32. Sylwia, głowa do góry! :) Przemyśl to jeszcze - Ty chyba jesteś w stanie bardziej sobie poradzić z bólem niż kot... Wiem, że boli, kiedy odchodzi nasz czworonóg [sama strasznie tęsknię za moim kocurem, ojcem wspomnianych kociąt], ale pomyśl, ile jest na tym świecie nieszczęśliwych i porzuconych zwierzaków. Mogłabyś uszczęśliwić choć jednego z nich. Uszczęśliw kota i... siebie.

    I pamiętaj o starej prawdzie - najlepszym lekarstwem na złamane serce jest nowa miłość.

    Go, girl! Dasz radę!

    OdpowiedzUsuń
  33. Prawda - cudne są! Uwielbiam je :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Jaka tam znowu Pani? :) Po prostu Taita :)

    Maluchy są zdrowe, psotne, pełne energii i strasznie szybko rosną. Zadbane są, ale chyba nie do końca szczęśliwe, bo nie pozwalam ich wychodzić na podwórko i siedzieć na zewnętrznym parapecie ;) Niestety są za małe, by wiedzieć np. jakie niebezpieczeństwo na nie czyha po drugiej stronie płotu [psy sąsiadów].

    OdpowiedzUsuń
  35. Kocham konie i nie wiem, czy kiedykolwiek wyleczę się z tej miłości. Ciężko mi obojętnie koło nich przejść, więc jak tylko jakiegoś widzę, to zaraz do niego biegnę, by go wygłaskać. Uwielbiam się do nich przytulać, karmić je i... wąchać :) Jak można twierdzić, że konie śmierdzą? :)

    O tak - uwielbiam obserwować, jak maluchy bawią się z mamą, albo ze sobą nawzajem. Mają takie beztroskie dzieciństwo :) A jeszcze słodsze są wtedy, kiedy śpią. Widać, że są bardzo do siebie przywiązane, bo tulą się do siebie, obejmują łapkami, liżą i czyszczą.

    Pozdrowienia dla bratniej duszy :) To wspaniale, że przygarnęłaś tę biedną kotkę! :)

    OdpowiedzUsuń
  36. Witaj, Moniko :) Cieszę się, że nadal tu zaglądasz.

    "Kociaki-słodziaki" to zdecydowanie adekwatne określenie :)

    Jakiś czas temu skontaktowaliśmy się z lokalnym SPCA [Society for the Prevention of Cruelty to Animals] i szukamy dla małych dobrego domu, bo niestety nie możemy wszystkich zatrzymać. Będzie mi strasznie przykro oddać je, ale nie mam innego wyjścia. Jeden kociak [chłopczyk] zostanie z mamą :) Będzie super "pamiątką" bo swoim tacie, którego niestety straciliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  37. Dzięki za miłe słowa :) Pozdrowienia dla Ciebie i futrzaków :)

    OdpowiedzUsuń
  38. No właśnie - problem znalezienia dobrego domu to coś, co spędza mi sen z powiek. Tak bardzo bym chciała, żeby kociaki trafiły do dobrego domu, w którym będą kochane...

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  39. Dom bez zwierzaków nie jest prawdziwym domem ;)

    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  40. Wielki szacunek za to, że wzięłaś na siebie obowiązek zapewnienia kotu "domu spokojnej starości"! :)

    OdpowiedzUsuń
  41. Ha! Nie spodziewałaś się mnie tutaj, co? :)

    Też miałam kiedyś psy. Ale teraz gdybym miała wybierać między kotem a psem, wybrałabym kota. Mniej problematyczny jest.

