Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2026

Jak dobrze być ignorantem!

Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że ignorancja jest błogosławieństwem, a ja dość często jestem skłonna przyznać mu rację.

Tęsknię za czasem, kiedy byłam naiwna i niewinna zarazem. Tego właśnie zazdroszczę młodym. Jeszcze nie wiedzą, jak zły jest świat. Żyją w swojej bańce, widzą tylko czubek swojego nosa, mają zawężone horyzonty i głębokie przekonanie, że nic złego im się nie przytrafi.

Też kiedyś taka byłam.

A potem przyszła dorosłość i stopniowo odzierała mnie z tej niewinności, niczym kucharz cebulę z kolejnych jej warstw. Nie jest to miły proces, a dodatkowo niekiedy obfituje w łzy.

Im dłużej człowiek żyje na świecie, tym ten świat więcej mu zabiera.

Najpierw naiwność i niewinność.

Potem młodość. Beztroskę. Kolejne złudzenia. Urodę. Figurę. Zdrowie. Bystrość umysłu. Wigor. Bliskich. A na samym końcu – życie.

Siedzieliśmy niedawno w pokoju dziennym szumnie zwanym salonem. Okno było otwarte dla naszej i kociej wygody – oglądaliśmy najnowszy sezon "1670" i nie chcieliśmy co chwilę podrywać się, aby wpuścić/wypuścić futrzane towarzystwo (nie tylko ludzie nie mogą się zdecydować – koty też same nie wiedzą, czego chcą).

A zatem siedzimy sobie, oglądamy, brzuchy trzęsą się nam ze śmiechu. Jednak w pewnym momencie do tych znajomych dźwięków dochodzi nowy. Najpierw próbuję go ignorować, myśląc sobie, że to pewnie któryś z kotów. Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Nie daje mi to jednak spokoju, bo okno znajduje się bezpośrednio za moimi plecami.

Roleta opuszczona jest na 3/4 długości, podnoszę ją – nic nie widać. Wracam do oglądania, a po chwili znów to samo. Znów ten dziwny dźwięk! Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Patrzę w prawo (nic), patrzę w lewo...

A tam jakiś cień! Coś jest po drugiej stronie rolety!

"Co to jest, do jasnej anielki?!" – zaczynam zastanawiać się na głos. "Ćma?", "Motyl?"

To N I E T O P E R Z!" – Połówek identyfikuje ten niezidentyfikowany do niedawna obiekt latający.

Wystrzeliwuję z sofy niczym rakieta i odskakuję od okna jak oparzona.

Idę na zewnątrz, żeby potwierdzić przypuszczenia Połówka i z bezpiecznej odległości przyjrzeć się temu niespodziewanemu gościowi. Niestety, nie dane mi to było, bo jak tylko wyszłam przed dom, nietoperz wyfrunął przez okno i poleciał w sobie tylko znanym kierunku!

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że zaledwie parę tygodni wcześniej natrafiłam na kuriozalny artykuł, który przykuł moją uwagę. Był o kanadyjskim chłopcu, który obudził się w środku nocy z... nietoperzem siedzącym na jego nosie i ustach! I nie, nie jest to miejska legenda, a najprawdziwsza prawda.

Chłopiec odgonił go, nietoperz został wypuszczony na zewnątrz, tam, gdzie jego miejsce, a rodzina jedenastolatka przeszła nad tym do porządku dziennego – dziecko nie miało żadnych widocznych obrażeń, zadrapań ani ukąszeń, toteż obyło się bez wizyty u lekarza.

Pewnie ta historia stałaby się z czasem niewinną rodzinną anegdotką, gdyby nie to, że niecałe trzy tygodnie później u chłopca wystąpiły nagle "tajemnicze" objawy chorobowe. Zdrętwiała mu twarz, dostał gorączki, dreszczy, zaczął wymiotować...

Tym razem nie obyło się bez pomocy lekarskiej. Zanim jednak lekarzom udało się trafnie go zdiagnozować, na ratunek było już za późno. Po kilkunastu dniach w szpitalu chłopiec zmarł.

Taką podstępną chorobą jest właśnie wścieklizna, a do tego jest praktycznie w 100% śmiertelna. Kiedy zaatakuje układ nerwowy i mózg, medycyna pozostaje bezbronna.

Niesamowicie ważna jest tutaj profilaktyka poekspozycyjna – podanie szczepionki i surowicy ZANIM pojawią się objawy. Dlatego lepiej dmuchać na zimne i, w takich przypadkach jak ten wyżej opisany, od razu udać się do lekarza po ratunek.

Ten wieczór zmienił wszystko. Do listy moich obaw i strachów dopisałam nowy: obawa przed nietoperzem!

Ale to jeszcze nic!

Zaledwie dwa dni później sytuacja znów się powtórzyła.

Połówek poszedł się myć. Wziął prysznic, wyszedł z łazienki, poszedł do sypialni. Za chwilę do tej samej łazienki wchodzę ja. Włączam światło, otwieram drzwi, a tam NIETOPERZ! Lecący prosto na mnie!!!

