Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2026

Marzenie, które nie pozostało jedynie halucynacją


Otworzyłam mój terminarz na drugim dniu czerwca i zanim zaczęłam zapisywać odpowiednią stronę, utkwiłam na chwilę wzrok w haśle, którym opatrzony był ten dzień: "vision without execution is hallucination" – "wizja bez realizacji to halucynacja". 


Nie wiem, czy siostry May i Mildred z Wyspy Man zapoznane były z powyższymi słowami przypisywanymi Thomasowi Edisonowi, ale nie to jest najważniejsze w tej historii. Najważniejsza jest świadomość, że wspaniałe inicjatywy rodzą się w głowach zwyczajnych ludzi i biorą się z dobroci serca – wielkie rzeczy powstają małymi krokami. 


 

I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw pojawiła się szlachetna wizja – siostry kochały zwierzęta i miały duże pokłady empatii. Przejęły się losem koni pociągowych, które ciągnęły tramwaje w Douglas. Przejażdżki takim tramwajem były dużą atrakcją dla turystów odwiedzających stolicę Wyspy Man, więc w szczycie popularności korzystano nawet z 45 koni. 


Dopóki zwierzęta pracowały na swoje utrzymanie, były drogocenne. Jednak w przypadku niefortunnych kontuzji albo zbyt zaawansowanego wieku stawały się kulą u nogi. Chętnie się ich pozbywano i eksportowano z wyspy – co z oczu, to z serca! 


May i Mildred mierził ten proceder. Chciały, by wysłużone konie miały godny plan emerytalny. Nie czekały, aż ktoś inny im to zapewni. Same zapragnęły im go stworzyć. 


Fortuna sprzyja odważnym i w tym przypadku też tak było. Dowiedziały się o kowalu, który przeszedł już na emeryturę i miał niepotrzebną infrastrukturę, która teraz "leżała odłogiem". Boksy i padoki – obiekty, które byłyby dla nich na wagę złota. Szczęśliwym trafem kowal miał też niezbyt wygórowane wymagania finansowe i ugodową naturę – zgodził się je im wynająć. Hurra, pierwszy przełom! 


Każdy startujący przedsiębiorca wie, że pomysł i biznesplan to dopiero połowa sukcesu. Druga jest nawet trudniejsza, a jest nią pozyskanie inwestorów. Tu trzeba często niemal stanąć na rzęsach, żeby poruszyć kieszenie kapitałodawców, albo chociaż poruszyć ich serca. 


Czasy były ciężkie, ale kobiety się nie poddawały. Wspierane przez swoje przyjaciółki zorganizowały świąteczny jarmark, żeby zdobyć fundusze, a Mildred wcieliła się nawet w niewdzięczną rolę domokrążcy. Chodziła, pukała, raz po raz przedstawiała swoją wizję. Nie miała zbyt dużych oczekiwań. Prosiła choćby o symbolicznego "grosika" (ćwierćpensówkę). 


Wysiłki kobiet nie poszły na marne. Zaczęły spływać te pożądane ćwierćpensówki, półpensówki, a nawet całe pensy. A jak mówi znane porzekadło:  "grosz do grosza, a będzie kokosza". W tym wypadku zamiast kokoszy był kuc – Trixie. 


To on był pierwszym wykupionym i ocalałym zwierzęciem. Niedługo później dołączyły do niego Bess i Sheila. A jeszcze później Prince – koń, który o mało co nie podzielił losu góralskich koni padających w drodze do Morskiego Oka. Jego właściciel, chytry obnośny sprzedawca towarów, niemal zajechał go na śmierć, ale w porę pojawił się anioł w postaci Mildred – kobieta kupiła go za wygórowaną cenę, mimo że obiektywnie nie był jej wart, i zabrała pod swoje skrzydła. 



Największy przełom nastąpił, kiedy kobiety otrzymały niespodziewany spadek. Okazało się, że kampania zbierania funduszy nie poszła na marne, bo podczas jednej z domowych wizyt ziarno padło na podatny grunt. 


Po drugiej stronie drzwi Mildred natrafiła na kobietę, która była wyjątkowo zainteresowana tematem ratowania koni. I to ona zapisała im w spadku sześć tysięcy funtów. Kwotę, która była zawrotna w tamtych czasach. Kwotę, która mogła zmienić życie nie jednego konia, a wielu. 


Niedaleko od Douglas była zaniedbana farma na sprzedaż. To właśnie ona posłużyła kobietom do utworzenia tego, co dziś widzimy i co powstało przy ogromnym nakładzie pracy. 


Powinnam była dodać, że rzecz działa się w latach 50. XX wieku. Kobiety nie były wówczas  tak wyzwolone jak teraz. Ich działania wzbudzały zatem ciekawość, ale Mildred nigdy nie zatrzaskiwała drzwi przed nosem ciekawskich, którzy się tutaj pojawiali. Pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Była na wskroś transparentna. Jak na pasjonatkę przystało, chętnie opowiadała o swojej misji tym, którzy chcieli słuchać. Z czasem zaczęto nawet serwować gościom herbatkę i sconesy za niewielką opłatą, co jeszcze bardziej zachęciło ludzi do odwiedzania rezerwatu. 