    OdpowiedzUsuń
  42. Aż serce rośnie, kiedy czyta się te wszystkie komentarze ludzi, którzy postanowili uszczęśliwić jakiegoś zwierzaka :)

    Kocur, który okazał się kotką - piękne :)

    Guardia - I like it! Ładne i nietypowe imię dla kotki :)

    11 kg kota - nie wyobrażam sobie tego :) I nie wyobrażam go sobie leżącego na mojej klatce piersiowej, jak to zwykł robić mój kot :)

    Cóż za zbieg okoliczności :) Mój polski kocur też potrafił otwierać sobie drzwi. A drugi miał złamany ogon [nie z naszej winy]. Maluchy mocują się z klamkami okiennymi, usilnie próbując wydostać się na zewnątrz. Kochają świeże powietrze i ogródek, ale na razie nie pozwalam im zbyt często tam wychodzić.

    Dzięki za długi i ciekawy komentarz :) Pozdrowienia przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  43. Zaczęłam czytać achy i ochy nad maleńkimi kociakami i nóż mi się w kieszeni otwierał, aczkolwiek nie dlatego, że kociaki nie słodkie, tylko ze względu na nieodpowiedzialność i niewysterylizowanie kotki. Ale już doczytałam w komentarzach i trochę mi złość sklęsła.
    W Polsce naprawdę jest problem z dzikimi kotami, zwłaszcza w miastach i większość gmin organizuje akcje darmowej sterylizacji kotek i kastracji kocurów, a nawet jeśli nie to sam zabieg nie jest taki drogi (50-100 zł).
    W tej chwili mamy dwa futra, obaj panowie wykastrowani, właśnie urządzają wyścig z przeszkodami i zapasami ;)

    OdpowiedzUsuń
  44. Acha, co do czarnych kotów - mój pierwszy kot, dawno temu był właśnie czarny, caluteńki. Duży, chudy i bardzo bojowy kocur (i tu mam dowód na to, że po kastracji kocurki wcale nie muszą tyć i być ciaptakami ;) ). Przyniósł nam masę szczęścia i przeżył prawie 20 lat i teraz, bardzo w to wierzę, poluje gdzieś za Tęczowym Mostem i jest mu tam dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  45. Nie obwiniam się za to, że zaraz po znalezieniu kotki nie pobiegłam z nią do weterynarza, by ją wysterylizować. To nie był mój zwierzak. Nie sądziłam, że ona zostanie z nami, jako że mieliśmy wtedy samca w domu [swoją drogą to też był kot, który pewnego dnia się do nas "przyplątał" i po prostu został].
    Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem :) Kotka urodziła super kocięta, bardzo dobrze odnalazła się w roli młodziutkiej matki, a i maluchom krzywda się nie dzieje. Jeden kociak zostaje z nami i w odpowiednim czasie zostanie poddany kastracji [matka miała zabieg kilka tygodni po porodzie, kiedy małe były na tyle duże, by mogły przez cały dzień zostać bez niej]. Co się zaś tyczy reszty, pracujemy nad tym, by futrzaki trafiły do dobrych domów, w odpowiedzialne ręce, a nie tam, gdzie byłyby chwilową zabawką. Wierzę, że znajdą kogoś, kto je pokocha. Bo zdecydowanie są tego warte.

    OdpowiedzUsuń
  46. Moje dwa polskie kocury też były kruczoczarne :)

    Dwadzieścia lat - wow!

    Moja kotka jest dosyć drobna i niewielka. Zawsze miała nienaganną figurę [no może poza czasem ciąży, kiedy wyglądała jak chodząca kulka], ale ostatnio mam wrażenie, że się nieco zaokrągliła. Na razie zjada pokarm dla karmiących matek, później będę musiała "przerzucić" ją na karmę dla wysterylizowanych kotów.

    Pozdrowienia przesyłam.

    OdpowiedzUsuń
  47. Zupełnie. Nie ukrywam, że była to ogromna niespodzianka w ostatnich, niezbyt dobrych dniach. Zaglądałam tu dosyć regularnie do Ciebie do czasu, aż mi się nie zrobił życiowy zapieprz;) Ja marzę o jakimkolwiek sierściuchu, ale dopóki mieszkam, gdzie mieszkam nie ma na to szans. To jak to? Czarno-biały kotek ze zdjęć zniknął? Ze zdjęć, które mi kiedyś posyłałaś.

