poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

Zabrzmię teraz jak nawiedzony wyznawca sekty apokaliptycznej Doomsday, wieszczący rychły koniec świata, ale doprawdy trudno nie mieć takich przemyśleń, patrząc na to, co się dzieje wokół nas.

Zazwyczaj nie bawię się w uprawianie commentary na blogu, bo po pierwsze – są od tego lepsi i bardziej kompetentni ode mnie, po drugie – staram się ograniczać napływ toksycznych wydarzeń, myśli i osób do swojego życia, aby nie psuć sobie spokoju umysłu.

Teraz jednak muszę sobie ponarzekać, bo to, co się obecnie dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie! Mówię tu o tym nowym, debilnym trendzie na TikToku, jakim jest jazda pod prąd na autostradzie. Najlepiej skradzionym samochodem. Tak, dobrze przeczytaliście. Ponoć to najnowszy krzyk mody wśród kwiatu irlandzkiej (i nie tylko) młodzieży.

Nieco ponad dwa tygodnie temu ośmiu nastolatków celowo wjechało wczesnym porankiem na autostradę M50 i czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym samochodem, którym podróżował Bogu ducha winien dwudziestodwuletni uczeń elektryka. Chłopak nie dość, że ledwo uszedł z życiem, nabawił się traumy, to jeszcze stracił samochód, którym dojeżdżał do pracy! Wszyscy trafili do szpitala. Jeden z nastolatków w stanie krytycznym.

Niecały tydzień temu, 17 sierpnia, Irlandię obiegły szokujące wiadomości – na autostradzie M9 w hrabstwie Kildare  miał miejsce jeden z najbardziej fatalnych wypadków, jakie miały tutaj miejsce w ostatnim czasie. Znów z udziałem nastolatków pędzących samochodem pod prąd!

Skradzione bmw z pięcioma zamaskowanymi gówniarzami na pokładzie czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym hyundaiem, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Wszyscy z pojazdu marki BMW zginęli na miejscu (jednego znaleźli dopiero po długim czasie, był "ukryty" pod wrakiem), ale to akurat najmniejsza strata.

Problem w tym, że w drugim samochodzie były trzy siostry i siedmioletnie dziecko jednej z nich. Przez tych "młodych i szybkich" dwie z nich są dziś w krytycznym stanie, jedna (siedząca z tyłu z dzieckiem) w bardzo poważnym stanie, podobnie zresztą jak podróżujący z nimi chłopiec.

Nie dojechały na lotnisko w Dublinie. Nie wsiadły do samolotu, który miał je przetransportować do UK na ślub kogoś z rodziny, a to niewinne dziecko nie wróci w następnym tygodniu do szkoły, a być może nawet nie dożyje ósmego roku życia.

Myślicie, że to coś dało? Że inni młodzi poszli po rozum do głowy?

Trupy tych pięciu młodych przestępców jeszcze nie ostygły, a w sieci już krążyły nowe wyczyny kolejnego mądrego pędzącego po złej stronie autostrady w hrabstwie Cork! Wszystko oczywiście nagrywał, bo przecież inaczej się nie liczy! Podobnie było w Dublinie, gdzie w środku nocy młodzi gniewni znów zabawiali się na M50 skradzionym samochodem, zanim go rozbili i zbiegli. Ci mieli więcej szczęścia, bo przeżyli. Ale ponoć karma nigdy nie gubi adresu.

Nadszedł kolejny weekend, i znów pojawiła się kolejna tragedia. Przecierałam oczy ze zdziwienia, kiedy w ostatni sobotni poranek powitał mnie znajomy nagłówek: siedmiu zabitych po czołowym zderzeniu na autostradzie, w tym pięciu młodych mężczyzn. Tym razem wypadek miał miejsce na północy Anglii, ale był bliźniaczo podobny do tego irlandzkiego, w którym zginęło pięciu młodych przestępców. Zarówno tam jak i tu wśród ofiar był jeden Polak – Boże, co za wstyd dla naszego narodu! Jakby i bez tego mało było napięć społecznych i nastrojów antyemigranckich! Niestety, w tym angielskim wypadku dodatkowo zginęło dwóch policjantów na służbie. Nie dożyli nawet czterdziestu lat.

Jak być może zauważyliście, za każdym razem pejoratywnie określałam tych młodych, którzy przez własną głupotę stracili życie. Tu muszę coś wyjaśnić. To nie byli niewinni chłopcy, którzy ssali kciuka przed snem i oglądali dobranockę.

Mimo że zawierali się w przedziale od 15 do 18 lat, byli już doskonale znani irlandzkiej policji. Ba! Ostatnie godziny swojego życia spędzili na próbach włamań do domów i samochodów.

