wtorek, 7 lipca 2026

Głód, który trudno zagłuszyć


O rany.

To była książka dla twardych zawodników.

Gdyby tak porównać świat literacki do sportowego, kim byś był(a)?

Filigranowym narciarzem umiejętnie lawirującym między niepożądanymi przeszkodami (lekturami), zawodnikiem wagi piórkowej, czy może twardym sumo, który z łatwością pożera porażające powieści na śniadanie?

Jeśli nie jesteś tym ostatnim, to dla swojego dobra trzymaj się z daleka od "Hungry", bo to zdecydowanie nie jest memuar dla "mięczaków".

Ja jestem sumo. Niestraszne mi straszne opowieści.

Jeśli myślicie, że wyciągniecie zza pazuchy najsmutniejszą książkę, jaką kiedykolwiek czytaliście, wymierzycie ją w moim kierunku, a ja skulę się jak opętaniec na widok egzorcysty z wycelowanym w niego krucyfiksem i zaklęciem "zgiń, przepadnij, antychryście!", to... się grubo mylicie.

Najbardziej prawdopodobna reakcja będzie taka, że oczy rozbłysną mi jak supernowa, a serce zacznie szybciej bić. Nie ze strachu. Z ekscytacji.

Jeśli żyje się na świecie odpowiednio długo, to świat literacki przestaje straszyć. Ba! Nawet staje się ucieczką od okrucieństw tego realnego.

W "Hungry" autorka załadowała na taczkę – a raczej na naczepę wywrotki – cały swój życiowy gnój i stopniowo zrzucała go na czytelnika. Początkowo spływało to po mnie jak po kaczce, ale kiedy byłam już na finiszu, a spod kupki gnoju wystawała mi tylko głowa, zaczęłam nieśmiało wołać "pomocy!" i walczyć o oswobodzenie rąk, aby zacząć nimi wymachiwać (dla wzmocnionego efektu).

Katriona O'Sullivan zaistniała na irlandzkiej scenie literackiej po opublikowaniu swojej bestsellerowej autobiografii "Poor", o której już tutaj pisałam w zeszłym roku. Bardzo podobała mi się ta książka, więc kiedy dowiedziałam się, że w kwietniu tego roku ukazała się "Hungry", "biografia jej ciała", grzecznie ustawiłam się w bibliotecznej kolejce.

"Hungry" ("Głodna") jest nieplanowanym dzieckiem Katriony. Częściowo uzupełnieniem "Poor" ("Biednej"), a częściowo jej rozbudowaniem, toteż ci, którzy czytali tę ostatnią, mogą odebrać ją jako nieco "odsmażany kotlet".

"Głodna" to jednak coś znacznie więcej niż dobrze nam znany kotlet.

To manifest kobiety głodnej. Głodnej w tym dosłownym znaczeniu – spragnionej pożywienia, którego nie zapewniali jej patologiczni rodzice narkomani – ale też w tym metaforycznym, bo Katrionę od maleńkości trawił nieokrzesany głód. Głód miłości, uwagi, akceptacji, zrozumienia.

To też manifest kobiety udręczonej, w którym zapewne wiele innych kobiet przejrzy się jak w lustrze lub tafli wody. A to, co tam zobaczą, niekoniecznie będzie przyjemne.

Można zaklinać rzeczywistość, ale fakty są brutalne. Dziewczynki od najmłodszych lat są często seksualizowane przez mężczyzn, co z kolei prowadzi do ich problemów psychicznych i późniejszego przedmiotowego traktowania kobiet.

Autorka już jako dojrzewające dziecko musiała mierzyć się z niepożądaną uwagą mężczyzn: z niewybrednymi uwagami na temat jej dużych piersi, pełnych ust, z seksualnymi aluzjami opatrzonymi obleśnym uśmieszkiem.  If she's old enough to bleed, she's old enough to breed.

Im dłużej o tym czytałam, tym większy gniew we mnie narastał. Nie na nią, na wulgarnych chamów, na brutalny świat, na tych, którzy na to pozwalają i nie widzą w tym nic złego! Bo to nie fikcja literacka. To najprawdziwsza prawda.

