Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lipca 2025

Znakomicie zachowany zamek Rushen (Wyspa Man)


Wiecie, co mówi Meksykanin w czasie zwiedzania zamku Rushen w Castletown na Wyspie Man? ‒ Me gusta! Tak naprawdę, to nie wiem, co mówi, a tego suchara à la Karol Strasburger w "Familiadzie" wymyśliłam na poczekaniu. 


Mogę za to powiedzieć Wam, tym razem z całą powagą i zupełnie szczerze, co my mówiliśmy. W zasadzie był to niekończący się ciąg superlatyw, ochów i achów, choć zdarzały się też takie okrzyki jak "ech!" i pełne żalu "ała! (najczęściej w akompaniamencie ręki pocierającej obolałą od uderzenia głowę), kiedy to chwilowo zapomnieliśmy, że mamy do czynienia ze średniowiecznymi klatkami schodowymi wybudowanymi dla ludzi o średniowiecznych gabarytach. Czy oni wszyscy musieli być mikrusami?!


Choć wcale bym się też nie zdziwiła, gdyby zbudowano je w ramach oszczędności budulca, lub... zwyczajnie z ludzkiej złośliwości. A także w nadziei, że w razie najgorszego scenariusza, czyli przedostania się wroga na teren zamku, ów wróg sam się znokautuje o niski sufit. Nie mogli tego wówczas wiedzieć, ale byłoby to bardzo zgodne ze współczesną filozofią Tesco ‒ "every little helps!" 


Już kiedyś zdarzyło nam się zwiedzać warownię, w której klatka schodowa wyglądała tak, jakby wybudowało ją kilku pijanych jak bela majstrów z Europy Wschodniej. Każdy schodek miał inną wysokość i szerokość, ale nasz przewodnik twardo obstawał przy oficjalnej wersji ‒ to tak celowo! Stali bywalcy zamkowi znali te schody jak własną kieszeń, intruzi zaś mieli być przez nie wzięci z zaskoczenia i całkowicie skonfundowani. 


Znacie to przekorne polskie wyrażenie "połamania nóg", tak naprawdę oznaczające "powodzenia"? No to tutaj naprawdę życzyło się innym połamania nóg. Powodzenie intruzom też by się przydało, bo kiedy taki wróg, z mieczem w ręku, wspinał się po krętych schodkach w górę, obrońcy nacierający na niego z góry mieli ułatwione zadanie, jako że dzierżyli broń w prawej ręce i mieli większe pole manewru, niż ci, którzy znajdowali się na dole. No chyba, że akurat trafiło na mańkuta. Wtedy peszek. 


Zwiedzanie rozpoczęliśmy, jak Bozia przykazała, od zapoznania się z kontekstem historycznym, aby mieć lepszy pogląd na zabytek, który zwiedzaliśmy. Zaczęliśmy więc czytać tablice z osią czasu, i już po chwili ze zdumieniem odkryliśmy, że... nasza piękna i kochana Polska na niej widnieje! A konkretnie to rok 1025, w którym odbyła się koronacja pierwszego króla Polski. 



Podekscytowani, jak pedofil w Smyku, zaczęliśmy żywo o tym dyskutować, co oczywiście od razu zostało wyłapane przez czujne oko urzędującego tam przewodnika, sympatycznego seniora. Tak na marginesie, to był kolejny emeryt napotkany w mańskiej atrakcji turystycznej, czego nie omieszkałam zarejestrować. Gwoli jasności, nie mam nic przeciwko seniorom, a jako że sama mam starą duszę, to zdecydowanie wolę staruszków od rozrywkowych małolatów (takie politycznie poprawne czasy mamy, że człowiek musi się ze wszystkiego tłumaczyć, aby nie został źle zrozumiany i osądzony).


Jako że to była wczesna pora, a zamek został dopiero co otwarty, nie było w nim zbyt wielu zwiedzających, i mężczyzna najwyraźniej się nudził. Ucieszył się więc, jak pajęczyca Tekla, kiedy zobaczył, że w jego sidła wpadła para nieuważnych ofiar. Od razu przystąpił do ataku zaczął wypytywać, nad czym tak żywo dyskutujemy, odpowiedzieliśmy więc, że pochodzimy z tej właśnie Polski, o którego królu wspominają tutaj na zamkowym kalendarium, i że zdziwiło nas to odkrycie. Odebraliśmy je jako dość nietypowe, bo jaki związek ma Polska z zamkiem na Wyspie Man? Chyba żaden. 