Narobiłam wrzasku, który zbudziłby nieboszczyka, odruchowo zakryłam się, walnęłam drzwiami i uciekłam.

W pierwszej chwili nie byłam w stanie powiedzieć, z tych emocji i nerwów, czy ten nietoperz zdołał wylecieć przez drzwi, które otworzyłam (i znajduje się teraz gdzieś w domu), czy może jednak został w łazience. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że zawrócił i wyleciał przez uchylony lufcik, bo chyba wystraszył się mnie tak samo jak ja jego.

Po tym wieczorze byłam już poważnie obfajdana. Na szczęście niedosłownie. Przeżyłam całe swoje życie bez ani jednego takiego przypadku, a tu nagle dwa w przeciągu kilku dni? Jakie są na to szanse?! Naprawdę trzeba mieć zezowate szczęście!

Od razu pozamykaliśmy wszystkie okna. Nie przyszło mi to łatwo, bo uwielbiam rześkie powietrze i widok otwartych okien był u nas zawsze czymś normalnym.

Pech chciał, że zaraz po tym niefortunnym wydarzeniu znów mieliśmy wysokie temperatury – przez dwie noce męczyliśmy się przy zamkniętych oknach i czuliśmy jak w piekarniku. No ale przynajmniej byliśmy poza zasięgiem nietoperza!

A jakby tego było mało, jednej nocy obudziłam się z wrzaskiem "NIETOPERZ!", bo przecież mój wspaniały mózg musiał odtworzyć we śnie całą tę niefortunną sytuację z nietoperzem. Nie dość, że prześladował mnie w prawdziwym życiu, to jeszcze w nocy musiałam przed nim uciekać!

I tak sobie myślę, jak cudownie żyło mi się, kiedy byłam ignorantką. Zanim natrafiłam na ten artykuł, zanim dowiedziałam się o nietoperzach i wściekliźnie, zanim musiałam zamykać wszystkie okna na noc.

Myślę sobie też, że to swego rodzaju "cud", że przeżyłam swoje dzieciństwo na wsi. Byłam bowiem tym niewinnym i naiwnym dzieckiem, które chciało ratować każde istnienie. Kiedy więc któregoś dnia znalazłam gacka z uszkodzonym skrzydłem, zabrałam go do domu, aby w domowym zaciszu wracał do zdrowia. Nie jestem nawet pewna, czy poinformowałam o tym mamę. Historia nie skończyła się pomyślnie dla wszystkich, ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.

piątek, 8 maja 2026

Dylematy i inne problemy pierwszego świata

Pokarało mnie.

Brr, zimno jak w psiarni! Sama nie wierzę, że to piszę, bo jeszcze do niedawna zdecydowanie nie uważałam się za zmarzlucha, ale w tym roku przeszłam samą siebie! Cały czas mi zimno! Czy ktoś jeszcze z Was tak ma, zwłaszcza tych, którzy zamieszkują Zieloną Wyspę, czy to ze mną coś nie tak?

Gdyby nie to, że włączenie ogrzewania wiążę się obecnie ze zbyt dużym wydatkiem kalorycznym (na który nie mogę sobie pozwolić) i zbyt skomplikowaną operacją polegającą na wpełznięciu przez małe drzwiczki pod schody (nie pytajcie, za długa historia, a ja ponadto nie znam się na technikaliach, by to przystępnie wytłumaczyć), to wczoraj złamałabym się i uruchomiła kaloryfery. Tak, dobrze przeczytaliście: włączyłabym grzejniki w drugim tygodniu maja! Mój termometr kuchenny nie pozostawiał złudzeń i pokazał, czarno na białym, siedemnaście stopni w tym pomieszczeniu, które i tak ma tendencję do bycia jednym z najcieplejszych w domu, co jest zasługą jego ekspozycji południowej.

Normalnie za wpełzanie pod schody i inne "alpinistyczne wyczyny" odpowiadał Połówek, ale zostałam chwilowo słomianą wdową, więc nie mogłam się nim wysłużyć. Kiedy w akcie desperacji byłam skłonna sama popełzać, usłyszałam przez telefon pełne obaw: "może jednak tego nie rób". Dla niewtajemniczonych – mam w domowym kręgu przydomek podkradziony Margaret Thatcher. Jestem dyskontową wersją Iron Lady. Z tym, że Margaret miała twardą rękę do rządów, a ja... do niszczenia i wyłamywania różnych rzeczy.

I tak się zastanawiam – skąd mi się wzięło to nieustanne uczucie zimna? To stary wiek? Choroba? Szwankująca tarczyca, czy może wreszcie karma mnie dopadła za te niegroźne podśmiechujki ze zmarzlaków, którym wiecznie było zimno i nawet w najcieplejszy dzień roku rozpalali ogień (true story)?