Część z nich pochodziła z rodzin "travellerskich", rdzennej mniejszości etnicznej utożsamianej tu z kradzieżami, rozbojami i wszelkimi problemami, ale był wśród nich też siedemnastoletni Polak, Kamil, który za miesiąc świętowałby swoje osiemnaste urodziny. Niestety, na światło dzienne zaczęły wypływać inne kompromitujące fakty – ponoć on sam był odpowiedzialny za 80% kradzieży w hrbstwie Limerick, okradał też turystów w Dublinie, a jego matka w tej swojej bezradności wręcz prosiła sąd, by go wreszcie zamknęli – liczyła, że dzięki temu może się opamięta.

Irlandzki system sprawiedliwości jest jednak przestarzały i zbyt pobłażliwy wobec młodocianych przestępców. Ci ostatni doskonale zdają sobie z tego sprawę – drwią z prawa, autorytetów, zwykłych i przyzwoitych obywateli. Ze wszystkiego i wszystkich. Wiedzą, że są świętymi, niemal nietykalnymi, krowami. Irlandzka policja nie wjedzie za nimi pod prąd na autostradę – i między innymi stąd ta zuchwałość.

Wśród irlandzkiego społeczeństwa na próżno szukać litości i łez nad "ofiarami", bo jest  ono wyjątkowo zgodne w temacie. Ludzie ubolewają nad tą biedną rodziną, która nie dojechała na lotnisko, i jak jeden mąż krytykują rozpuszczonych, zdemoralizowanych nastolatków.

Dziś ofiarami padły trzy siostry i niewinne dziecko. Jutro to może być ktoś z nas.

Pod filmikiem z pogrzebu jednego z nastolatków ktoś napisał: "Nie spoczywaj w pokoju. Ty i twój kolega obrabowaliście 89-letnią staruszkę, która ze strachu zrobiła pod siebie. Wyśmialiście ją i zabraliście jej obrączkę ślubną. Dzięki Bogu jesteście żarciem dla robaków".

Ktoś inny dodał, że wreszcie spotkała ich sprawiedliwość. Jeden z nich już był zamieszany w wypadek drogowy – poszkodowany motocyklista nabawił się poważnych obrażeń głowy.

Jako że młodzi gniewni regularnie przechwalali się swoimi występkami w sieci, prowadząc między innymi transmisje na żywo w czasie kradzieży i samochodowych ucieczek, społeczeństwo podniosło larum w sprawie mediów społecznościowych, domagając się zaostrzenia zasad publikacji materiałów, moderacji szkodliwych treści, a nawet całkowitego zbanowania TikToka.

Problem jest stary jak świat. Trudna młodzież zawsze była trudna, zawsze postępowała nieodpowiedzialnie i głupio, zawsze dopuszczała się występków, ale teraz – w dobie Internetu – ma wyjątkowo duże pole do popisu. I ogromną publikę.

Dziś, jak nigdy wcześniej, możesz zginąć dla cudzych lajków.

Niegdyś tylko rodzina wiedziała, że w jej kręgach jest debil. Dziś wie o tym cały świat. Im większy imbecyl, tym większe parcie na szkło i sławę. A co gorsza, nic w Internecie nie sprzedaje się tak dobrze jak głupota.

Wiecie, co jest nie tak ze współczesnym społeczeństwem?

Z patostreamerów robi się celebrytów.

Z lekkomyślnych młodocianych kierowców robi się bohaterów i wyprawia im pogrzeb z pompą – pomyślałby kto, że tragicznie zmarł bohater narodowy, albo zasłużony żołnierz.

Generacja Z nie ma żadnych autorytetów, więc jej przedstawiciele sami usilnie próbują się nimi stać. Zaimponować innym. Zdobyć sławę i poklask. Poczuć się ważnymi. Kimś. Może dlatego, że kiedy patrzą w lustro, widzą prawdę. To, że są nikim. A jak najlepiej wypełnić wewnętrzną pustkę? Obwiesić się drogimi ubraniami z wielkim logotypem. Nabyć mocne auto z napędem na tylne koła i liczbą koni mechanicznych przyprawiających o zawrót głowy.

Kiedy patrzę na tych młodych i gniewnych, których dziś już nie ma wśród nas, widzę coś, co ich łączy – każdy ma jakby martwy wzrok. Puste, nieobecne spojrzenie. Każdy z nich udaje wielkiego chojraka.

Możesz być przykładnym kierowcą, ojcem, mężem, uczniem elektryka, ale to nie ma żadnego znaczenia dla hołoty, która za nic ma normy społeczne i ludzkie życie. To twoje życie nic nie jest dla nich warte. Ważniejsza jest internetowa sława, pogoń za adrenaliną, lajki, poklask innych idiotów i ich podziw w oczach. Tylko to się liczy.

Nieważne, że gdzieś tam rozgrywa się ludzka tragedia. Że miał być radosny ślub i spotkanie rodzinne, a jest popsuta zabawa, morze łez, niepokój, milion pytań do lekarzy i samych siebie.

Nieważne, że gdzieś tam są wielcy niewidoczni tych dramatów – policjanci, ratownicy, medycy. Służby ratunkowe, które muszą oglądać drastyczne sceny, o które nie prosili i zasypiać z obrazem pokiereszowanych trupów.