Pajęczyca Tekla (naprawdę tak powiedziałam? Miałam na myśli "pan przewodnik"!) chyżo ruszyła w naszym kierunku, zmniejszając dzielący nas dystans do minimum, i zapytała, co w takim razie my byśmy umieścili na tej osi czasu. Połówek, niczym uczniak liczący na piątkę i uścisk dłoni nauczyciela, począł intensywnie tłumaczyć, że na takich tablicach zazwyczaj spotyka się wzmianki o przeróżnych konfliktach zbrojnych, wojnach, etc, a tutaj tego nie ma, są za to inne, ważne wydarzenia w skali świata,  jak na przykład wysłanie Jurija Gagarina w kosmos, albo dotarcie Roalda Amundsena na biegun południowy. To wszystko czyniło tę tablicę swoistym zapiskiem "pierwszych razów" przeróżnych światowych osobistości. Umieszczono na niej nawet informację o tym, kiedy ser Roquefort doczekał się pierwszej, oficjalnej wzmianki we francuskiej legendzie!  (Od razu mówię, że w 1070 roku! Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy ta niesamowicie istotna ciekawostka może się Wam przydać!)


Trochę obawiałam się, że przez resztę wizyty będziemy mieć na karku "przyzwoitkę" w jego postaci. Kustosz był bowiem wyraźnie zadowolony z obrotu, jaki przybrała nasza konwersacja, nade wszystko jednak z faktu, że zauważyliśmy ich oryginalne podejście do tematu. Niedługo później do sali weszły jednak kolejne osoby, a my się z niej po angielsku ulotniliśmy, wszak czekało na nas tutaj jeszcze mnóstwo atrakcji i guzów do nabicia! 


Ogromną radością, ale też niesamowitym przywilejem była możliwość zwiedzania tego historycznego obiektu ‒ na przestrzeni ponad 800 lat tyle wydarzeń miało tutaj miejsce, tyle osób przewinęło się w tych zamkowych murach! Część z nich dobrowolnie się tu znalazła, jako że zamek był siedzibą możnych i władców, część jednak nie znalazła się tu z własnej woli, lecz przymusu, i nie zaznała tu żadnych uciech ani wygód. Myślę tu głównie o tych wszystkich więźniach w lochach, o jeńcach wojennych, o pacjentach cierpiących na choroby umysłowe ‒ w swojej długiej historii zamek był  nie tylko siedzibą królów, lecz także mennicą, więzieniem czy "szpitalem" dla obłąkanych. Miały tutaj miejsce również liczne egzekucje, a ostatnią z nich wykonano za ojcobójstwo latem 1872 roku.




Jak łatwo się domyślić, wielu z nich już nigdy nie opuściło żywcem jego grubych na kilka metrów murów. Jeśli wierzyć w podejrzaną aktywność i nadprzyrodzone historie, z których Castle Rushen słynie, wiele dusz tych nędzników na zawsze utknęło na terenie zamku jako tutejsze zjawy. Taką lokalną marą, zamkową celebrytką jest tajemnicza kobieta w czerni, którą wielokrotnie tutaj widziano (przeważnie w okolicach wieży) na przestrzeni przynajmniej dwustu lat. Prawdopodobnie jest to duch więźniarki, którą stracono za zabicie własnego dziecka. O jej "objawieniach" donosiły przeróżne, niepowiązane ze sobą osoby, od zamkowych strażników poprzez turystów z różnych krańców świata, aż po samych pracowników. 


W 1937 roku jeden z przewodników zobaczył kobietę w czerni przemykającą koło niego i wchodzącą do dawnego donżonu. Nie wzbudziło to jego podejrzeń, jako że pomieszczenie było otwarte dla zwiedzających i wziął ją za zwykłą turystkę. Kiedy jednak niedługo później pewien turysta spytał go, czy nie widział jego żony, ten odrzekł, że przed chwilą przechodziła tutaj jedna kobieta i należałoby jej szukać w lochach. Ku zdziwieniu obydwu mężczyzn okazało się, że w donżonie jednak nikogo nie było, nie było też tam innego wyjścia, którym tajemnicza nieznajoma mogłaby się niepostrzeżenie wydostać. A żeby było ciekawiej, to żona turysty sama niedługo później się pojawiła. Jak się okazało, przez cały czas przebywała na szczycie zamku. Nadprzyrodzone zjawiska badał tutaj w latach 60. XX wieku brytyjski łowca duchów, Andrew Green, który sam nie wierzył w pośmiertne życie.  