Dziś na powierzchni 92 akrów, co – jak podpowiada usłużny Google – odpowiada mniej więcej pięćdziesięciu dwóm pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, w niezwykle uroczych okolicznościach przyrody, wypasają się zwierzęta, które od najmłodszych lat darzę ogromną miłością. 



Ale nie tylko one, bo natrafimy tu też na osiołki, kury, koguty, a nawet kozy. A najlepsze jest to, że można je karmić (swoimi smakołykami, albo zakupionymi na miejscu), tulić, głaskać, całować w mięciutkie chrapy i... wąchać. Uwielbiam zapach koni! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w poprzednim życiu byłam kowbojką na Dzikim Zachodzie ;-) 


 

Ponad 70 lat później Home of Rest for Old Horses nadal istnieje jako organizacja charytatywna i kontynuuje szlachetną misję, która zrodziła się w głowie zwykłych-niezwykłych kobiet. Kobiet, które oprócz dużych pokładów empatii miały nade wszystko wizję, pasję i wytrwałość, by ich marzenie nie pozostało jedynie halucynacją. 




 


poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Jeszcze za życia w niebie – Mann Cat Sanctuary


Chociaż nie ma jeszcze Światowego Dnia Zwierząt, który obchodzimy czwartego października, nie wyobrażam sobie, abym nie pokazała Wam pewnego miejsca, w którym poczułam się jak w niebie. 


Jak wspominałam Wam już do znudzenia, Wyspa Man na dobre skradła moje serce. W czasie pobytu na niej nocowałam w pięknym miejscu, zwiedzałam wspaniałe i interesujące atrakcje, jednak żadna z tych wymienionych rzeczy nie wzbudziła i nadal nie wzbudza we mnie takiej tkliwości i sentymentu jak właśnie Mann Cat Sanctuary ‒ schronisko kotów w Santon, znajdujące się tuż przy drodze A5, niecałe 10 km na południe od stolicy kraju, Douglas. 


Kiedy tylko wypatrzyłam to miejsce na mapce wyspy, wiedziałam, że muszę tam dotrzeć. Na szczęście szóstego dnia naszego pobytu, na dwa dni przed powrotem do Irlandii, udało nam się tego dokonać. Bardzo mnie to cieszy, bo wizyta w tym wspaniałym miejscu zdecydowanie przeszła moje oczekiwania!


Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym kocim przytulisku, przyznam więc, że miałam trochę obaw przed tą wizytą. Jako że jestem wyjątkowo wrażliwa na krzywdę zwierzaków, bałam się, że kiedy stanę oko w oko z tymi "nieperfekcyjnymi", poszkodowanymi przez los (a najczęściej ludzi) czworonogami, to może się to negatywnie odbić na mojej psychice, a te wszystkie tutejsze piękne obrazy, które do tej pory widziałam, zostaną wyparte przez smutne obrazy kociej nędzy i rozpaczy. Bo powiedzmy sobie szczerze: w miejscach takich jak to nie ma zazwyczaj pięknych i rasowych kotów. To nie pokaz zwierząt z rodowodem godnym pozazdroszczenia. Tu są "zwyczajne" dachowce, często u schyłku wieku, schorowane, zaniedbane, porzucone. Na szczęście nikt ich tu nie uśmierca tylko dlatego, że takie są. 



Zdarzają się tu nawet tak oryginalne nabytki z dalekich stron świata jak... Katar, Afganistan czy Cypr. W Mann Cat Sanctuary nie lubią odmawiać zwierzakom pomocy. W sercach mają bowiem nie tylko bezbrzeżną miłość do naszych braci mniejszych, lecz także przepiękne słowa św. Franciszka z Asyżu, który głosił, że:

„Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję ‒ służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować". 


Wierzę, tak samo jak on, że więcej można osiągnąć miłością niż kijem, i chyba taką samą dewizą kierowały się założycielki tego schroniska, dwie przyjaciółki: Sue Critchley i Carole Corlett, kiedy w 1996 roku powołały do życia Mann Cat Sanctuary. 


Niestety w 2001 roku zmarła Carole, a pod koniec lipca 2024 roku, po długiej walce z rakiem, odeszła też Sue, co głęboko zasmuciło wielu wspierających. Ulgę przyniosła jednak informacja, że schronisko nadal będzie działać i wykonywać misję, której prawie 30 lat temu podjęły się te dwie kobiety. 


Ledwo wjechaliśmy na teren posesji, zaparkowaliśmy (na trawie stało już około 10 samochodów) i wygrzebaliśmy z bagażnika świeżo zakupione kocie przysmaki, a zza winkla domu wyłonił się piękny burasek o nieco orientalnej urodzie i przepięknych migdałowych, hipnotyzujących oczach.


