Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

Zabrzmię teraz jak nawiedzony wyznawca sekty apokaliptycznej Doomsday, wieszczący rychły koniec świata, ale doprawdy trudno nie mieć takich przemyśleń, patrząc na to, co się dzieje wokół nas.

Zazwyczaj nie bawię się w uprawianie commentary na blogu, bo po pierwsze – są od tego lepsi i bardziej kompetentni ode mnie, po drugie – staram się ograniczać napływ toksycznych wydarzeń, myśli i osób do swojego życia, aby nie psuć sobie spokoju umysłu.

Teraz jednak muszę sobie ponarzekać, bo to, co się obecnie dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie! Mówię tu o tym nowym, debilnym trendzie na TikToku, jakim jest jazda pod prąd na autostradzie. Najlepiej skradzionym samochodem. Tak, dobrze przeczytaliście. Ponoć to najnowszy krzyk mody wśród kwiatu irlandzkiej (i nie tylko) młodzieży.

Nieco ponad dwa tygodnie temu ośmiu nastolatków celowo wjechało wczesnym porankiem na autostradę M50 i czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym samochodem, którym podróżował Bogu ducha winien dwudziestodwuletni uczeń elektryka. Chłopak nie dość, że ledwo uszedł z życiem, nabawił się traumy, to jeszcze stracił samochód, którym dojeżdżał do pracy! Wszyscy trafili do szpitala. Jeden z nastolatków w stanie krytycznym.

Niecały tydzień temu, 17 sierpnia, Irlandię obiegły szokujące wiadomości – na autostradzie M9 w hrabstwie Kildare  miał miejsce jeden z najbardziej fatalnych wypadków, jakie miały tutaj miejsce w ostatnim czasie. Znów z udziałem nastolatków pędzących samochodem pod prąd!

Skradzione bmw z pięcioma zamaskowanymi gówniarzami na pokładzie czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym hyundaiem, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Wszyscy z pojazdu marki BMW zginęli na miejscu (jednego znaleźli dopiero po długim czasie, był "ukryty" pod wrakiem), ale to akurat najmniejsza strata.

Problem w tym, że w drugim samochodzie były trzy siostry i siedmioletnie dziecko jednej z nich. Przez tych "młodych i szybkich" dwie z nich są dziś w krytycznym stanie, jedna (siedząca z tyłu z dzieckiem) w bardzo poważnym stanie, podobnie zresztą jak podróżujący z nimi chłopiec.

Nie dojechały na lotnisko w Dublinie. Nie wsiadły do samolotu, który miał je przetransportować do UK na ślub kogoś z rodziny, a to niewinne dziecko nie wróci w następnym tygodniu do szkoły, a być może nawet nie dożyje ósmego roku życia.

Myślicie, że to coś dało? Że inni młodzi poszli po rozum do głowy?

Trupy tych pięciu młodych przestępców jeszcze nie ostygły, a w sieci już krążyły nowe wyczyny kolejnego mądrego pędzącego po złej stronie autostrady w hrabstwie Cork! Wszystko oczywiście nagrywał, bo przecież inaczej się nie liczy! Podobnie było w Dublinie, gdzie w środku nocy młodzi gniewni znów zabawiali się na M50 skradzionym samochodem, zanim go rozbili i zbiegli. Ci mieli więcej szczęścia, bo przeżyli. Ale ponoć karma nigdy nie gubi adresu.

Nadszedł kolejny weekend, i znów pojawiła się kolejna tragedia. Przecierałam oczy ze zdziwienia, kiedy w ostatni sobotni poranek powitał mnie znajomy nagłówek: siedmiu zabitych po czołowym zderzeniu na autostradzie, w tym pięciu młodych mężczyzn. Tym razem wypadek miał miejsce na północy Anglii, ale był bliźniaczo podobny do tego irlandzkiego, w którym zginęło pięciu młodych przestępców. Zarówno tam jak i tu wśród ofiar był jeden Polak – Boże, co za wstyd dla naszego narodu! Jakby i bez tego mało było napięć społecznych i nastrojów antyemigranckich! Niestety, w tym angielskim wypadku dodatkowo zginęło dwóch policjantów na służbie. Nie dożyli nawet czterdziestu lat.

Jak być może zauważyliście, za każdym razem pejoratywnie określałam tych młodych, którzy przez własną głupotę stracili życie. Tu muszę coś wyjaśnić. To nie byli niewinni chłopcy, którzy ssali kciuka przed snem i oglądali dobranockę.

Mimo że zawierali się w przedziale od 15 do 18 lat, byli już doskonale znani irlandzkiej policji. Ba! Ostatnie godziny swojego życia spędzili na próbach włamań do domów i samochodów.

Część z nich pochodziła z rodzin "travellerskich", rdzennej mniejszości etnicznej utożsamianej tu z kradzieżami, rozbojami i wszelkimi problemami, ale był wśród nich też siedemnastoletni Polak, Kamil, który za miesiąc świętowałby swoje osiemnaste urodziny. Niestety, na światło dzienne zaczęły wypływać inne kompromitujące fakty – ponoć on sam był odpowiedzialny za 80% kradzieży w hrbstwie Limerick, okradał też turystów w Dublinie, a jego matka w tej swojej bezradności wręcz prosiła sąd, by go wreszcie zamknęli – liczyła, że dzięki temu może się opamięta.

