David Goggins.
Dwa słowa, które jeszcze do niedawna nic dla mnie nie znaczyły. Jedna osoba, o której nie wiedziałam nic. Przyparta do muru, albo nawet do elektrycznego pastucha, nie byłabym w stanie pisnąć ani jednego słówka na jego temat. Nic poza "ała!!!" i "nie znam go, daj mi spokój, człowieku!".
Dziś, kiedy patrzę na Gogginsa, widzę w nim mieszankę superbohaterów. Ma coś z Batmana, który wyłania się z mroków, trochę z Aquamana (niekoniecznie mówię tu o jego muskulaturze, bardziej o swobodzie w wodzie), jeszcze trochę z Supermana, bo powietrzu też sobie świetnie radzi, a nie tylko na lądzie i w wodzie. Ale też coś z szaleńca i fanatyka. A także z... bezdusznej maszyny i bezkompromisowego Ultrona, gotowego po trupach dążyć do celu. Po swoim na pewno!
Każdy, kto zna Gogginsa, wie bowiem, że ból to jego specjalność. A on sam nigdy nie oszczędza swojego ciała. To ten typ człowieka, którego prędzej zobaczycie chłoszczącego się kańczugiem o piątej rano niż w gabinecie SPA na relaksującym masażu.
Dla niewtajemniczonych (żeby nikt nie musiał przyciskać Was do elektrycznego pastucha) – David Goggins jest byłym komandosem Navy SEALS, elitarnych sił specjalnych Marynarki Wojennej USA, a ponadto jedynym amerykańskim żołnierzem, który ukończył także mordercze szkolenie w The Ranger School (nikogo tam nie mordowali, morderczy to synonim "cholernie ciężkiego"), jak również to w siłach Air Force Tactical Air Control Party (nie przejmujcie się, ja też nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy).
A jakby tego było mało, dodam, że zapisał się też w Księdze Rekordów Guinnessa – w 17 godzin wykonał 4030 podciągnięć na drążku. Słownie: cztery tysiące trzydzieści! To zero na końcu nie wcisnęło mi się przez przypadek. No, mówiłam – maszyna, nie człowiek!
Hurtowe czytanie ma pewne minusy. Czasami jestem jak ta kasjerka, która kończy obsługę jednego klienta i woła "next!". Od razu zapomina o tym poprzednim, całą swoją uwagę poświęca nowemu. Mam tak z książkami. Z tą było jednak inaczej. Długo o niej myślałam, bardzo długo, a nawet poczułam potrzebę, aby zapisać te moje refleksje.
Czytam "taśmowo", ale rzadko na dłużej pochylam się nad przeczytaną pozycją literacką. Niemal natychmiast zapominam o niej w momencie, w którym zamykam ostatnią stronę.
W pewien sposób jest to dość wymowne i... smutne. Świat literatury już dawno zalało tsunami książek. Nawet bez mikroskopu i analizy biologicznej widać, że w tej fali znajduje się szlam, ale też perełki i kamienie szlachetne zmyte gdzieś po drodze.
Człowiek versus tsunami? To nie może się udać. Wielu perełek nigdy nie uda nam się wyłowić z tego nadmiaru wody. Ale – niektóre wyłowią dla nas inni. I to jest ta dobra wiadomość.
I tak właśnie było w przypadku "Nic mnie nie złamie" Gogginsa. Ktoś w mediach społecznościowych, które mają w obecnych czasach raczej czarny pijar, zachwalał ją jako najbardziej inspirującą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytał.
To jedno hasło wystarczyło, by mnie kupić. A przynajmniej moją uwagę. Jako że uwielbiam fascynujących i ciekawych ludzi, szybko zanotowałam sobie ten tytuł, aby niedługo później udać się z nim do mojej irlandzkiej biblioteki AKA książkowego Sezamu. Sezam, nie tylko otworzył przede mną swoje wrota, ale też ukazał obiekt, którego tak pożądałam.
Któregoś dnia usiadłam (bez jakichś większych oczekiwań) i zaczęłam czytać. Nim się obejrzałam, byłam już zaangażowana w treść czytanej przeze mnie autobiografii.
Zafascynował mnie ten nietuzinkowy człowiek, który skutecznie przeprogramował swój umysł i znalazł kreatywne ujście dla całego zła, które go w życiu spotkało. Dla tych wszystkich negatywnych emocji, które tak wielu ludzi hojnie gromadzi długimi latami i pieczołowicie przechowuje w łatwopalnym miejscu, aż w końcu staje się nieuniknione – natrafiają one na iskrę zapalną i robią z człowieka płonącą pochodnię. Spodobało mi się to, że Goggins zrobił wszystko, by nie pozostało po nim smutne pogorzelisko.
