sobota, 14 grudnia 2024

Niezbyt boski dom celtyckiego boga mórz


Gdzieś w którejś, o dziwo całkiem dobrej, książce poświęconej Wyspie Man wyczytałam, że "House of Manannan najbliżej jest do tematycznego parku rozrywki w tym kraju, choć rzecz jasna jest on znacznie bardziej edukacyjny niż Disneyland". Powiem tak ‒ zbrodnią, albo przynajmniej wysoce karalnym występkiem powinno być umieszczanie Disneylandu i House of Manannan w tym samym zdaniu. 


Powiem nawet więcej. Lekko bym się wkurzyła po wizycie w tym muzeum (bo to jednak muzeum jest, nie żadna Energylandia czy inny Disneyland, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu), bo w normalnych warunkach uznałabym te 26£ (za dwa bilety) za pieniądze wyrzucone w błoto. Ponieważ jednak wstęp do niego mieliśmy już opłacony, albo - jak kto woli - "darmowy", jako że na zamku Peel kupiliśmy sobie po Holiday Passie (30£ od osoby), to nie czuliśmy aż tak wielkiego rozczarowania. 


Poza tym samo muzeum znajduje się w bardzo bliskiej odległości od zamku, więc niejako żal było nie zaliczyć kolejnej atrakcji. Wraz z momentem zakupu Holiday Passów postawiliśmy sobie za cel dotrzeć do jak największej liczby zabytków, które obejmuje, aby mieć poczucie dobrze wydanych pieniędzy. 


Generalnie może nie jest to zła atrakcja, jeśli ktoś lubuje się w muzeach (ja już chyba jakiś czas temu przestałam), albo kiedy pogoda na wyjeździe wyjątkowo nie sprzyja. Wtedy faktycznie można się tu schronić przed wichurą, na spokojnie poczytać te wszystkie tablice informacyjne, wysłuchać opowiadań, a także obejrzeć filmiki i wszystkie rekwizyty. 


Jednak jak na miejsce, które zostało wybudowane w 1997 za powalającą kwotę ponad pięciu milionów funtów, to ‒ delikatnie i dyplomatycznie mówiąc ‒ szału nie robi, choć mamy w naszym pięknym polskim języku bardziej adekwatny kolokwializm na takie okoliczności. A powiem nieskromnie, że mam niemałe porównanie, bo w zasadzie całą swoją podróżniczą młodość spędziłam zwiedzając na wyjazdach przeróżne muzea. Owszem, Wyspa Man ma w moim sercu szczególne miejsce, zawsze będą ją z rozrzewnieniem wspominać, ale niekoniecznie będę z czułością uśmiechać się na myśl o House of Manannan. 


Pewnie nie pamiętacie z  poprzednich wpisów, więc Wam przypomnę. Manannan to mitologiczny bóg morza, któremu ponoć wyspa zawdzięcza swoją nazwę. House of Manannan to w tłumaczeniu na język polski Dom Manannana, a nie żadne tam muzeum poświęcone Korze i zespołowi Maanam (żeby była jasność). 

Przestępując więc próg domu tego celtyckiego boga, który lubił spowijać wyspę mgłą, razem z nim przenosimy się do przeszłości, gdzie krok po kroku poznajemy jej bogatą historię: jej celtyckie korzenie, erę skandynawskich najazdów, owocny XIX wiek, kiedy to Peel było prężnym portem rybackim, a nawet poznajemy początki Steam Packet Company, armatora, który do dziś ma monopol na morskie połączenie Wyspy Man z Irlandią. I który, tak na marginesie, ma w swojej flocie katamaran o nazwie Manannan. 



Do najbardziej wyróżniających się eksponatów na pewno należy pełnowymiarowy Odin's Raven, Kruk Odyna ‒ replika łodzi wikingów. Łódź została skonstruowana zgodnie z oryginalnym wikińskim projektem, i przypłynęła tu prosto z Norwegii w 1979 roku w ramach obchodu tysiąclecia istnienia tutejszego parlamentu zwanego Tynwald. 


 

Ponieważ kiedyś już mieliśmy okazję obejrzeć prawdziwy drakkar wikingów podczas zwiedzania pewnego muzeum w Norwegii, ten już nie wywołał u nas większego zachwytu. Raczej wrażenie déjà vu, bo tak naprawdę nie widziałam w tym muzeum nic innowacyjnego. To wszystko już było. 