Irlandzki system sprawiedliwości jest jednak przestarzały i zbyt pobłażliwy wobec młodocianych przestępców. Ci ostatni doskonale zdają sobie z tego sprawę – drwią z prawa, autorytetów, zwykłych i przyzwoitych obywateli. Ze wszystkiego i wszystkich. Wiedzą, że są świętymi, niemal nietykalnymi, krowami. Irlandzka policja nie wjedzie za nimi pod prąd na autostradę – i między innymi stąd ta zuchwałość.

Wśród irlandzkiego społeczeństwa na próżno szukać litości i łez nad "ofiarami", bo jest  ono wyjątkowo zgodne w temacie. Ludzie ubolewają nad tą biedną rodziną, która nie dojechała na lotnisko, i jak jeden mąż krytykują rozpuszczonych, zdemoralizowanych nastolatków.

Dziś ofiarami padły trzy siostry i niewinne dziecko. Jutro to może być ktoś z nas.

Pod filmikiem z pogrzebu jednego z nastolatków ktoś napisał: "Nie spoczywaj w pokoju. Ty i twój kolega obrabowaliście 89-letnią staruszkę, która ze strachu zrobiła pod siebie. Wyśmialiście ją i zabraliście jej obrączkę ślubną. Dzięki Bogu jesteście żarciem dla robaków".

Ktoś inny dodał, że wreszcie spotkała ich sprawiedliwość. Jeden z nich już był zamieszany w wypadek drogowy – poszkodowany motocyklista nabawił się poważnych obrażeń głowy.

Jako że młodzi gniewni regularnie przechwalali się swoimi występkami w sieci, prowadząc między innymi transmisje na żywo w czasie kradzieży i samochodowych ucieczek, społeczeństwo podniosło larum w sprawie mediów społecznościowych, domagając się zaostrzenia zasad publikacji materiałów, moderacji szkodliwych treści, a nawet całkowitego zbanowania TikToka.

Problem jest stary jak świat. Trudna młodzież zawsze była trudna, zawsze postępowała nieodpowiedzialnie i głupio, zawsze dopuszczała się występków, ale teraz – w dobie Internetu – ma wyjątkowo duże pole do popisu. I ogromną publikę.

Dziś, jak nigdy wcześniej, możesz zginąć dla cudzych lajków.

Niegdyś tylko rodzina wiedziała, że w jej kręgach jest debil. Dziś wie o tym cały świat. Im większy imbecyl, tym większe parcie na szkło i sławę. A co gorsza, nic w Internecie nie sprzedaje się tak dobrze jak głupota.

Wiecie, co jest nie tak ze współczesnym społeczeństwem?

Z patostreamerów robi się celebrytów.

Z lekkomyślnych młodocianych kierowców robi się bohaterów i wyprawia im pogrzeb z pompą – pomyślałby kto, że tragicznie zmarł bohater narodowy, albo zasłużony żołnierz.

Generacja Z nie ma żadnych autorytetów, więc jej przedstawiciele sami usilnie próbują się nimi stać. Zaimponować innym. Zdobyć sławę i poklask. Poczuć się ważnymi. Kimś. Może dlatego, że kiedy patrzą w lustro, widzą prawdę. To, że są nikim. A jak najlepiej wypełnić wewnętrzną pustkę? Obwiesić się drogimi ubraniami z wielkim logotypem. Nabyć mocne auto z napędem na tylne koła i liczbą koni mechanicznych przyprawiających o zawrót głowy.

Kiedy patrzę na tych młodych i gniewnych, których dziś już nie ma wśród nas, widzę coś, co ich łączy – każdy ma jakby martwy wzrok. Puste, nieobecne spojrzenie. Każdy z nich udaje wielkiego chojraka.

Możesz być przykładnym kierowcą, ojcem, mężem, uczniem elektryka, ale to nie ma żadnego znaczenia dla hołoty, która za nic ma normy społeczne i ludzkie życie. To twoje życie nic nie jest dla nich warte. Ważniejsza jest internetowa sława, pogoń za adrenaliną, lajki, poklask innych idiotów i ich podziw w oczach. Tylko to się liczy.

Nieważne, że gdzieś tam rozgrywa się ludzka tragedia. Że miał być radosny ślub i spotkanie rodzinne, a jest popsuta zabawa, morze łez, niepokój, milion pytań do lekarzy i samych siebie.

Nieważne, że gdzieś tam są wielcy niewidoczni tych dramatów – policjanci, ratownicy, medycy. Służby ratunkowe, które muszą oglądać drastyczne sceny, o które nie prosili i zasypiać z obrazem pokiereszowanych trupów.

Nieważne, że gdzieś tam są dzieci, które nigdy już nie zobaczą swojego ojca, który wyszedł do pracy, ale z niej nie wrócił. A przynajmniej nie o własnych siłach, żywy.

To wszystko jest nieważne. Ważne, że grupa idiotów miała swoje pięć minut w Internecie.

Jakoś nie dziwią mnie odkrycia naukowców i ich wyniki badań mówiące, że umiejętności intelektualne Gen Z uległy pogorszeniu względem poprzednich pokoleń.

Społeczeństwo głupieje w zatrważającym tempie, idiokracja ma się dobrze, a świat zmierza ku upadkowi.


sobota, 19 lipca 2025

Uziemiona

Jak sprawić, by człowiek na nowo docenił to, co ma?

Bezpardonowo mu to zabrać!

