Cieszę się, że pomimo rozgłosu, jaki ostatnio towarzyszył filmowi "It Ends With Us" i jego książkowemu pierwowzorowi, nie zagłębiałam się w tajniki ani jednego, ani drugiego. W zasadzie to unikałam tego jak diabeł wody święconej albo pan Twardowski Mefistofelesa, skoro już o czartach mowa.
Dzięki temu, kiedy już w moje ręce trafił biblioteczny egzemplarz bestsellera Colleen Hoover, było tak, jak lubię. Przede mną była rozległa terra incognita. Treść tej powieści stanowiła dla mnie jedną wielką niewiadomą, przez co przy przewracaniu kolejnych kartek czułam się jak Krzysztof Kolumb odkrywający nowe lądy. Czułam ekscytację, jak pies, który właśnie złapał obiecujący trop, chciałam więcej. Koniecznie musiałam dowiedzieć się, gdzie ten trop mnie zaprowadzi i co czeka na jego końcu.
Tu muszę zaznaczyć, że książkę klasyfikuje się jako "romans", co moim skromnym zdaniem absolutnie nie wyświadcza jej przysługi, jest za to krzywdzącym niedopowiedzeniem.
Standardowe romanse z reguły nudzą mnie, czasami wręcz irytują, najczęściej zaś powodują ostentacyjne przewracanie oczami i ziewanie. Czyli w zasadzie robią wszystko to, czego nie powinny, nie wywołując przy tym żadnych z tych emocji, które powinny wzbudzać w czytelniku.
Z "It Ends With Us" było zupełnie inaczej.
Jeszcze zanim dotarłam do setnej strony, zdążyłam sprawdzić repertuar kina, bo już wiedziałam, że chcę zobaczyć tę historię na szerokim ekranie, tym bardziej, że lubię Blake Lively, aktorkę wcielającą się w główną bohaterkę, Lily Bloom.
Jeszcze zanim dzień dobiegł końca, postanowiłam, że nie położę się spać, dopóki nie przeczytam tych 360 stron, które zapisała autorka. A kiedy już dotarłam do mety, finisz było słodko-cierpki, bo przeczytałam posłowie. Dowiedziałam się bowiem, że fabuła nie była całkowicie fikcyjnym tworem, który zrodził się w głowie Hoover.
Jeden z kilku fragmentów, który bardzo mi się spodobał to ten poniżej:
"Wyobraź sobie tych wszystkich ludzi, których spotykasz w życiu. Jest ich tak wielu. Przybywają jak fale i jak fale odchodzą. Niektóre fale są znacznie większe od innych i zostawiają większy ślad. Czasami przynoszą ze sobą przedmioty z dna morza i wyrzucają je na brzeg. Ślady na piasku dowodzące, że fale tam były, jeszcze długo po przypływie."
Takich fal-ludzi było w moim życiu wiele. Kilka moich najgłębszych relacji międzyludzkich miało miejsce właśnie w moich młodzieńczych latach. Zapewne dlatego wątek przyjaźni Lily i Atlasa dość mocno mnie dotknął, by nie powiedzieć dosadniej ‒ wzruszył. Zresztą, cała tematyka książki jest mi niestety z pewnych powodów dość bliska.
A ponieważ mam do tej powieści dość osobisty stosunek, myślę, że będzie tą książką-falą, która na długo pozostawi po sobie ślad.
Z przyjemnością dodaję, że zdecydowanie przeszła moje oczekiwania. I cieszę się, że nie czytałam jej opisu na okładce, bo mam wrażenie, że cokolwiek, by nie napisać o jej fabule, zabrzmi to niesamowicie infantylnie. Podobnie zresztą jak imię i nazwisko bohaterki ‒ rodem z kiepskiego romansidła.
Słodko-gorzka, ale też momentami pikantna. Mimo wszystko sporo w niej ciepła i treści budzących duże emocje, co najlepiej oddają angielskie słowa: heartwarming i heartbreaking. Widać, że autorka włożyła w nią sporo serca.
Ważna i potrzebna lektura. Błyskawicznie mnie uwiodła, przez co bez wyrzutów (chwilowo) porzuciłam "Stellę Maris" (ostatni śpiew Cormaca McCarthy'ego), której czytanie szło mi jak po grudzie. "It Ends With Us" było doskonałą odskocznią od niej.
***
Dopisek już po seansie:
Film nie dorasta książce do pięt! Rozczarowujący, niestety.