Nieważne, że gdzieś tam są dzieci, które nigdy już nie zobaczą swojego ojca, który wyszedł do pracy, ale z niej nie wrócił. A przynajmniej nie o własnych siłach, żywy.

To wszystko jest nieważne. Ważne, że grupa idiotów miała swoje pięć minut w Internecie.

Jakoś nie dziwią mnie odkrycia naukowców i ich wyniki badań mówiące, że umiejętności intelektualne Gen Z uległy pogorszeniu względem poprzednich pokoleń.

Społeczeństwo głupieje w zatrważającym tempie, idiokracja ma się dobrze, a świat zmierza ku upadkowi.


czwartek, 20 sierpnia 2026

Jak dobrze być ignorantem!

Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że ignorancja jest błogosławieństwem, a ja dość często jestem skłonna przyznać mu rację.

Tęsknię za czasem, kiedy byłam naiwna i niewinna zarazem. Tego właśnie zazdroszczę młodym. Jeszcze nie wiedzą, jak zły jest świat. Żyją w swojej bańce, widzą tylko czubek swojego nosa, mają zawężone horyzonty i głębokie przekonanie, że nic złego im się nie przytrafi.

Też kiedyś taka byłam.

A potem przyszła dorosłość i stopniowo odzierała mnie z tej niewinności, niczym kucharz cebulę z kolejnych jej warstw. Nie jest to miły proces, a dodatkowo niekiedy obfituje w łzy.

Im dłużej człowiek żyje na świecie, tym ten świat więcej mu zabiera.

Najpierw naiwność i niewinność.

Potem młodość. Beztroskę. Kolejne złudzenia. Urodę. Figurę. Zdrowie. Bystrość umysłu. Wigor. Bliskich. A na samym końcu – życie.

Siedzieliśmy niedawno w pokoju dziennym szumnie zwanym salonem. Okno było otwarte dla naszej i kociej wygody – oglądaliśmy najnowszy sezon "1670" i nie chcieliśmy co chwilę podrywać się, aby wpuścić/wypuścić futrzane towarzystwo (nie tylko ludzie nie mogą się zdecydować – koty też same nie wiedzą, czego chcą).

A zatem siedzimy sobie, oglądamy, brzuchy trzęsą się nam ze śmiechu. Jednak w pewnym momencie do tych znajomych dźwięków dochodzi nowy. Najpierw próbuję go ignorować, myśląc sobie, że to pewnie któryś z kotów. Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Nie daje mi to jednak spokoju, bo okno znajduje się bezpośrednio za moimi plecami.

Roleta opuszczona jest na 3/4 długości, podnoszę ją – nic nie widać. Wracam do oglądania, a po chwili znów to samo. Znów ten dziwny dźwięk! Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Patrzę w prawo (nic), patrzę w lewo...

A tam jakiś cień! Coś jest po drugiej stronie rolety!

"Co to jest, do jasnej anielki?!" – zaczynam zastanawiać się na głos. "Ćma?", "Motyl?"

To N I E T O P E R Z!" – Połówek identyfikuje ten niezidentyfikowany do niedawna obiekt latający.

Wystrzeliwuję z sofy niczym rakieta i odskakuję od okna jak oparzona.

Idę na zewnątrz, żeby potwierdzić przypuszczenia Połówka i z bezpiecznej odległości przyjrzeć się temu niespodziewanemu gościowi. Niestety, nie dane mi to było, bo jak tylko wyszłam przed dom, nietoperz wyfrunął przez okno i poleciał w sobie tylko znanym kierunku!

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że zaledwie parę tygodni wcześniej natrafiłam na kuriozalny artykuł, który przykuł moją uwagę. Był o kanadyjskim chłopcu, który obudził się w środku nocy z... nietoperzem siedzącym na jego nosie i ustach! I nie, nie jest to miejska legenda, a najprawdziwsza prawda.

Chłopiec odgonił go, nietoperz został wypuszczony na zewnątrz, tam, gdzie jego miejsce, a rodzina jedenastolatka przeszła nad tym do porządku dziennego – dziecko nie miało żadnych widocznych obrażeń, zadrapań ani ukąszeń, toteż obyło się bez wizyty u lekarza.

Pewnie ta historia stałaby się z czasem niewinną rodzinną anegdotką, gdyby nie to, że niecałe trzy tygodnie później u chłopca wystąpiły nagle "tajemnicze" objawy chorobowe. Zdrętwiała mu twarz, dostał gorączki, dreszczy, zaczął wymiotować...

Tym razem nie obyło się bez pomocy lekarskiej. Zanim jednak lekarzom udało się trafnie go zdiagnozować, na ratunek było już za późno. Po kilkunastu dniach w szpitalu chłopiec zmarł.

Taką podstępną chorobą jest właśnie wścieklizna, a do tego jest praktycznie w 100% śmiertelna. Kiedy zaatakuje układ nerwowy i mózg, medycyna pozostaje bezbronna.

