niedziela, 10 listopada 2024

Spacerem po Peel (Wyspa Man)


Ruiny na wyspie świętego Patryka nie są może najbardziej spektakularnymi, jednak samo miejsce jest niesamowite i zdecydowanie godne odwiedzenia. Rozpościerają się z niego fantastyczne widoki na miasto: na dwie pobliskie plaże, tę malutką Fenelli, tuż obok powstałego w 1976 roku parkingu, a także tę główną przy promenadzie po drugiej stronie grobli łączącej wysepkę z miastem Peel. 


Z tego nietuzinkowego punktu widzenia można podziwiać życie toczące się w mieście i napawać się atmosferą rybackiego portu. I choć dziś Peel już nie jest centrum wyspiarskiego rybołówstwa, mieszkańcy nie parają się szmuglerstwem, irlandzkie i szkockie łodzie nie przybijają do niego, aby rywalizować o największy połów, a z nabrzeża zniknęły kobiety oprawiające świeżo złowione dary morza, jego marynistyczny klimat nadal jest tu zachowany. Ciągle też można tu kupić słynne wędzone śledzie z Wyspy Man, a nawet zapoznać się procesem ich obróbki w Moore's Traditional Museum. 


Trudno też nie zauważyć Peel's Hill ‒ wzgórza dominującego panoramę miasta. To tu, na jego szczycie znajduje się Corrin's Tower, wspaniały hołd będący jednocześnie niemym wyzwaniem miłości i pamięci. Wieża została wybudowana w XIX wieku przez pogrążonego w żałobie Thomasa Corrina, po tym jak mężczyzna stracił swoją ukochaną żonę Alice i ich nienarodzone dziecko. 


Na trzecim piętrze wieży (do której nie ma dostępu) znajduje się kominek, przy którym mężczyzna lubił przesiadywać i czytać książki. Z czasem jednak ta jego czynność zaczęła uwierać lokalnych marynarzy. Światło wydobywające się z jego komnaty widoczne było na morzu i zdarzało się, że ktoś błędnie brał je za wiązkę światła emitowaną przez latarnię w porcie. W następstwie skarg Thomas musiał zakryć okna od południa i zachodu, aby już nigdy więcej nie wpuszczało żeglarzy w maliny.   


Nieopodal wieży jest też miejsce pochówku samego Thomasa, jego żony Alice i ich dwojga dzieci, bo para oprócz tego nienarodzonego straciła też trzylatka. Zanim Thomas zmarł, pochował ich na najwyższym punkcie wzgórza. Sam też bardzo pragnął do nich dołączyć, obawiał się jednak, że jego syn Robert, gorliwy anglikanin, absolutnie nie zgodzi się na pochówek w niewyświęconym miejscu. I jak się okazało po jego śmierci ‒ miał rację. Dlatego też jeszcze za życia wszystkie wytyczne pozostawił swoim przyjaciołom. 


Pod osłoną nocy przetransportowali jego ciało na górę, ponieważ jednak nie udało im się ukończyć pochówku, przed nadejściem świtu porzucili trumnę w krzakach. Wrócili nocą, aby dokończyć, co zaczęli. Robert jednak o wszystkim się dowiedział, i tak jak obawiał się ojciec, pochował go na cmentarzu. Ale... Thomas przewidział także i to. Jego przyjaciele mieli przygotowany na te okoliczność plan B. Tym razem schowali ciało w sekretnej komórce i trzymali je tam aż do osiągnięcia porozumienia z Robertem. Syn skapitulował, biskup poświęcił wzgórze, a Thomas po swojej pośmiertnej "tułaczce" na miarę Odyseusza, dotarł do swojej Itaki, aby spocząć obok ukochanej żony i potomstwa.  