Rushen Castle, słusznie okrzyknięty jednym z najlepiej zachowanych zamków, to nasz ulubiony rodzaj twierdzy ‒ ładnie położona warownia z murami obronnymi, po których można sobie swobodnie pochodzić. Nade wszystko jednak można (a nawet trzeba!) dostać się na sam jego szczyt, skąd rozciąga się świetna panorama na miasto i okolicę, a to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej.


 

Naturalnie, jest tutaj mnóstwo podstępnych schodków do pokonania, które tylko czyhają na chwilę nieuwagi turysty. Z tego to powodu zamek nie jest idealną atrakcją dla osób na wózkach inwalidzkich, i choć mogłyby one coś tam pozwiedzać na parterze, gra raczej nie jest warta świeczki, bo wstęp kosztuje £14.00, no chyba że ma się wykupiony holiday pass, kartę wstępu do wszystkich atrakcji objętych pieczą Manx National Heritage, to wtedy nic nie trzeba płacić (nasz przypadek).



Dla samych widoków warto było tutaj przyjechać, i choć mieliśmy zezowate szczęście, bo akurat był odpływ, to i tak fajnie było popatrzeć na życie toczące się u podnóża tego imponującego zamku. O tym jednak opowiem Wam w następnym odcinku, jako że wielu z Was woli częściej a krócej, niż rzadziej a dłużej.




niedziela, 18 sierpnia 2024

Chodź, pokażę Ci Peel i zamek na wyspie św. Patryka


Na początku wcale nie było chaosu. Na początku była jedna wielka ekstaza.

Gdyby ekscytacja mogła uskrzydlać, niechybnie unosiłabym się nad ziemią niczym Hindenburg ‒ wielka, napuszona, dumna z siebie i ze swojego pomysłu na urlop. I pewnie tak jak on, albo Ikar, marnie bym skończyła, gdybym zapomniała się w tym szczęściu i rozpierającej mnie radości. 


To był trzeci dzień naszego pobytu na cudownej Wyspie Man, ale tak naprawdę pierwsza zwiedzana atrakcja. Kiedy rezerwowałam ten pobyt, dla mnie niesamowitą atrakcją była nasza noclegownia i jej oszałamiające otoczenie (pisałam o nich tu i tu). Już wtedy wiedziałam, że nawet jeśli pogoda nam nie dopisze, jeśli nie wychylimy nosa poza półwysep, na którym znajduje się nasz domek latarnika, to i tak wrócę do domu szczęśliwa. Sami więc rozumiecie, że wszystko ponad to, co uwzględniłam w pesymistycznym scenariuszu, było dla mnie niewyobrażalnym powodem do szczęścia. Samorealizującym się marzeniem.



Kiedy więc dotarliśmy na zachodnie wybrzeże wyspy do miasta Peel, od razu poczułam się tu jak w domu. Było tu wszystko to, co tygryski lubią najbardziej: spektakularne ruiny, plaża, morze, słońce, portowa atmosfera i klimatyczna zabudowa. I mało ludzi! 


Jakby tego było mało, pierwszy Mańczyk, z którym mieliśmy kontakt był przemiły, co od razu sprawiło, że jeszcze przychylniej spojrzałam nie tylko na kraj, lecz także na jego mieszkańców. Pan Derek, bo tak zwał się staruszek, który siedział w budce na terenie zamku, i sprzedawał wejściówki, był bardzo uczynny.  Kiedy zagadnęłam go o Holiday Pass, powiedział, że można go u niego kupić i serdecznie polecał takie rozwiązanie. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że tak naprawdę jest tutaj wolontariuszem ‒ emerytem, który mógłby siedzieć w domu, ale zamiast tego wybrał pracę wśród ludzi. 