Niesamowicie ważna jest tutaj profilaktyka poekspozycyjna – podanie szczepionki i surowicy ZANIM pojawią się objawy. Dlatego lepiej dmuchać na zimne i, w takich przypadkach jak ten wyżej opisany, od razu udać się do lekarza po ratunek.

Ten wieczór zmienił wszystko. Do listy moich obaw i strachów dopisałam nowy: obawa przed nietoperzem!

Ale to jeszcze nic!

Zaledwie dwa dni później sytuacja znów się powtórzyła.

Połówek poszedł się myć. Wziął prysznic, wyszedł z łazienki, poszedł do sypialni. Za chwilę do tej samej łazienki wchodzę ja. Włączam światło, otwieram drzwi, a tam NIETOPERZ! Lecący prosto na mnie!!!

Narobiłam wrzasku, który zbudziłby nieboszczyka, odruchowo zakryłam się, walnęłam drzwiami i uciekłam.

W pierwszej chwili nie byłam w stanie powiedzieć, z tych emocji i nerwów, czy ten nietoperz zdołał wylecieć przez drzwi, które otworzyłam (i znajduje się teraz gdzieś w domu), czy może jednak został w łazience. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że zawrócił i wyleciał przez uchylony lufcik, bo chyba wystraszył się mnie tak samo jak ja jego.

Po tym wieczorze byłam już poważnie obfajdana. Na szczęście niedosłownie. Przeżyłam całe swoje życie bez ani jednego takiego przypadku, a tu nagle dwa w przeciągu kilku dni? Jakie są na to szanse?! Naprawdę trzeba mieć zezowate szczęście!

Od razu pozamykaliśmy wszystkie okna. Nie przyszło mi to łatwo, bo uwielbiam rześkie powietrze i widok otwartych okien był u nas zawsze czymś normalnym.

Pech chciał, że zaraz po tym niefortunnym wydarzeniu znów mieliśmy wysokie temperatury – przez dwie noce męczyliśmy się przy zamkniętych oknach i czuliśmy jak w piekarniku. No ale przynajmniej byliśmy poza zasięgiem nietoperza!

A jakby tego było mało, jednej nocy obudziłam się z wrzaskiem "NIETOPERZ!", bo przecież mój wspaniały mózg musiał odtworzyć we śnie całą tę niefortunną sytuację z nietoperzem. Nie dość, że prześladował mnie w prawdziwym życiu, to jeszcze w nocy musiałam przed nim uciekać!

I tak sobie myślę, jak cudownie żyło mi się, kiedy byłam ignorantką. Zanim natrafiłam na ten artykuł, zanim dowiedziałam się o nietoperzach i wściekliźnie, zanim musiałam zamykać wszystkie okna na noc.

Myślę sobie też, że to swego rodzaju "cud", że przeżyłam swoje dzieciństwo na wsi. Byłam bowiem tym niewinnym i naiwnym dzieckiem, które chciało ratować każde istnienie. Kiedy więc któregoś dnia znalazłam gacka z uszkodzonym skrzydłem, zabrałam go do domu, aby w domowym zaciszu wracał do zdrowia. Nie jestem nawet pewna, czy poinformowałam o tym mamę. Historia nie skończyła się pomyślnie dla wszystkich, ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.

środa, 29 lipca 2026

Z opowieści latarnika – heroiczny ratunek i przebiegłe intrygi, czyli życie na irlandzkiej wyspie Arranmore w XIX wieku

 


"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu", pisał Hemingway w "Komu bije dzwon", rozsławiając w ten sposób słowa angielskiego poety, Johna Donne'a. 


W miejscach takich jak Arranmore, wyspach obmywanych wodami kapryśnego oceanu, te słowa zawsze wybrzmiewały donośniej. Tu zawsze mocniej czuło się to zespolenie z ludzkością. Nikt sam nie skrobał swojej rzepki. Skrobano ją razem. Niekoniecznie dlatego, że mieszkańcy wyspy byli nadzwyczajnie dobrymi ludźmi. Jako "więźniowie" Atlantyku, "więźniowie" Arranmore, swojej małej ojczyzny, byli niejako do tego zmuszeni. Życie ich zmuszało. Ówczesne warunki tego wymagały. 


Dziewiętnasty wiek na wyspie to nie była era indywidualistów. Raczej przedsiębiorczych ludzi – lokalnych McGyverów, którzy potrafili wyczarować coś z niczego. Każdy orał, jak mógł. 


Bardzo dobrym przykładem tej wymuszonej zaradności był sąsiad latarników – Sprytny Szkot, który mieszkał niecałe dwa kilometry od latarni Arranmore. Nie wiem, za jakie grzechy zesłano go na tę surową irlandzką wyspę, by na górze bezlitośnie smaganej wiatrem wypasał szkockie bydło i owce. 