Zaczynam się martwić, bo ewidentnie w złym kierunku to zmierza – patrzę na swojego rozgogolonego "chłopa", paradującego przez całą zimę w t-shircie, i zamiast robić mi się gorąco na jego widok, robi mi się... jeszcze zimniej! W efekcie rzucam kocem w jego kierunku i jakimś niesprawiedliwie oskarżycielskim tekstem typu "weź się przykryj, bo aż mi się niedobrze robi".

Nie było oczywiście żadnego majowego grilla, ani turystycznego wypadu, bo choć końcówka kwietnia była dość obiecująca, mieliśmy przyjemne temperatury i dużo, dużo słońca, to jednak wszystko, co dobre szybko się kończy – szlag trafił ten nasz mały "żar tropików", i szybko zastąpił go pogodą dla koneserów.

A tu za winklem jeszcze widmo zimnych ogrodników! Ciekawa jestem, czy dotrą do Irlandii! Z powodu jakże mało wyjściowych temperatur nie chciało mi się też dłubać w ogródku. Pszczoły będą musiały mi wybaczyć – nie posadziłam jeszcze żadnych miododajnych kwiatów, i – o zgrozo! – nawet nie wiem, czy będę to robić w tym roku. Ale, kurczę, ogródek bez bzykania?! To nie ogródek!  Jakoś tak nie przystoi! Tym, co mają kosmate myśli, taktownie przypominam, że o pszczołach mówimy.

Kolejna rzecz, nad którą ostatnio usilnie dumam, to: zamknąć blog czy zostawić tak, jak jest? Żeby nakreślić tło, muszę dodać, że te powyższe myśli spowodowane są ogromnym ruchem na nim. Przez lata byłam niszową blogerką bardzo ceniącą sobie swoją prywatność. Nigdy nie dążyłam do bycia celebrytką i do wypromowania mojej strony tak, aby stała się najbardziej poczytną w sieci. Dla mnie to brzmi jak koszmar, nie spełnienie marzeń.

Tymczasem mój blog przeżywa prawdziwe oblężenie, a ja jako właścicielka tej "twierdzy" odczuwam naturalną chęć do obrony przed tym jakże niepożądanym zainteresowaniem, które w moich oczach ma złowrogie znamiona i nieznane motywy działania.

Ubiegły miesiąc wykręcił niemal 13 000 wyświetleń! Dla innych może to norma, dla mnie zdecydowanie NIE. Codziennie setki dziwnych i podejrzanych odwiedzin z całego świata! I kiedy mówię "całego świata" naprawdę mam na myśli CAŁY ŚWIAT! Jakoś nie wierzę, żebym miała stałych i oddanych czytelników w Singapurze, Wietnamie, Hongkongu, Wenezueli, Urugwaju, Uzbekistanie (!), Jordanii, Nikaragui (!), Libanie, Argentynie, Syrii, Bangladeszu, Pakistanie, Maroku, Kenii. Zmęczeni tą wyliczanką? To, co ja mam powiedzieć? Jeszcze długo mogą ją tak kontynuować, bo to nie wszystkie kraje pochodzenia moich niechcianych gości.

Czy ktoś mądrzejszy ode mnie wie, o co w tym chodzi? Bardzo prosiłabym o oświecenie.

I tu moje pytanie do innych autorów prowadzących otwarte blogi – czy Wy też się zmagacie z tym problemem? Trafiłam niedawno do pewnej blogerki i miała identyczny problem, a także identyczne odruchy, co ja. Z tym, że ja nie planuję kasować bloga, a jedynie uczynić go otwartym dla zaproszonych czytelników, co też zresztą już kiedyś uczyniłam (z podobnych powodów), wtedy jednak to zjawisko miało znacznie mniejszą skalę, a ja głupia myślałam, że WTEDY było źle. No nie. Teraz jest! Wtedy był pikuś!


sobota, 25 października 2025

Książę z Tindera, który okazał się ropuchą – "Stronger"


Z ponad czterdziestu książek, które przeczytałam w tym roku ta zbulwersowała mnie najbardziej. Najmocniej poruszyła, a w zasadzie to wręcz wstrząsnęła do szpiku kości.

Kilka z tych przeczytanych należało do literatury obozowej, i choć czasem na ich kartach pojawiali się okrutni kapo, postać każdego z nich blaknie wobec antybohatera "Stronger" – człowieka zepsutego do szpiku kości.

Historia przedstawiona w "Stronger" idealnie wpisuje się w halloweenowy klimat, a na jej kanwie z powodzeniem mógłby powstać prawdziwy horror albo chociaż dreszczowiec. Psychopata i sadysta już jest – Paul Moody. Irlandzki "książę" z Tindera, który okazał się nie tyle ropuchą, co po prostu parszywą kreaturą. 


Scenariusz napisało samo życie, Nicola Hanney zaś przelała tę bolesną historię na papier i nadała jej życie.