Jeszcze do niedawna radośnie opiewałam maj, był potrzebnym i radosnym powiewem świeżości. Później podobnie entuzjastycznie przywitałam nieco chłodniejszy czerwiec ze wszystkimi jego dobrodziejstwami i wadami. Aż nadszedł lipiec i całkowicie wykoleił moją szarą codzienność, którą próbowałam wielokrotnie romantyzować.

Głupio narzekać na dom do sprzątania, kiedy inni nie mają nawet dachu nad głową.

Głupio marudzić, że naczynia są do zmycia (choć tym i tak często zajmuje się zmywarka), kiedy tyle ludzi na świecie przymiera głodem.

Nie przystoi narzekać na nudę i "nieciekawe życie", kiedy tyle ludzi drży z obawy przed kolejną bombą. Przed tym, co przyniesie nowy dzień. Albo, co znowu im zabierze.

Maj był jak miły i puchaty miś. Lipiec okazał się z kolei groźnym wilczurem, który brutalnie przeciągnął mnie przez chaszcze, krzaki i inne iglaki. Poskładał jak domek z kart. Nie wiem, czy po tym wszystkim wyszłam z tego silniejsza, ale na pewno bardziej ukorzona i doceniającą małe, proste rzeczy.

Kiedy człowiek leży przykuty do szpitalnego łóżka, ma mnóstwo czasu na refleksje. Na przewartościowanie swoich priorytetów. Na snucie planów.

W tych najmniej przyjemnych momentach sama rozpraszałam swoją uwagę, przenosząc się w myślach w jakieś przyjemniejsze miejsce. Na opustoszałą plażę, gdzie Atlantyk raz po raz rozbijał się o jej brzeg.

Mimo wszystko najczęściej marzyłam jednak o tym... na co jeszcze do niedawna zdarzało mi się kręcić nosem. Na te wszystkie domowe, żmudne i przyziemne obowiązki.

Nie chciałam zdobywać Kilimandżaro. Ani jechać na drugi koniec świata. Chciałam po prostu wstać z łóżka, iść sprzątać, kosić trawę, rozwieszać pranie... Chciałam odzyskać to, co straciłam.  

Szlachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.

Tak pisał Kochanowski kilka wieków temu. Tyle czasu minęło, a w tym temacie nic się nie zmieniło. Ta fraszka nadal jest nieśmiertelna. W przeciwieństwie do nas.

Te nieprzewidziane perturbacje zdrowotne zupełnie wybiły mnie z blogowego rytmu. Nie było mnie w cyberświecie, co być może zauważyliście. Jest jednak jeden plus tej mojej przymusowej absencji ‒ wracam na blogowisko ze zwiększonym apetytem.

Póki co zaś, na nowo zachwycam się swoim zwyczajnym życiem i odzyskiwaną formą.

Może to dziwnie zabrzmieć, ale chyba potrzebowałam takiego uziemienia.

Chyba każdy z nas potrzebuje, aby przypomnieć sobie, co w życiu jest najistotniejsze.


wtorek, 28 stycznia 2025

They don't see his lonely heart break... Do dwóch razy sztuka?

Dziś o tym, że nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

Żyję sobie w tej "zaściankowej" Irlandii częściowo pod kamieniem i dość późno dotarły do mnie wieści o najnowszym Jokerze. Siedziałam wtedy w kinowym fotelu tuż przed seansem filmu "Deadpool & Wolverine". Pomyślałam wówczas, że za kilkanaście tygodni znów w nim zasiądę, kiedy "Joker: Folie à deux" będzie mieć premierę, ale jednak się pomyliłam. Plany planami, a życie zrobiło swoje. Chwilowo zapomniałam o Jokerze. 


Kiedy więc pewnego grudniowego dnia zauważyłam, że film Todda Philipsa właśnie stał się dostępny dla wszystkich użytkowników platformy streamingowej, niemal przyklasnęłam z radości.

Jako że pierwszy "Joker" z 2019 roku bardzo mi się spodobał, o czym pisałam tutaj, tym razem również liczyłam na filmową ucztę. Niemal błyskawicznie przekonałam się, że były to płonne nadzieje, i że zamiast uczty dostanę co najwyżej niestrawności, bo film jest częściowo musicalem, a te kiepsko trawię.

Już na samym początku na ekranie pojawia się nieapetycznie wychudzony Arthur Fleck (w tej roli ponownie genialny Joaquin Phoenix).

Notatka na marginesie: tak drastyczne wychudzenie widziałam uprzednio w wykonaniu Michaela Fassbendera ‒ jeśli ktoś lubi ambitne kino, irlandzką tematykę i nie boi się mocnych, turpistycznych obrazów, to polecam "Hunger" z 2008 roku.

Życie w niewoli mu nie służy. Arthur wygląda jak uciekinier z Oświęcimia albo gułagu. Jest cieniem człowieka. Wyniszczonym i zrezygnowanym, niczym Jan Baptysta Grenouille z mojego ulubionego "Pachnidła" Patricka Süskinda. I tak samo jak on wydaje się już tylko żyć na przekór innym.

Na wspomnianą niestrawność wpływają bardzo niesmaczne widoki, a im dalej w las, tym gorzej. Nie oglądało mi się tego dobrze: dużo aktów przemocy, nadużywania siły, rzucania Arthurem niczym kukiełką odartą z ludzkiej godności. Dopiero później zauważyłam kategorię wiekową Jokera ‒ słusznie, produkcja zdecydowanie nie dla dzieci. 