Jak twierdził młodszy latarnik, Edward McCarron, jego dwuletni pobyt tutaj był w miarę przyjemny. Życie jednak monotonne i samotne. Za to dzięki sąsiedztwu Sprytnego Szkota nabierało koloru i smaku. Smaku w dosłownym znaczeniu, bo mężczyzna dostarczał latarnikom świeże mleko, masło, czasem też baraninę. 


Nie wiem, kto powiedział, że "gdy nie ma kota, myszy harcują". Może główny bohater bajki "Tom & Jerry", a może jakiś antyczny myśliciel. Miał jednak rację, wszak Szkot w tańcu się nie certolił. Jego "pan" był nieobecnym landlordem –właścicielem ziemskim, jakich w dawnych czasach nie brakowało. Przebywał w Wielkiej Brytanii, a jego irlandzkiej ziemi i stada doglądał wspomniany szkocki wysłannik. Ten zaś uznał, że skoro już tutaj być musi, to zrobi wszystko, by ten pobyt był jak najbardziej znośny. 


Kombinował jak koń pod górkę. Jak jego wierzchowiec – a może nawet bardziej! – na którym jeździł i doglądał powierzonych mu zwierząt. Mimo że nie powinien był doić krów, wszak jego pan życzył sobie, by cielaki żywiły się mlekiem, Szkot podbierał połowę mleka, przerabiał na masło i sprzedawał. 


Jednym z jego zadań na zesłaniu było również prowadzenie rejestru martwych zwierząt. Miał wpisywać na listę każdą sztukę, która padła, spadła albo została zdmuchnięta z klifów w czasie sztormu, co sporadycznie się zdarzało. 


Wówczas organizował akcję ratunkową – najmował jakiegoś śmiałka, który schodził po linie albo wypływał łodzią, by uratować zwierzę. Wszystkie wydatki rekompensował landlord, który raz do roku przypływał na Arranmore w ramach kontroli. Przeglądał księgi i wyznaczał określoną liczbę zwierząt, które miały popłynąć specjalnie wyczarterowanym parowcem na targ w Glasgow.  


Oczywiście na listę "pechowo straconych zwierząt" trafiały też te, które Sprytny Szkot sam postanowił uśmiercić, a mięso opylić latarnikom. Landlord oczywiście nie miał o tym pojęcia. Tak samo jak do głowy mu nawet nie przyszło, że Sprytny Szkot rozkręcił pod jego nieobecność mały biznes. Mężczyzna skupował cielaki od irlandzkich farmerów na Arranmore, a następnie tuczył je na mleku od krów swojego landlorda (a ponoć kradzione nie tuczy!). Kiedy ten ostatni miał przyjechać z wizytacją, Szkot chował swoje "nielegalne" stadko w jakimś ustronnym miejscu w odległej części wyspy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal! 


W czasie jednej z takich wizyt landlord z zainteresowaniem przyglądał się życiu mieszkańców wyspy – jakże odmiennemu od żywota, który sam prowadził.  Sporządził opisy Arranmore i nieopatrznie pochwalił się Szkotowi planem publikacji artykułu w prasie w Zjednoczonym Królestwie. Tutaj naszemu Pomysłowemu Dobromirowi szybko zapaliła się gwiazdka! Błyskawicznie skonstruował intrygę, której mógłby pozazdrościć mu sam Machiavelli! Naopowiadał mu przeróżnych głupot o zwyczajach tutejszych ludzi, a potem zasiadł wygodnie z kubełkiem popcornu, aby poczekać na rozwój sytuacji (no dobra, to ostatnie sama wymyśliłam).


Kiedy obiecany artykuł został opublikowany w angielskiej gazecie w Newcastle, Szkot otrzymał kilka kopii do dystrybucji. Z radością rozpowszechnił je wśród mieszkańców Arranmore, dobrze wiedząc, że zawierają one steki bzdur i wywołają oburzenie lokalnej społeczności. Stosunki łączące Irlandczyków z Anglikami od dawna były napięte, a artykuł okazał się zapałką wrzuconą do beczki prochu – urażeni mieszkańcy wyspy zgodnie poprzysięgli, że landlord nie wyjedzie żywcem z Arranmore, jeśli jeszcze kiedyś się tutaj pojawi. 


Cwany Szkot, mistrz intrygi, oczywiście chętnie przekazał te informacje swojemu panu – istniało prawdziwe ryzyko, że niewinny landlord podzieli los Machiavelliego, nieoficjalnego mistrza Sprytnego Szkota, i zostanie aresztowany, skuty, a następnie torturowany przez rozwścieczony tłum. 


Jeśli myślicie teraz: "nie, to nie może  się udać!", to... mylicie się. Landlord najwyraźniej uznał, że jego życie jest ważniejsze od stada baranów. Bał się zlinczowania i już nie wrócił na wyspę! Sprytny Szkot dopiął swego. 