Na wzgórzu znajduje się też studnia świętego Patryka, a do listopada 1896 roku znajdował się również urokliwie położony hotel Fenella. Jednak 20 lat po jego wzniesieniu, w zimną listopadową noc, uległ całkowitemu spaleniu, i już nigdy go nie odbudowano. Jego położenie, tak bardzo doceniane przez jego gości, tym razem okazało się gwoździem do trumny. Straż pożarna miała nie lada orzech do zgryzienia, więc hotel, zbudowany głównie z drewnianego budulca,  spalił się w mniej niż dwie godziny. 


To wzgórze to mój wielki wyrzut sumienia związany z uroczym Peel. Bo choć spędziliśmy w tym mieście kilka wspaniałych godzin, to jednak nie udało nam się dotrzeć na sam jego szczyt, i jest to coś, co chciałabym w przyszłości nadrobić. 

 

Niespodziewanie dużo czasu zjadła nam, ulokowana tuż przy marinie, pizzeria The Black Dog Oven, w której z kolei to ja się nie najadłam. Miejsce ma dość fajny i swojski klimat. Nie jest to absolutnie "fine dining", jak właściciele sami piszą w swoim menu, obiecują za to doskonałej jakości składniki. Zdaje się, że specjalizują się w pizzach pieczonych w piecu opalanym drewnem. To właśnie on był niemal centralną częścią lokalu. Można tu też napić się lokalnego piwa, a wieczorem posłuchać muzyki na żywo. 


Jadłodajnia ma bardzo "hippisowski" vibe, zresztą przy samym wejściu widnieje napis "good vibes only" i to daje się odczuć. Właścicielka była bardzo pozytywna i uśmiechnięta, jakby właśnie wypaliła wybitnie relaksującego jointa. Nie spieszyła się, dla każdego miała dobre słowo i uśmiech, i generalnie wyglądała na osobę, która wykreśliła ze swojego słownika słowo "stres". 


Zamówiliśmy po kawie (americano i espresso), a Połówek dodatkowo skusił się na pizzę "Black Dog", która kosztowała nas 45 minut czekania. Nie jest to raczej zwyczajowy czas oczekiwania. Mieliśmy po prostu pecha, bo trafiliśmy na party dla przedszkolaków. Obok nas siedziała grupka dzieci, i to ich pizze najpierw się wypiekały, co znacznie opóźniło nasze zamówienie. 


Kawa była ohydna. Muszę tu jednak zaznaczyć, że ja jestem prosta baba ze wsi i daleko mi do koneserki. Mają tu jakąś dziwną odmianę NOA ‒ pomimo najszczerszych chęci nie mogłam wypić swojego espresso. A musicie wiedzieć, że jeśli chodzi o kawę, to jestem jak żulik spod monopolowego ‒ za kołnierz nie wylewam! Pozostawiało niestety paskudny posmak. Żeby go zabić napiłam się americano Połówka i... wpadłam z deszczu pod rynnę! Wcale nie było lepsze! Może z cukrem albo mlekiem te trucizny byłyby do przełknięcia, ale ja nie używam ani jednego ani drugiego. Pizza za to była bardzo smaczna, według mojego towarzysza. Kęs mi wystarczył, wolę Domino's ;) Ale generalnie to... polecam ten mały rodzinny biznes. Ma same pozytywne noty w Internecie, a  w środku dużo miejscowych.  


A skoro o pizzerii mowa, to jej nazwa nawiązuje do tutejszej legendy o Moddey Dhoo, strasznym, diabelskim wręcz, czarnym psie, który w XVII wieku codziennie wieczorem nawiedzał stróżówkę na zamku Peel i kładł się koło ognia. Żołnierze spoglądali na niego z respektem, ale też niepokojem, i choć z czasem przywykli do jego obecności, nigdy nie opuścili gardy w jego towarzystwie ‒ przemieszczali się parami z obawy, że Moddey Dhoo może wykorzystać ich słabość. Aż któregoś razu jeden z nich wypił za dużo i doszedł do wniosku, że już dość tej farsy. Zaraz pokaże kolegom, kto tu jest chojrakiem, i co się robi z takimi "kundlami". Ruszył w pojedynkę na spotkanie z diabelskim psem. Moddey Dhoo nie kazał się prosić, a żołnierz zbyt długo czekać kolegom. Chwilę później rozległy się straszne piski i odgłosy. Bynajmniej nie psa. Żołnierza znaleziono żywego, ale śmiertelnie wystraszonego. Postradał zmysły, nigdy już nie przemówił, a trzy dni później zmarł. Po tym wydarzeniu zabudowano przejście, którym przychodził czarci pomiot. Od tamtego momentu Moddey Dhoo już więcej się nie pojawił. 