Ja tam prosta baba ze wsi jestem i się nie znam, ale dla mnie najciekawszy był tutejszy... sklepik i jego "eksponaty". Mają tutaj też fajną kawiarenkę. Z obłędem w oczach buszowałam pomiędzy pamiątkami, wybierając kolejne widokówki (ładne były choć drogie), a także pamiątki dla moich małych Irlandczyków i opiekunki do kotów. Wyszłam stąd obładowana jak rabuś z banku, ale jakże zadowolona. Niekoniecznie jednak mądrzejsza niż przed wejściem! 



 


24 komentarze:

  1. Nie przepadam za skansenopodobnymi miejscami. Muzea lubię, ale sztuczni ludzie w skansenach bardzo mnie zawstydzają :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja stara dusza akurat lubuje się w skansenach, szczególnie takich, w których występują aktorzy (ludzie z krwi i kości) w kostiumach z epoki, zdecydowanie wolę je od muzeów. House of Manannan to jednak typowe muzeum, nie skansen. Masz rację, te wszystkie figury ludzi są dość creepy ;)

      Usuń
  2. Robisz bardzo dobre zdjecia, z przyjemnoscia obejrzalam I przeczytalam.
    Etap chodzenia po roznych muzeach mam zakonczony, a bylo tego bardzo duzo, bo maz tak mial ze wszedzie gdzie bylismy trzeba bylo pojsc do muzum a nawet muzeow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bóg zapłać za dobre słowo, dobra kobieto ;)
      Mam nadzieję, że towarzyszyłaś mu z ochotą, nie z przymusu. Niektórzy twierdzą, że ludzie się nie zmieniają, myślę jednak, że to nie do końca prawda. Z czasem zmieniamy się nie tylko my, lecz także nasze upodobania i priorytety. Ze mną było właśnie tak jak z Wami - niemal każdy zagraniczny wyjazd (zwłaszcza do dużego miasta) to muzeum. Obecnie zdecydowanie rzadziej zaglądam do tych przybytków, zaczęłam bardziej stawiać na kontakt z naturą i ucieczkę od ludzi.
      A właśnie - dotarła do mnie biblioteczna kopia "It Starts With Us" i czytam ją z doskoku :) Może coś tu napiszę na ten temat, ale nie obiecuję. Mam jeszcze tyle wpisów, które chciałabym zamieścić przed końcem roku, że nie wiem, jak się z tym wyrobię!

      Usuń
    2. O tak, chetnie i muzea odwiedzalam, chodzi raczej o to ze nie byly to moje pomysly, bylam malo przedsiebiorcza. Zawsze tak mialam ze w moim otoczeniu byli ludzie pelni pomyslow na spedzanie czasu, wiec w pewnym sensie poddawalam sie, ale wychodzilo mi to na dobre.
      Skonczylam czytac "It Starts With Us", no i bardzo dobrze czytalo sie, dobrze ze autorka napisalas dalszy ciag o Lily i Atlasie.

      Usuń
    3. Pod tym względem akurat się różnimy, bo za 90% wyjazdów to ja jestem odpowiedzialna. Zawsze miałam głowę pełną pomysłów, jeśli chodzi o podróżnicze cele, lubię wyszukiwać interesujące miejsca na urlop, sprawia mi to przyjemność. Połówek czasem wstępnie marudzi, nie zawsze jest przychylnie nastawiony do moich szalonych pomysłów, ale zawsze później przyznaje, że miałam świetny pomysł i bardzo mu się podobało. To najważniejsze :) Zdecydowanie rzadziej to on jest pomysłodawcą jakiejś wycieczki, ale bywa i tak.

      Też mi się przyjemnie ją czyta, mam już za sobą ponad połowę lektury, a moja wewnętrzna i ukryta romantyczka cieszy się, że Lily i Atlas dostali nową szansę od losu :) Od początku im kibicowałam i chciałam dla nich happy endu ;)

      Usuń
  3. Trzeba przyznać, że bardzo ciekawe miejsce. Z tą ilością krwi na ścianach chyba trochę przesadzili ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miasto - tak, muzeum - średnio ciekawe, no ale co kto lubi.
      Iście rzeźnicki klimat - scena jak z Dextera albo jakiegoś miejsca zbrodni ;)

      Usuń
  4. Ja jednak wolę sztukę współczesną niż oglądanie sztucznych kolejnych scenek z życia, sprzętu rolniczego, rybackiego, starych fragmentów zastaw domowych i tym podobnych rupieci. Zgadzam się z Tobą w 100%, często wykorzystuję takie "Holiday pass'y" do końca, i gdyby nie to, to pewie nie weszłabym w takie miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, też tak mam! :) Wtedy mam poczucie dobrze wydanych pieniędzy, a listę atrakcji, które taka karta obejmuje, traktuję jako wyzwanie :) Zawsze też liczę sobie w głowie, ile już zaoszczędziłam na biletach, gdybym musiała kupować wejściówki do każdej zwiedzonej atrakcji. Holiday Pass to doskonały motywator do większej aktywności na wyjeździe :)

