Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żar tropików. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żar tropików. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2026

Uff, jak gorąco!

Czuję się ostatnio jak lokomotywa Tuwima.

Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.

Tylko ja na szczęście nie stoję na żadnej stacji – podróż w takich warunkach byłaby prawdziwym utrapieniem. Tu przypomniało mi się, jak zmienialiśmy kiedyś auto i zawitaliśmy do pewnego salonu samochodowego w Dublinie. Odbyliśmy próbną przejażdżkę, a potem z dezaprobatą w oczach omiataliśmy wyposażenie tego "bolida" nasuwające na myśl późne lata 90. Szyby na korbki! Brak klimatyzacji. Kiedy wypunktowaliśmy te wady, sprzedawca od razu zaoponował: "komu potrzebna klimatyzacja w Irlandii???" i spojrzał na nas jak na UFO.

Nam! Nam potrzebna! Mieliśmy kiedyś bowiem wątpliwą przyjemność wracać z długiej trasy naszym poprzednim samochodem, kiedy miał niedziałającą klimatyzację. Pech chciał, że żar lał się z nieba, pot spływał ciurkiem po wszystkich obecnych, a atmosfera była tak gęsta, że można ją było kroić. Jakoś nikt nie miał ochoty na rozmowy. Każdy marzył jedynie o tym, by wydostać się z tej piekielnej puszki.

Do dziś śmiejemy się z tego tekstu o niepotrzebnej klimatyzacji. Sprzedawca nie miał pojęcia, że jesteśmy dziwakami, którzy latem często ustawiają temperaturę w samochodzie na orzeźwiające 16-17 stopni, ale tego już nie musiał wiedzieć. Wystarczy, że po spotkaniu z nami poszedł do kolegi i powiedział: "ej, Stefan, były tu takie głupki, co chciały klimatyzację w irlandzkim aucie!!!" (to znaczy, tylko przypuszczamy, że tak powiedział)

Czy muszę dodawać, że nie kupiliśmy tego auta? To właściwe wynalazłam na ogłoszeniu prywatnej osoby, która emigrowała z kraju i sprzedawała swój pojazd. Może powód był wymyślony, ale auto okazało się świetnym zakupem – niezawodne, a do tego ekonomiczne w utrzymaniu. Co prawda moje serce blachary trochę przy tym płakało, bo kocham duże, piękne i luksusowe samochody, ale czasem pragmatyzm musi wziąć górę.

Ale! Ja tu pitu-pitu o autach, a o pogodzie miało być! Irlandię bowiem nawiedziły rekordowe UPAŁY, co koniecznie trzeba odnotować w blogowych annałach! 30,5°!

Dopiero niedawno narzekałam Wam na to, że w maju szczękam zębami z zimna, a tu taki drastyczny zwrot akcji – teraz sapię, dyszę, zipię, bucham żarem jak smok wawelski ogniem, biorę zimny prysznic po trzy-cztery razy dziennie i moczę nogi w miednicy z lodowatą wodą (która jest taka tylko przez kilka pierwszych minut, potem moje grzałki giry znów ją podgrzewają i muszę lecieć wymienić ją na nową), a to wszystko po to, by nie roztopić się jak bałwan Olaf z "Krainy Lodu"! Potajemnie odprawiam też modły o powrót deszczu i nawet mam całkiem dobrą skuteczność, bo prognoza pogody pokazuje upragnione kilkanaście stopni za parę dni, ale ciiiii, nikomu o tym nie mówcie – wolałabym nie narażać się ciepłolubnym, bo nie mam siły uciekać przez rozwścieczonym tłumem. Co złego, to nie ja! Jak powróci deszcz, to pamiętajcie, że ja nie maczałam w tym palców!

Urządziłam naszym ogródkowym ptasim bywalcom poidełka, z czego skwapliwie korzystają – ale tylko z czarnej miski, białej najwidoczniej się boją, a ja na złość nie mam innej, ciemnej, którą mogłabym tamtą zastąpić. Mam co prawda ciemną miednicę do moczenia nóg, ale bez przesady. Nie jestem gotowa jej oddać. Ja tu walczę o przetrwanie! Teraz biegam jak kot z pęcherzem i wymieniam im tę wodę po kilka razy dziennie, bo chętnych do pluskania jest wielu, a dwukomorowa miska tylko jedna!

W ogóle to straszny harmider panuje w ogródku, bo wykluły się już młode ptaki i teraz wraz z rodzicami uczą się przetrwania. Jak co roku, zawsze znajdzie się jakiś młody osobnik z popsutym kompasem, który musi wlecieć w okno, ale szczęśliwie obyło się bez złamań i ofiar śmiertelnych. Ogólnie mówiąc, mam ubaw po pachy z tych ptasich harców i hierarchii panującej wśród nich. Prawo dżungli – najbardziej przekichane mają malutkie wróbelki, które niejednokrotnie oberwą dziobem od szpaka. A dziś szpak z kosem wykłócali się jak dwie przekupy, który z nich ma prawo do basenu. I żaden nie chciał się dzielić!