Przewracałam kartkę za kartką. Musiałam wiedzieć co dalej.
Książka jest w moim odczuciu trochę nierówna. Pierwsza część była dla mnie zdecydowanie ciekawsza. W drugiej autor praktycznie cały czas skupia się na sporcie i swoich wyczynach.
Bez wątpienia jest bardzo inspirująca i wierzę, że dla wielu stała się pokrzepiającym światełkiem w tunelu, które nie tylko dało im potrzebną nadzieję, ale też narzędzia do tego, by wzięli życie w swoje ręce i zaczęli spełniać swoje marzenia.
Jest w niej bardzo mało informacji o jego życiu prywatnym (sprawach sercowych) i samych misjach wojskowych – to drugie akurat zrozumiałe. Moja wewnętrzna plotkara, o której istnieniu nie miałam pojęcia, nie poczuła się zaspokojona. Ze szczątkowych informacji, przemycanych tu i ówdzie, czytelnik nagle dowiaduje się, że Goggins ma drugą żonę, dziecko albo że był na misji w Iraku. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z niechęci do "zaśmiecania" książki niepotrzebnymi wątkami, czy może z braku sukcesów na tym polu? Co niektórzy mogliby bowiem uznać jego życie osobiste za pasmo porażek (rozwód, kolejna żona, trudne relacje z córką, według której nie był wystarczająco obecny w jej życiu, ani odpowiednio zaangażowany).
Z mojego punktu widzenia David jest szalenie inspirującą osobą – przeżyć to, co on przeżył i tyle osiągnąć... To doprawdy ogromny sukces zarezerwowany tylko dla wybitnych jednostek. Imponuje mi jego samodyscyplina, ambicja, wytrwałość w dążeniu do celów, a także jego niezgoda na posiadanie mentalności ofiary. Jako kobieta uważam ten zestaw cech u mężczyzn za bardzo atrakcyjny, seksowny wręcz.
Z drugiej strony zaś, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie z kimś takim jak on zwyczajnie musi być okropnie trudne i przypominać jazdę na rodeo z wyjątkowo dzikim i wierzgającym bykiem. Z pewnością nie jest to rozrywka dla każdego.
Mam też wątpliwości, czy Goggins, pomimo tych wszystkich sukcesów zawodowych i pobitych rekordów, potrafi tak naprawdę osiągnąć poczucie szczęścia i zadowolenia. Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć terminatora, który może doskonale radzić sobie na wojskowych misjach, ale niekoniecznie w zwyczajnym, prywatnym życiu. I to jego spojrzenie... Jakby martwe, wyzute z jakichkolwiek emocji.
Mam więc mieszane uczucia. Bo z jednej strony podziwiam go, jest niewątpliwą inspiracją i wzorem do naśladowania, z drugiej strony zaś trochę mu współczuję tego, że nie potrafi tak po prostu spocząć na laurach. Poprzestać na tym, co już ma. Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. Tak jakby to jego wewnętrzne dziecko (a może ojciec patus?) ciągle powtarzało mu, że jednak nie jest wystarczająco dobry.
Trochę przypomina mi takiego wyścigowego konia albo charta, wiecznie w pogoni za zwycięstwem. Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna. Ale to jego życie i trudno mi winić go za to, że chce je przeżyć na pełnej petardzie zgodnie z maksymą "lepiej jest przeżyć rok życiem tygrysa niż dwadzieścia lat życiem żółwia".
Jeśli znacie Gogginsa i czytaliście jego autobiografię, podzielcie się, proszę, swoimi przemyśleniami, bo jestem bardzo ciekawa, do którego obozu się zaliczacie: jego zwolenników czy przeciwników.
Ten wpis jest już wystarczająco długi, nie będę go zatem przedłużać. Wspomnę tylko, że z książek, które ostatnio przeczytałam bardzo podobała mi się "Go As A River" Shelley Read.
Początek nie był obiecujący – nie mogłam się w nią wgryźć. Utknęłam na trzydziestej stronie, rozczarowana i zawiedziona, że mi z nią nie wyszło (a od Rose słyszałam dużo dobrego o tej powieści). Na szczęście pewnej niedzieli nastąpił przełom. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę – usiadłam, wznowiłam czytanie od strony numer 30, i... przepadłam! Jak kamień rzucony w wodę. Im dalej w las, tym ciekawiej – nie mogłam się od niej oderwać, bo koniecznie MUSIAŁAM wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterki. Gdyby nie to, że trzeba było zrobić kotlety schabowe na obiad, nie ruszyłabym się z miejsca przed dotarciem do końca książki. Skończyłam ją jeszcze tego samego dnia, po obiedzie.






