środa, 17 czerwca 2026

Bardziej współczuć czy podziwiać?


David Goggins.

Dwa słowa, które jeszcze do niedawna nic dla mnie nie znaczyły. Jedna osoba, o której nie wiedziałam nic. Przyparta do muru, albo nawet do elektrycznego pastucha, nie byłabym w stanie pisnąć ani jednego słówka na jego temat. Nic poza "ała!!!" i "nie znam go, daj mi spokój, człowieku!".

Dziś, kiedy patrzę na Gogginsa, widzę w nim mieszankę superbohaterów. Ma coś z Batmana, który wyłania się z mroków, trochę z Aquamana (niekoniecznie mówię tu o jego muskulaturze, bardziej o swobodzie w wodzie), jeszcze trochę z Supermana, bo powietrzu też sobie świetnie radzi, a nie tylko na lądzie i w wodzie. Ale też coś z szaleńca i fanatyka. A także z... bezdusznej maszyny i bezkompromisowego Ultrona, gotowego po trupach dążyć do celu. Po swoim na pewno!

Każdy, kto zna Gogginsa, wie bowiem, że ból to jego specjalność. A on sam nigdy nie oszczędza swojego ciała. To ten typ człowieka, którego prędzej zobaczycie chłoszczącego się kańczugiem o piątej rano niż w gabinecie SPA na relaksującym masażu.

Dla niewtajemniczonych (żeby nikt nie musiał przyciskać Was do elektrycznego pastucha) – David Goggins jest byłym komandosem Navy SEALS, elitarnych sił specjalnych Marynarki Wojennej USA, a ponadto jedynym amerykańskim żołnierzem, który ukończył także mordercze szkolenie w The Ranger School (nikogo tam nie mordowali, morderczy to synonim "cholernie ciężkiego"), jak również to w siłach Air Force Tactical Air Control Party (nie przejmujcie się, ja też nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy).

A jakby tego było mało, dodam, że zapisał się też w Księdze Rekordów Guinnessa – w 17 godzin wykonał 4030 podciągnięć na drążku. Słownie: cztery tysiące trzydzieści! To zero na końcu nie wcisnęło mi się przez przypadek. No, mówiłam maszyna, nie człowiek! 


Hurtowe czytanie ma pewne minusy. Czasami jestem jak ta kasjerka, która kończy obsługę jednego klienta i woła "next!". Od razu zapomina o tym poprzednim, całą swoją uwagę poświęca nowemu. Mam tak z książkami. Z tą było jednak inaczej. Długo o niej myślałam, bardzo długo, a nawet poczułam potrzebę, aby zapisać te moje refleksje.

Czytam "taśmowo", ale rzadko na dłużej pochylam się nad przeczytaną pozycją literacką. Niemal natychmiast zapominam o niej w momencie, w którym zamykam ostatnią stronę.

W pewien sposób jest to dość wymowne i... smutne. Świat literatury już dawno zalało tsunami książek. Nawet bez mikroskopu i analizy biologicznej widać, że w tej fali znajduje się szlam, ale też perełki i kamienie szlachetne zmyte gdzieś po drodze.

Człowiek versus tsunami? To nie może się udać. Wielu perełek nigdy nie uda nam się wyłowić z tego nadmiaru wody. Ale – niektóre wyłowią dla nas inni. I to jest ta dobra wiadomość.

I tak właśnie było w przypadku "Nic mnie nie złamie" Gogginsa. Ktoś w mediach społecznościowych, które mają w obecnych czasach raczej czarny pijar, zachwalał ją jako najbardziej inspirującą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytał.

To jedno hasło wystarczyło, by mnie kupić. A przynajmniej moją uwagę. Jako że uwielbiam fascynujących i ciekawych ludzi, szybko zanotowałam sobie ten tytuł, aby niedługo później udać się z nim do mojej irlandzkiej biblioteki AKA książkowego Sezamu. Sezam, nie tylko otworzył przede mną swoje wrota, ale też ukazał obiekt, którego tak pożądałam. 