Muszę się też przyznać, że podczas tych moich ornitologicznych obserwacji przez przypadek poczułam się jak wstrętny zboczeniec, bo podejrzałam parkę gołębi skalnych! Nasz lokalny Pan Grucha przygruchał sobie niezłą samiczkę. Cóż to były za wyrafinowane amory! Nie chciałam patrzeć, ale oko i tak samo uciekało! Rozkosznie tuliły się do siebie i splatały szyjami, zanim w ogóle przystąpiły do kopulacji! Jestem w szoku, bo właśnie odkryłam, że gołębie są romantyczniejsze od facetów! Do czego to doszło?!

A skoro o amorach mowa, to przyznajcie się bez bicia, kto oglądał polską wersję "Love is Blind" i jakie macie przemyślenia.

Czekam! Nie wstydźcie się, tu sami swoi!

czwartek, 11 sierpnia 2022

Baby, it's HOT outside!

Kiedy tak czytam mój ostatni wpis na blogu, mam wrażenie, że upłynęła od niego cała wieczność - że sytuacja, którą opisywałam, miała miejsce w zupełnie innej rzeczywistości. W zupełnie innych latach.

Czuję się przez to nieco zobowiązana do sprostowania moich zapisków, bo można by odnieść wrażenie, że ze wspomnianego wpisu wyłania się obraz nędzy i rozpaczy: listopadowy ziąb, melancholijna szaruga i strugi rzęsistego deszczu. A prawda jest zupełnie inna.

Jest jedenasty dzień sierpnia, a ja nie widziałam deszczu od dobrych dziesięciu dni.

Wszystko wskazuje na to, że lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i nie ma zamiaru dać się zdetronizować jesieni. Wygląda to trochę tak, jakby honor lata został niebezpiecznie naruszony. Te wszystkie utyskiwania na to jakie brzydkie, jakie kiepskie, jakie chłodne zaowocowały butnym: "co, że niby ja nie potrafię?! Potrzymajcie mi tylko piwo!"

A zatem, jako Wasza osobista pogodynka, donoszę Wam, że irlandzkie lato też POTRAFI.

(czy ktoś tu coś mówił o jakimś zimnym piwie, które trzeba "potrzymać"? Jakby co - zgłaszam się na ochotnika!)

A jak się to objawia? Następująco: termometr wskazuje 29 stopni na zewnątrz i tylko niewiele mniej wewnątrz. To jeden z tych dni pod tytułem "quiet day at the office", więc korzystając z tego, że Boss kazał mi się oszczędzać, kończę pracę jakieś pół godziny wcześniej i z ulgą wracam do domu.

Idę pod prysznic. Maksymalnie odkręcam kurek z ZIMNĄ wodą i myślę sobie: "dlaczego ta woda jest taka CIEPŁA?!". Dopiero po kilku dobrych minutach udaje mi się odpowiednio schłodzić.

Jako samozwańcza księżniczka (a raczej dzidzia-piernik) zakładam na siebie pudroworóżową falbaniastą sukienkę, darując sobie jakąkolwiek bieliznę, a niedługo później i tak mam wrażenie, że mam na sobie o jedną warstwę za dużo. Mokre włosy spływające mi po plecach przynoszą tylko chwilową ulgę. Wkrótce i one przybierają temperaturę rozgrzanych pleców i bardziej grzeją, niż schładzają.

Do łóżka kładę się nago, a w nocy i tak wiję się jak piskorz. Śpię, jakbym miała ciężkie grzechy na sumieniu i śmierć miliona niewiniątek.

W czasie snu przemierzam długie kilometry w nadziei znalezienia chłodnego skrawka materiału. Rano zaś - tu nie ma żadnego zaskoczenia - czuję się, jakbym właśnie wróciła z pracy w kamieniołomach, a nie wybudziła się z siedmiogodzinnego snu. Nawet dziwne, że nie dokuczają mi zakwasy i nie bolą łydki.

W ciągu dnia przemykam zaciemnionymi alejkami i zaułkami niczym parszywy oprych, a kiedy nadchodzi wieczór, wypełzam ze swojej nory pod jego błogą osłoną.

Gdzieś tam z tyłu głowy ciągle mam optymistyczne "no feeling is final", nic nie trwa wiecznie, z lubością korzystam więc z przyjemnych i ciepłych wieczorów. Słońce już wtedy nie dokucza, a ciepłe powietrze zamiast parzyć, miło otula. Jeszcze zatęsknię za kolacjami al fresco.

I tylko malowanie płotu musi jeszcze troszeczkę poczekać na swój finał. I na nieco niższe temperatury. Jedno jest jednak pewne - mój niespokojny duch, tak bardzo pragnący zmian, ma już dość tego czyszczenia desek i ich malowania. Na kilka kolejnych lat już mu wystarczy. Namachałam się pędzlem więcej niż Picasso przez całe swoje życie!

No cóż, cierp ciało, jakżeś chciało!

W ten bardzo ciepły sierpniowy wieczór żegnam się z Wami - jakże adekwatnymi! - słowami Lany Del Ray: "Take off, take off all your clothes, take off..."