Pokarało mnie.
Brr, zimno jak w psiarni! Sama nie wierzę, że to piszę, bo jeszcze do niedawna zdecydowanie nie uważałam się za zmarzlucha, ale w tym roku przeszłam samą siebie! Cały czas mi zimno! Czy ktoś jeszcze z Was tak ma, zwłaszcza tych, którzy zamieszkują Zieloną Wyspę, czy to ze mną coś nie tak?
Gdyby nie to, że włączenie ogrzewania wiążę się obecnie ze zbyt dużym wydatkiem kalorycznym (na który nie mogę sobie pozwolić) i zbyt skomplikowaną operacją polegającą na wpełznięciu przez małe drzwiczki pod schody (nie pytajcie, za długa historia, a ja ponadto nie znam się na technikaliach, by to przystępnie wytłumaczyć), to wczoraj złamałabym się i uruchomiła kaloryfery. Tak, dobrze przeczytaliście: włączyłabym grzejniki w drugim tygodniu maja! Mój termometr kuchenny nie pozostawiał złudzeń i pokazał, czarno na białym, siedemnaście stopni w tym pomieszczeniu, które i tak ma tendencję do bycia jednym z najcieplejszych w domu, co jest zasługą jego ekspozycji południowej.
Normalnie za wpełzanie pod schody i inne "alpinistyczne wyczyny" odpowiadał Połówek, ale zostałam chwilowo słomianą wdową, więc nie mogłam się nim wysłużyć. Kiedy w akcie desperacji byłam skłonna sama popełzać, usłyszałam przez telefon pełne obaw: "może jednak tego nie rób". Dla niewtajemniczonych – mam w domowym kręgu przydomek podkradziony Margaret Thatcher. Jestem dyskontową wersją Iron Lady. Z tym, że Margaret miała twardą rękę do rządów, a ja... do niszczenia i wyłamywania różnych rzeczy.
I tak się zastanawiam – skąd mi się wzięło to nieustanne uczucie zimna? To stary wiek? Choroba? Szwankująca tarczyca, czy może wreszcie karma mnie dopadła za te niegroźne podśmiechujki ze zmarzlaków, którym wiecznie było zimno i nawet w najcieplejszy dzień roku rozpalali ogień (true story)?
Zaczynam się martwić, bo ewidentnie w złym kierunku to zmierza – patrzę na swojego rozgogolonego "chłopa", paradującego przez całą zimę w t-shircie, i zamiast robić mi się gorąco na jego widok, robi mi się... jeszcze zimniej! W efekcie rzucam kocem w jego kierunku i jakimś niesprawiedliwie oskarżycielskim tekstem typu "weź się przykryj, bo aż mi się niedobrze robi".
Nie było oczywiście żadnego majowego grilla, ani turystycznego wypadu, bo choć końcówka kwietnia była dość obiecująca, mieliśmy przyjemne temperatury i dużo, dużo słońca, to jednak wszystko, co dobre szybko się kończy – szlag trafił ten nasz mały "żar tropików", i szybko zastąpił go pogodą dla koneserów.
A tu za winklem jeszcze widmo zimnych ogrodników! Ciekawa jestem, czy dotrą do Irlandii! Z powodu jakże mało wyjściowych temperatur nie chciało mi się też dłubać w ogródku. Pszczoły będą musiały mi wybaczyć – nie posadziłam jeszcze żadnych miododajnych kwiatów, i – o zgrozo! – nawet nie wiem, czy będę to robić w tym roku. Ale, kurczę, ogródek bez bzykania?! To nie ogródek! Jakoś tak nie przystoi! Tym, co mają kosmate myśli, taktownie przypominam, że o pszczołach mówimy.
Kolejna rzecz, nad którą ostatnio usilnie dumam, to: zamknąć blog czy zostawić tak, jak jest? Żeby nakreślić tło, muszę dodać, że te powyższe myśli spowodowane są ogromnym ruchem na nim. Przez lata byłam niszową blogerką bardzo ceniącą sobie swoją prywatność. Nigdy nie dążyłam do bycia celebrytką i do wypromowania mojej strony tak, aby stała się najbardziej poczytną w sieci. Dla mnie to brzmi jak koszmar, nie spełnienie marzeń.
Tymczasem mój blog przeżywa prawdziwe oblężenie, a ja jako właścicielka tej "twierdzy" odczuwam naturalną chęć do obrony przed tym jakże niepożądanym zainteresowaniem, które w moich oczach ma złowrogie znamiona i nieznane motywy działania.
Ubiegły miesiąc wykręcił niemal 13 000 wyświetleń! Dla innych może to norma, dla mnie zdecydowanie NIE. Codziennie setki dziwnych i podejrzanych odwiedzin z całego świata! I kiedy mówię "całego świata" naprawdę mam na myśli CAŁY ŚWIAT! Jakoś nie wierzę, żebym miała stałych i oddanych czytelników w Singapurze, Wietnamie, Hongkongu, Wenezueli, Urugwaju, Uzbekistanie (!), Jordanii, Nikaragui (!), Libanie, Argentynie, Syrii, Bangladeszu, Pakistanie, Maroku, Kenii. Zmęczeni tą wyliczanką? To, co ja mam powiedzieć? Jeszcze długo mogą ją tak kontynuować, bo to nie wszystkie kraje pochodzenia moich niechcianych gości.