Przytłoczył mnie ten film, trochę też skonfundował tą swoją mieszanką gatunkową. W głowie kołatały się myśli typu:

Co to jest? Ni to wydra, ni pies. "A Star is Born: psycho edition"? Ta Lady Gaga przy fortepianie ‒ zdecydowanie déjà vu. Trochę mi się gryzła z moją wizją Jokera. Ni to musical z prawdziwego zdarzenia, ni pełnokrwisty romans...

Uznałam, że film jest ciężki i rozczarowujący, a jego akcja toczy się niezdarnie niczym wóz o kwadratowych kołach. Albo ociężała lokomotywa Tuwima. Tam też zresztą byli palacze i fortepian. Tylko tu, zamiast tłustej oliwy, krew wypływa.

Umęczona filmem poszłam spać. A na drugi dzień po raz pierwszy w życiu obejrzałam recenzję Tomasza Raczka, którego Joker zachwycił.

I zaczęłam się zastanawiać, co mi umknęło. Co poszło nie tak? Może faktycznie czegoś nie zrozumiałam? Może muszę wyzbyć się swoich uprzedzeń?

Nie dawało mi to spokoju, a że jestem upartą kozą, to przy pierwszej nadarzającej się okazji postanowiłam obejrzeć Jokera raz jeszcze.

Tym razem na spokojnie, bez wcześniejszych wyobrażeń, bez emocji. Za to z większą uważnością i dokładnością.

Wiedziałam już, czego się spodziewać, więc pierwotny szok i moje zniesmaczenie zastąpiłam wnikliwą obserwacją.

Wszystko zaczęło mi się ładnie układać w głowie. Sceny, które za pierwszym razem uznałam za piękne, tym razem też takie były. Za to te brutalne straciły nieco na swojej ostrości. Z każdą kolejną minutą seansu coraz bardziej dostrzegałam tragizm głównej postaci.

Mówiąc krótko: w filmie Todda dramat Jokera nadal trwa. Nadal jest niezrozumiany, nadal nie jest szanowany, nadal nie jest prawdziwie kochany. Miłość, której przedsmak poznał za sprawą Harley Quinn (Lady Gaga) okazuje się być tylko smutną wydmuszką. Jego wybranka to tak naprawdę interesowna psychopatka i stalkerka. I najwyraźniej cierpiąca na hybristofilię. Jej podobne zalewały Teda Bundy'ego tysiącami listów miłosnych, wzdychały do braci Menendez, i pożądały Richarda Ramireza. One jednak, w przeciwieństwie do niej, gotowe były przypieczętować tę swoją chorą miłość. Harley tymczasem znika jak kamfora, kiedy Arthur po męsku bierze na klatę odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny. Smutne jest to, że jej nie interesuje Arthur, ona chce Jokera.

Uczucie Jokera i Harley Quinn może niekoniecznie nadaje się do harlekina, jest zbyt powierzchowne, ale jako zobrazowanie wiersza Dylana Thomasa "Love in the Asylum" ‒ już bardziej. Tylko w tym ostatnim "szalona ptaszyna" nie odlatuje przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Czy warto było drugi raz wchodzić to tej samej rzeki? Tak! Pomiędzy tymi dwiema projekcjami film nie przeszedł cudownej metamorfozy. Z ciężkiego i trudnego nie stał się lekkim i zabawnym, co ciekawe, dostarczył mi jednak innych wrażeń. Tak więc nie tylko zemsta najlepiej smakuje na zimno. Filmy też mogą!

I nie zawsze do trzech razy sztuka!


środa, 4 grudnia 2024

All I Want For Christmas Is Peace

 

Dość specyficzny jest w tym roku dla mnie okres Adwentu. W zasadzie to jak cały 2024 rok.

Z reguły o tej porze nie dość, że tryskałam radością na myśl o nadchodzących świętach, to do tego byłam też wzorem niemal perfekcyjnej organizacji czasu.

W sekretnych skrytkach spokojnie spoczywały sobie te bożonarodzeniowe upominki, które zostawały ze mną w Irlandii, inne zaś transportowane były przez kuriera do Polski.

W salonie zazwyczaj stała już imponująca i rozłożysta jodła ‒ rozprzestrzeniając w pokoju subtelny zapach żywicy i lasu ‒ która każdorazowo cieszyła oko, kiedy na nią natrafiało.

Długopis niemal parzył mnie w dłoń, bo tak się paliłam do wypisywania stosu świątecznych kartek i zdobienia ich okazjonalnymi znaczkami i nalepkami.

Zazwyczaj miałam już jakieś blade pojęcie o świątecznym menu. Wiedziałam, co chcę mieć na stole, a czego nie.

W tym roku zaś jestem swoim całkowitym przeciwieństwem. W zasadzie nie zrobiłam jeszcze nic z powyższych rzeczy. Dziś dopiero łaskawie zamówiłam karnet świątecznych znaczków. Jeśli zamówienie zostanie zrealizowane w szybkim tempie, to jest szansa, że moje kartki dotrą do Polski na czas, a nie dopiero po Nowym Roku.