Karma jednak nie gubi adresu. Przez kilka lat powodziło mu się naprawdę dobrze. Jednak po tłustych latach nastały te chude. Zubożał, a w efekcie opuścił Arranmore i Irlandię. Ale, ale... wszystko dobre, co się dobrze kończy! Góra, na której Szkot wypasał bydło i owce ostatecznie trafiła w ręce mieszkańców wyspy i stała się ich własnością. To wszystko zaś dzięki uprzejmości księdza, któremu udało się  namówić landlorda do oddania jej prawowitym właścicielom.  


O samych dziewiętnastowiecznych mieszkańcach wyspy młody latarnik wypowiadał się nad wyraz pochlebnie. Miał ich za inteligentnych (mimo że nie byli zbytnio wykształceni), pracowitych, zaradnych, powściągliwych i trzeźwych. Nie pili na umór, a jedynie sporadycznie korzystali z alkoholu – w chwilach smutku i radości. 


Nawozili swoje poletka wodorostami, przekopywali szpadlami (z braku pługów) i uprawiali ziemniaki, owies, żyto i jęczmień. Był też pod ogromnym wrażeniem pracowitości kobiet – ich talentu do dziergania i wyczarowywania kolejnych fatałaszków. Nigdy nie były bezczynne. Tak bardzo były wyspecjalizowane w szydełkowaniu, że robiły to nawet spacerując wzdłuż drogi! Swoje rękodzieło sprzedawały, a tym samym podreperowywały rodzinny budżet dodatkowymi szylingami. 


Ale i sam Edward nie odstawał niczym od dzielnych mieszkańców Arranmore. Dał temu wyraz w 1871 roku, kiedy dobitnie udowodnił, jak niesamowicie ważną rolę pełnili latarnicy w tych "ciemnych, zacofanych czasach". 


W czasie jednej ze swoich wart wypatrzył na oceanie łódź wiosłową z jej "krzykliwą zawartością". Początkowo nie wzbudziła w nim większych podejrzeń – mieszkańcy wyspy często wypływali na ocean do przepływającego tutaj parowca z Glasgow, aby dokonać handlu wymiennego i zaopatrzyć załogę w świeże ryby. 


Tym razem jednak było inaczej. Te wrzaski jakby bardziej dramatyczne niż zwykle. Bardziej przeraźliwe i przejmujące. Jakby życie załogi miało od nich zależeć. I tak też było. Jak się wkrótce okazało, to nie była zwykła łódź, lecz szalupa ratunkowa z barki Tropic, która 11.04.1871 roku wypłynęła ze Szkocji do Hiszpanii. Po drodze coś jednak poszło nie tak i załoga musiała się ewakuować, bo statek zaczął tonąć. 


Nie mieli czasu na dokładne przygotowanie się na gehennę, która na nich czekała. Złapali to, co najważniejsze: dokumenty statku, butelkę brandy, trochę suchego prowiantu i peklowany boczek. Wsiedli do szalupy ratunkowej i odpłynęli w poszukiwaniu suchego lądu. Ratunek przyszedł po długich pięciu dniach wiosłowania, kiedy byli już u kresu sił. 


Wyspa Arranmore zamajaczyła im przed oczami ze swoją latarnią i zapewne był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widzieli. Dla jednego z nich widok lądu był też ostatnim widokiem – wyzionął ducha, kiedy go zobaczył. Widok zabrał ze sobą do grobu i nie udało mu się niestety postawić nogi na suchym lądzie. Był stolarzem i nazywał się Alfred Jackson. 


Kiedy Edward upewnił się, że są rozbitkami, natychmiast ruszył z pomocą. Zaalarmował swojego zwierzchnika, głównego latarnika, przyniósł gruby sznur, a potem – niczym nieśmiertelny superbohater z kreskówki – zszedł po klifie w dół, aby ratować ludzkie życie. Różnica polegała jednak na tym, że nie był nieśmiertelny. Na każdym etapie akcji ratunkowej ryzykował swoim życiem. Tutejsza latarnia znajduje się na ostrym, pionowym urwisku – klifie, który nie wybacza błędów. 


Szczęśliwie obyło się bez dodatkowych zgonów, choć ta chałupnicza akcja ratunkowa była bardzo dramatyczna – ocean był wzburzony, a rozbitkowie skostniali, ledwo zipiący, pozbawieni sił, choć nie woli życia. I chyba ta ostatnia sprawiła, że resztkami sił współpracowali, a kiedy już wydostali się na ląd, poruszali się na czworaka i dramatycznie szukali wody do picia. Przez kilka kolejnych dni nie mogli ugasić pragnienia, bez względu na to, ile pili. 


Nogi i stopy mieli potwornie opuchnięte – trzeba było rozciąć im buty. Po tylu dniach i nocach na otwartym morzu żaden z nich nie potrafił normalnie chodzić. Przejmujący to był widok – dziesięciu mężczyzn poruszających się na kolanach albo na czworakach po nierównej, ostrej nawierzchni prowadzącej do domków latarnika. Niczym pielgrzymi do celu swojej bolesnej wędrówki.  