Holiday Pass to karta wstępu do wszystkich zabytków pod pieczą Manx National Heritage, ważna przez 14 dni od daty kupna.  Nie jest to tania rzecz, kosztuje 30£ od osoby, ale biorąc pod uwagę, że wstęp do zamku Peel kosztował 9.50£, zgodnie doszliśmy do wniosku, że to dobry interes. Nie mieliśmy zamiaru poprzestać na jednym zabytku. Nasz apetyt dopiero się zaostrzał. 


Ta mała skała, na której znajdują się między innymi ruiny katedry, okrągłej wieży i zamku miała ogromne znaczenie dla miasta, a nawet dla całego kraju. To wyspa św. Patryka ‒ patrona Zielonej Wyspy. W VI wieku było to bowiem centrum mańskiego chrześcijaństwa. To właśnie św. Patryk dał mu początek, a chrześcijańscy misjonarze kontynuowali jego dzieło. Kilka wieków później przybyli tu wikingowie ze swoimi pogańskimi wierzeniami, i choć na jakiś czas osiedli na wyspie, wznosząc tu w XI wieku drewniany zamek dla swojego króla, Magnusa III Bosego, nie wyplenili anglikańskiej wiary. 


Pozostawili za to po sobie bezcenne pamiątki. W zasadzie to cały kompleks jest jednym wielkim skarbcem historycznym, a także miejscem osnutym mitologią i legendami. To tu w czasie archeologicznych wykopalisk w latach 80. natknięto się na wiele pradawnych grobów ‒ od tych starożytnych z okolic V wieku do średniowiecznych.


Najciekawszym z nich była mogiła "pogańskiej damy", jak nazwano tajemniczą kobietę. Pośród zwyczajnych artefaktów, które przypominały wyposażenie Edwarda Nożycorękiego (noże, ostrza, sekatory...) znaleziono również spektakularny naszyjnik ze szklanymi paciorkami, który obecnie można obejrzeć w Manx Museum w stolicy wyspy, Douglas. 


Okrągła wieża tak bardzo podobna do tych irlandzkich jest zachowana w dość dobrym stanie, choć brakuje jej charakterystycznego stożkowatego dachu. Ma jakieś 15 metrów wysokości i dziś jest już na emeryturze. Kilkanaście wieków temu pełniła jednak funkcję "panic roomu" dla zamieszkujących wysepkę chrześcijańskich duchownych.


Kiedy na horyzoncie pojawiały się wrogie drakkary wikingów, mnisi chowali się w wieży razem z drogocennymi przedmiotami, wciągali drabinę, zamykali szczelnie drzwi i siedzieli cicho jak mysz pod miotłą. A w praktyce pewnie żarliwie modlili, by plądrujący barbarzyńcy jak najszybciej wynieśli się z ich świętej ziemi. 


Nie mniej ciekawe są ruiny XIII-wiecznej katedry świętego Germana, patrona więźniów i muzyki. Pod jej prezbiterium znajdują się ponure krypty, które przez długi czas służyły biskupowi jako więzienie. Jedynym źródłem światła było tu niewielkie okienko ‒ 150 cm długości, 15 cm szerokości. 


Do lochów, oprócz zatwardziałych rzezimieszków, trafiali też cudzołożnicy, awanturnicy i pijacy, podejrzani o uprawianie czarnej magii, a także kwakrowie i ci, którzy nie święcili dnia Pańskiego w należyty sposób. 


Tu w tym mokrym, zimnym i ponurym lochu mieli rozmyślać nad swoim losem i nawróceniem. Jeśli szczęście im sprzyjało (albo święty German) udało im się odbyć pokutę i uzyskać ułaskawienie. Było to mało humanitarne zachowanie biskupa, ale przynosiło efekty. Recydywistów było niewielu. Kto raz zaznał piekła za życia, dobrowolnie do niego nie wracał. Chyba że był zepsuty do szpiku kości. Albo doczekał szczęśliwych lat 80. XVIII wieku. Wtedy to bowiem krypty przestały służyć jako więzienie. 


Na zabalsamowane zwłoki biskupa (pochowanego ze swoim psem) natrafiono w katedrze w 1871 roku w czasie przeprowadzanych prac remontowych. Ponownie je pochowano w nieco innym miejscu, a miejsce pochówku upamiętniono tablicą. Jednak tytuł najfajniejszej tablicy nagrobnej przypada innemu duchownemu ‒ Samuelowi Rutter, ostatniemu biskupowi pochowanemu na wyspie św. Patryka.