Nie czytałam, nie oglądałam, a nawet nie słyszałam nic na temat tej lektury i filmu ... Może się skuszę, ale to po nowym roku, bo na razie mam kolejkę w czytaniu ;)
OdpowiedzUsuńA co do tych fal, to coś w tym jest - niektórzy pojawiają się w naszym życiu jak krótka fala, inni potrafią przyjść jak sztorm i zostawią tylko zniszczenie, inni przynoszą prawdziwe skarby...
Pięknie to zinterpretowałaś i rozwinęłaś, Elso :) Colleen Hoover to moje stosunkowo nowe "odkrycie". Tak bardzo spodobała mi się "It Ends With Us", że zaraz po niej przeczytałam "9 November" (tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę więcej), a dziś miałam świeżą dostawę z biblioteki, w tym między innymi "Ugly Love" - już ją zaczęłam i planuję kontynuować tej nocy :) Swoją drogą, nie wiem, czemu w Polsce nie tłumaczą tytułów jej książek. Wszystkie wyżej wspomniane pozycje czytałam po polsku, a każda z nich ma oryginalny angielski tytuł.
UsuńNie wiem, czy powinno mi być głupio, ale nie słyszałam ani o filmie, ani o książce.
OdpowiedzUsuńMyślę, że książka bardzo by mnie wciągnęła... tak sądzę po Twojej recenzji i opisie.
Zaciekawiłaś mnie nim bardzo :)
A opis życiowych fal bardzo trafny... w sumie ogólnie dobrze, że te fale jednak są, jakiekolwiek...
Bo nieraz się zdarza, że fal nie ma wcale i króluje gładka tafla, a to jest chyba trochę smutne :(
Kochana, ABSOLUTNIE NIE powinno Ci być głupio, nawet tak nie myśl. Nie ma obowiązku bycia na czasie ze wszystkimi informacjami czy nowinkami kulturalnymi. Sama tego nie śledzę! Zresztą, gdybyś chciała być ze wszystkim na bieżąco, to życia by Ci na to zabrakło :)
UsuńO wielu rzeczach dowiaduję się zupełnie przypadkowo :)
Poza tym, od czego są blogi i koleżanki blogowe? :))
Zawsze powtarzam, że nikogo nie namawiam, ani też nikomu nie odradzam - ja tu tylko zapisuję swoje luźne przemyślenia, sygnalizuję, że coś jest. A nuż kogoś to zaciekawi? Tym razem też tak jest - nie każdy lubi ten rodzaj literatury, ufam, że moi czytelnicy są na tyle świadomi swoich preferencji, że podświadomie wyczują, czy to coś dla nich, czy może wręcz przeciwnie :)
Sama nie wiem, co o tym myśleć, i co tak naprawdę jest bardziej przykre: widok tafli gładkiej jak aksamit czy może pustka pozostawiona przez odpływ.
Ooooo nie czytałam nie widziałam nie słyszałam 🤔 ale zaciekawiłam się jak to mówiła jedna mówczyni na szkoleniu. Musicie się zaciekawić 😁 no to chyba zerkne czy jest w biblio
OdpowiedzUsuńHaha, w moich rodzinnych stronach tak się mówiło, w ogóle to gwara była u nas bardzo popularna, w końcu ze wsi jestem :) Może ona była jakąś moją dalszą sąsiadką? ;)
UsuńNa bank macie Colleen Hoover w bibliotece! Byłabym zszokowana, gdyby było inaczej. To, kurczę, ja mieszkam za granicą, a mogłam swobodnie zamówić sobie jej książki. Jeśli nie czytałaś odpowiedzi do Elsy, to wszystkie książki Colleen Hoover, jakie przeczytałam ("9 November" i "It Ends With Us", dziś rozpoczęłam "Ugly Love") miałam właśnie z irlandzkiej biblioteki... PO POLSKU :)
A nie boisz się, że Cię nie zaciekawi? ;) Bo Ty chyba od dłuższego czasu już tylko kryminały czytasz? Dawno nie zaglądałam do tego Twojego spisu przeczytanych pozycji...