Sama sobie przypomniałam, jak ksiądz, stary pryk, obleśnie na mnie patrzył, kiedy byłam w szkole podstawowej. Jak chętnie przetrzymywał moją dłoń na powitanie, jak mnie "niewinnie" podszyczypywał, jak panowie budowlańcy gwizdali na mój widok, kiedy szłam ulicą. I nie, "nie prosiłam" o to, bo nie miałam na sobie dekoltu do pasa i mini ledwo zakrywającej tyłek – byłam zakutana od stóp do głów i bardziej przypominałam ninję (z długimi rozpuszczonymi blond włosami) niż ponętnego wampa.

Teraz już raczej się od tego odchodzi i nazywa to molestowaniem ulicznym, ale w czasach mojej młodości było postrzegane przez wiele kobiet jako powód do dumy i radości.

Smutne, jak bardzo dałyśmy sobie wmówić, że nasza wartość sprowadza się właśnie do tego – do gwizdów, do wzroku aprobaty (nie)znajomych, do niewybrednych tekstów na temat naszych kobiecych krągłości.

Żyjemy w świecie, który nie tylko sprzyja nienawiści kobiet do swojego lustrzanego odbicia, ale wręcz podsyca ten brak akceptacji i zgody na rozstępy, zmarszczki, dodatkowe kilogramy. To woda na młyn kosmetycznego przemysłu. Chirurgowie już ostrzą skalpele.

Tak z ręką na sercu – kto z Waszego środowiska ma wiecznie obsesję na punkcie wagi i wyglądu? Kobiety czy mężczyźni?

U kogo nadwaga jest bardziej akceptowana społecznie?

Kto z Was, drogie panie, ma więcej kosmetyków w łazience? Nawet jeśli jesteście taką osobą jak ja, która ma ich naprawdę umiarkowaną ilość, to i tak stawiam dolary przeciwko orzechom, że macie ich więcej niż Wasi mężowie.

Właśnie, mężowie – który z nich regularnie chodzi do kosmetyczki, katuje się kolejnymi restrykcyjnymi dietami, wstrzykuje sobie kwas hialuronowy w usta, albo toksynę botulinową w czoło? Który z nich odsysa tłuszcz w szemranych klinikach w Turcji i naraża swoje życie?

Komuś bardzo zależy, by kobiety wiecznie były zakompleksione i nie czuły się wystarczająco atrakcyjne, pewne siebie, młode i zadbane.

I nawet jeśli nie interesujemy się psychologią i nie orientujemy się, co to ten efekt aureoli, to i tak jakoś intuicyjnie wyczuwamy, że ładny i atrakcyjny ma w życiu znacznie łatwiej od brzydkiego i grubego.

A może to wcale nie intuicja? Może to po prostu efekt jednego czy drugiego podszeptu mamy lub babci na temat naszych porcji, mądrości przekazywanych z pokolenia na pokolenie (jak cię widzą, tak cię piszą), albo wzroku dezaprobaty na widok przytycia?

To wszystko, a nawet więcej w "Hungry" Katriony O'Sullivan.

Niełatwa lektura, bardzo szczera (momentami aż za bardzo!), ale jednak niesamowicie potrzebna, żeby naświetlić problemy stare jak świat.

Zmiany często zaczynają się od takich właśnie niewygodnych dyskusji.

środa, 17 czerwca 2026

Bardziej współczuć czy podziwiać?


David Goggins.

Dwa słowa, które jeszcze do niedawna nic dla mnie nie znaczyły. Jedna osoba, o której nie wiedziałam nic. Przyparta do muru, albo nawet do elektrycznego pastucha, nie byłabym w stanie pisnąć ani jednego słówka na jego temat. Nic poza "ała!!!" i "nie znam go, daj mi spokój, człowieku!".

Dziś, kiedy patrzę na Gogginsa, widzę w nim mieszankę superbohaterów. Ma coś z Batmana, który wyłania się z mroków, trochę z Aquamana (niekoniecznie mówię tu o jego muskulaturze, bardziej o swobodzie w wodzie), jeszcze trochę z Supermana, bo powietrzu też sobie świetnie radzi, a nie tylko na lądzie i w wodzie. Ale też coś z szaleńca i fanatyka. A także z... bezdusznej maszyny i bezkompromisowego Ultrona, gotowego po trupach dążyć do celu. Po swoim na pewno!