Rutter był dowcipnym i przyjaznym duchownym, pełnym życia i poetyckich zapędów.  Przypisuje mu się autorstwo najlepszej pijackiej przyśpiewki powstałej w języku Manx. Jest on też autorem swojego, jakże oryginalnego, epitafium w języku łacińskim:

"W tym domu, dzielonym z moimi braćmi robakami, w nadziei na zmartwychwstanie, leżę ja, Sam, z łaski Bożej biskup tej wyspy. Przechodniu, zatrzymaj się: popatrz na ten pałac biskupi i uśmiechnij się".



Mnie do uśmiechania się nie trzeba było namawiać. Tego dnia intensywnie pracowałam nad swoimi przyszłymi zmarszczkami mimicznymi. Przechadzałam się wzdłuż murów, raz po raz wyzierając za nie i patrząc na spacerujących poza nimi przechodniów (cały kompleks można obejść klifową ścieżką, how cool is that!). 


Morze, napędzane dość porywistym wiatrem, z impetem bryzgało słoną wodą o skały, falochrony i mury. Niewidocznym kropidłem "święciło" samochody na parkingu (o czym świadczyła zachlapana szyba w naszym aucie), a ja jak nigdy wcześniej czułam się pobłogosławiona. 


Wszystko było na właściwym miejscu. 



 

wtorek, 24 stycznia 2023

Walijskie warownie: "romantyczny" Raglan Castle

Tak się ciekawie złożyło, że ostatnim zamkiem zwiedzonym przez nas w Walii był Raglan Castle, któremu przypisuje się miano jednego z ostatnich, jakie tu wybudowano. A ponieważ jest to twierdza pochodząca z późnego średniowiecza, nosząca nawet znamiona renesansu, Raglan nieco odbiega swoim wyglądem od innych zamków Walii. 


To nie jest zwykła twierdza mająca głównie zastosowanie militarne, choć i tutaj dochodziło ono do głosu. Doskonale świadczyły o tym zabezpieczenia umieszczone w okazałej bramie wjazdowej, przez którą wchodzi się obecnie na teren zamku. Nie ma już tutaj fosy, zwodzonego mostu, podwójnej brony, czy chociażby trzech par drzwi, ale nadal są imponujące machikuły, a także otwory strzelnicze, które mówią same za siebie. Część z nich jest bowiem tylko na pokaz.  


Ich niepraktyczność i niefortunne rozmieszczenie mogłyby wskazywać na to, że pomysłodawca całego projektu był niepoprawnym optymistą, nie do końca wierzącym w ich przydatność. Tak jak armatorzy "niezatapialnego" Titanica nie widzieli potrzeby umieszczania w nim odpowiedniej liczby szalup ratunkowych. Fortuna może faktycznie faworyzuje śmiałków, ale historia, mam wrażenie, lubi ucierać nosa zarozumialcom.  



A zatem Raglan Castle to nie tylko twierdza obronna. To w połowie elegancki zamek, w połowie wręcz pałac, którego wygląd przywodzi na myśl dostojność tak charakterystyczną dla zamków nad Loarą. 


Skojarzenia z francuską elegancją nie są zresztą mylne, jako że obydwaj jego właściciele: William ap Thomas i William Herbert, ojciec i syn, bywali we Francji, a w późniejszym czasie przemycili do architektury zamku francuskie naleciałości. Część z nich nie dotrwała do obecnych czasów jak na przykład pomysłowy podwójny most zwodzony w Wielkiej Wieży, znacznie ułatwiający życie jej obrońcom i utrudniający najeźdźcom. Był on w tamtejszym okresie doskonałym przykładem innowatorskiego zastosowania, dość popularnego we Francji, nadal jednak nieznanego w Wielkiej Brytanii. 

 


Są tutaj zatem elementy obronne mające odstraszać, manifestować potęgę i sugerować wrogom, że mają do czynienia z zamkiem-śmiertelną pułapką, ale także te dekoracyjne, tak misternie wykonane jak brabanckie koronki. 

 


Bogactwo zdobników architektonicznych miało przede wszystkim demonstrować majątek, klasę i status społeczny jego właściciela. A także zachwycać gości. I to - trzeba przyznać - zdecydowanie wyszło Williamowi Herbertowi, któremu nieznana była zasada: "mniej znaczy więcej". 