Legenda może się jednym podobać, innym nie, mnie jednak urzekła narodowa duma Mańczyków. Choć wyspa należy do archipelagu Wysp Brytyjskich, to jednak nie jest ani częścią UK (Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej) ani Unii Europejskiej. Pomimo tego, że jest dependencją Korony Brytyjskiej, ma wysoko zachowaną niezależność, swój język i własny parlament uważany za jeden z najstarszych na świecie. 


Kraj jest osnuty mgiełką tajemniczości, mitologii i zjawisk nadprzyrodzonych. Tak jakby była to pozostałość po celtyckim mitologicznym bóstwie, jakim był Manannan, i któremu to przypisywano magiczne właściwości. Ponoć to od jego imienia wywodzi się nazwa kraju. I to na pokładzie katamaranu Manannan przypłynęliśmy do tej magicznej wyspy. Nazwa pizzerii i promu to tylko parę drobnych odnośników do nadprzyrodzonych aspektów Wyspy Man. 


 


34 komentarze:

  1. Czym zdjęcia robisz? Zapomniałam się zapytać przy okazji.
    Za niedobrą kawę jednak podziękuję...
    Chodzą pogłoski, że Dracula zamieniał się w czarnego psa. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na co dzień telefonem, na urlopie przeważnie moim starym nikonem D5200.
      Ja również. Ta wspomniana kawa smakowała zupełnie inaczej niż ta, do której jestem przyzwyczajona. Miała okropny kwaśny posmak. Aż musiałam zamówić wodę, żeby spłukać jej posmak. Koneserzy pewnie by się zachwycali...
      Kto go tam wie? ;)

      Usuń
    2. Też działam "na dwa fronty", czyli telefon i aparat. W tym tygodniu będę miała szkolenie z konsultacją z profesjonalnym fotografem, aby się dowiedzieć, czy do moich planów potrzebuję zmienić aparat na jakiś inny.
      Używam Iphona i Canona 100D.
      Nie cierpię kwaśnej kawy... Jestem wybredna co do smaku kawy, ale czy jestem koneserem... Pijam z napojem roślinnym, więc pewnie nie.

      Usuń
    3. Nigdy nie byłam gadżeciarą i mam tendencję do eksploatowania sprzętu aż do jego śmierci, więc pewnie kupię nowy aparat, jak stary mi padnie. Ma już swoje lata, i na rynku na pewno jest znacznie lepszy sprzęt, ale ja jestem totalną amatorką, więc na moje skromne potrzeby w zupełności mi wystarcza. Zawsze też mogę poratować się postprodukcją (Adobe Photoshop), z czego i tak korzystam regularnie, bo zmniejszam wielkość zdjęć i poprawiam kontrast. Idealne nie są, ale dużo osób zamieszcza u siebie jeszcze gorszej jakości, więc czuję się usprawiedliwiona i rozgrzeszona ;) Twoje szkolenie brzmi jednak obiecująco i ciekawie, tym bardziej, że planujesz się rozwijać w tym kierunku. Skoro chcesz wiązać swoją zawodową przyszłość z pisaniem i fotografią, to dobre kroki podjęłaś. Sama jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Myślę jednak, że nie powinnaś czuć na sobie presji kupowania bardzo drogiego sprzętu, bo dobry kucharz ugotuje smaczny obiad nawet w kiepskich garnkach ;)