Każdy, kto zna Gogginsa, wie bowiem, że ból to jego specjalność. A on sam nigdy nie oszczędza swojego ciała. To ten typ człowieka, którego prędzej zobaczycie chłoszczącego się kańczugiem o piątej rano niż w gabinecie SPA na relaksującym masażu.

Dla niewtajemniczonych (żeby nikt nie musiał przyciskać Was do elektrycznego pastucha) – David Goggins jest byłym komandosem Navy SEALS, elitarnych sił specjalnych Marynarki Wojennej USA, a ponadto jedynym amerykańskim żołnierzem, który ukończył także mordercze szkolenie w The Ranger School (nikogo tam nie mordowali, morderczy to synonim "cholernie ciężkiego"), jak również to w siłach Air Force Tactical Air Control Party (nie przejmujcie się, ja też nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy).

A jakby tego było mało, dodam, że zapisał się też w Księdze Rekordów Guinnessa – w 17 godzin wykonał 4030 podciągnięć na drążku. Słownie: cztery tysiące trzydzieści! To zero na końcu nie wcisnęło mi się przez przypadek. No, mówiłam maszyna, nie człowiek! 


Hurtowe czytanie ma pewne minusy. Czasami jestem jak ta kasjerka, która kończy obsługę jednego klienta i woła "next!". Od razu zapomina o tym poprzednim, całą swoją uwagę poświęca nowemu. Mam tak z książkami. Z tą było jednak inaczej. Długo o niej myślałam, bardzo długo, a nawet poczułam potrzebę, aby zapisać te moje refleksje.

Czytam "taśmowo", ale rzadko na dłużej pochylam się nad przeczytaną pozycją literacką. Niemal natychmiast zapominam o niej w momencie, w którym zamykam ostatnią stronę.

W pewien sposób jest to dość wymowne i... smutne. Świat literatury już dawno zalało tsunami książek. Nawet bez mikroskopu i analizy biologicznej widać, że w tej fali znajduje się szlam, ale też perełki i kamienie szlachetne zmyte gdzieś po drodze.

Człowiek versus tsunami? To nie może się udać. Wielu perełek nigdy nie uda nam się wyłowić z tego nadmiaru wody. Ale – niektóre wyłowią dla nas inni. I to jest ta dobra wiadomość.

I tak właśnie było w przypadku "Nic mnie nie złamie" Gogginsa. Ktoś w mediach społecznościowych, które mają w obecnych czasach raczej czarny pijar, zachwalał ją jako najbardziej inspirującą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytał.

To jedno hasło wystarczyło, by mnie kupić. A przynajmniej moją uwagę. Jako że uwielbiam fascynujących i ciekawych ludzi, szybko zanotowałam sobie ten tytuł, aby niedługo później udać się z nim do mojej irlandzkiej biblioteki AKA książkowego Sezamu. Sezam, nie tylko otworzył przede mną swoje wrota, ale też ukazał obiekt, którego tak pożądałam. 


Któregoś dnia usiadłam (bez jakichś większych oczekiwań) i zaczęłam czytać. Nim się obejrzałam, byłam już zaangażowana w treść czytanej przeze mnie autobiografii.

Zafascynował mnie ten nietuzinkowy człowiek, który skutecznie przeprogramował swój umysł i znalazł kreatywne ujście dla całego zła, które go w życiu spotkało. Dla tych wszystkich negatywnych emocji, które tak wielu ludzi hojnie gromadzi długimi latami i pieczołowicie przechowuje w łatwopalnym miejscu, aż w końcu staje się nieuniknione – natrafiają one na iskrę zapalną i robią z człowieka płonącą pochodnię. Spodobało mi się to, że Goggins zrobił wszystko, by nie pozostało po nim smutne pogorzelisko.

Przewracałam kartkę za kartką. Musiałam wiedzieć co dalej.

Książka jest w moim odczuciu trochę nierówna. Pierwsza część była dla mnie zdecydowanie ciekawsza. W drugiej autor praktycznie cały czas skupia się na sporcie i swoich wyczynach. 


