Gdyby Robert z Molesme żył współcześnie, miałby spore szanse na bycie wpływowym influencerem. Zanim wynaleziono media społecznościowe, udało mu się bowiem zbudować wokół siebie pokaźną społeczność i porwać tłumy. Każdy internetowy celebryta wie, że to już połowa sukcesu.
Tylko, że sam Robert chyba nie wiedział, jak bardzo popularny okaże się jego ruch. W 1098 roku, wraz ze swoją skromną grupką mnichów, wybudował monastyr na francuskich mokradłach w dawnym Cistercium (współczesne Cîteaux w Burgundii).
Lekko zniesmaczeni komfortowym żywotem, jaki wiedli ich bracia z innych zakonów, poprzysięgli sobie, że oni będą inni. Prostota, na którą postawili, przejawiała się nawet w ich ubiorze. Stawiali na proste i naturalne szaty. Żadnych kolorów ‒ tylko niebielona i niefarbowana przędza. I to właśnie ze względu na te ich białe habity zaczęto nazywać ich białymi mnichami.
Cystersów interesował prosty, ascetyczny wręcz, sposób życia, a reguła spisana przez świętego Benedykta w VI wieku wydała im się idealna jako dewiza życiowa. Zasady były proste. Określały je trzy krótkie słowa: ora et labora. Módl się i pracuj. I nie były to tylko puste frazesy.
Cystersi od zawsze stawiali na samowystarczalność. Kiedy szukali nowych ziem pod budowę zakonów, szukali jej daleko od skupisk ludzi. Nie potrzebowali rozrywek ani rozpraszaczy. Wszystko potrzebne im do szczęścia miało znajdować się wewnątrz murów. Ich dieta odzwierciedlała sposób życia ‒ skromna, prosta, niewyrafinowana, zazwyczaj bezmięsna i złożona z tego, co udało im się wyprodukować własnymi rękoma.
Te ich proste w założeniu zasady nie do końca jednak były takie łatwe do wykonania. Surowy styl życia, pozbawiony luksusów, za to okupiony ciężką pracą, ubóstwem i dyscypliną, niemal okazał się gwoździem do trumny. Z czasem jednak mnisi zaczęli wzbudzać podziw swoim przykładnym żywotem. Imponowali i inspirowali, a to z kolei przełożyło się na zainteresowanie ze strony szlachetnych mężczyzn, którzy zaczęli marzyć o tym, by zasilić ich szeregi, stać się braćmi w modlitwie i pracy.
Systematycznie rośli w siłę, a kiedy Cîteaux stało się dla nich za małe i liczba rekrutów osiągnęła dramatyczne rozmiary, postawili na ekspansję ‒ opuścili macierzysty klasztor i zaczęli zakładać filialne monastyry w innych częściach kraju. Później zaś rozprzestrzenili się na resztę Europy. W połowie XII wieku byli już w Polsce.
Współczesne Rushen Abbey to miejsce skromne jak niegdysiejsi mnisi, które je zamieszkiwali. Nade wszystko jest ono jednak mocno przesiąknięte ciekawą, lokalną historią. Nie ma tu w zasadzie nic spektakularnego. Spektakularność i dobre czasy zakończyły się w XVI wieku wraz z uchwalonym przez angielski parlament aktem supremacji. Łasy nie tylko na pokarm i kobiety, ale także na bogactwa zakonników, Henio VIII Tudor zmarł w 1547 roku, ale zanim wyciągnął kopyta, zdążył wyciągnąć łapy po majątek zakonników. Jeszcze za swojego życia doprowadził do kasaty zakonów.
Co to oznaczało dla cystersów z Rushen Abbey? Koniec życia, jakie znali. Utratę wszystkiego, co posiadali. Kiedy pod koniec czerwca 1540 roku wygnano stąd opata i sześciu mnichów, ich inwentarz był całkiem imponujący. Liczył sobie 82 owce, 26 koni i 128 sztuk bydła. Dziś nie ma tu już żadnego z tych zwierząt. Pośród kolorowych kwiatów na łące kwietnej latają jedynie miododajne pszczoły.
To, co miało jakąkolwiek wartość, zostało bezpardonowo rozgrabione. Budynki rozebrano niczym domki z klocków Lego. Były zbyt drogocennym budulcem, żeby pozwolono im niszczeć. Aż chciałoby się rzec, że to cud, iż do naszych czasów udało się przetrwać wieży kościelnej ‒ i to w tak dobrym stanie! Nie bez znaczenia jest tu fakt, że to późniejszy nabytek, młodszy niż inne budynki, które oryginalnie wchodziły w skład tego kompleksu.
Wszystko dlatego, że w XII wieku, kiedy powstało Rushen Abbey, cysterski dekret zabraniał budować kamiennych dzwonnic. Uważano je za zbędną ekstrawagancję. Ten pogląd z czasem ewoluował i w XV wieku były już postrzegane jako konieczność, nie fanaberia.
Kolejne wieki (XIII i XIV) były bowiem dość niespokojne, a wyspę najeżdżano. Jak podają tutejsze annały, w 1316 roku niejaki Richard de Mandeville wylądował na wyspie wraz ze swoimi rozbójnikami i przez cały miesiąc grabił, co popadło. Wybredny to on nie był. Splądrował również opactwo Rushen, a kiedy już je opuścił, zabrał ze sobą między innymi meble, bydło i owce.
Dziś to już tylko romantyczna ruina będąca "żywicielem" dla wielu roślin, z których część miała swój początek właśnie w tych średniowiecznych ogrodach, po których pozostało wspomnienie.
W budynku, w którym obecnie znajduje się kawiarenka urzędował w XVIII wieku mański sędzia, Thomas Moore, który niczym biblijny król Salomon co najmniej dwa razy w tygodniu wysłuchiwał zwaśnionych stron i rozstrzygał sprawy o napaść z pobiciem, spory o ziemię i długi. W XIX wieku była to z kolei szkoła z internatem dla dziewcząt. Później zaś hotel. Dodam, jako ciekawostkę, że na terenie opactwa Rushen znajdowała się także wytwórnia dżemu zatrudniająca wielu lokalnych pracowników, odbywały się tu popularne potańcówki (garden party), a w latach 80. XX wieku miała miejsce nawet... popularna dyskoteka.
To była bardzo przyjemna, relaksująca wizyta w opactwie. Choć jest to dość ubogi kompleks sakralny, to jednak warto się tu na chwilę zatrzymać (szczególnie, jeśli ma się wykupiony holiday pass, bo bilet wstępu kosztuje tu aż £12.50, a po takim wydatku wielu turystów może odczuwać niedosyt bądź niesmak). Pomyślano tu także o dzieciach i to z myślą o nich utworzono "monky business", szereg zabaw i gier, co z pewnością docenią rodzice starający się oswoić potomstwo z kulturą i dziedzictwem narodowym.
Miejsce emanowało wręcz spokojem, tak jakby wzniesiono je w naturalnym źródle zen. A może była to dobra energia dawnych zakonników, którą to teraz ziemia oddawała?































