Pięciu zostało umieszczonych w domku głównego latarnika i jego rodziny, a druga połowa rozbitków w domu Edwarda. Pod troskliwą opieką latarników odzyskali wigor i w przeciągu tygodnia byli w stanie swobodnie chodzić. Następnie zaś wsiedli na pokład szkockiego parostatku i odpłynęli do swojej ojczyzny. 



Za swój bohaterski czyn Edward dostał 2£, a główny latarnik i cała jego rodzina (żona i córki, które również brały udział w akcji ratunkowej i holowały rozbitków) po jednym funcie. 


Czasy się zmieniły i ponoć jako ludzkość zrobiliśmy ogromny postęp, choć mój wewnętrzny cynik bardziej wierzy w to, że dziś ludzie chętniej wyciągaliby smartfony niż opuszczali się po linie z klifu, by ratować nieznajomych. 



Część rzeczy się zmieniła. Żegluga morska niesamowicie unowocześniła, a latarnicy przeminęli z wiatrem. Druga część pozostała taka sama, jak latarnia Arranmore na skalnym urwisku. Każdy nadal orze, jak może i wspina się na wyżyny kreatywności, by przetrwać swoje życie – śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową. 


 

czwartek, 16 lipca 2026

Summertime Sadness

W kultowej piosence Maanam Kora śpiewa:

"A słońce wysoko wysoko
Świeci pilotom w oczy
Rozgrzewa niestrudzenie
Zimne niebieskie przestrzenie

 

Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz"

 

Ja z kolei czekam na wiatr, co przygoni ciemne, ciężkie i ołowiane chmury, by móc stanąć z deszczem twarzą w twarz.

Z zazdrością spoglądałam na niedawne doniesienia znad polskiego wybrzeża – z chęcią znalazłabym się nad Bałtykiem w czasie tego niedawnego sztormu. W Irlandii w tym czasie szalał nieznośny upał.

Mamy upiorne lato. Praktycznie cały lipiec, dzień w dzień, intensywne słońce i wysokie temperatury. Pewnie gdybym mieszkała nad morzem, bardziej by mnie to cieszyło, ale tu, w głębi lądu, jest zwyczajnie za gorąco. Trawa już częściowo wypalona tymi trzydziestoma stopniami i przedłużającą się suszą.

We wtorek wieczorem wybuchł potworny pożar w parku narodowym w Killarney – prawdopodobnie spowodowany głupotą ludzką i jednorazowym grillem, którego jakiś lekkoduch nie utylizował w odpowiedni sposób...

Zawsze miałam się za kaczkę-dziwaczkę. Kiedy inni zachwycali się pełnią lata i prażącym słońcem, mnie roztkliwiała myśl o romantycznej, melancholijnej i kolorowej jesieni.

Parę dni temu odkryłam, że takich dziwaków jak ja jest na świecie znacznie więcej. Przypadkowo natrafiłam na rolkę na Instagramie – czy lato smutno cię nastraja? Miała ponad 7500 lajków i poruszała temat przypadłości zwanej często jako "reverse SAD", czyli letniej depresji sezonowej.

Zazwyczaj ludzi dotykają Sezonowe Zaburzenia Afektywne związane z jesienią i zimą, są jednak też tacy, z których to lato wysysa życiowe soki. I choć może nie jestem książkową ofiarą SAD, to jednak widzę u siebie kilka typowych objawów.

Irytuje mnie nadmiar ostrego światła. Budzę się, odsuwam rolety i dostaję stuwatową jarzeniówką po oczach. Od razu mam ochotę skulić się i popełznąć do krypty Nosferatu, żeby się z nim spoufalić. Nie przez przypadek na przesłuchaniach torturuje się ludzi świecąc im prosto w gały. Niektórzy może to lubią, wszak masochiści są wśród nas, ale ja od razu sięgam po okulary przeciwsłoneczne. Kiedy u mnie wieczorami ciemne kąty rozjaśnia miękka, ciepła i bursztynowa poświata, u sąsiadów z naprzeciwka oczy wypala prosektoryjne zimne i ostre światło.

A na co narzekali ludzie w komentarzach? Okazuje się, że lato nasila u wielu osób objawy depresji i lęków. Sprawia, że nie mogą się skoncentrować, wyspać, są bardziej drażliwi. Czują się w potrzasku, bo nie mogą uniknąć nadmiernego światła i uciążliwych temperatur. Wszechobecne tłumy ludzi doprowadzają do szału, tak samo jak niemożliwość schłodzenia się. A do tego jeszcze dochodzą oczekiwania innych – powszechnie uważa się bowiem, że "ładna i słoneczna pogoda" każdemu poprawia humor. Oczekuje się więc, że ludzie będą zadowoleni i  szczęśliwi, a do tego aktywni. Jesień i zima dają niejako przyzwolenie na relaks, koc, kanapę i Netflix. Lato z kolei narzuca na ludzi presję robienia ciekawych rzeczy, wyciskania dni niczym cytrynę. Wzmaga w niektórych poczucie winy i wyalienowania społecznego.