Któregoś dnia usiadłam (bez jakichś większych oczekiwań) i zaczęłam czytać. Nim się obejrzałam, byłam już zaangażowana w treść czytanej przeze mnie autobiografii.

Zafascynował mnie ten nietuzinkowy człowiek, który skutecznie przeprogramował swój umysł i znalazł kreatywne ujście dla całego zła, które go w życiu spotkało. Dla tych wszystkich negatywnych emocji, które tak wielu ludzi hojnie gromadzi długimi latami i pieczołowicie przechowuje w łatwopalnym miejscu, aż w końcu staje się nieuniknione – natrafiają one na iskrę zapalną i robią z człowieka płonącą pochodnię. Spodobało mi się to, że Goggins zrobił wszystko, by nie pozostało po nim smutne pogorzelisko.

Przewracałam kartkę za kartką. Musiałam wiedzieć co dalej.

Książka jest w moim odczuciu trochę nierówna. Pierwsza część była dla mnie zdecydowanie ciekawsza. W drugiej autor praktycznie cały czas skupia się na sporcie i swoich wyczynach. 


Bez wątpienia jest bardzo inspirująca i wierzę, że dla wielu stała się pokrzepiającym światełkiem w tunelu, które nie tylko dało im potrzebną nadzieję, ale też narzędzia do tego, by wzięli życie w swoje ręce i zaczęli spełniać swoje marzenia.

Jest w niej bardzo mało informacji o jego życiu prywatnym (sprawach sercowych) i samych misjach wojskowych – to drugie akurat zrozumiałe. Moja wewnętrzna plotkara, o której istnieniu nie miałam pojęcia, nie poczuła się zaspokojona. Ze szczątkowych informacji, przemycanych tu i ówdzie, czytelnik nagle dowiaduje się, że Goggins ma drugą żonę, dziecko albo że był na misji w Iraku. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z niechęci do "zaśmiecania" książki niepotrzebnymi wątkami, czy może z braku sukcesów na tym polu? Co niektórzy mogliby bowiem uznać jego życie osobiste za pasmo porażek (rozwód, kolejna żona, trudne relacje z córką, według której nie był wystarczająco obecny w jej życiu, ani odpowiednio zaangażowany).

Z mojego punktu widzenia David jest szalenie inspirującą osobą – przeżyć to, co on przeżył i tyle osiągnąć... To doprawdy ogromny sukces zarezerwowany tylko dla wybitnych jednostek. Imponuje mi jego samodyscyplina, ambicja, wytrwałość w dążeniu do celów, a także jego niezgoda na posiadanie mentalności ofiary. Jako kobieta uważam ten zestaw cech u mężczyzn za bardzo atrakcyjny, seksowny wręcz.

Z drugiej strony zaś, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie z kimś takim jak on zwyczajnie musi być okropnie trudne i przypominać jazdę na rodeo z wyjątkowo dzikim i wierzgającym bykiem.  Z pewnością nie jest to rozrywka dla każdego.

Mam też wątpliwości, czy Goggins, pomimo tych wszystkich sukcesów zawodowych i pobitych rekordów, potrafi tak naprawdę osiągnąć poczucie szczęścia i zadowolenia. Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć terminatora, który może doskonale radzić sobie na wojskowych misjach, ale niekoniecznie w zwyczajnym, prywatnym życiu. I to jego spojrzenie... Jakby martwe, wyzute z jakichkolwiek emocji. 


Mam więc mieszane uczucia. Bo z jednej strony podziwiam go, jest niewątpliwą inspiracją i wzorem do naśladowania, z drugiej strony zaś trochę mu współczuję tego, że nie potrafi tak po prostu spocząć na laurach. Poprzestać na tym, co już ma. Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. Tak jakby to jego wewnętrzne dziecko (a może ojciec patus?) ciągle powtarzało mu, że jednak nie jest wystarczająco dobry.  