Czy ktoś mądrzejszy ode mnie wie, o co w tym chodzi? Bardzo prosiłabym o oświecenie.
I tu moje pytanie do innych autorów prowadzących otwarte blogi – czy Wy też się zmagacie z tym problemem? Trafiłam niedawno do pewnej blogerki i miała identyczny problem, a także identyczne odruchy, co ja. Z tym, że ja nie planuję kasować bloga, a jedynie uczynić go otwartym dla zaproszonych czytelników, co też zresztą już kiedyś uczyniłam (z podobnych powodów), wtedy jednak to zjawisko miało znacznie mniejszą skalę, a ja głupia myślałam, że WTEDY było źle. No nie. Teraz jest! Wtedy był pikuś!
Ajajaj
OdpowiedzUsuńJesteśmy w tym obie, chociaż po innych stronach kontynentu. Byłam dziś na basenie i tak mi wszędzie wiało! A woda nawet w jacuzzi była dla mnie niedostatecznie ciepła! Gdy jechałam na basen na zewnątrz było 9 stopni.
Tylko, że mi to zimno właściwie nie przeszkadza jeśli się ubiorę. Co innego jak muszę iść o szóstej rano na spacer jak dziś a leje tak niemiłosiernie, że aż przykro patrzeć.
Każdy ma swoją życiową misję jak widać. Ty do niszczenia rzeczy, ja do robienia sobie krzywdy i tak to się ten świat kręci 😉
Ogródek bez bzykanka made my day! Ja posadziłam póki co rukolę i szczypiorek. Dziś kupiłam nasiona bazylii, zobaczymy czy coś wyrośnie.
Dopiero co się wszyscy ucieszyli Twoim powrotem a Ty już w twierdzy chcesz się chować? To chyba jest STAROŚĆ. Żeby nie było ja się już dawno schowałam.
Jak woda w jacuzzi nie jest wystarczająco gorąca, to już jest grubo ;) Brr, aż mnie zmroziło, jak przeczytałam o tych dziewięciu stopniach. U mnie od 13-15 w ostatnich dniach, a i tak szczękam zębami! W nocy ma być pięć! Obłożę się gorącym kotem i może jakoś przetrwam ;)
UsuńKtoś musi psuć, by inny mógł naprawiać ;) A propos psucia, i bycia Iron Lady, dziś były sąsiad skosił mi trawę (a raczej chaszcze), bo tydzień temu zepsułam kosiarkę! Na swoje usprawiedliwienie mam, że to jakieś dziadostwo było, a nie kosiarka. Nawet części zamiennej nie można dokupić, bo już jej nie produkują!
No właśnie przyzwyczaiłam się już do tego, że w tym ogródku zawsze słychać bzykanie i nawet to polubiłam ;)
Trzymam kciuki, żeby Ci coś wyrosło (najlepiej te wspomniane roślinki, a nie na przykład nowy guz na głowie)
No mam ochotę się zabarykadować, bo nie podoba mi się to, że mam codziennie setki dziwacznych wejść na bloga. Ktoś go kopiuje? Trenuje AI na nim? Próbuje zhakować? Bóg jeden wie, o co w tym chodzi. Jeden archiwalny post potrafi mieć po 50-60 odsłon codziennie. Inne też mają po tyle samo. To nie jest normalne.
A może to było niewyspanie? Jak jestem niewyspana zawsze mi zimno! U nas ma być osiem, ale w mieszkaniu nie mamy aż tak zimno jak Ty na wietrznej wyspie.
UsuńO to to 😉 To jak ja całe życie nie miałam nic złamanego a w ciągu roku miałam w gipsie i nogę i kciuka 😉
Brzmi jak kosiarka vintage, już ją lubię!
Czyli masz codzienne bzykanie w ogródku? Dobrze rozumiem? 🤭
Mam nadzieję, że coś tam wyrośnie i nie zjedzą gąsienice.
Faktycznie jest to dziwne. Ja miałam tak z instagramem, że pisali do mnie ludzie różnych narodowości, więc zastrzegłam profil. Podobnie zamroziłam profil na linkedinie.
To zle, ze tyle osob czyta? :) mnie nie jest zimno, ja wole, jak jest chlodno. Nie kasuj bloga :) Dublinia
OdpowiedzUsuńNie kasuję, tylko rozważam prywatnego bloga (do którego będą mieć dostęp chętni czytelnicy), żeby ukrócić te niepożądane wizyty z całego świata. To nie są żadni czytelnicy, to jakiś najazd botów.
UsuńWprawdzie mieszkam po drugiej stronie świata - Melbourne, Australia - ale ostatnio mieliśmy podobne huśtawki pogodowe - 3 tygodnie letniej pogody w kwietniu i zimne chłody w ostatnich dniach (na wysokości ponad 600 m deszcz zamieniał się w śnieg).
OdpowiedzUsuńNie bardzo rozumiem dlaczego niepokoją Cię takie liczne odwiedziny na Twoim blogu. Jeśli tylko nie wpisują głupich komentarzy to co Ci szkodzi?