I ja akurat rozumiem te argumenty. Coś w tym jest. Pamiętam, jak któregoś gorącego dnia stawiłam się do pracy w podłym humorze, mimo że wolałabym być milion mil dalej, a szef, jak tylko mnie zobaczył, przywitał niesamowicie podekscytowanym głosem: "X, sunshine!". Nie zdążyłam wtedy ugryźć się na czas w język i wypaliłam: "I don't care about sunshine!". Tak jakby to głupie prażące słońce miało magicznie zmienić moje życie i rozwiązać wszystkie problemy.

Tak że tak. Jeśli chcecie sobie ponarzekać na upały, to walcie do mnie jak w dym (wiem, że są tu przynajmniej trzy bratnie dusze, które czują podobnie). Tu zawsze macie bezpieczną przystań i znajdziecie zrozumienie. Kto wie? Może nawet któregoś gorącego dnia razem wyprowadzimy się i zamieszkamy z pingwinami?

Gdybym była serialem, byłabym Twin Peaks.

Gdybym była filmem, byłabym "Into the Wild".

Gdybym była muzyką, byłabym Cigarettes After Sex.

Gdybym była piosenką, byłabym "Society" Eddiego Veddera.

Widzisz już do czego zmierzam? Jaki klimat preferuję? I'm not your Bahama girl.

Nie zrozumcie mnie źle. Lubię słońce i ciepło, ale mam bardzo skromne wymagania w tej materii. Wystarcza mi dwadzieścia stopni. Nieco ponad. Natomiast to, co jest teraz, to koszmar. Chociaż tyle dobrego, że ostatnie dni są bardziej wietrzne, więc jest czym oddychać. No i można spokojnie spać, bo noce nie są upalne.

W taką pogodę nawet nie chce się stać nad parującymi garami. Złośliwe wiedźmy nieprzypadkowo sporządzają swoje trujące wywary pod osłona nocy! A jeśli jeszcze nie widzieliście czarownicy gotującej w biały, upalny dzień, to tylko dlatego, że nie zaglądaliście do mojej kuchni.

Gotować się nie chce, ale ponieważ jeść coś trzeba, to ulepiłam we wtorek ponad czterdzieści pierogów ruskich. Normalnie preferuję robić je w deszczowy dzień, słuchając ciekawego podcastu, bo to mnie niesamowicie relaksuje, ale w lodówce leżał twaróg, który należało zużyć, więc nie chciałam, żeby się zmarnował. Przy okazji potwierdziła się stara mądrość – potrzeba matką wynalazków! Po raz pierwszy w życiu zrobiłam pierogi na mące żytniej i muszę powiedzieć, że jestem pozytywnie zaskoczona! A wszystko dlatego, że kiedy przystąpiłam do robienia ciasta, okazało się, że mam za mało mąki pszennej! Zupełnie zapomniałam, że dzień wcześniej robiłam kruche ciasto ze śliwkami i zużyłam większość mąki!

Nie było ani auta, ani kierowcy, który mógłby szybko wyskoczyć do sklepu, a to nie czasy, że idzie się do sąsiadki po szklankę cukru/mąki. Zresztą, i tak bym jej nie dostała, bo sąsiadka w szpitalu po operacji. Oświeciło mnie jednak, że w szafce powinna być gdzieś mąką żytnia, którą kiedyś Połówek kupił-nie-wiem-po-co, więc wygrzebałam ją, wsypałam do miski i voilà – pierogi jak ta lala! Na drugi dzień Pasibrzuch pożarł je w aucie... na zimno! (trzymajcie mnie!)

A tak poza tym, to sezon ogórkowy w pełni. Tak w przenośni, jak i dosłownie. Blogowisko nieco zamarło, co mnie wcale nie dziwi, bo sama też mniej czasu spędzam w sieci. Lato temu nie sprzyja, ani tym bardziej upały – już dwa razy przegrzał mi się komputer i sam wyłączył znienacka.

Udało się za to poczynić pierwsze zapasy ogórków małosolnych. W zeszłym roku mieliśmy niedobór słoików i trzeba było przedwcześnie zamknąć produkcję. Przez zimę pieczołowicie gromadziliśmy słoiki, a to zaowocowało czterdziestoma sztukami ukiszonych ogórków gruntowych. A to jeszcze nie koniec. Dopiero się rozkręcamy!

Nic ciekawego się nie dzieje, więc nie ma o czym pisać. Szara rzeczywistość. Dodam jeszcze tylko, że wczoraj wieczorem do późna w nocy siedzieliśmy w ogródku. W piekarniku robiła się zapiekanka warzywna na dzisiaj, i kiedy tak siedzieliśmy, czekając aż się upiecze, nawiedziły nas dwa jeżyki! Wycwaniły się i już nie czekają na jesień! Teraz dokarmiamy je codziennie, bo przychodzą na kolację z niemal szwajcarską dokładnością.