Trochę przypomina mi takiego wyścigowego konia albo charta, wiecznie w pogoni za zwycięstwem. Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna. Ale to jego życie i trudno mi winić go za to, że chce je przeżyć na pełnej petardzie zgodnie z maksymą "lepiej jest przeżyć rok życiem tygrysa niż dwadzieścia lat życiem żółwia".

Jeśli znacie Gogginsa i czytaliście jego autobiografię, podzielcie się, proszę, swoimi przemyśleniami, bo jestem bardzo ciekawa, do którego obozu się zaliczacie: jego zwolenników czy przeciwników. 


Ten wpis jest już wystarczająco długi, nie będę go zatem przedłużać. Wspomnę tylko, że z książek, które ostatnio przeczytałam bardzo podobała mi się "Go As A River" Shelley Read. 


Początek nie był obiecujący – nie mogłam się w nią wgryźć. Utknęłam na trzydziestej stronie, rozczarowana i zawiedziona, że mi z nią nie wyszło (a od Rose słyszałam dużo dobrego o tej powieści). Na szczęście pewnej niedzieli nastąpił przełom. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę – usiadłam, wznowiłam czytanie od strony numer 30, i... przepadłam! Jak kamień rzucony w wodę. Im dalej w las, tym ciekawiej – nie mogłam się od niej oderwać, bo koniecznie MUSIAŁAM wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterki. Gdyby nie to, że trzeba było zrobić kotlety schabowe na obiad, nie ruszyłabym się z miejsca przed dotarciem do końca książki. Skończyłam ją jeszcze tego samego dnia, po obiedzie.


wtorek, 2 czerwca 2026

Marzenie, które nie pozostało jedynie halucynacją


Otworzyłam mój terminarz na drugim dniu czerwca i zanim zaczęłam zapisywać odpowiednią stronę, utkwiłam na chwilę wzrok w haśle, którym opatrzony był ten dzień: "vision without execution is hallucination" – "wizja bez realizacji to halucynacja". 


Nie wiem, czy siostry May i Mildred z Wyspy Man zapoznane były z powyższymi słowami przypisywanymi Thomasowi Edisonowi, ale nie to jest najważniejsze w tej historii. Najważniejsza jest świadomość, że wspaniałe inicjatywy rodzą się w głowach zwyczajnych ludzi i biorą się z dobroci serca – wielkie rzeczy powstają małymi krokami. 


 

I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw pojawiła się szlachetna wizja – siostry kochały zwierzęta i miały duże pokłady empatii. Przejęły się losem koni pociągowych, które ciągnęły tramwaje w Douglas. Przejażdżki takim tramwajem były dużą atrakcją dla turystów odwiedzających stolicę Wyspy Man, więc w szczycie popularności korzystano nawet z 45 koni. 


Dopóki zwierzęta pracowały na swoje utrzymanie, były drogocenne. Jednak w przypadku niefortunnych kontuzji albo zbyt zaawansowanego wieku stawały się kulą u nogi. Chętnie się ich pozbywano i eksportowano z wyspy – co z oczu, to z serca! 


May i Mildred mierził ten proceder. Chciały, by wysłużone konie miały godny plan emerytalny. Nie czekały, aż ktoś inny im to zapewni. Same zapragnęły im go stworzyć. 


Fortuna sprzyja odważnym i w tym przypadku też tak było. Dowiedziały się o kowalu, który przeszedł już na emeryturę i miał niepotrzebną infrastrukturę, która teraz "leżała odłogiem". Boksy i padoki – obiekty, które byłyby dla nich na wagę złota. Szczęśliwym trafem kowal miał też niezbyt wygórowane wymagania finansowe i ugodową naturę – zgodził się je im wynająć. Hurra, pierwszy przełom! 


Każdy startujący przedsiębiorca wie, że pomysł i biznesplan to dopiero połowa sukcesu. Druga jest nawet trudniejsza, a jest nią pozyskanie inwestorów. Tu trzeba często niemal stanąć na rzęsach, żeby poruszyć kieszenie kapitałodawców, albo chociaż poruszyć ich serca. 