(delikatne spojlery początku fabuły)

Wyobraź sobie, że masz 36 lat. Przed Tobą jeszcze niemal "całe życie". Ale tak tylko Ci się wydaje, bo pewnego, niezbyt pięknego, dnia lekarz oznajmia Ci, że masz terminalną postać raka.

Jeszcze nie dowierzasz, jeszcze masz nadzieję, że to może jakiś głupi żart, ale nikt się nie śmieje. Wręcz przeciwnie. Lekarz jest śmiertelnie poważny, a na Twoją sugestię kriokonserwacji, czyli zamrożenia komórek jajowych (no bo przecież jesteś jeszcze młoda i nie szykujesz się do trumny) odpowiada z brutalną szczerością, że to mija się z celem, bo nie dożyjesz macierzyństwa.

Straszne prawda? Nie wiesz jednak jeszcze, że to nie jest największy koszmar, jaki spotka Cię w życiu.

Nie przyjmujesz do wiadomości informacji o nadchodzącej śmierci. Niczym tonący brzytwy chwytasz się wszystkiego, co daje Ci nadzieję na uzdrowienie: wiary i modlitwy, obmywasz się świętą wodą z irlandzkiego źródła, przechodzisz na zdrową, bezmięsną dietę, wprowadzasz do niej mnóstwo soków, które mają wyeliminować raka, udajesz się do lokalnego uzdrowiciela i grzecznie poddajesz leczeniu, aż... staje się cud! Rak, który miał Cię zabić w przeciągu kilku miesięcy, całkowicie znika!

Ekstaza! Euforia! Wygrana na loterii! Czujesz, że świat znów leży u Twoich stóp. Że teraz będzie juz tylko pięknie. Bo przecież najgorsze już za Tobą.

Prr, poczekaj z tą radością. Nie tak szybko!

I wtedy wchodzi on. Cały na biało, choć duszę ma na wskroś czarną, ale tego nie widać. Czarujący, romantyczny irlandzki "książę" z bajki, o którym marzy chyba każda użytkowniczka aplikacji randkowej.

Chciałoby się rzec: "run, girl, run!", bo to jego nazwisko ("Moody" – ponury/humorzasty) jest tutaj wymownym omenem. Ale nie można.  I tak byś pewnie nikomu nie uwierzyła, ani nie posłuchała, bo jak śpiewała Małgorzata Ostrowska – "Ale miłość, moi mili, jest nieczuła na mądrości".

Myślę, że historię Nicoli Hanney z powodzeniem można nazwać wstrząsającą kroniką terroru. Mnie najbardziej w "Stronger" poruszył, zasmucił, a zarazem obrzydził fakt, że tym potwornym agresorem nie był zwykły "Ziutek", lecz... członek An Garda Síochána, czyli tutejszej policji. Człowiek, który nosił dumny i odpowiedzialny tytuł "stróża prawa", a okazał się pospolitym bandziorem. Obrzydliwym typem spod ciemnej gwiazdy. Silnym wobec słabych, słabym wobec silnych. To on był tutaj prawdziwym rakiem, którego należałoby usunąć, aby jego toksyczne macki nie dosięgły już nikogo więcej. 


Domyślam się też, że podzielenie się tą historią wiele kosztowało autorkę. Pewnie najwygodniej i najłatwiej byłoby wyprzeć ją z pamięci, zamieść pod dywan i zapomnieć, a jeszcze lepiej – wymieść spod tego dywanu i zwyczajnie wyrzucić na śmietnik historii. Zachować dla siebie. Nikt by wtedy głupio nie komentował, nie docinał, nie obwiniał ofiary (tak, mili państwo, victim blaming ma się świetnie w naszym społeczeństwie). Wiedzieliby o niej tylko najbliżsi Nicoli.

Są jednak w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba wykazać się odwagą cywilną. I to też właśnie Nicola uczyniła. Poprzez uzewnętrznienie się, podzielenie ze światem tą swoją wstydliwą i bolesną historią, dała nadzieję innym. Tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji "bez wyjścia". 


Nicola stała się jakże potrzebnym światełkiem w tunelu beznadziejności i rozpaczy. Bo jeśli ona pokonała nieprzyjazny jej system, zwyciężyła z funkcjonariuszem prawa – doskonale obeznanym w technikach manipulacji i wyszukanych strategiach mających złamać przeciwnika – to każda inna ofiara przemocy psychicznej i fizycznej też może.

"Stronger" to przejmująca historia na faktach. To opowieść o tym, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Może nie jest to arcydzieło, które przejdzie do ponadczasowego kanonu literatury pięknej, jest to za to niezwykle potrzebna książka przełamująca tabu, i dająca innym jakże potrzebną im wiarę i nadzieję, że jeszcze będzie dobrze. Tylko nie można się załamać. 