      Do sztuki nowoczesnej mam mieszany stosunek. Niektóre eksponaty są ciekawe, ale bananowi przyklejonemu srebrną taśmą do obrazu mówię zdecydowane NIE ;) Lubię za to skanseny, może dlatego, że wychowałam się na wsi, i zdarza się, że zwyczajnie tęsknię za dawnymi czasami. Życie było wtedy pod wieloma względami prostsze.

      Usuń
  5. Ostatni raz w takim morzo-rybo-podobnym miejscu byłam kilka lat temu w Helu, gdzie podobało mi się prawie wszystko, może dlatego, że wtedy cała wycieczka była dla mnie emocjonująca, a więc towarzystwo, z którym zwiedzałam ten przybytek, miało na to spory wpływ.
    Jednak też już chyba wyrosłam z potrzeby oglądania takich przybytków i zdecydowanie chętniej pobuszowałabym w sklepiku.
    Ale, ale... czytając pomyślałam, że pokażesz ten cały bagaż zakupionych pamiątek...
    Buziaki słodkie dla Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę tej wycieczki, bo ja dla odmiany nigdy nie byłam na Helu, ale chciałabym to kiedyś zmienić. O tak, towarzystwo jest bardzo ważne, bo kiedy ludzie są kiepscy, to nawet najpiękniejsze miejsce może stracić na uroku. Dawno, dawno temu wybraliśmy się ze znajomymi na klify: pogoda sprzyjała, widoki były przednie, ale znajoma miała z jakiegoś powodu focha i podły nastrój, więc ta gęsta atmosfera ciążyła nad wszystkimi, a jej skwaszona mina zabijała całą przyjemność. Niezbyt miło wspominam tę wycieczkę :)

      Sklepik w House of Manannan był bardzo ciekawy, trzeba było wołami mnie stamtąd wyciągać ;) Wiesz, że teraz wszędzie zalew taniej chińszczyzny, a tam były naprawdę ładne i interesujące rzeczy: piękne kartki, zachwycające książki, nietuzinkowe pamiątki... Z chęcią bym Ci je pokazała, ale kartki już dawno wysłane, a prezenty (które uwielbiam robić, tak na marginesie) rozdane :) Ponoć były udane, jeśli wierzyć obdarowanym na słowo ;)

      Ściskam Cię ciepło i życzę przyjemnego wieczoru :)

      Usuń
  6. Nie wiem, jak Ty to robisz Taito, że na znakomitej większości zdjęć, która wrzucasz na blogaska, pręży się prowokacyjnie błękitne niebo. Ja wiem, że Wyspa Man to teoretycznie nie Irlandia, ale geograficznie już niemal tak, więc w mocnej opozycji stoi to, do tego co wspominam z tamtych okolic. U Ciebie tymczasem stoły na zewnątrz, ludzie w krótkich spodenkach. Gdybym Cię lepiej nie znał, pomyślałbym, że ciemnotę wciskasz... ;)

    Wszystkiego dobrego na nadchodzące Święta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MiSzA, Ty żyjesz! :D Wielką radość mi uczyniłeś tym Twoim komentarzem :) Bo widzisz, drogi kolego, w życiu trzeba umieć się ustawić - w moich irlandzkich stronach naprawdę nie pada aż tak często jak np. na zachodzie, a ponadto lata mamy o kilka stopni cieplejsze. A co do prowokacyjnego błękitnego nieba, to zdradzę Ci sekret - znasz piosenkę Crowded House "Weather With You"? Everywhere you go, always take the weather with you, ot i cały sekret :) No więc ja na każdy urlop zabieram ze sobą słoneczną pogodę (choć teraz, znając prawa Murphy'ego, jak już się tym pochwaliłam, to pewnie kolejny urlop spędzę w rzęsistym deszczu!)
      A ludzie byli w spodenkach, bo to były wakacje (sierpień). Niedaleko od tamtego miejsca widziałam nawet młodych kolesi paradujących bez t-shirtów (mam nawet zdjęcie na dowód, gdybyś zechciał poczuć się lepiej, porównując swoja wyćwiczoną klatę z ich płaskimi naleśnikami ;))
      Dziękuję bardzo za pamięć i życzenia :) Oczywiście odsyłam je w Twoim kierunku: przyjemnego Bożego Narodzenia i fantastycznego nowego roku, niech 2025 rok zawstydzi ten stary ;)