Pewnie bardziej by mnie to wszystko ekscytowało, gdyby nie to wszechobecne sianie paniki. Jedno trzeba mediom przyznać ‒ skutecznie opanowały sztukę wzniecania strachu. Jak tylko mogę, unikam tych wszystkich hiobowych wieści i straszliwych tytułów, które tak dobrze się klikają, ale one i tak znajdują sposób, by do mnie dotrzeć i dobitnie przypomnieć mi, w jak niepewnych czasach żyjemy. I jak głupi, niewdzięczni, egocentryczni, lekkomyślni i żądni władzy są ludzie. Szczególnie ci na wysokich, rządowych stołkach, bo w dużej mierze to właśnie oni rzucają te straszne cienie na życie nas, maluczkich.

Daleko mi do panikary, chyba jednak bliżej mi do naiwnej optymistki do końca wierzącej, że będzie dobrze. Z lekkim politowaniem patrzyłam na tych, którzy parę lat temu rzucali się na sklepowy towar, aby porobić dożywotnie zapasy na okres zarazy. Ani wtedy, ani teraz nie wyrywam włosów z głowy i nie "sram żarem", jak to brzydko, ale bardzo obrazowo mówi młodzież, jestem jednak już zmęczona tą gęstą i niepewną atmosferą, która wisi nad nami niczym miecz Damoklesa, a w ostatnich tygodniach to już w ogóle wydaje się opadać coraz bliżej karku i muskać go swoim ostrzem. Tylko patrzeć, aż poleje się krew.

Nie wiem, jak Was, ale mnie męczy już to życie na krawędzi. Ten brak kontroli. Ta niepewność, czy jutro nadejdzie, czy będzie nam dane doczekać spokojnych świąt, kolejnego roku, kolejnej wiosny.

Z tego też powodu nie wybiegam myślami w daleką przyszłość, nie rezerwuję żadnych wyjazdów wakacyjnych, choć w ostatnich latach tak właśnie robiłam. Teraz, chyba jak nigdy wcześniej za naszego życia, wypadałoby cieszyć się dniem dzisiejszym, tak jakby jutra miało nie być.

Cieszę się nim. Wbrew temu, co możecie pomyśleć, nie dopadła mnie totalna anhedonia czy depresja. Nie jest to też sezonowe obniżenie nastroju ‒ może trudno w to komuś uwierzyć, ale autentycznie lubię tę przytulną porę roku. Doceniam jej uroki i biorę z niej to, co najlepsze.

Tydzień temu Amerykanie świętowali Dzień Dziękczynienia, ja również nie zapomniałam wysłać w eter moich prywatnych podziękowań. Nie było wśród nich dziękczynnych słów za łupy upolowane w czasie komercyjnych żniw, Black Friday i Cyber Monday, bo nie wydałam na nie ani jednego euro. Raczej wdzięczność za wszystkie te oczywiste "drobnostki" codziennego użytku, za moich bliskich.

Jako że żyjemy w przedziwnych czasach, nadal mam dużą przyjemność gościć w ogródku moich kolczastych towarzyszy! Pogodę mamy w kratkę, jednego dnia siarczysty (jak na tutejsze warunki) mróz, -5°C, innym razem nawet balsamiczne... 16 stopni, więc nie ma się co dziwić, że jeżyki zgłupiały i same nie wiedzą, czy to zima czy wiosna. 


Codzienne wieczorem jestem więc na posterunku, jak Skawiński w "Latarniku" Sienkiewicza. Gaszę światło w kuchni, świecę w ogródku, i z lubością podglądam zza zasłony nocne życie kolczastych ssaków. Mam przy tym głęboką nadzieję, że żaden sąsiad z naprzeciwka nie weźmie mnie za wstrętnego perwersa, opacznie doczepiając sobie łatkę obiektu moich niezdrowych zainteresowań i voyeuryzmu.

Małe przyjemności. Proste radości. Oswojona codzienność. To się dla mnie liczy.  

Kiedy, ktoś pyta mnie, co chciałabym dostać na gwiazdkę, myślę sobie, że chcę tylko pokoju na świecie. Szansy na spokojne życie. W zasadzie nic innego nie potrzebuję.

Pokoju. Tylko tyle i aż tyle.

Dajcie znać, jak to u Was wygląda. Sympatyzujecie z moim wpisem, czy też może zupełnie nie przejmujecie się tym wszystkim, co dzieje się wokół Was? No i jak tam Wasze nastroje? Poczyniliście już przygotowania do świąt albo... wakacyjnych wyjazdów? Z chęcią poczytam, jak to u Was wygląda.

No i sorry za ten tekst. Musiałam się wygadać!

czwartek, 4 lipca 2024

Raz na wozie, raz pod wozem


Nie trzeba być surferem ani maklerem, by na własnej skórze przekonać się, że w życiu jak na giełdzie: raz hossa, innym razem bessa. Czasem sprzyja fala i gładko na niej suniesz, innym razem zaś spadasz z deski, albo ‒ co gorsza ‒ dryfujesz do góry brzuchem. Jak śnięta ryba. 


Mój poprzedni wpis nie jest postem, z którego jestem dumna, ale mimo wszystko cieszę się ogromnie, że go napisałam. Wyrzucenie z siebie tego wszystkiego, co mnie dręczyło, po raz kolejny okazało się mieć terapeutyczne właściwości. Od razu poczułam się lepiej ‒ a mówią, że nie powinno się narzekać! Kiedy to takie oczyszczające ‒ każdemu polecam takie katharsis :) W przeciwieństwie do SPA nic nie kosztuje, a człowiek czuje się później niczym nowonarodzony! 