Zabrzmi banalnie, ale jeśli pod wpływem tej książki choć kilka osób wyłapie czerwone flagi w swoim związku, to choćby dla nich warto było ją napisać.


niedziela, 12 października 2025

Książka, która mnie uleczyła

 

Nie wiem, kiedy to się stało. Chyba najlepszą odpowiedzią byłoby "nagle". Zupełnie nie potrafię wskazać dnia, w którym straciłam chęć do czytania. Nie umiem nawet wskazać przyczyn tego zachowania.

Zawsze czytałam dużo i chętnie. Nigdy nie trzeba było mnie do tego namawiać. Sierpień był jeszcze normalny pod tym względem. Później zaś nastał pierwszy wrześniowy tydzień, potem drugi, trzeci i czwarty. Nic się nie zmieniało. 


Dni mijały szybko, mój czytelniczy stos nie malał, rosły za to moje wyrzuty sumienia. Miałam kilka rozpoczętych książek: "Stories of Surrender" – autobiografię Bono, "Ireland's Curious Places" – kompendium ciekawych irlandzkich miejsc (przewodnik inny niż wszystkie), "Inishtrahull" – pozycję poświęconą irlandzkiej wyspie na dalekiej północy kraju, skąd już tylko rzut beretem do Szkocji, "Exploring Ireland's Castles", album o tutejszych zamkach, a także "One of the Girls", powieść, którą kupiłam kiedyś za trzy czy cztery euro w czasie... spożywczych zakupów w Aldi. Miałam więc w czym wybierać, ale tak naprawdę nie ciągnęło mnie do żadnej z nich. 



Aż któregoś dnia Połówek wrócił z zakupów, a na dnie reklamówki znalazłam dwie książki świeżo odebrane z biblioteki. Jedną była "Poor" Katriony O'Sullivan, a drugą "Schronisko, które przestało istnieć" Sławka Gortycha.


Bez większego przekonania zaczęłam czytać pierwszą z nich, i... zadziałała się magia!

"Poor" niespodziewanie przywróciła mi przyjemność z czytania. Uleczyła z mojej nietypowej bolączki. 


Jeszcze do niedawna miałam problem z przeczytaniem kilku stron czegokolwiek, teraz zaś... nie mogłam przestać! I tak sobie czytałam ją aż do drugiej w nocy, kiedy to doszłam do wniosku, że już czas spać.

Z zaskoczeniem stwierdziłam, że zaangażowałam się w historię tej obcej dla mnie kobiety i zaczęłam mocno jej kibicować.

Jako dziecko lubiłam czasopismo "Z życia wzięte". To była jedna z wielu gazet, które namiętnie kupowała moja mama. Nie wiem, czy historie w nim zawarte faktycznie były autentyczne, czy może wyssane z palca – nieważne. Lubiłam je jednak czytać. I choć dziś już nie sięgam po tę gazetę, z tamtych czasów pozostało mi zamiłowanie do historii z życia wziętych. Woody Allen może mieć kilka Oscarów, ale najlepsze scenariusze i tak pisze samo życie.

Na co dzień bardzo cenię sobie autentyczność – mam wrażenie, że zanika w naszym świecie. W świecie sztucznych fasad, w świecie pozerów i pozorów autorka jest powiewem świeżości. Katriona obnażyła przed czytelnikiem swoje wnętrze i stanęła przed nim nago (taka metafora, niech nikt się nie napala na goliznę), co niewątpliwie wymagało ogromnych pokładów odwagi.

Przed zupełnie obcymi dla niej ludźmi otworzyła drzwi do swojego osobistego piekła na ziemi i zapoznała ich ze swoimi demonami. Jednak ani przez moment nie udawała świętoszka i nie robiła z siebie aniołka, choć – biorąc pod uwagę powodzenie, jakim cieszyła się wśród mężczyzn – można by było pomyśleć, że jest kolejnym aniołkiem Victoria's Secret. 


W "Poor" kiepski jest tylko tytuł. Powieść O'Sullivan to historia niesamowicie zawiłych relacji rodzinnych, w których nic nie jest czarno-białe. To słodko-gorzka opowieść o tym, jak trudno przerwać błędne koło i wyrwać się z patologii, w której się dorastało.  

Były w niej rozczulające sceny chwytające za serce, ale też takie, w których to czytelnik chwyta za scyzoryk automatycznie otwierający się w kieszeni.

Jest też bardzo interesująca z psychologicznego punktu widzenia, bo jak na dłoni ukazuje negatywny wpływ programowania, które – chcąc nie chcąc – fundują nam rodzice. Programowania i prania mózgu, które wielokrotnie determinują później nasze zachowania (również w obliczu niebezpieczeństwa), a nawet życie.

To przejmująca opowieść o ludzkiej sile, ale też słabościach. O jednej z najtrudniejszych walk – tej ze samym sobą. O syzyfowym wysiłku i heroicznej walce o lepsze jutro, czyli bolesnych realiach, w których żyją dzieci z dysfunkcyjnych rodzin. Wielu z nich nigdy nie udaje się przerwać tej wielopokoleniowej patologii, ani wyrwać z bagna, w którym przyszły na świat. Nawet jeśli początkowo zaciekle walczą o każdy oddech, o to, by nie pójść na dno, to jednak z czasem te słabsze opadają z sił. Ewentualnie wykańczają je złowieszcze głosy w głowie podpowiadające szatańskie rozwiązania.  