Williama numer I i Williama numer II łączyły nie tylko więzy krwi, ale także tajemna wiedza, jak ustawić się w życiu (młodszy postanowił nawet na pewnym etapie swojego życia pozbyć się walijskiego nazwiska rodowego i stać się po prostu Williamem Herbertem). Zaczęli jak członkowie drobnej szlachty walijskiej, skończyli zaś całkiem wysoko usytuowani w "łańcuchu pokarmowym". Ojca mianowano rycerzem (za walkę u boku angielskiego króla Henryka V we Francji), syna zaś (w podziękowaniu za jego lojalność wobec króla Edwarda IV) dopuszczono, jako pierwszego Walijczyka, do angielskiego parostwa i uczyniono hrabią Pembroke w 1468 roku. 

 


Co więcej, to pod jego skrzydła trafił mały Henryk Tudor, który zasłynął później jako król Henryk VII, ojciec Henryka VIII. Tego, który miał nienasycony apetyt na życie i kobiety. Jedno jak i drugie szczęścia mu raczej nie dało. Sam Herbert również nie cieszył się zbyt długo sprzyjającą mu fortuną i dumą ze świeżo nabytego tytułu. Nie dokończył wszystkich swoich planów związanych z rozbudową zamku Raglan. Schwytano go i ścięto w 1469 roku. 

 

Zanim to jednak nastąpiło, zamek stał się za jego rządów synonimem gościnności. William Herbert lubił bowiem za pomocą wystawnych uczt manifestować swoją pozycję społeczną i zamożność. Jako że obca była mu koncepcja "mniej znaczy więcej" za jego czasów, niczym za króla Sasa, jedzono i popuszczano pasa. 


Pomimo tego, że zamkowa kuchnia jest dość mocno nadgryziona zębem czasu, nadal widać, że zaprojektowano ją z głową. Wszystko działało tu jak w dobrze naoliwionej maszynie nawet wtedy, kiedy kucharze i służba musieli wyprawić ucztę dla kilkuset gości Herberta.


Wiele darów ziemi czerpano z przyzamkowych włości, sadów, pól i ogrodów. Nie skąpiono przy tym środków finansowych, by importować z drugiego końca świata tak drogie przyprawy jak goździki, cynamon czy gałka muszkatołowa. Zdaje się, że już w późnym średniowieczu znane było powiedzenie "zastaw się, a postaw się". Dodam jeszcze tylko, że posiłki były odpowiednio celebrowane, a przy nakrytych lnianymi obrusami stołach obowiązywały niewiele tylko gorsze maniery niż te w restauracjach Michelina - nikt nie rzucał się tutaj na jadło niczym Reksio na szynkę z obawy, że zostanie wzięty za nieokrzesanego dzikusa i chama, albo wykluczony z uprzywilejowanego kręgu. 


Po niegdysiejszych pięknych ogrodach z XVI i XVII wieku nic już niestety nie pozostało. Nie ma tu stawów wypełnionych rybami, bo te już dawno osuszono, ani dostojnych jeleni przechadzających się po łąkach. Nie ma też zbyt wielu murów, po których można by było pochodzić, ale są inne ciekawe zakątki i elementy architektoniczne, które nadrabiają straty. 




Wielka Wieża sama w sobie stanowi interesujący widok i przykład swoistej reduty. Nie jest - jak wiele jej podobnych wież i jak można by było tego oczekiwać - wcielona w główną część zamku. Znajduje się poza nią, jest otoczona fosą wypełnioną wodą z mnóstwem nenufarów, a ponieważ w przeszłości doznała znacznych zniszczeń, złośliwy los uczynił z niej doskonały przekrój samowystarczalnego "panic roomu", jakim niegdyś była. 



Można się na nią tak wysoko wspiąć, że bujanie głową w chmurach nie wydaje się być już nierealne. Rozciągają się stąd widoki na walijską prowincję: rozległe pora rzepaku i zbóż. I choć nie mieliśmy tutaj aż tyle czasu, ile by się należało zamkowi na jego dokładną eksplorację (wkrótce go zamykano), to było całkiem przyjemne zakończenie naszej przygody z walijskimi warowniami.