    P.S. Ogromnie się cieszę, że wróciłaś. Może teraz to i ja zacznę w końcu normalnie blogować?;)

    OdpowiedzUsuń
  48. Witam. Mam trzy koty Mama kot Kizia, starszy brat Tosiek i maleństwo jeszcze bez imienia, większe koty mają niespożytą energię, śmieję się że to ADHD . Ten czarny na zdjęciu to jak mój Tosiek straszny przylepa , łaciata to Kizia i maluszek zastanawiam się nad imieniem Łatka :-) Kocham te moje rozrabiaki . Pozdrawiam autorkę bloga

    OdpowiedzUsuń
  49. Jakbym słyszała samą siebie. Na szczęście los sam podjął za mnie decyzję i zesłał mi czworonoga. Nie żałuję!

    Niestety nie ma go już z nami. Cieszę się jednak, że zostawił nam po sobie potomstwo :)

    OdpowiedzUsuń
  50. Kasiu, witaj w klubie posiadaczy kotów z ADHD :) Czy Twoje też uwielbiają wspinać się i huśtać na zasłonach? :) Albo wygrzebywać ziemię z doniczek? :) A może robić akupunkturę właścicielom? ;)

    Moja kotka jest zrównoważona, ale i z niej czasami wychodzi "dziecko".

    Pozdrowienia przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  51. Ja po prostu bym nie mogła tego czworonoga zatrzymać. Chyba, że wyprowadziłabym się razem z nim. Straszne rzeczy. A ja nadal mam jego zdjęcia w telefonie...

    OdpowiedzUsuń
  52. Uspokoję Cię - kot żyje i ma się dobrze. Po prostu za bardzo przyzwyczaił się do starego domu i nie zechciał zamieszkać w naszych nowych czterech kątach. Został z naszymi sąsiadami [miał dwa domy: u nas i u nich]. Nie mogę zrobić z niego więźnia i przetrzymywać go wbrew jego woli. Byłby nieszczęśliwy, a i mnie nie przyniosłoby to żadnej satysfakcji. Pozwoliłam mu odejść, choć nie przyszło mi to łatwo. Tak jednak było lepiej dla niego. Przykra sprawa, ale co zrobić? Nie przesadza się starych drzew - święte słowa.

    OdpowiedzUsuń
  53. Witaj Droga Taito! W końcu, pozwolę sobie dodać :)

    Kocury masz świetne i prawdą jest że mają szczęście, że trafiły na Was. Ja w podobny sposób stałem się posiadaczem 2 psów, z których jeden zmieniał wcześniej domy jak rękawiczki, drugi zaś już od maleńkości niewielkie miał widoki na znalezienie domu - obie śliczne, zdrowe i zadowolone suczki. Tydzień temu zaś, że tak nawiążę do Twojej wzmianki, zadomowiły się u mnie... (tak tak, domyślam się że po moim mailu wielką niespodzianką to już nie będzie ;) )... dwie roczne klaczki Connemara - daleko do Connemary nie mają (w końcu to wciąż zachodnie wybrzeże) i mam wrażenie, że coraz bardziej się tu czują jak u siebie :)

    Pozdrawiam ciepło,
    P.

    OdpowiedzUsuń
  54. Witaaaj, Piotrze! :) Jak miło mi Cię tutaj widzieć :) Cieszę się, że w końcu udało Ci się pokonać system i opublikować "komcia" :) Mam tylko nadzieję, że na kolejne nie każesz mi czekać następnych parę lat ;) Skoro zrobiłeś już ten odważny krok i ujawniłeś się, to liczę na to, że pozostaniemy w stałym kontakcie :)

    Wow, to Ty masz prawdziwy zwierzyniec! :) Na nudę z pewnością nie możesz narzekać.