Niedawno pisałam tutaj o autobiografii Matthew Perry'ego, która również porusza tematykę uzależnień i walki z nimi. Te dwie pozycje dzieli jednak ogromna przepaść. Mój osobisty stosunek do nich również jest inny. Zdecydowanie bardziej przemówiły do mnie przeżycia i rozterki Irlandki. Prawdę powiedziawszy, to gdzieś tam momentami widziałam w niej siebie. Sama książka również jest lepsza – ładniej napisana, mocniejsza w swoim przekazie i bardziej dopracowana (choć końcówkę uważam za zbyt przyspieszoną, z chęcią przeczytałabym bardziej szczegółowy opis wydarzeń).

Katrionie udało się nie zatonąć w tym niebezpiecznym wirze, w który wciągnęli ją nieustająco podtapiający się rodzice. Zdołała wydobyć się z matni. Jeśli więc ktoś z Was ma ochotę na pokrzepiającą "bajkę" z happy endem, to "Poor" będzie dobrym wyborem. 


 

piątek, 20 czerwca 2025

Pusty transporter

Dziś będzie potwornie smutno, więc jeśli ktoś z Was jest empatą wyjątkowo łatwo wchłaniającym emocje innych, to od razu ostrzegam, że nie chcę nikogo nastrajać negatywnie.

Z reguły nie zamieszczam tutaj wpisów o intymnej i drażliwej dla mnie tematyce. Czuję się niezręcznie na samą myśl o tym, że ktoś obcy, niepowołany, zły i nieczuły mógłby je przeczytać, a potem wyśmiać. Tym razem zrobię jednak wyjątek, bo mam silną potrzebę upamiętnienia tego wydarzenia.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że powinnam być weterynarzem.

Ratowaliśmy wtedy psa żywcem zjadanego przez larwy. Brzydziło mnie to jak cholera, chciałam polecieć w krzaki i oddać treść swojego żołądka, do tej pory zresztą wzdrygam się na samo wspomnienie o setkach przebrzydłych, obślizgłych larw pełzających po ziemi. A także tych schowanych w ranach, pod skórą. Chęć ratowania stworzenia okazała się jednak większa niż moje obrzydzenie.

Zastanawiałam się później parę razy nad tym stwierdzeniem.

Czy aby na pewno nadawałabym się do takiej pracy? Przebywam ze sobą już te parę dekad i znam siebie jak zły szeląg. Miałam więc słuszne powody, by powątpiewać w te słowa. Prawda jest bowiem taka, że pomimo tych wszystkich lat, jakie mam na karku, nie uodporniłam się jeszcze na cierpienie zwierząt, a do tego kiepsko radzę sobie ze śmiercią i żałobą.

Weterynarz to nie tylko superbohater. To nie zawsze Superman, który spada z nieba w odpowiednim momencie i niesie ratunek potrzebującym. Potem zaś zbiera owacje na stojąco niczym aktor po wyjątkowo dobrze odegranej roli na deskach teatru.

Weterynarz, czy tego chce czy nie, a najczęściej jednak nie chce, musi też odgrywać rolę Ponurego Żniwiarza. Odbierać życie tym, co mają cztery nogi, a tych, co mają ich dwie ‒ zasmucać i ograbiać z resztek nadziei.

Kto normalny chciałby być złodziejem nadziei? Siewcą śmierci i złych wiadomości? Chyba tylko psychopata wyzuty z emocji i człowieczeństwa. Tylko takiej osobie sprawiałoby to przyjemność. Cała reszta musiałaby zmagać się z tym ciężarem. A więc ja chyba jednak nie chciałabym być tą całą resztą. Obawiam się, że nie poradziłabym sobie z tym balastem emocjonalnym.

Półtora roku temu musieliśmy uśpić naszego ukochanego kota, który przegrał nierówną walkę z wyjątkowo agresywną postacią białaczki. Te jego ostatnie chwile i ten proces, który do tego doprowadził, to były tak przeraźliwie bolesne i smutne przeżycia, że zgodnie orzekliśmy "nigdy więcej". Nigdy więcej nowych kotów (mamy jeszcze dwa).

Zerkałam czasem z czułością na jakieś małe skrzaty gotowe do adopcji na "tu i teraz", gdyby tylko zjawił się chętny, ale nigdy nie przekuwałam tych myśli w czyn. Nie byłam chętna. Nie chciałam nią być.

Wiem, że nie powinnam tak myśleć, ale nie chciałam nowego kota, bo w moich oczach byłaby to "zdrada" tego mojego ukochanego, z którym od samego początku miałam wyjątkowo bliską więź. Na nim wszystko miało się dla mnie skończyć.