      Usuń
    4. Gadżeciarą też nie jestem, ale chcę zmienić branżę i potrzebuję lepszych efektów. :)
      Powiedzenie o dobrym kucharzu tutaj nie pasuje. Każdy fotograf Ci to powie. Tutaj jakość garnków ma kolosalne znaczenie.
      Presji nie czuję, budżetu nie rozszerzę, trochę odłożyłam, jestem gotowa. :)

      Usuń
    5. Rozumiem Twoje pobudki :)
      Hmm, polemizowałabym, bo tak naprawdę zwykłemu śmiertelnikowi (niezajmującemu się publikowaniem zdjęć) wystarczy dziś aparat w smartfonie. Współczesne telefony robią kapitalne zdjęcia i mają niesamowite parametry.
      Powodzenia! Sama jestem ciekawa, co Ci z tego wyjdzie :)

      Usuń
    6. Oj tak, póki co, mój telefon potrafi zrobić lepsze zdjęcie niż ja aparatem, ale to wynika z braku dobrej znajomości technicznej. Jeszcze. :)

      Usuń
  2. Taito, jak ja się cieszę, że jesteś 😊 Martwiła mnie Twoja nieobecność, ale z drugiej strony zawsze szanuję prawo autora bloga do ciszy... Znów pokazałaś nam magiczną wyspę okraszoną pięknymi zdjęciami i ciekawymi opowieściami. Choć ta o Moddey Dhoo brzmi dla mnie nieprawdopodobnie, bo od zawsze uważam, że to nie psów trzeba się bać, a ludzi... Wizyta w pizzerii niestety średnio się Wam udała, bo najpierw "pokonały" Was przedszkolaki (czasem oczekiwania) a potem ohydna kawa 😉ale i takie historie zdarzają się na trasie różnych podróży. Życzę Wam więc szybkiego powrotu na wyspę oraz zdobycia wzgórza i oby żadne przeszkody nie pojawiły się na Waszej drodze do tego celu!
    Ściskam i pozdrawiam!
    Anita

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, kochana, za miłe słowa i Twój obszerny komentarz :) Oczywiście, że blogerzy mają prawo do ciszy, zwłaszcza tacy mojego pokroju, którzy robią to hobbystycznie i nie pobierają opłaty za swoją pracę, jednak zachowanie dziewczyn odebrałam jako wyraz troski (i przemiły gest), nie zaś rozliczanie mnie z mojej nieobecności.

      Nie boję się psów, bo wychowałam się wśród zwierząt na wsi, prawie jak Mowgli w dżungli :) Rozumiem jednak ludzi, którzy się ich boją. A boją się między innymi dlatego, że wielu właścicieli jest niestety lekkomyślnych, często myślą też, że świat kręci się wokół ich psa. Mnie samą, tu w Irlandii, dwukrotnie znienacka dziabnął jakiś pies, na szczęście nigdy na tyle, by powstała z tego rana. Niedawno pies zagryzł tu swoją właścicielkę, znam wiele przypadków, w których zagryzały one albo poważnie raniły owce i jagnięta. Mój szef miał dubeltówkę na takie psy, aby chronić swoje stada. Za zachowanie psów odpowiadają ich właściciele. A ci niestety znacznie "obrzydzili" mi psy.