no możliwe skoro Ciebie takie określenie nie dziwi i znasz :D
UsuńMamy bo już zamówiłam :) Nie boję się bo czasem czytam coś innego, nie często i nie romanse ale skoro wyjaśniłaś, że nie będę przewracała oczami to spróbuję :)
Ale ja nie dawałam żadnej gwarancji na nieprzewracanie oczami :) U mnie akurat tego nie było, mimo że nie przepadam za romansami. Czytałam naprawdę tandetne romansidła i jakoś tak obrzydziły mi ten gatunek. "It Ends With Us" niby też figuruje jako romans, ale dla mnie jej tematyka mocno wykracza poza standardowe romansidło. Powiem Ci jednak, że teraz powoli kończę "Ugly Love" i ta już średnio mi się podoba (choć jak to Colleen: czyta się bardzo szybko), bo za dużo seksu - momentami mam wrażenie, jakbym czytała jakiś erotyk! W "To się na nas kończy" też było trochę pikantnych scen, ale nie aż tyyyle. No ale może akurat pod koniec "Ugly Love" będzie jakiś spektakularny twist i książka wbije mnie w fotel ;)
UsuńKoniecznie daj znać, jak już przeczytasz: albo tu albo w mailu :)
No i tak ciekawie i pięknie napisałaś o tej książce, że dzisiaj wiedziałam czego szukać w księgarni. Od razu pognałam do ‘romansu’ i szybko złapałam w łapki “It Ends With Us” (były tylko 2 na półce) i zobaczyłam obok “It Starts With Us”, wiec też kupiłam. Moje są po angielsku i okładka wygląda ładniej, na razie sycę się tylko patrzeniem, mało podobno jest to Collector’s Edition, no ale muszę skończyć kryminał i wtedy zacznę spokojnie czytać, żadne czytanie po nocy, chociaż nie do końca tak musi być.
OdpowiedzUsuńTereso :) Jak miło znów Cię tutaj widzieć i czytać - dziękuję za Twoje odwiedziny i pamiątkę po sobie, którą mi zostawiłaś :) Mam nadzieję, że książka przypadnie Ci do gustu - kto wie, może w Twoim przypadku również dotknie jakiejś wrażliwej struny Twojej duszy/serca? W moim przypadku tak właśnie się stało i to w dużej mierze wpłynęło na taki, a nie inny odbiór. Bardzo chętnie przeczytałabym później Twoje refleksje na jej temat, jakiekolwiek by nie były. Jeśli będziesz mieć ochotę, to podziel się, proszę, swoją opinią: albo tutaj albo w mailu do mnie, śmiało możesz pisać na mój adres: taita@onet.eu
UsuńPlanuję bliżej zapoznać się z Colleen Hoover, bo zaciekawiła mnie jej twórczość. Póki co w każdej z jej książek odnalazłam siebie/coś, co mnie poruszyło. "It Starts With Us" właśnie sobie zamówiłam z biblioteki. Mam nadzieję, że w pewnym momencie nie odczuję przesytu nią, czasami mi się to zdarza, kiedy zbyt długo czytam tego samego autora.
A jak tam Twój kryminał? Podobał Ci się? Polecasz? Może i ja się na niego skuszę, lubię ten typ literatury.
Dobrego weekendu życzę :) U nas mroźno! Ale nadal bez śniegu.
Taita, kryminal zaczelam czytac kilka dni temu, ja wolno czytam, jestem dopiero w polowie. Moje ulubione kryminaly to amerykanskie, a autor to Michael Connelly, odkrylam moze 10 lat temu i wciagnely mnie, przed chwila policzylam ze mam ich juz 32, on ciagle pisze i wlasnie czytam to co ostatnio napisal "The Waiting". Pasuje mi jego sposob pisania, tak odpowiednio do czasow w ktorych pisze, glowny bohater - detektyw Harry Bosch ma poza tym ciekawe zycie prywatne, a poniewaz jest on prawie w kazdej ksiazce, w pewnym sensie stal sie dla mnie bardzo realny. Jak czytam to jakos sobie wyobrazam wszystkie postacie, dlatego nie ciagnie mnie do ogladania filmu, bo sa podobno dwa filmy.
UsuńCiesze sie ze mam "It Ends With Us" i lubie tak troche czekac z czytaniem, moze to bedzie juz w tym tygodniu, a potem podziele sie moimi wrazeniami.