    Prawda to, maila przeczytałam wcześniej niż komentarz, ale to i tak nie zmienia faktu, że bardzo się cieszę z tego powodu :) Niech dobrze układa się Wam współpraca :) Śliczne są, dziękuję za fotkę :) A ponieważ sama nie mogę ich przytulić i wygłaskać, to proszę, byś Ty to zrobił w moim imieniu :) Fajnie, że się szybko aklimatyzują - z Tobą na pewno będzie im dobrze :)

    Trzymaj się ciepło :) Postaram się jeszcze dziś przed wyjazdem odpisać na Twojego maila :)

    OdpowiedzUsuń
  55. Ale cudenka :) I to czarne i czarno-biale, tak jak moje dwa.

    OdpowiedzUsuń
  56. Czarne po mamie, biało-czarne po tacie :)

    OdpowiedzUsuń
  57. Kotki są przecudne :-))))

    OdpowiedzUsuń
  58. ~Przypadkowy Turysta22 września 2014 18:52

    Dzień dobry :)
    Nooo...jak widzę trafiłaś tematem w "dychę" . Gratuluję gorąco. Kto by przypuszczał, że jest tylu kocich wielbicieli? A poprzez to ujawnili się również Twoi wielbiciele... i wcale ich nie mało :)
    Tak na marginesie - chyba dobrze się stało, że zabrali głos również i ci świadomi kociarze. Chodzi mi o świadome podejście do problemu mnożenia się później niechcianych i zaniedbanych kociaków.
    Jeszcze raz muszę pochwalić fotki Twoich ulubieńców, ale ale bez trafnych podpisów były by to tylko fotki , a tak są ekspresją Twoich uczuć :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  59. Dzień dobry, dzień dobry :) Ja już w domu, odpoczywam po pracy :)

    Pisząc tego posta nawet mi do głowy nie przyszło, że Onet może go polecić. Ot, zwyczajny post, garść wrażeń i spostrzeżeń, normalna tematyka. Zaskoczona byłam ilością wejść i komentarzy.

    Jasne, trzeba zwracać uwagę na problem niekastrowania zwierząt - szkoda później tych dzikich, niedożywionych, bezpańskich kotów i psów...

    Zdjęcia mają ten atut, że wszystkie były zrobione spontanicznie i żadne nie było "ustawiane" ani robione pod publikę. Modelka i modele wyjątkowo wdzięczni :)

    Miłego wieczoru życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  60. ~Przypadkowy Turysta22 września 2014 19:31

    Dziękuję :)
    I na wzajem !!!
    Jak znajdę chwilkę to odpowiem na Twojego maila ( na razie jestem "zarobiony" że strach). Przepraszam za zwłokę.

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie ma problemu i nie ma pośpiechu :) Sam przecież dobrze wiesz, że nie grzeszę prędkością w odpisywaniu na listy :)

    OdpowiedzUsuń
  62. Świetny wpis. No, i właśnie dla takich wpisów wszyscy tu zaglądamy. Warto było poczekać. A fotki z kociakami normalnie powalają z nóg. Aż mi stają przed oczyma szczenięce tygodnie naszych psów i ich gonitwy wokół stołu, zagryzanie gazety, czy przynoszenie do salonu początku rolki papieru toaletowego. Taaaak. Maluchy są przeurocze i wszystko im się wybacza.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  63. Witaj, Zielaku :) Cieszę się, że wpis przypadł Ci do gustu. Mam nadzieję, że usatysfakcjonowałam też Ulę :)

    Dokładnie tak - wszystko się im wybacza, bo jednak potrafią być słodkie, jeśli tylko chcą :) Nie umiem się na nie gniewać, choć czasami dostaną mały opierdziel ;) Rolka papieru toaletowego to chyba najbardziej ekonomiczna zabawka dla szczeniaków i kociaków :)

    OdpowiedzUsuń