wtorek, 7 lipca 2026

Głód, który trudno zagłuszyć


O rany.

To była książka dla twardych zawodników.

Gdyby tak porównać świat literacki do sportowego, kim byś był(a)?

Filigranowym narciarzem umiejętnie lawirującym między niepożądanymi przeszkodami (lekturami), zawodnikiem wagi piórkowej, czy może twardym sumo, który z łatwością pożera porażające powieści na śniadanie?

Jeśli nie jesteś tym ostatnim, to dla swojego dobra trzymaj się z daleka od "Hungry", bo to zdecydowanie nie jest memuar dla "mięczaków".

Ja jestem sumo. Niestraszne mi straszne opowieści.

Jeśli myślicie, że wyciągniecie zza pazuchy najsmutniejszą książkę, jaką kiedykolwiek czytaliście, wymierzycie ją w moim kierunku, a ja skulę się jak opętaniec na widok egzorcysty z wycelowanym w niego krucyfiksem i zaklęciem "zgiń, przepadnij, antychryście!", to... się grubo mylicie.

Najbardziej prawdopodobna reakcja będzie taka, że oczy rozbłysną mi jak supernowa, a serce zacznie szybciej bić. Nie ze strachu. Z ekscytacji.

Jeśli żyje się na świecie odpowiednio długo, to świat literacki przestaje straszyć. Ba! Nawet staje się ucieczką od okrucieństw tego realnego.

W "Hungry" autorka załadowała na taczkę – a raczej na naczepę wywrotki – cały swój życiowy gnój i stopniowo zrzucała go na czytelnika. Początkowo spływało to po mnie jak po kaczce, ale kiedy byłam już na finiszu, a spod kupki gnoju wystawała mi tylko głowa, zaczęłam nieśmiało wołać "pomocy!" i walczyć o oswobodzenie rąk, aby zacząć nimi wymachiwać (dla wzmocnionego efektu).

Katriona O'Sullivan zaistniała na irlandzkiej scenie literackiej po opublikowaniu swojej bestsellerowej autobiografii "Poor", o której już tutaj pisałam w zeszłym roku. Bardzo podobała mi się ta książka, więc kiedy dowiedziałam się, że w kwietniu tego roku ukazała się "Hungry", "biografia jej ciała", grzecznie ustawiłam się w bibliotecznej kolejce.

"Hungry" ("Głodna") jest nieplanowanym dzieckiem Katriony. Częściowo uzupełnieniem "Poor" ("Biednej"), a częściowo jej rozbudowaniem, toteż ci, którzy czytali tę ostatnią, mogą odebrać ją jako nieco "odsmażany kotlet".

"Głodna" to jednak coś znacznie więcej niż dobrze nam znany kotlet.

To manifest kobiety głodnej. Głodnej w tym dosłownym znaczeniu – spragnionej pożywienia, którego nie zapewniali jej patologiczni rodzice narkomani – ale też w tym metaforycznym, bo Katrionę od maleńkości trawił nieokrzesany głód. Głód miłości, uwagi, akceptacji, zrozumienia.

To też manifest kobiety udręczonej, w którym zapewne wiele innych kobiet przejrzy się jak w lustrze lub tafli wody. A to, co tam zobaczą, niekoniecznie będzie przyjemne.

Można zaklinać rzeczywistość, ale fakty są brutalne. Dziewczynki od najmłodszych lat są często seksualizowane przez mężczyzn, co z kolei prowadzi do ich problemów psychicznych i późniejszego przedmiotowego traktowania kobiet.

Autorka już jako dojrzewające dziecko musiała mierzyć się z niepożądaną uwagą mężczyzn: z niewybrednymi uwagami na temat jej dużych piersi, pełnych ust, z seksualnymi aluzjami opatrzonymi obleśnym uśmieszkiem.  If she's old enough to bleed, she's old enough to breed.

Im dłużej o tym czytałam, tym większy gniew we mnie narastał. Nie na nią, na wulgarnych chamów, na brutalny świat, na tych, którzy na to pozwalają i nie widzą w tym nic złego! Bo to nie fikcja literacka. To najprawdziwsza prawda.

Sama sobie przypomniałam, jak ksiądz, stary pryk, obleśnie na mnie patrzył, kiedy byłam w szkole podstawowej. Jak chętnie przetrzymywał moją dłoń na powitanie, jak mnie "niewinnie" podszyczypywał, jak panowie budowlańcy gwizdali na mój widok, kiedy szłam ulicą. I nie, "nie prosiłam" o to, bo nie miałam na sobie dekoltu do pasa i mini ledwo zakrywającej tyłek – byłam zakutana od stóp do głów i bardziej przypominałam ninję (z długimi rozpuszczonymi blond włosami) niż ponętnego wampa.

Teraz już raczej się od tego odchodzi i nazywa to molestowaniem ulicznym, ale w czasach mojej młodości było postrzegane przez wiele kobiet jako powód do dumy i radości.

Smutne, jak bardzo dałyśmy sobie wmówić, że nasza wartość sprowadza się właśnie do tego – do gwizdów, do wzroku aprobaty (nie)znajomych, do niewybrednych tekstów na temat naszych kobiecych krągłości.

Żyjemy w świecie, który nie tylko sprzyja nienawiści kobiet do swojego lustrzanego odbicia, ale wręcz podsyca ten brak akceptacji i zgody na rozstępy, zmarszczki, dodatkowe kilogramy. To woda na młyn kosmetycznego przemysłu. Chirurgowie już ostrzą skalpele.

Tak z ręką na sercu – kto z Waszego środowiska ma wiecznie obsesję na punkcie wagi i wyglądu? Kobiety czy mężczyźni?

U kogo nadwaga jest bardziej akceptowana społecznie?

Kto z Was, drogie panie, ma więcej kosmetyków w łazience? Nawet jeśli jesteście taką osobą jak ja, która ma ich naprawdę umiarkowaną ilość, to i tak stawiam dolary przeciwko orzechom, że macie ich więcej niż Wasi mężowie.

Właśnie, mężowie – który z nich regularnie chodzi do kosmetyczki, katuje się kolejnymi restrykcyjnymi dietami, wstrzykuje sobie kwas hialuronowy w usta, albo toksynę botulinową w czoło? Który z nich odsysa tłuszcz w szemranych klinikach w Turcji i naraża swoje życie?

Komuś bardzo zależy, by kobiety wiecznie były zakompleksione i nie czuły się wystarczająco atrakcyjne, pewne siebie, młode i zadbane.

I nawet jeśli nie interesujemy się psychologią i nie orientujemy się, co to ten efekt aureoli, to i tak jakoś intuicyjnie wyczuwamy, że ładny i atrakcyjny ma w życiu znacznie łatwiej od brzydkiego i grubego.

A może to wcale nie intuicja? Może to po prostu efekt jednego czy drugiego podszeptu mamy lub babci na temat naszych porcji, mądrości przekazywanych z pokolenia na pokolenie (jak cię widzą, tak cię piszą), albo wzroku dezaprobaty na widok przytycia?

To wszystko, a nawet więcej w "Hungry" Katriony O'Sullivan.

Niełatwa lektura, bardzo szczera (momentami aż za bardzo!), ale jednak niesamowicie potrzebna, żeby naświetlić problemy stare jak świat.

Zmiany często zaczynają się od takich właśnie niewygodnych dyskusji.