Absolutnie nie ma pośpiechu, Tereso :) Napisałam, żebyś dała mi znać, bo po prostu jestem ciekawa Twoich odczuć, ale nie czuj na sobie żadnej presji - równie dobrze możesz mi o tym napisać za miesiąc albo pół roku :)
UsuńWłaśnie sprawdziłam w swoich zapiskach (zawsze notuję to, co czytam, bo po latach można zapomnieć, co się czytało...) i tak, jak mi się wydawało - miałam swoją przygodę z Michaelem Connelly. Czytałam "City of Bones" ("Cmentarzysko") i oceniłam na piątkę, więc książka przypadła mi do gustu, to z niej właśnie kojarzę detektywa H. Boscha.
Ja taką "fascynację" przeżyłam Harlanem Cobenem. Odkryłam go w latach swojej młodości, byłam wtedy nastolatką, i przeczytałam niemal wszystko, co napisał, czyli właśnie ponad 30 książek. Później jakoś odstawiłam go na boczny tor - chyba trochę mi się przejadł, a może znudził, sama nie wiem. Któregoś razu muszę wrócić do niego i nadrobić te nieprzeczytane najnowsze pozycje. Ciekawa jestem, czy również przypadną mi do gustu, czy jednak przez te minione lata nieco mi się on zmienił? Jeśli chodzi o kryminały, to lubię też Camillę Lackberg i Tess Gerritsen (ta ostatnia specjalizuje się w kryminałach medycznych).
Rozumiem Twoje odczucia względem Harry'ego, bo mnie również zdarzało się zżyć z bohaterami książek, szczególnie sag :)
Miłego dnia Ci życzę :)
Taita, skończyłam. Po pierwsza wspaniała odskocznia od kryminałów, bardzo mi dobrze mi to zrobiło. I wcale mnie nie dziwi że historia opisana w tej książce oparta na życiu jej matki. Szczerze to nie wciągnęłam się od razu w czytanie, najprawdopodobniej pierwsze 100 stron to było takie uczucie - co ja tu robię? że jestem spóźniona o dziesiątki lat z czytaniem takiej powieści, ale od połowy byłam pochłonięta zupełnie, wzruszałam się, przeżywałam razem z nią, niepokoilam sie, miałam też mieszane uczucia tak jak ona, no i takie zagubienie. Poza tym bardzo chcialam żeby każdy z nich ucierpiał jak najmniej. A koniec tak jak piszesz słodko-gorzki.
UsuńTeraz czeka na mnie “It Starts With Us”.
Dziękuję, że dotrzymałaś słowa i dałaś mi znać :) Całkiem sprawnie Ci to poszło :) Cieszę się, że się nie poddałaś, tylko zawzięcie kontynuowałaś lekturę :) To jest właśnie magia Colleen Hoover, nie wiem, jak inaczej to nazwać. Dostarcza wspaniałego wachlarza emocji i sprawia, że czytelnik emocjonalnie angażuje się w losy bohaterów. Miałam podobnie z "Ugly Love". Myślałam sobie, że to najgorsza jej książka, że jednak nie dla mnie, a im dalej w las, tym bardziej mi się podobała. Autorka ma wspaniały warsztat literacki. Teraz rozumiem skąd ta jej wielka popularność i zachwyt wielu osób.
UsuńZazdroszczę "It Starts With Us". Zamówiłam sobie kilka jej książek z biblioteki, i mam nadzieję, że dotrą do mnie przed świętami.
No proszę! Czyli jednak prawdą było co pisałaś jakiś czas temu, że nie samymi "strasznymi" i poważnymi książkami katujesz ;) oczy. W życiu przeczytałem chyba tylko trzy powieści, które można zaliczyć do romansów, cokolwiek by to nie znaczyło. Trzy, ale nadal je pamiętam. Dwie pierwsze popełnione przez J.O. Curwood'a "Dolina ludzi milczących" i "Najdziksze serca" i trzecia autorstwa D. Koontz'a "Grom". Taaaak... W sumie, to pod definicję romansu można by nawet "Nędzników" podciągnąć, jeśli by człowiek wziął pod uwagę drugą parę pierwszoplanowych bohaterów.
OdpowiedzUsuńCo by nie pisać, to ładnie Taito zachęciłaś do zagłębienia się w tej lekturze. A tak dla ciekawości, możesz napisać której dała byś więcej punktów, tej czy "Zanim zasnę"? Bo wiesz, Ty polecasz, Twoi czytelnicy czytają. ;)
Drogi Zielaku, powinieneś się wstydzić, bo zupełnie niechcący wpędziłeś mnie w "traumę"! ;) Jakiś czas temu wypomniałeś mi tę "straszną" tematykę książek, którymi Was tutaj rzekomo katuję, i z tego powodu od dobrych kilku miesięcy nie publikuję pewnego książkowego wpisu! Leży sobie na pulpicie i zbiera kurz w obawie przed Zielakiem!