Bez wątpienia jest bardzo inspirująca i wierzę, że dla wielu stała się pokrzepiającym światełkiem w tunelu, które nie tylko dało im potrzebną nadzieję, ale też narzędzia do tego, by wzięli życie w swoje ręce i zaczęli spełniać swoje marzenia.

Jest w niej bardzo mało informacji o jego życiu prywatnym (sprawach sercowych) i samych misjach wojskowych – to drugie akurat zrozumiałe. Moja wewnętrzna plotkara, o której istnieniu nie miałam pojęcia, nie poczuła się zaspokojona. Ze szczątkowych informacji, przemycanych tu i ówdzie, czytelnik nagle dowiaduje się, że Goggins ma drugą żonę, dziecko albo że był na misji w Iraku. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z niechęci do "zaśmiecania" książki niepotrzebnymi wątkami, czy może z braku sukcesów na tym polu? Co niektórzy mogliby bowiem uznać jego życie osobiste za pasmo porażek (rozwód, kolejna żona, trudne relacje z córką, według której nie był wystarczająco obecny w jej życiu, ani odpowiednio zaangażowany).

Z mojego punktu widzenia David jest szalenie inspirującą osobą – przeżyć to, co on przeżył i tyle osiągnąć... To doprawdy ogromny sukces zarezerwowany tylko dla wybitnych jednostek. Imponuje mi jego samodyscyplina, ambicja, wytrwałość w dążeniu do celów, a także jego niezgoda na posiadanie mentalności ofiary. Jako kobieta uważam ten zestaw cech u mężczyzn za bardzo atrakcyjny, seksowny wręcz.

Z drugiej strony zaś, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie z kimś takim jak on zwyczajnie musi być okropnie trudne i przypominać jazdę na rodeo z wyjątkowo dzikim i wierzgającym bykiem.  Z pewnością nie jest to rozrywka dla każdego.

Mam też wątpliwości, czy Goggins, pomimo tych wszystkich sukcesów zawodowych i pobitych rekordów, potrafi tak naprawdę osiągnąć poczucie szczęścia i zadowolenia. Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć terminatora, który może doskonale radzić sobie na wojskowych misjach, ale niekoniecznie w zwyczajnym, prywatnym życiu. I to jego spojrzenie... Jakby martwe, wyzute z jakichkolwiek emocji. 


Mam więc mieszane uczucia. Bo z jednej strony podziwiam go, jest niewątpliwą inspiracją i wzorem do naśladowania, z drugiej strony zaś trochę mu współczuję tego, że nie potrafi tak po prostu spocząć na laurach. Poprzestać na tym, co już ma. Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. Tak jakby to jego wewnętrzne dziecko (a może ojciec patus?) ciągle powtarzało mu, że jednak nie jest wystarczająco dobry.  

Trochę przypomina mi takiego wyścigowego konia albo charta, wiecznie w pogoni za zwycięstwem. Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna. Ale to jego życie i trudno mi winić go za to, że chce je przeżyć na pełnej petardzie zgodnie z maksymą "lepiej jest przeżyć rok życiem tygrysa niż dwadzieścia lat życiem żółwia".

Jeśli znacie Gogginsa i czytaliście jego autobiografię, podzielcie się, proszę, swoimi przemyśleniami, bo jestem bardzo ciekawa, do którego obozu się zaliczacie: jego zwolenników czy przeciwników. 


Ten wpis jest już wystarczająco długi, nie będę go zatem przedłużać. Wspomnę tylko, że z książek, które ostatnio przeczytałam bardzo podobała mi się "Go As A River" Shelley Read. 


