Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że ignorancja jest błogosławieństwem, a ja dość często jestem skłonna przyznać mu rację.
Tęsknię za czasem, kiedy byłam naiwna i niewinna zarazem. Tego właśnie zazdroszczę młodym. Jeszcze nie wiedzą, jak zły jest świat. Żyją w swojej bańce, widzą tylko czubek swojego nosa, mają zawężone horyzonty i głębokie przekonanie, że nic złego im się nie przytrafi.
Też kiedyś taka byłam.
A potem przyszła dorosłość i stopniowo odzierała mnie z tej niewinności, niczym kucharz cebulę z kolejnych jej warstw. Nie jest to miły proces, a dodatkowo niekiedy obfituje w łzy.
Im dłużej człowiek żyje na świecie, tym ten świat więcej mu zabiera.
Najpierw naiwność i niewinność.
Potem młodość. Beztroskę. Kolejne złudzenia. Urodę. Figurę. Zdrowie. Bystrość umysłu. Wigor. Bliskich. A na samym końcu – życie.
Siedzieliśmy niedawno w pokoju dziennym szumnie zwanym salonem. Okno było otwarte dla naszej i kociej wygody – oglądaliśmy najnowszy sezon "1670" i nie chcieliśmy co chwilę podrywać się, aby wpuścić/wypuścić futrzane towarzystwo (nie tylko ludzie nie mogą się zdecydować – koty też same nie wiedzą, czego chcą).
A zatem siedzimy sobie, oglądamy, brzuchy trzęsą się nam ze śmiechu. Jednak w pewnym momencie do tych znajomych dźwięków dochodzi nowy. Najpierw próbuję go ignorować, myśląc sobie, że to pewnie któryś z kotów. Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.
Nie daje mi to jednak spokoju, bo okno znajduje się bezpośrednio za moimi plecami.
Roleta opuszczona jest na 3/4 długości, podnoszę ją – nic nie widać. Wracam do oglądania, a po chwili znów to samo. Znów ten dziwny dźwięk! Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.
Patrzę w prawo (nic), patrzę w lewo...
A tam jakiś cień! Coś jest po drugiej stronie rolety!
"Co to jest, do jasnej anielki?!" – zaczynam zastanawiać się na głos. "Ćma?", "Motyl?"
To N I E T O P E R Z!" – Połówek identyfikuje ten niezidentyfikowany do niedawna obiekt latający.
Wystrzeliwuję z sofy niczym rakieta i odskakuję od okna jak oparzona.
Idę na zewnątrz, żeby potwierdzić przypuszczenia Połówka i z bezpiecznej odległości przyjrzeć się temu niespodziewanemu gościowi. Niestety, nie dane mi to było, bo jak tylko wyszłam przed dom, nietoperz wyfrunął przez okno i poleciał w sobie tylko znanym kierunku!
Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że zaledwie parę tygodni wcześniej natrafiłam na kuriozalny artykuł, który przykuł moją uwagę. Był o kanadyjskim chłopcu, który obudził się w środku nocy z... nietoperzem siedzącym na jego nosie i ustach! I nie, nie jest to miejska legenda, a najprawdziwsza prawda.
Chłopiec odgonił go, nietoperz został wypuszczony na zewnątrz, tam, gdzie jego miejsce, a rodzina jedenastolatka przeszła nad tym do porządku dziennego – dziecko nie miało żadnych widocznych obrażeń, zadrapań ani ukąszeń, toteż obyło się bez wizyty u lekarza.
Pewnie ta historia stałaby się z czasem niewinną rodzinną anegdotką, gdyby nie to, że niecałe trzy tygodnie później u chłopca wystąpiły nagle "tajemnicze" objawy chorobowe. Zdrętwiała mu twarz, dostał gorączki, dreszczy, zaczął wymiotować...
Tym razem nie obyło się bez pomocy lekarskiej. Zanim jednak lekarzom udało się trafnie go zdiagnozować, na ratunek było już za późno. Po kilkunastu dniach w szpitalu chłopiec zmarł.
Taką podstępną chorobą jest właśnie wścieklizna, a do tego jest praktycznie w 100% śmiertelna. Kiedy zaatakuje układ nerwowy i mózg, medycyna pozostaje bezbronna.
Niesamowicie ważna jest tutaj profilaktyka poekspozycyjna – podanie szczepionki i surowicy ZANIM pojawią się objawy. Dlatego lepiej dmuchać na zimne i, w takich przypadkach jak ten wyżej opisany, od razu udać się do lekarza po ratunek.
Ten wieczór zmienił wszystko. Do listy moich obaw i strachów dopisałam nowy: obawa przed nietoperzem!
Ale to jeszcze nic!
Zaledwie dwa dni później sytuacja znów się powtórzyła.
Połówek poszedł się myć. Wziął prysznic, wyszedł z łazienki, poszedł do sypialni. Za chwilę do tej samej łazienki wchodzę ja. Włączam światło, otwieram drzwi, a tam NIETOPERZ! Lecący prosto na mnie!!!
Narobiłam wrzasku, który zbudziłby nieboszczyka, odruchowo zakryłam się, walnęłam drzwiami i uciekłam.
W pierwszej chwili nie byłam w stanie powiedzieć, z tych emocji i nerwów, czy ten nietoperz zdołał wylecieć przez drzwi, które otworzyłam (i znajduje się teraz gdzieś w domu), czy może jednak został w łazience. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że zawrócił i wyleciał przez uchylony lufcik, bo chyba wystraszył się mnie tak samo jak ja jego.
Po tym wieczorze byłam już poważnie obfajdana. Na szczęście niedosłownie. Przeżyłam całe swoje życie bez ani jednego takiego przypadku, a tu nagle dwa w przeciągu kilku dni? Jakie są na to szanse?! Naprawdę trzeba mieć zezowate szczęście!
Od razu pozamykaliśmy wszystkie okna. Nie przyszło mi to łatwo, bo uwielbiam rześkie powietrze i widok otwartych okien był u nas zawsze czymś normalnym.
Pech chciał, że zaraz po tym niefortunnym wydarzeniu znów mieliśmy wysokie temperatury – przez dwie noce męczyliśmy się przy zamkniętych oknach i czuliśmy jak w piekarniku. No ale przynajmniej byliśmy poza zasięgiem nietoperza!
A jakby tego było mało, jednej nocy obudziłam się z wrzaskiem "NIETOPERZ!", bo przecież mój wspaniały mózg musiał odtworzyć we śnie całą tę niefortunną sytuację z nietoperzem. Nie dość, że prześladował mnie w prawdziwym życiu, to jeszcze w nocy musiałam przed nim uciekać!
I tak sobie myślę, jak cudownie żyło mi się, kiedy byłam ignorantką. Zanim natrafiłam na ten artykuł, zanim dowiedziałam się o nietoperzach i wściekliźnie, zanim musiałam zamykać wszystkie okna na noc.
Myślę sobie też, że to swego rodzaju "cud", że przeżyłam swoje dzieciństwo na wsi. Byłam bowiem tym niewinnym i naiwnym dzieckiem, które chciało ratować każde istnienie. Kiedy więc któregoś dnia znalazłam gacka z uszkodzonym skrzydłem, zabrałam go do domu, aby w domowym zaciszu wracał do zdrowia. Nie jestem nawet pewna, czy poinformowałam o tym mamę. Historia nie skończyła się pomyślnie dla wszystkich, ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.