Z gracją kroczył po kamykach, by nas przywitać, jak na porządnego gospodarza przystało. W tym momencie po raz kolejny uwierzyłam w to, że zwierzaki mają szósty zmysł i naprawdę widzą ludzką aurę, bo czułam się przejrzana na wskroś. Ten przystojniak od razu wiedział, że moja aura jest zdecydowanie kompatybilna z jego ‒ widzieliśmy się po raz pierwszy, a przywitaliśmy się jak najwięksi przyjaciele, stęsknieni i spragnieni swojego kontaktu.


 

Niedługo później Połówek zasiadł na pierwszym lepszym fotelu na dziedzińcu, i jeszcze zanim zdążył się wygodnie rozsiąść, na jego kolana wskoczył nieco podstarzały Rudy Lisek, i pozostał tam prawie do samego końca wizyty. 


 

To mi się tutaj niesamowicie podobało. Nikt tu nie gonił i nie napastował futrzaków. Same wybierały sobie swoją "ofiarę", jeśli były przyjazne i chętne do kontaktu z człowiekiem. Jeśli stroniły od niego, bo i takie osobniki się tu znajdują (mówimy o kotach!), nikt nie naruszał ich przestrzeni osobistej. Mogły w spokoju wypoczywać, siedzieć gdzieś sobie na uboczu, tak po prostu cieszyć się życiem. A było czym, jako że był to piękny, suchy i słoneczny wakacyjny dzień, a ogrzany słońcem bruk chętnie oddawał ciepło tarzającym się po nim zwierzakom. 



 

 

Mann Cat Sanctuary to 7 akrów ziemi, zero klatek, a także niepoliczalna ilość miłości i troski, niezliczonych godzin włożonych w dobrobyt podopiecznych. Tu się nie uśmierca zwierząt (jedynie w wyjątkowych i naprawdę beznadziejnych przypadkach, kiedy stopień obrażeń jest zbyt duży, by zwierzakowi pomóc). Tu każdy, wcześniej niekochany, skrzywdzony czy porzucony zwierzak ma prawo dożyć spokojnej starości. W cieple, bezpieczeństwie, miłości i wolności. I wbrew pozorom nie jest to tylko bezpieczna przystań dla kotów ‒ są tu także charakterne i psotne kózki, bielutkie jak śnieg gęsi, kaczki, a nawet kuc szetlandzki i osiołek! 


Tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy też żywy symbol wyspy ‒ koty manx, które nieco różnią się budową od tych naszych. Przede wszystkim mają albo bardzo krótki ogonek, albo nie mają go wcale, a do tego dość krępy tułów i tylne nogi, które nieco przypominają skoki zająca. Są inteligentne i mają bardzo miłe usposobienie. 



Koty tej rasy są też urodzonymi łowcami i sportowcami-akrobatami: ze względu na te swoje "królicze nogi" świetnie skaczą, a także bardzo szybko biegają. W międzyczasie, kiedy im się nie spieszy, pociesznie "kicają". Ze względu na wyżej wymienione cechy niektórzy dopatrują się w nich pokrewieństwa z rysiem rudym, a jeszcze inni twierdzą, że to hybryda powstała na wskutek krzyżówki kotów z królikami. 


Jak wiele innych zjawisk na wyspie mańskie koty osnute są nimbem tajemniczości. W tym przypadku folklor ponownie nie zawodzi i dla tych, którzy odrzucają wersję o zmutowanym genie, ma inne wytłumaczenie. Biblijne. Jak bowiem głosi legenda, koty te zawdzięczają swój wygląd... Noemu. Kiedy ten ostatni szykował się do odpłynięcia swoją arką, kot z Wyspy Man najwidoczniej zaspał i omal nie spóźnił się na rejs. W ostatniej chwili wskoczył na arkę, a jakże, wszak koty mają siedem żyć (albo 9, zależy kogo pytać) i zawsze spadają na cztery łapy. Zrobił to jednak w dość niefortunnym momencie, akurat wtedy, kiedy wrota arki się zamykały, przez co zadziałały niczym gilotyna. A wszyscy wiemy z lekcji historii, co się stało, kiedy ostrze gilotyny natrafiło na głowę Marii Antoniny. Zapewne domyślacie się już, drogą analogii i dedukcji, co było później. Nastąpiło niefortunne oddzielenie kota od ogona. 


 

Jeśli niebo istnieje, to mam nadzieję, że wygląda właśnie tak: jest w nim wiele wspaniałych gatunków zwierząt, a każde z nich jest kochane, zadbane, ma suchy kąt, dach nad głową i pełną miskę. A wśród tych zwierząt są tacy ludzie, jakich widziałam właśnie tam w Mann Cat Sanctuary: emanujący ciepłem, fajną energią i uśmiechający się sami do siebie, do czworonożnych podopiecznych i do innych odwiedzających.


Godziny i dni otwarcia są tu dość ograniczone, warto sprawdzić je przed wizytą, aby uniknąć rozczarowania. Na stronie schroniska można za to do woli, 24/7, podglądać życie kocich rezydentów dzięki kamerkom umieszczonym w kilku pomieszczeniach. Wstęp wolny, warto jednak przywieźć ze sobą karmę dla zwierzaków, albo/i wspomóc organizację finansowo.