Co więcej, po zatwardzeniu umysłowym, objawiającym się u mnie nieprzyswajaniem wiedzy i brakiem weny, pozostało już tylko wspomnienie. Wróciła mi chęć do pisania, teraz więc tylko czekam na dogodny moment, aby usiąść i zacząć spisywać swoje kolejne wspomnienia. Chwyciłam też byka za rogi i przerobiłam kolejną część materiału ze swojego kursu ‒ uff, tym razem poszło jak z płatka! Chyba jeszcze będą ze mnie ludzie :) 


Nie wiem, czy to jakaś dobra dusza słała w moim kierunku moc pozytywnych myśli, czy może zbawienne właściwości kofeiny, ale wczorajszym popołudniem doznałam nagłego przypływu energii. Przestałam być śniętą rybą i zaczęłam być różowym króliczkiem Duracella ;) Gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się, dlaczego kobiety nazywane są kameleonami, to już spieszę z odpowiedzią. Właśnie dlatego: przemiana od kręgowca do ssaka, a to wszystko w zaledwie kilka godzin, ha! To jaka jest Twoja supermoc? 


Jakoś mniej więcej wtedy spłynęła na mnie pewna mądrość. Jeśli uważaliście na lekcjach języka polskiego, to pewnie kojarzycie Voltaire'a i jego przypowiastkę filozoficzną z XVIII wieku ‒ "Kandyd, czyli optymizm". Właśnie tam padają słynne słowa o potrzebie uprawiania swojego ogródka. Wczoraj potraktowałam je wybitnie dosłownie. Zamiast od samego rana chłonąć złe wieści ze świata, unikałam ich jak diabeł wody święconej, choć algorytm YT robił wszystko, by mnie sprowadzić na złą drogę. Nie dałam się jednak. Posłuchałam Voltaire'a i zajęłam się swoim prywatnym ogródkiem, bo to właśnie jest kluczem do szczęścia. Nie mogę zrobić porządku w cudzym, ale w swoim ‒ jak najbardziej. 


Szczęście zdecydowanie mi sprzyjało. Udało mi się bowiem skosić trawę, zanim nadciągnęły ponure, ciemnoszare chmury, a nawet odpocząć na ogródkowej ławeczce w towarzystwie filiżanki cappuccino, kotów i ciekawej książki. 


Miałam też nadzieję, że uda mi się nasycić oczy widokiem stada "zaprzyjaźnionych" ptaków (lubią wygrzebywać robale zaraz po skoszeniu trawy), ale tym razem, kiedy polowałam na nie z aparatem, jak na złość żaden nie chciał przylecieć. Może ucięły sobie popołudniową drzemkę? 


Ostatecznie moja cierpliwość została wynagrodzona, ale co się naczekałam, to moje. Najpierw przyleciał jeden szpak, zobaczył rozsypane na trawie okruchy, przekonał się, że nie są trujące, odleciał, a po minucie, albo dwóch ‒ kto by tam odliczał czas w takich okolicznościach ‒ powrócił w towarzystwie swojego ptasiego potomstwa (a o to właśnie mi chodziło). 


Z reguły w ogródku jest ich całe stadko, a ja uwielbiam się im przyglądać. Zawsze rozbrajają mnie te małe szpaki ‒ pocieszne z nich bambaryłki! Gabarytowo większe niż rodzice, ale same sobie nie upolują jedzenia, tylko oczekują, że starzy je nakarmią. Nawet jeśli obok nich leży jakiś pokarm, to zamiast się schylić i zjeść, rozdziawiają dzioby i prują się, ile im fabryka dała! Trzeba jaśnie państwu prosto do dzióbka zapakować, żeby łaskawie ucichły. 


Widok skoszonej trawy od razu zaprowadził poczucie porządku i harmonii, nie tylko w ogródku, ale też w moim umyśle. Swoją drogą, bardzo interesująca jest ta korelacja, nie sądzicie? Ci, którzy uwielbiają porządek i ład, pewnie doskonale teraz wiedzą, co ma na myśli. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie umiem odpoczywać w bałaganie. 


Zmieniłam też pościel na świeżą, bo to jedna z tych małych przyjemności, a poprzednią wyprałam i rozwiesiłam na świeżym powietrzu. A właśnie! Tu czuję na sobie cywilny obowiązek przestrzeżenia Was przed kupnem białego prześcieradła z IKEA o nazwie DVALA. Otóż ono wcale nie jest białe, tylko jakieś takie kremowe/ecru! Jakość chyba nie jest najgorsza, nie wiem, bo wyprałam je dopiero raz (zaraz po kupnie, zawsze piorę świeżo zakupione rzeczy), ale kolor to zdecydowana porażka. Na stronie internetowej prezentowało się bardzo obiecująco, a przede wszystkim BIAŁO. Miało też dobrą ceną i pozytywne opinie użytkowników. 


Na tym plusy się kończą. Niestety po upraniu, w czasie jego prasowania, a także białej pościeli (kupionej a Arnottsie), którą zmieniłam parę dni wcześniej, okazało się, że jest kolosalna różnica w kolorze! Pewnie nie miałoby to większego znaczenia, gdybym miała kolorową pościel, jednak już jakiś czas temu wspominałam Wam, że najbardziej lubię białą. Mam co prawda ze dwa komplety "kolorowej", a raczej lekko wzorzystej, jednak cała reszta jest śnieżnobiała. A to prześcieradło wygląda przy nich jak stare, sfatygowane i pożółkłe. Oczywiście nie jest to koniec świata, nie zawalił mi się on na głowę, ani też nie zbankrutowałam, tak tylko wspominam ku przestrodze, gdyby ktoś z Was miał, tak jak ja, hopla na punkcie detali. 