      Oj tak, miejsce niby fajne, ale wizyta w nim była zdecydowanie stratą czasu. Żal mi było tej utraconej prawie godziny. Masz rację, bywa i tak, nie wszystko zawsze układa się po naszej myśli. Nie była to jednak wielka skaza na tym wyjeździe, bo sam urlop był fantastyczny i cały czas marzy mi się powrót :)

      Jeszcze raz wielkie dzięki za Twoją obecność, Anitko :)

      Usuń
  3. Wzgórze Peel’s Hill robi wrażenie, taka surowość krajobrazu, tajemniczość, niełatwe miejsce do zamieszkania, a jednak Thomas Corrin tam mieszkał, a jaka miał prywatność, podziwiam za wybudowanie wieży. Ciekawa i smutna historia jego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyspa Man w dużej mierze przypominała mi Irlandię, krajobrazy bywały niesamowicie podobne, mimo to miała jednak swój odrębny charakter i atmosferę nie do podrobienia.
      Thomas przede wszystkim miał dużego pecha - utrata ukochanych osób zawsze boli i zawsze jest traumą, po której czasami ciężko się podnieść. Pięknie upamiętnił swoją rodzinę.

      Dziękuję za wyrażenie Twojej opinii, Tereso, i za wizytę na moim blogu. Zawsze jesteś tu mile widziana :)

      Usuń
  4. Ww, jakie cudne widoki i jakie przepiękne historię. Lubię takie opowiadania i legendy
    Jeśli chodzi o kawę to też preferuję czarną bez żadnych dodatków, a pizzę bym opuściła - nie należy do moich ulubionych dań, no chyba, że we Włoszech ;)
    Nie wiedziała, że wyspa Mann nie jest częścią UK, ale też w sumie nigdy się tym nie interesowałam i gdyby nie Ty pewnie nie wiedziałabym, że taka istnieje :) Lubię Twoje opowieści, tamte rejony znane są mi głównie dzięki Tobie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również lubię, zawsze miło czytało się mitologię, lubiłam też zapoznawać się z bajkami i legendami - kto wie, może z nimi jest jak z plotkami, i w każdej tkwi ziarenko prawdy? Na wyspie często można było zaobserwować ukłon w stronę jej mitologii.

      O proszę, mamy te same preferencje :) Nie lubię słodkich napojów, nie wypiłabym takiego ulepku. Kawa i herbata tylko i wyłącznie bez cukru, żadnych bawarek tak bardzo popularnych w Irlandii. A pizzę akurat lubię, ale nie żadne mrożone gotowce, i też nie każdą.

      Cieszę się, że odcinek przypadł Ci do gustu i że dowiedziałaś się z niego czegoś nowego. Zawsze miło czytać takie pozytywne komentarze :)

      Usuń
  5. Ojej, przeczytałam jednych tchem, jak doskonałą lekturę. Uwielbiam takie ciekawe historie, okraszone wieloma ciekawostkami, a kiedy jeszcze do tego poprzerywane są wspaniałymi ilustracjami, to jest to uczta dla mojej duszy.
    Tym bardziej, że też piję tylko czarną bez niczego (najczęściej americano) więc tym bardziej wczułam się w rolę :)
    Dziękuję Ci za tę wycieczkę pełną emocji i uśmiechu...
    P.S. Usunęłam poprzedni komentarz, bo mi się sam w połowie opublikował znienacka, taki niegrzeczny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale miło to czytać, gorące podziękowania, Iwonko! :)

      A zatem przybijam Ci piątkę :) Swego czasu eksperymentowałam z kawami, zdarzyło się, że kupowałam jakąś z dodanym syropem, ale nie bardzo mi one podchodziły, czasami wręcz całkowicie psuły przyjemność picia kawy. Teraz najchętniej piję americano i cappuccino, na wyjazdach zdarza się aromatyczne i pobudzające espresso :) Po tylu latach bycia kawoszką chyba zbudowałam sobie ogromną tolerancję na kofeinę, bo spokojnie mogę wypić kawę późnym popołudniem albo wieczorem i nie przeszkodzi mi ona w zaśnięciu :)

      Serdeczne pozdrowienia z osnutej mgłą wyspy :)

      Usuń
    2. No to masz tak jak ja albo raczej ja mam tak jak Ty.
      Mogę się nakawować wieczorem, a i tak śpię :)
      Serdeczne pozdrowienia z szarej polskiej wiochy :)