Początek nie był obiecujący – nie mogłam się w nią wgryźć. Utknęłam na trzydziestej stronie, rozczarowana i zawiedziona, że mi z nią nie wyszło (a od Rose słyszałam dużo dobrego o tej powieści). Na szczęście pewnej niedzieli nastąpił przełom. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę – usiadłam, wznowiłam czytanie od strony numer 30, i... przepadłam! Jak kamień rzucony w wodę. Im dalej w las, tym ciekawiej – nie mogłam się od niej oderwać, bo koniecznie MUSIAŁAM wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterki. Gdyby nie to, że trzeba było zrobić kotlety schabowe na obiad, nie ruszyłabym się z miejsca przed dotarciem do końca książki. Skończyłam ją jeszcze tego samego dnia, po obiedzie.


wtorek, 2 czerwca 2026

Marzenie, które nie pozostało jedynie halucynacją


Otworzyłam mój terminarz na drugim dniu czerwca i zanim zaczęłam zapisywać odpowiednią stronę, utkwiłam na chwilę wzrok w haśle, którym opatrzony był ten dzień: "vision without execution is hallucination" – "wizja bez realizacji to halucynacja". 


Nie wiem, czy siostry May i Mildred z Wyspy Man zapoznane były z powyższymi słowami przypisywanymi Thomasowi Edisonowi, ale nie to jest najważniejsze w tej historii. Najważniejsza jest świadomość, że wspaniałe inicjatywy rodzą się w głowach zwyczajnych ludzi i biorą się z dobroci serca – wielkie rzeczy powstają małymi krokami. 


 

I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw pojawiła się szlachetna wizja – siostry kochały zwierzęta i miały duże pokłady empatii. Przejęły się losem koni pociągowych, które ciągnęły tramwaje w Douglas. Przejażdżki takim tramwajem były dużą atrakcją dla turystów odwiedzających stolicę Wyspy Man, więc w szczycie popularności korzystano nawet z 45 koni. 


Dopóki zwierzęta pracowały na swoje utrzymanie, były drogocenne. Jednak w przypadku niefortunnych kontuzji albo zbyt zaawansowanego wieku stawały się kulą u nogi. Chętnie się ich pozbywano i eksportowano z wyspy – co z oczu, to z serca! 


May i Mildred mierził ten proceder. Chciały, by wysłużone konie miały godny plan emerytalny. Nie czekały, aż ktoś inny im to zapewni. Same zapragnęły im go stworzyć. 


Fortuna sprzyja odważnym i w tym przypadku też tak było. Dowiedziały się o kowalu, który przeszedł już na emeryturę i miał niepotrzebną infrastrukturę, która teraz "leżała odłogiem". Boksy i padoki – obiekty, które byłyby dla nich na wagę złota. Szczęśliwym trafem kowal miał też niezbyt wygórowane wymagania finansowe i ugodową naturę – zgodził się je im wynająć. Hurra, pierwszy przełom! 


Każdy startujący przedsiębiorca wie, że pomysł i biznesplan to dopiero połowa sukcesu. Druga jest nawet trudniejsza, a jest nią pozyskanie inwestorów. Tu trzeba często niemal stanąć na rzęsach, żeby poruszyć kieszenie kapitałodawców, albo chociaż poruszyć ich serca. 


Czasy były ciężkie, ale kobiety się nie poddawały. Wspierane przez swoje przyjaciółki zorganizowały świąteczny jarmark, żeby zdobyć fundusze, a Mildred wcieliła się nawet w niewdzięczną rolę domokrążcy. Chodziła, pukała, raz po raz przedstawiała swoją wizję. Nie miała zbyt dużych oczekiwań. Prosiła choćby o symbolicznego "grosika" (ćwierćpensówkę). 


Wysiłki kobiet nie poszły na marne. Zaczęły spływać te pożądane ćwierćpensówki, półpensówki, a nawet całe pensy. A jak mówi znane porzekadło:  "grosz do grosza, a będzie kokosza". W tym wypadku zamiast kokoszy był kuc – Trixie. 


To on był pierwszym wykupionym i ocalałym zwierzęciem. Niedługo później dołączyły do niego Bess i Sheila. A jeszcze później Prince – koń, który o mało co nie podzielił losu góralskich koni padających w drodze do Morskiego Oka. Jego właściciel, chytry obnośny sprzedawca towarów, niemal zajechał go na śmierć, ale w porę pojawił się anioł w postaci Mildred – kobieta kupiła go za wygórowaną cenę, mimo że obiektywnie nie był jej wart, i zabrała pod swoje skrzydła. 