Bardziej zmartwił mnie nalot szkodników ‒ to jest właśnie ten fant, z którym nie bardzo wiem, co zrobić. Teoretycznie mogłabym potraktować kwiaty chemicznym środkiem owadobójczym, z doświadczenia jednak wiem, że lubią sobie to odchorować. Zawsze też pozostaje opcja bardziej ekologiczna, rozcieńczony ocet, nie wiem tylko, czy takie działanie nie zaszkodzi pszczołom, które odwiedzają moje kwiaty. Jakieś pomysły? Bo jak tak dalej pójdzie, to niedługo zostaną mi same kadłubki. 


Niestety po raz kolejny okazało się, że w moim ogródku najbardziej sprawdza się geranium (pięknie kwitnie), którego mszyce zdecydowanie nie lubią. Z moich obserwacji wynika, że uwielbiają petunie i surfinie. Geranium, bratki, fiołki, aksamitki, nemezja, calibrachoa, alstromeria, osteospermum, dalia czy smagliczka są za to całkowicie bezpieczne (nie dotyczy jednak wszystkożernych ślimaków, bo te są bezlitosne i nie biorą żadnych jeńców). Choć ta ostatnia też ostatnio nie bardzo chce rosnąć. Już sama nie wiem, w czym tkwi problem. 


A na moim biurku zagościł piękny bukiet kwiatów, co oczywiście nie pozostaje bez znaczenia dla mojego samopoczucia. Drugi zaś, tym razem z czerwonymi różami, został umieszczony na kuchennym stole, a co sobie będę żałować? W życiu trzeba skupiać się na tych małych przyjemnościach. Pamiętajcie o tym. 


I tym pozytywnym akcentem kończę ‒ jeśli jest tu ktoś, kto czuje się jak śnięta ryba, to pamiętajcie, że wszystko kiedyś mija. Nawet najdłuższa żmija! Dziś możesz być pod wozem, kamienie mogą boleśnie obijać Ci tyłek, ale hej ‒ to nie znaczy, że jutro nie możesz siedzieć na tym wozie niczym basza! Trust me, bro ;) 


 

wtorek, 2 lipca 2024

Nieznośna ciężkość bytu

Było już kiedyś dwóch takich, co ukradli księżyc, a teraz ciekawa jestem, kto ukradł nam lato. Jeszcze do niedawna nie było jakoś tragicznie (ale ja z tych, co lubią irlandzką pogodę): nie za zimno, nie za gorąco. Przyjemne temperatury. Szło wysuszyć pranie w ogródku, posiedzieć w nim bez konieczności narzucania na siebie kilku warstw łachmanów niczym bezdomny, tymczasem od kilku dni niemalże jesienna aura. Mokro, chłodno, a do tego szaro. Jeszcze nie zdecydowałam, co z tej trójcy najbardziej mi przeszkadza ‒ obrady jury nadal trwają.

Czasem dam się naiwnie nabrać na suche warunki, wyjdę na chwilę do ogródka na świeże powietrze, ale już po chwili trzęsę się jak osika i uciekam do środka przed tym samym "świeżym" powietrzem.

Kosiarki nawet nie dotykam, bo choć trawa po urlopie zdecydowanie nadaje się do skoszenia, to wiem, że jak tylko nią wjadę na trawnik, to zaraz będzie mi woda wesoło chlupotać w chodakach, trawa zaś kleić się do spodu kosiarki jak muchy do lepu. Kto kiedyś kosił na mokro, ten wie.

W zasadzie to tylko jedno się nie zmieniło ‒ czas nadal popyla jak Kubica po torze wyścigowym. Niedawno minęło pół roku! Całe sześć miesięcy 2024 roku! Dacie wiarę?! Jak dopadnę tego, kto majstruje przy zegarkach i przyspiesza czas, to bez jakichkolwiek skrupułów nakopię mu do tyłka! Tak nie można! Gdzie w tym wszystkim czas na nacieszenie się (chwilowo skradzionym) latem, tymi wszystkimi letnimi zapachami, kolorami, długimi wieczorami? No gdzie?

Ja wiem, że jesień też jest fajna, ale, do jasnej anielki, wszystko ma swój czas, jak śpiewał Perfect. I trochę nienormalne jest, by pod koniec czerwca i na początku lipca trząść się z zimna.

Za parę dni przypadnie nasza kolejna rocznica przyjazdu do Irlandii, miałam nawet pomysł na całkiem fajny wyjazd z tej okazji, ale jako że w jego skład wchodzi plaża, ocean i parę godzin jazdy, to chyba trzeba będzie go przesunąć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Raczej nie ma sensu pchać się tam w deszczu i 15 stopniach.

Czekam więc na trochę słońca, jak Didi i Gogo czekali na Godota.

A chyba jeszcze bardziej czekam na przypływ motywacji i jakiś zastrzyk energetyczny, bo w ostatnim czasie dopadła mnie nieznośna ciężkość bytu. Nie wiem, czy to pozostałość po koronawirusie, który w ramach pamiątki przywieźliśmy sobie ze Szkocji, coś poważniejszego jak niezdiagnozowana choroba, skutki odstawienia witamin albo efekt przesilenia letniego.