      Usuń
  7. Przynajmniej muzeum masz już zwiedzone i odhaczone, więc będziesz miała poczucie, że widziałaś. Co jeszcze można było zobaczyć w ramach tego Holiday Pass'a?
    Serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego, co najlepsze na przyszłość. 🤗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, jak znam siebie, później bym żałowała, że nie skorzystałam z okazji, a tak to przynajmniej wiem, jak wygląda w środku.
      A co można było zobaczyć? W samym mieście Peel (które już tu opisywałam w poprzednich postach): zamek i właśnie to muzeum, poza miastem 9 innych, zróżnicowanych atrakcji (zabytkową szkołę, wiktoriański dom + ogrody, zamek, opactwo, ogromne koło wodne, boathouse, dawny budynek parlamentu, skansen...) Generalnie warto było zaopatrzyć się w Holiday Passa, był ważny dwa tygodnie od pierwszego użycia. Super rzecz.

      Usuń
  8. Faktycznie szału raczej nie ma, ale muzeum zaliczone, zdjęcia zrobione, obejrzane :) sama wyspa wygląda ciekawie i ładnie krajobrazowo :) pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to :) Tak, wyspa jest piękna, bardzo mi się tam podobało - to był zdecydowanie mój klimat.

      Usuń
  9. Faktycznie bidnie w tym muzeum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, muzeum samo w sobie nie jest wcale małe, było tam sporo informacji i całkiem dużo eksponatów, no ale niestety nie porwało mnie. To irlandzkie, o którym pisałam w kolejnym poście dużo bardziej do mnie przemówiło. No, ale byłam, zwiedziłam, za wstęp nie płaciłam, więc jakoś szczególnie nie narzekam. Po prostu nie rozumiem tego całego porównania do parku tematycznego czy Disneylandu - chyba kogoś nieco poniosło ;)

      Usuń
  10. czytałam twój post z ogromnym zainteresowaniem. Uwielbiam wszelakie skanseny i muzea, więc to przypadłoby mi do gustu. Też widziałam prawdziwy drakkar wikingów podczas zwiedzania intersującego muzeum w Oslo.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię bardzo serdecznie w moich skromnych progach, i od razu ślicznie dziękuję za Twój komentarz. Po tym, co piszesz, wnioskuję, że byłyśmy w tych samych norweskich muzeach - Bygdoy, Oslo? Bardzo fajne skupisko muzeów, i piękny skansen z tymi wszystkimi drewnianymi, przytulnymi domkami :) Tamtem drakkar naprawdę robił wrażenie, znacznie bardziej mi się podobał niż ten w Peel.
      Ciepłe pozdrowienia zasyłam z zimnej Irlandii :)

      Usuń
    2. Och Kochana Taito!
      Ty mnie witasz bardzo serdecznie w swoich skromnych progach? Powinnam Ci to wyznać iż bardzo się wstydzę, że TY, osoba obdarzona niezwykłym darem pisania zapewne nie tylko postów, komentarzy odwiedza mój przeciętny blog. Powinnam Ci się zwierzyć dlaczego go prowadzę od tak wielu lat. Gdy kilkanaście lat temu zachorowałam, za zaleceniem lekarza, on oprócz leków stał się też jedną z moich terapii.
      Życzę pięknej słonecznej niedzieli i serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
    3. Kochana, zawstydzasz mnie tymi wszystkimi komplementami, rumienię się jak młode dziewczę (którym już niestety nie jestem) na widok wyjątkowo urodziwego chłopca, ale skłamałabym wierutnie, gdybym powiedziała, że nie sprawiają mi one ogromnej przyjemności. Jesteś idealną i wymarzoną komentatorką, bo Twoje wpisy dają wiatru w żagle, aż chce się od razu zasiąść do pisania i tworzyć kolejne posty na bloga. Twoja strona zaś, i umieszczane na niej posty, są dalekie od bycia przeciętnymi - uwierz, że poszerzasz moją wiedzę, moje horyzonty, a ich lektura jest dla mnie przyjemnością :) Gdyby tak nie było, nie czytałabym Twojego bloga! Dziękuję Ci za to <3
      Bardzo dobrej porady udzielił Ci ten Twój lekarz - zobacz, ile wirtualnych przyjaciół dzięki temu pozyskałaś, na pewno ubarwili Twoje życie i nieraz wywołali uśmiech na twarzy :) Życzę Ci wielu owocnych lat blogowania :)

      Usuń