Ale nie o tym chciałam pisać.

Parę dni temu zauważyłam z mojego okna kota leżącego po przeciwnej stronie ulicy, w pozycji, która wydała mi się dość nienaturalna. A już tym bardziej nienaturalne było to, że w zupełności nie reagował na moje werbalne zaczepki, kiedy to okno otworzyłam i zaczęłam hałasować, aby przykuć jego uwagę. Reakcji jednak nie było. Postanowiłam więc przejść te parę metrów, by sprawdzić, czy moje złe przeczucia mają rację bytu, czy to tylko moja wyobraźnia pracująca na najwyższych obrotach.

Kiedy zeszłam na parter i wyszłam przed dom, kot akurat wolnym krokiem przechodził przez ulicę. Kiedy już udało mu się przez nią szczęśliwie przejść, wszedł na nasz trawnik i się na nim położył. Po chwili znów wstał, przeszedł chybotliwym krokiem krótki odcinek, usiadł i ciężko dyszał.

To był słoneczny, bardzo ciepły dzień, momentami nawet dość duszny, pomyślałam więc, że się odwodnił i potrzebuje wody, a także odpoczynku. To by tłumaczyło to jego nieruchome leżenie po przeciwnej stronie ulicy ‒ był wycieńczony i zbierał siły, by przez tę ulicę przejść. To z kolei znów go zmęczyło. Dyszał nienaturalnie, a do tego był dość wychudzony.

Przeszło mi przez myśl, że może ktoś go niechcący zamknął w swojej szopie, i dopiero teraz się z niej wydostał, pobiegłam więc do kuchni, wyjęłam dwie miski, do jednej nalałam wody, do drugiej wyłożyłam mokrą karmę, za którą szaleją nasze koty, i ostrożnie, aby go nie spłoszyć, podeszłam do niego i podsunęłam mu je pod nos.

To okazało się strzałem w dziesiątkę, bo kot łapczywie pił, przestawał, po chwili znowu zaczynał i tak parę razy. Kamień spadł mi z serca, bo to był jeszcze ten moment, kiedy wierzyłam, że jest zwyczajnie odwodniony, i tak naprawdę nic poważnego mu nie dolega. Nic, czego mokra karma (zlizał sos), woda i kroplówka od weterynarza nie załatwiłyby sprawy.

Moja radość trwała jednak bardzo krótko, bo po chwili kot znów leżał w tej okropnej pozycji na boku, z trudem oddychał, a mnie momentalnie stanęły przed oczami sceny sprzed półtora roku.

Déjà vu.

Puszka Pandory ‒ do której zapakowałam swoją traumę i zakopałam głęboko w ziemi ‒ otworzyła się, i wydostał się z niej cały ten smutek, całe to zło, które udało mi się niegdyś supresować.

Nie było czasu do stracenia, trzeba było szybko działać, bo kot wyglądał na umierającego.

Połówek założył na wszelki wypadek grube, zimowe rękawice, bluzę z długim rękawem, bo choć nic nie wskazywało na to, że kot może próbować ratować się pazurami, należało liczyć się z potencjalnym atakiem.

Często wydaje mi się, że zwierzęta doskonale potrafią czytać ludzką aurę. A może to ich szósty zmysł? Nieszczęśnik chyba domyślił się już, że nie stwarzamy dla niego żadnego zagrożenia, bo kiedy podeszliśmy do niego z transporterem, nie walczył, nie drapał, nie syczał, nie gryzł. Miałam nawet wrażenie, że jest zadowolony z tego, że nagle ma dach nad głową i swój kąt, w którym może się schować.

Połówek odjechał z pacjentem do weterynarza, a ja zostałam w domu sama ze swoimi myślami, modlitwami i nadzieją na szczęśliwe zakończenie.

W zasadzie to nawet nie dopuszczałam do siebie czarnego scenariusza. Nadal naiwnie wierzyłam, że kroplówka załatwi sprawę.

Nie załatwiła.

To, co mi powiedział Połówek po powrocie, sprawiło, że umarłam w środku. Umarłam razem z kotem, tylko, że on tak naprawdę. Ja zaś "na niby".

Empatyczna pani weterynarz fachowo zajęła się pacjentem, ale pomimo najszczerszych chęci, nie mogła zniwelować szkód, które już poczyniły się w jego wyniszczonym organizmie. Uśpienie go było jedynym, co mogliśmy dla niego zrobić. Na wszystko inne było już za późno.

Kot był w stanie agonalnym.

Miał niemal zero masy mięśniowej.

Tylko dwa zęby.

DWA ZĘBY!

I kilkanaście lat na karku.

Był niesamowicie zapchlony.

Miał owrzodzone dziąsła i brodę.

I kurewskiego pecha w życiu.

Ktoś mu ten los zgotował. Nie ja, nie Ty, ale ktoś go do takiego stanu jednak doprowadził. Pośrednio lub bezpośrednio.