Czasy były ciężkie, ale kobiety się nie poddawały. Wspierane przez swoje przyjaciółki zorganizowały świąteczny jarmark, żeby zdobyć fundusze, a Mildred wcieliła się nawet w niewdzięczną rolę domokrążcy. Chodziła, pukała, raz po raz przedstawiała swoją wizję. Nie miała zbyt dużych oczekiwań. Prosiła choćby o symbolicznego "grosika" (ćwierćpensówkę). 


Wysiłki kobiet nie poszły na marne. Zaczęły spływać te pożądane ćwierćpensówki, półpensówki, a nawet całe pensy. A jak mówi znane porzekadło:  "grosz do grosza, a będzie kokosza". W tym wypadku zamiast kokoszy był kuc – Trixie. 


To on był pierwszym wykupionym i ocalałym zwierzęciem. Niedługo później dołączyły do niego Bess i Sheila. A jeszcze później Prince – koń, który o mało co nie podzielił losu góralskich koni padających w drodze do Morskiego Oka. Jego właściciel, chytry obnośny sprzedawca towarów, niemal zajechał go na śmierć, ale w porę pojawił się anioł w postaci Mildred – kobieta kupiła go za wygórowaną cenę, mimo że obiektywnie nie był jej wart, i zabrała pod swoje skrzydła. 



Największy przełom nastąpił, kiedy kobiety otrzymały niespodziewany spadek. Okazało się, że kampania zbierania funduszy nie poszła na marne, bo podczas jednej z domowych wizyt ziarno padło na podatny grunt. 


Po drugiej stronie drzwi Mildred natrafiła na kobietę, która była wyjątkowo zainteresowana tematem ratowania koni. I to ona zapisała im w spadku sześć tysięcy funtów. Kwotę, która była zawrotna w tamtych czasach. Kwotę, która mogła zmienić życie nie jednego konia, a wielu. 


Niedaleko od Douglas była zaniedbana farma na sprzedaż. To właśnie ona posłużyła kobietom do utworzenia tego, co dziś widzimy i co powstało przy ogromnym nakładzie pracy. 


Powinnam była dodać, że rzecz działa się w latach 50. XX wieku. Kobiety nie były wówczas  tak wyzwolone jak teraz. Ich działania wzbudzały zatem ciekawość, ale Mildred nigdy nie zatrzaskiwała drzwi przed nosem ciekawskich, którzy się tutaj pojawiali. Pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Była na wskroś transparentna. Jak na pasjonatkę przystało, chętnie opowiadała o swojej misji tym, którzy chcieli słuchać. Z czasem zaczęto nawet serwować gościom herbatkę i sconesy za niewielką opłatą, co jeszcze bardziej zachęciło ludzi do odwiedzania rezerwatu. 



Dziś na powierzchni 92 akrów, co – jak podpowiada usłużny Google – odpowiada mniej więcej pięćdziesięciu dwóm pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, w niezwykle uroczych okolicznościach przyrody, wypasają się zwierzęta, które od najmłodszych lat darzę ogromną miłością. 



Ale nie tylko one, bo natrafimy tu też na osiołki, kury, koguty, a nawet kozy. A najlepsze jest to, że można je karmić (swoimi smakołykami, albo zakupionymi na miejscu), tulić, głaskać, całować w mięciutkie chrapy i... wąchać. Uwielbiam zapach koni! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w poprzednim życiu byłam kowbojką na Dzikim Zachodzie ;-) 


 

Ponad 70 lat później Home of Rest for Old Horses nadal istnieje jako organizacja charytatywna i kontynuuje szlachetną misję, która zrodziła się w głowie zwykłych-niezwykłych kobiet. Kobiet, które oprócz dużych pokładów empatii miały nade wszystko wizję, pasję i wytrwałość, by ich marzenie nie pozostało jedynie halucynacją.