UsuńPrzyznam Ci się, że to, co tu sporadycznie opisuję, to tylko maleńka kropla w czytelniczym oceanie :) Właśnie przed chwilą pofatygowałam się i policzyłam wszystkie przeczytane pozycje w tym roku (53 sztuki). W moim spisie jest niemal wszystko: sporo historii z życia wziętych, dużo literatury poświęconej latarniom, trochę fikcyjnych powieści, odrobinę klasyki, trochę publikacji popularnonaukowych... Na mojej szafce nocnej leży nawet poezja Dylana Thomasa, biografia Michelle Obamy i ze dwie inne rozgrzebane książki ;) Nie wiem więc, czy tak naprawdę można mnie zaszufladkować jako czytelniczkę jednego konkretnego gatunku, albo znaleźć w tym wszystkim klucz, którym się posługuję :)
"Dolina ludzi milczących" w ogóle nie brzmi jak romans! Zresztą, "Grom" tym bardziej nie (jeśli dobrze pamiętam, to kiedyś mi ją zachwalałeś, ale to chyba cegłówka jest, a mnie nieco przerażają takie rozmiary ;)) Po samym tytule umieściłabym ją raczej gdzieś wśród kryminałów i to takich klimatycznych :) Sam "Grom" zaś powędrowałby na półkę z publikacjami poświęconymi pogodzie i zmianom klimatycznym ;)
"Zanim zasnę"! Pamiętam! :) Pamiętam, że jak na wariata przystało (ale takiego pozytywnego) zakupiłeś ją zaraz po moim poleceniu - to było słodkie i urocze, ale jednocześnie przerażające dla mnie, bo nagle poczułam na sobie namacalny ciężar, jaki na mnie spoczął, i jaki niesie ze sobą rekomendowanie czegokolwiek komukolwiek :) Zawsze boję się, że ktoś będzie niezadowolony z moich "polecanek". Powiem Ci, że to bardzo łatwe pytanie, nawet nie muszę specjalnie się nad nim zastanawiać :) "Zanim zasnę" to fajny dreszczowiec, ale nic ponad to. Książka Colleen Hoover natomiast dotknęła mnie osobiście, bo gdzieś tam w fabule zobaczyłam samą siebie, więc naturalnym jest to, że wybieram właśnie ją. W ogóle to zakochałam się w tej kobiecie - jaki ona ma cudny warsztat literacki! Boziu, chciałabym tak pięknie pisać! Parę dni temu skończyłam "Ugly Love" (wcześniej zaś "9 November") i choć fabuła jest nieco cringe'owa momentami i dość ckliwa, to była w tak wspaniały sposób skonstruowana, że no nie mogłam się po raz kolejny nie zachwycać jej książką! Już sobie zamówiłam kolejną z biblioteki!
Nie musisz żadnej kupować, wystarczy, że sobie wypożyczysz z biblioteki - mają je po polsku, i nic to nie kosztuje - no może poza odrobiną cierpliwości :)
Wielkie dzięki za ten komentarz, Zielaku. Pozdrawiam Cię ciepło w ten zimny listopadowy wieczór :)
Witaj Taito po mojej wielomiesięcznej przerwie. Mam nadzieję, że po moich życiowych przebojach ( zapraszam na bloga) wybaczysz mi tę nieobecność. Ani książki, ani filmu nie widziałam, ale tik tok jest filmem zaspamowany, więc w zasadzie można powiedzieć, że wiem o co chodzi. A czy chcę przeczytać książkę lub obejrzeć film? No sama nie wiem, bo kiedyś, w moim pierwszym życiu temat był mi dosyć bliski. Usciski kochana
OdpowiedzUsuńMarta! Jak miło mi Cie tutaj widzieć! :) A ja myślałam, że to mój 2024 rok jest kiepski...! Ogromnie Ci współczuję, nie zasłużyłaś na tak podłe potraktowanie :( Oczywiście, że wybaczam, jak mogłabym tego nie zrobić? Musiałabym mieć serce z lodu!
UsuńJeśli temat był Ci dość bliski, to może faktycznie lepiej nie rozdrapywać starych ran.
Wszystkiego dobrego, kochana. Mam nadzieję, że od teraz będzie już tylko lepiej w Twoi życiu :)