Największy przełom nastąpił, kiedy kobiety otrzymały niespodziewany spadek. Okazało się, że kampania zbierania funduszy nie poszła na marne, bo podczas jednej z domowych wizyt ziarno padło na podatny grunt. 


Po drugiej stronie drzwi Mildred natrafiła na kobietę, która była wyjątkowo zainteresowana tematem ratowania koni. I to ona zapisała im w spadku sześć tysięcy funtów. Kwotę, która była zawrotna w tamtych czasach. Kwotę, która mogła zmienić życie nie jednego konia, a wielu. 


Niedaleko od Douglas była zaniedbana farma na sprzedaż. To właśnie ona posłużyła kobietom do utworzenia tego, co dziś widzimy i co powstało przy ogromnym nakładzie pracy. 


Powinnam była dodać, że rzecz działa się w latach 50. XX wieku. Kobiety nie były wówczas  tak wyzwolone jak teraz. Ich działania wzbudzały zatem ciekawość, ale Mildred nigdy nie zatrzaskiwała drzwi przed nosem ciekawskich, którzy się tutaj pojawiali. Pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Była na wskroś transparentna. Jak na pasjonatkę przystało, chętnie opowiadała o swojej misji tym, którzy chcieli słuchać. Z czasem zaczęto nawet serwować gościom herbatkę i sconesy za niewielką opłatą, co jeszcze bardziej zachęciło ludzi do odwiedzania rezerwatu. 



Dziś na powierzchni 92 akrów, co – jak podpowiada usłużny Google – odpowiada mniej więcej pięćdziesięciu dwóm pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, w niezwykle uroczych okolicznościach przyrody, wypasają się zwierzęta, które od najmłodszych lat darzę ogromną miłością. 



Ale nie tylko one, bo natrafimy tu też na osiołki, kury, koguty, a nawet kozy. A najlepsze jest to, że można je karmić (swoimi smakołykami, albo zakupionymi na miejscu), tulić, głaskać, całować w mięciutkie chrapy i... wąchać. Uwielbiam zapach koni! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w poprzednim życiu byłam kowbojką na Dzikim Zachodzie ;-) 


 

Ponad 70 lat później Home of Rest for Old Horses nadal istnieje jako organizacja charytatywna i kontynuuje szlachetną misję, która zrodziła się w głowie zwykłych-niezwykłych kobiet. Kobiet, które oprócz dużych pokładów empatii miały nade wszystko wizję, pasję i wytrwałość, by ich marzenie nie pozostało jedynie halucynacją. 




 


środa, 27 maja 2026

Uff, jak gorąco!

Czuję się ostatnio jak lokomotywa Tuwima.

Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.

Tylko ja na szczęście nie stoję na żadnej stacji – podróż w takich warunkach byłaby prawdziwym utrapieniem. Tu przypomniało mi się, jak zmienialiśmy kiedyś auto i zawitaliśmy do pewnego salonu samochodowego w Dublinie. Odbyliśmy próbną przejażdżkę, a potem z dezaprobatą w oczach omiataliśmy wyposażenie tego "bolida" nasuwające na myśl późne lata 90. Szyby na korbki! Brak klimatyzacji. Kiedy wypunktowaliśmy te wady, sprzedawca od razu zaoponował: "komu potrzebna klimatyzacja w Irlandii???" i spojrzał na nas jak na UFO.

Nam! Nam potrzebna! Mieliśmy kiedyś bowiem wątpliwą przyjemność wracać z długiej trasy naszym poprzednim samochodem, kiedy miał niedziałającą klimatyzację. Pech chciał, że żar lał się z nieba, pot spływał ciurkiem po wszystkich obecnych, a atmosfera była tak gęsta, że można ją było kroić. Jakoś nikt nie miał ochoty na rozmowy. Każdy marzył jedynie o tym, by wydostać się z tej piekielnej puszki.