      Usuń
    3. Miło mieć te same upodobania i wykazywać podobne zachowania, choćby w tak trywialnej tematyce :)
      U mnie od paru dni mgła, i to dość gęsta! Chyba z Polski przyszła, bo słyszałam, że też było u Was mlecznie i biało ;)

      Usuń
  6. Piękne widoki. Trochę żal, że nie wspięliście się na wzgórze bo wieża z nieczęsto spotykanym kształtem. Ale historia Thomasa, a raczej jego doczesnych szczątków, pierwszorzędna. Wiem, że nijak się to ma do komedii Mela Brooksa, ale kiedy czytałem to wizualizowała mi się scena w której Marty Feldman i Gene Wilder pozyskiwali materiał do ożywiania.
    A ten pies to nie jakiś pierwowzór psa Baskerville'ów?
    Kawę pijam przeważnie cappuccino lub late. To pozwala regulować temperaturę, tak żeby wypić szybko zanim ostygnie. Zbyt często odstawiałem w pracy kubek na parę sekund i dopijałem całkiem zimną. A kawa powinna być gorąca jak... Norbi coś wiedział na ten temat. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło - cieszę się, że przypadły Ci do gustu :)
      Ja bym nawet powiedziała, że bardziej niż trochę żal. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie wyglądają ruiny na wyspie św. Patryka widziane z tego wzgórza... Niestety, dużo czasu straciliśmy w oczekiwaniu na pizzę, zwiedzaliśmy też inną atrakcję w Peel, i pod koniec dnia mieliśmy już dość, nie chciało się nam nigdzie wspinać. Tylko jeden dzień byliśmy w tym mieście, więc ponownej okazji już nie było. Mam jednak nadzieję, że wrócę tam w przyszłym roku i wtedy nadrobię pewne wędrówki - Wyspa Man została stworzona do trekkingu!

      Hmm, ciekawa sugestia z tym psem, nawet nie przeszło mi to przez myśl. Kto wie, może faktycznie jest coś na rzeczy. Nie zdziwiłabym się!

      Skoro zeszliśmy na temat muzyczny, to dodam, że Hozier śpiewał: "I take my whiskey neat", ja podobnie piję swoją kawę: czystą i gorącą :) Całkowicie się z Tobą zgadzam. To samo mam z herbatą. Jeśli ostygnie, to jej nie wypiję. Musi być gorrrąca!

      Usuń
  7. What a beautiful, atmospheric exploration of Peel! The story of Corrin’s Tower and its connection to the island’s maritime past is fascinating. I love how the article captures the sense of history and mystery in the area, especially the unique tale of Thomas Corrin and his journey after death. It's always incredible to learn about places that carry such deep personal stories.

    We're almost at the end of the week! How's it going so far? I just posted a new blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Peel is extremely atmospheric and charming town, I fell in love with it at first sight. It doesn't really surprise me as I've always been partial to coastal towns. Fingers crossed, I hope to come back there next year.

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Please, stop spamming. You post the same comments everywhere. I do not appreciate that.

      Usuń
  9. Oj, jak ja lubię te Twoje wycieczki, w które nas zabierasz! Raz, że ciekawe, dwa że piękne. Może dlatego, że kocham taki surowy wyspiarski klimat i krajobrazy. Aż wstyd się przyznać, ale wyspę Man kojarzyłam mgliście, pojęcia nie miałam o jej tak ogromnej niezależności - to budzi szacunek! - no i proszę więcej o tej ich mitologii i zjawiskach nadprzyrodzonych, bo czuję wielki niedosyt.
    Nawet nie wiesz, jak dobrze Cię rozumiem w kwestii tej knajpki. Czasami opinie o jakiejś gastronomii (knajpie, potrawie, rodzaju produktu np kawy lub herbaty) są och! i ach! a moje plebejskie kubki smakowe ni hu hu nie są kompatybilne z owymi zachwytami. Trudno. Mam widać przaśne gusta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, lejesz miód na moje serce, a właściwie to chyba na oczy, bo nie ma nic przyjemniejszego od przeczytania takiego przemiłego komentarza - nawet nie wiesz, jaką motywację dajesz mi do pisania i publikowania kolejnych wpisów. Specjalnie dla Ciebie już pracuję nad następnym! Mam nadzieję, że będziesz usatysfakcjonowana! :)