A może po prostu sama jestem sobie winna, bo w ostatnim czasie zaliczyłam trochę odstępstw od zdrowej diety, poświęcam też więcej uwagi szambu, które dzieje się na świecie, zanieczyszczam umysł hiobowymi wieściami, pesymistycznymi myślami, no i mam efekty ‒ gówniane samopoczucie. Muszę przestać karmić się tymi wszystkimi złymi wiadomościami z Polski, świata, ale też własnego podwórka, bo czuję się jak Syzyf taszczący na górę cały ciężar świata.

Jakby tego było mało, cierpię też na pomroczność jasną jak świętej pamięci Przemysław Wałęsa. Nawet jeśli się od tego nie umiera, to marne to pocieszenie. Mam bowiem wrażenie, że mój mózg działa może w 40%, i zamiast mieć umysł ostry jak brzytwa mam... stępioną starą siekierę. Od jakiegoś czasu uczę się pewnego programu komputerowego i po ostatniej lekcji autentycznie czuję się jak debil. Mam nieodparte wrażenie, że sfajczyły mi się ostatnie  zwoje mózgowe, i nawet nie zabieram się za kolejną. Muszę trochę ochłonąć po tej traumie!

Kalendarzowe lato w pełni, i aż chciałoby się, aby było tak, jak w piosence Formacji Nieżywych Schabuff: "Lato, lato wszędzie, zwariowało, oszalało moje serce", a tymczasem sama czuję się jak nieżywy schab.

Ktoś jeszcze? Powiedzcie, że nie jestem sama.


wtorek, 11 czerwca 2024

Back To Bedlam

Za mną jedenaście wspaniałych dni, ponad 1500 przejechanych kilometrów i grubo ponad 2200 nowych zdjęć na dysku (mogłabym przysiąc, że błagał o litość w czasie zgrywania zdjęć z aparatu na komputer, ale nie miałam dla drania litości...)

Parafrazując słowa piosenki Beaty Kozidrak: urlop był jak ze snu. Było tak, jak to sobie wymarzyłam, a może nawet lepiej. Już dawno nie czułam się tak blisko natury. Codziennie rano wychodziłam na balkon na skraju klifu i nie mogłam nadziwić się własnemu szczęściu. A także przestać zachwycać widokami.


Karmiłam konie, mewy, podziwiałam dzieła matki natury, a pod nosem cichutko nuciłam sobie hity sprzed 20 lat (głośno nie ośmieliłam się tego zrobić, bo jestem upośledzona muzycznie) ‒ "Chcę tu zostać" Farby i "Chcę zatrzymać ten czas" Kasi Kowalskiej. Doskonale oddawały moje odczucia, zostały więc oficjalnie okrzyknięte przeze mnie ścieżką dźwiękową tego boskiego urlopu.


Przyznam, że trochę obawiałam się powrotu do domu. Nade wszystko bałam się bolesnego zderzenia z rzeczywistością, bo po tak długim czasie spędzonym w ziemskim raju, byłam niemal przekonana, że to będzie jak kolizja ciężarówki z maluchem, ale ‒ o dziwo! ‒ gładko weszłam w swoją codzienność niczym nóż w masło. Generalnie to zamiast smutku wynikającego z końca leniuchowania i urlopu, odczuwam... wdzięczność. Chyba po prostu potwierdza się stare porzekadło, że wszędzie dobrze, ale jednak w domu najlepiej. Bo choć zaznałam trochę luksusów na tym wyjeździe, to jednak swoje łóżko przywitałam niemal z takim wzruszeniem, z jakim ojciec święty witał swoją ojczystą ziemię.

Pozachwycałam się też bujnymi petuniami, które pod moją nieobecność wystrzeliły w górę niczym magiczna fasola. A także ‒ tego to już w ogóle się nie spodziewałam ‒ doskonale znaną mi alejką, którą tysiące razy pokonywałam do pracy. Widząc ją po raz pierwszy w czerwcu, taką zieloną, bujną, soczystą, pomyślałam sobie, że morskie widoki są cudne, to nie ulega wątpliwości, ale moje hrabstwo i miasto też nie jest takie najgorsze.


Wybaczcie, że nie zdążyłam Wam jeszcze odpowiedzieć na komentarze pozostawione pod moim ostatnim wpisem (za które serdecznie dziękuję), ani skomentować Waszych postów. To nie brak szacunku, to proza życia mnie pokonała. Przed urlopem nie znalazłam na to czasu, a w czasie jego trwania nie korzystałam z komputera (choć naiwnie zabrałam laptop, łudząc się, że może uda mi się na gorąco sklecić jakieś relacje), z telefonu zaś nie cierpię komentować. To nie na moje nerwy ani palce ;)


Cieszę się swoją codziennością i bukietami moich ukochanych piwonii, które przyjechały ze mną z innego kraju. Najpierw kilka godzin płynęły statkiem, potem kilka następnych spędziły w samochodzie, a nadal cudnie wyglądają ‒ to się nazywa wola życia! Kiedy natrafiłam na nie w sklepie, nie zastanawiałam się dwa razy ‒ u siebie jakoś nigdy nie mogłam ich kupić, a tam było ich całkiem sporo. Cieszą też rezultaty wyborów do PE ‒ nie mogłam oddać swojego głosu, na szczęście Dominik Tarczyński poradził sobie beze mnie.


Life is good!