Aktem miłosierdzia, jak stwierdziła pani weterynarz, było podanie mu środka przeciwbólowego i wysłanie za tęczowy most, gdzie już nigdy więcej nie zazna głodu, bólu i cierpienia.

Kiedy na samym początku podłączyła go do tlenu, jego stan zaczął się jeszcze bardziej pogarszać, zamiast poprawiać.

Spóźniliśmy się.

Spóźniliśmy się, żeby go uratować. On jednak na szczęście zdążył resztką sił dotrzeć na nasz trawnik, aby "godnie umrzeć", i zaznać choć w tych ostatnich minutach życia odrobinę ludzkiej czułości, troski i miłości.

Nie znam historii jego życia. Nie miał wszczepionego chipa, nie mieliśmy więc nikogo, z kim można byłoby się skontaktować w jego sprawie.

Chciałabym wierzyć, że jego opłakany stan był tylko nieszczęśliwym następstwem ‒ że się zgubił, a jego kochającemu właścicielowi nie udało się go odnaleźć odpowiednio szybko.

Chciałabym wierzyć, że większość z tych kilkunastu lat życia była jednak szczęśliwa.

Chciałabym wierzyć, że nie cierpiał zbyt długo.

Chciałabym wierzyć, że kiedyś był szczęśliwym kotem. Że miał pełną miskę, przytulny dom, i że wiedział, co to ludzkie ciepło i miłość.

Wiedział, co to człowiek. Nie był dziki, nie uciekał, a to daje mi nadzieję, że był przez tego człowieka oswojony i kochany. Tylko, jak to w życiu bywa, na pewnym etapie coś się spierniczyło i bańka pękła.

Chciałabym też wierzyć, że nikt z tutaj obecnych i czytających te słowa nie zawahałby się, aby udzielić pomocy zwierzęciu w potrzebie.

Tego wieczoru siedziałam w ogródku z twarzą do zachodzącego słońca. Gdzieś tam obok na betonie leżał mój kot. Beztrosko wygrzewał się do słońca, tak jak zwykł czynić to przez te dziewięć beztroskich lat swojego życia. Podczas gdy on był zupełnie nieświadom, że kot może mieć inne życie, spod moich okularów przeciwsłonecznych staczały się łzy. Opłakiwałam każdego niekochanego i zaniedbanego kota. Rozmyślałam o tym, jak bardzo niesprawiedliwe jest życie. Jeden ma wszystko, a drugi nie ma niczego.

Gdzie tu, do licha, sprawiedliwość?!

Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł do mnie mój kocur. Swoim zwyczajem zaczął się ocierać o moje nogi. Wskoczył mi na kolana i zaczął się wtulać w to miejsce, w którym ramię dotyka tułowia.

Głaskałam go, bo to przynosiło ulgę. Głaskałam jego miękkie i lśniące futro, pocieszając się, że choć nie mogę uratować wszystkich kotów tego świata, mogę uszczęśliwić choć kilka. Te moje i moich sąsiadów.

Mówiłam, że mam wspaniałych sąsiadów? Nikt, kto kocha swojego kota nie może być zły, prawda?  

Nie musicie komentować tego wpisu. Chciałam nim upamiętnić tego bezimiennego, nieznajomego kota, który tak niespodziewanie pojawił się w moim życiu, i tak szybko je opuścił.

Nawet jeśli nikt inny już o nim nie pamięta, ja będę. To właśnie jemu dedykuję ten smutny wpis.

Chciałabym  też uświadomić Was, bo może tego nie wiecie, ale w takich przypadkach jak ten najprawdopodobniej nie będziecie musieli nic płacić za opiekę weterynaryjną/uśpienie. Weterynarze to w dużej mierze ludzie z prawdziwą pasją, nie zaś wyrachowani, zimni i nieczuli profesjonaliści. Oni też mają serce, często zresztą również jakieś tam fundusze przeznaczone na takie właśnie sytuacje. Zawsze też możecie skontaktować się z lokalnym oddziałem SPCA (Towarzystwem Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt), i to oni mogą ponieść koszty ewentualnego leczenia.

Trzy razy byliśmy u irlandzkich weterynarzy z bezpańskimi kotami wymagającymi interwencji specjalisty, i nigdy nie płaciliśmy za leki czy otrzymaną pomoc.

Nawet to nieszczęsne półtora roku temu, kiedy musieliśmy w niedzielę na gwałt szukać weterynarza, znalazł się taki z sercem, z zupełnie innej kliniki, który zgodził się zaoferować swoje usługi, mimo że nie mógł przyjąć w tamtym momencie żadnej zapłaty, bo kasa była nieczynna. Ważniejsze było dla niego człowieczeństwo niż potencjalne ryzyko nieotrzymania zapłaty za wyświadczoną pomoc.

Nie zapominajcie o tym człowieczeństwie w kontekście naszych "braci mniejszych".