      Ogromnie cieszy mnie też fakt, że podzielasz moje zamiłowanie do wyspiarskich klimatów i pejzaży. Tego Ci zazwyczaj u mnie pod dostatkiem :) W przeszłości zamieszczałam też sporo wpisów z Walii, kolejnego kraju, który bardzo przypadł mi do gustu, ale raczej nie było Cię jeszcze wtedy u mnie. A jeśli cierpliwie poczekasz, to obiecuję Ci też szkockie posty, bo w tym roku miałam szczęście być w Szkocji na urlopie. Spoiler alert: było cudownie! ;)

      Nie wiem, jak u Ciebie z angielskim, jeśli znasz, to polecam Ci książkę, którą czytałam jakiś czas temu - "Supernatural Isle of Man" autorstwa Jenny Randles. Tam jest bardzo obszernie opisana ta tematyka.

      Nie ma się czego wstydzić. Jestem pewna, że takich jak Ty jest tu więcej. Ba! Sama do Was niedawno należałam. Wyspa Man to taki uroczy, skromny i nie rzucający się w oczy kraj :)

      Dlatego właśnie zaznaczyłam, że jestem prostą babą ze wsi, co to nie zna się na wyrafinowanej kawie :) Mieli tam duży znak z informacją o serwowanej przez nich kawie NOA, domyślam się więc, że wśród pasjonatów mogą to być pożądane ziarna. Bo kiepskimi raczej by się nie przechwalali, prawda?

      Na koniec dodam ku pokrzepieniu Twojego dobrego serca, że od dobrych kilku dni (a raczej nocy) regularnie dokarmiam te dwie moje sieroty kolczaste (pojawia się też trzeci, większy). Może to moje myślenie życzeniowe, ale wydaje mi się, że troszkę je już utuczyłam. Za każdym razem, jak je widzę, wychodzę i dorzucam im do suchej karmy puszeczkę (albo dwie) paszteciku Gourmet Gold (moje koty już mnie za to nienawidzą!). Mają więc ucztę. Prawie jak za króla Sasa ;) Spotkałaś się kiedykolwiek z jeżykami, które mają jasne plamki na sobie? Jeden jest łaciaty, prawie jak Milka ;) Nie mogę znaleźć żadnych informacji na ten temat!

      Usuń
  10. What a fascinating and rich history of Peel! I loved learning about the stories behind the ruins, Corrin’s Tower, and the mysterious Moddey Dhoo. It’s clear there’s so much more to this town than meets the eye.

    How is Saturday going? Read my new post. Thank you. (https://www.melodyjacob.com/2024/11/holiday-glam-budget-christmas-outfit-ideas.html).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh yes, as always, you're absolutely right, Melody - there is so much more to Peel than meets the eye. I will pay you a visit soon ;)

      Usuń
  11. Kolejna ciekawa wysepka. Podoba mi się ten parking poniżej wzgórza i ten drugi też ciekawy bo taki jakby specjalnie osłonięty od wiatru.

    Ta wieża to wygląda jakby wystawała ze środka domu 🤔 a może tylko zdjęcie tak wyszło?