Do dziś śmiejemy się z tego tekstu o niepotrzebnej klimatyzacji. Sprzedawca nie miał pojęcia, że jesteśmy dziwakami, którzy latem często ustawiają temperaturę w samochodzie na orzeźwiające 16-17 stopni, ale tego już nie musiał wiedzieć. Wystarczy, że po spotkaniu z nami poszedł do kolegi i powiedział: "ej, Stefan, były tu takie głupki, co chciały klimatyzację w irlandzkim aucie!!!" (to znaczy, tylko przypuszczamy, że tak powiedział)

Czy muszę dodawać, że nie kupiliśmy tego auta? To właściwe wynalazłam na ogłoszeniu prywatnej osoby, która emigrowała z kraju i sprzedawała swój pojazd. Może powód był wymyślony, ale auto okazało się świetnym zakupem – niezawodne, a do tego ekonomiczne w utrzymaniu. Co prawda moje serce blachary trochę przy tym płakało, bo kocham duże, piękne i luksusowe samochody, ale czasem pragmatyzm musi wziąć górę.

Ale! Ja tu pitu-pitu o autach, a o pogodzie miało być! Irlandię bowiem nawiedziły rekordowe UPAŁY, co koniecznie trzeba odnotować w blogowych annałach! 30,5°!

Dopiero niedawno narzekałam Wam na to, że w maju szczękam zębami z zimna, a tu taki drastyczny zwrot akcji – teraz sapię, dyszę, zipię, bucham żarem jak smok wawelski ogniem, biorę zimny prysznic po trzy-cztery razy dziennie i moczę nogi w miednicy z lodowatą wodą (która jest taka tylko przez kilka pierwszych minut, potem moje grzałki giry znów ją podgrzewają i muszę lecieć wymienić ją na nową), a to wszystko po to, by nie roztopić się jak bałwan Olaf z "Krainy Lodu"! Potajemnie odprawiam też modły o powrót deszczu i nawet mam całkiem dobrą skuteczność, bo prognoza pogody pokazuje upragnione kilkanaście stopni za parę dni, ale ciiiii, nikomu o tym nie mówcie – wolałabym nie narażać się ciepłolubnym, bo nie mam siły uciekać przez rozwścieczonym tłumem. Co złego, to nie ja! Jak powróci deszcz, to pamiętajcie, że ja nie maczałam w tym palców!

Urządziłam naszym ogródkowym ptasim bywalcom poidełka, z czego skwapliwie korzystają – ale tylko z czarnej miski, białej najwidoczniej się boją, a ja na złość nie mam innej, ciemnej, którą mogłabym tamtą zastąpić. Mam co prawda ciemną miednicę do moczenia nóg, ale bez przesady. Nie jestem gotowa jej oddać. Ja tu walczę o przetrwanie! Teraz biegam jak kot z pęcherzem i wymieniam im tę wodę po kilka razy dziennie, bo chętnych do pluskania jest wielu, a dwukomorowa miska tylko jedna!

W ogóle to straszny harmider panuje w ogródku, bo wykluły się już młode ptaki i teraz wraz z rodzicami uczą się przetrwania. Jak co roku, zawsze znajdzie się jakiś młody osobnik z popsutym kompasem, który musi wlecieć w okno, ale szczęśliwie obyło się bez złamań i ofiar śmiertelnych. Ogólnie mówiąc, mam ubaw po pachy z tych ptasich harców i hierarchii panującej wśród nich. Prawo dżungli – najbardziej przekichane mają malutkie wróbelki, które niejednokrotnie oberwą dziobem od szpaka. A dziś szpak z kosem wykłócali się jak dwie przekupy, który z nich ma prawo do basenu. I żaden nie chciał się dzielić!

Muszę się też przyznać, że podczas tych moich ornitologicznych obserwacji przez przypadek poczułam się jak wstrętny zboczeniec, bo podejrzałam parkę gołębi skalnych! Nasz lokalny Pan Grucha przygruchał sobie niezłą samiczkę. Cóż to były za wyrafinowane amory! Nie chciałam patrzeć, ale oko i tak samo uciekało! Rozkosznie tuliły się do siebie i splatały szyjami, zanim w ogóle przystąpiły do kopulacji! Jestem w szoku, bo właśnie odkryłam, że gołębie są romantyczniejsze od facetów! Do czego to doszło?!

A skoro o amorach mowa, to przyznajcie się bez bicia, kto oglądał polską wersję "Love is Blind" i jakie macie przemyślenia.

Czekam! Nie wstydźcie się, tu sami swoi!