    Strasznie nie lubię kiepskiej kawy i zimnej dlatego nie piję w pracy bo choć mamy kilka dobrych ekspresów to nie ma szans wypić ciepłą tyle jest biegania

    Niezłych miał Tomaszek przyjaciół że tak twardo z jego truchłem ganiali po wzgórzach 😁

    Aaaa i muszę się cofnąć czy pisałaś co się stało żonie chyba w połogu zmarła jak z dzieckiem razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ta sama wysepka, co poprzednio - z ostatniego sierpniowego wpisu o mieście Peel. Jako że trochę w nim zabawiliśmy, a ja mam rozlazły styl, to wyszły z tego dwa posty, a nie jeden :) Masz jednak rację, wysepka ciekawa :) Parking malowniczy, ale tak bryzgało, że maska i szyba w samochodzie były ochlapane.
      Wieża tak wygląda, ale to tylko perspektywa, zapewniam Cię :)

      Ja w ogóle nie uznaję chłodnej kawy czy herbaty. Mają być gorące i już :) W domu jak robię, to najpierw ogrzewam kubek/imbryk, a później jeszcze naciskam specjalny guziczek w ekspresie, żeby zrobił mi gorętszą wersję :) Teraz szczególnie szybko stygnie, bo w domu umiarkowana temperatura.

      Takich oddanych przyjaciół ze świecą szukać! Dziś na mało kogo można liczyć.

      Z tego, co mi wiadomo, to zmarła przy porodzie.

      Usuń
    2. nie wiem czy to dobrze czy źle, że nie utkwiła mi w pamięci, że już była. Znaczy jednak mózg mi średnio działa przynajmniej nazwę powinnam kojarzyć.

      Aaaa czyli złudzenie z tą wieżą :)

      No właśnie więc mnie rozumiesz. Ale o gorętszej wersji z ekspresu to nie słyszałam :O

      Teraz takich już nie robią i nie sieją :D

      Aaaa domyśliłam się.

      Usuń
    3. Och, Ty moja złota rybko! Miałaś parę miesięcy na napatrzenie się na tę wysepkę, bo to był ostatni wpis przed moim zniknięciem na miarę Houdiniego, a i tak jej nie zapamiętałaś ;) A szare bezgłowe psy pamiętasz? Albo okręt wynurzający się z wody? :) To samo miasto, ta sama wyspa :)
      Tak się składa, że mam taką opcję w ekspresie - mogę zrobić kawę w normalnej temperaturze, albo wyższej (po naciśnięciu tego przycisku), więc korzystam. A mimo to, często-gęsto, i tak mi kawa wystygnie gdzieś w połowie kubka...

      W ogóle to mam wrażenie, że paradoksalnie wraz z postępem technologicznym nastąpił też rozpad więzi ludzkich. A jeśli nawet nie rozpad, to mocno się one poluzowały.

      Usuń
  12. Wstyd się przyznać, bo powinnam to wiedzieć jako mieszkanka Wysp Brutyjskich, ale sądziłam że Man jest szkocką wyspą, a nieniskim tam kraikiem z parlamentem. No cóż, człowiek uczy się całe życie. Jak zwykle cudowne zdjęcia i przepiękną opowieść nam zaserwowałaś. Co nie pasowało Ci w lokalnej pizzy? Z ciekawości pytam, bo najczęściej takie małe pizzerie są sztosowe. Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, żaden wstyd. Zawsze powtarzam, że nikt z nas nie jest omnibusem, mimo że niektórzy koniecznie chcieliby uchodzić za ekspertów od wszystkiego. Przyznanie się do konkretnej niewiedzy wymaga odwagi, skromności i niewybujałego ego. Super, że to potrafisz :)

      Tak długo czekaliśmy na tę pizzę, że kiedy już się pojawiła, to chyba byłam do niej uprzedzona ;) Ja tam nie jestem wielką znawczynią pizzy - jeśli już jakąś jem, to jest to właśnie ta z Domino's. Taka mi najbardziej smakuje. Nie lubię mrożonych, ani tych na cienkim cieście. Ta właśnie takie miała, z tego co pamiętam. Połówkowi jednak smakowała, a to najważniejsze :)

      Usuń