W
zamierzchłych czasach, kiedy byłam panią praktykantką, starałam się, aby moim
uczniom robiło się cieplej na sercu na mój widok, nie zaś, by ze strachu
trzęśli portkami. Albo, jeszcze gorzej, z wymownymi bulgotami brzusznymi biegli
w popłochu w kierunku toalety.
Wiedziałam,
jak to jest siedzieć jak na szpilkach i być spiętą jak plandeka na żuku. Choć nigdy
nie reagowałam w ten ostatni, nerwowy, sposób na żadnego z nauczycieli, to jednak
uczucie strachu i niepokoju, który ogarniał mnie wraz z przekroczeniem progu
przez nauczycielkę, nie było mi obce.
Dziś
jednak, niczym najbardziej surowa i znienawidzona belferka, bezwzględnie zaciągnęłam
się za ucho do komputera i wydałam krótką komendę: siedź na dupsku i pisz! Do
skutku. Nie ma zlituj się!
A
więc piszę.
Zbyt
długo pobłażałam sobie i na tysiąc przeróżnych sposobów usprawiedliwiałam swoje
postępowanie. Zrzucałam winę na kolejne niesprzyjające okoliczności. Niczym zła
baletnica, której przeszkadzał rąbek spódnicy.
Nie
byłam ani baletnicą, ani nie miałam na sobie żadnej spódnicy, jednak
pomysłowości w wymyślaniu kolejnych wymówek absolutnie mi nie brakowało. Zła
baletnica mogłaby mi pokazać kilka ciekawych trików tanecznych, ale to ja
mogłabym udzielić jej korepetycji z kreatywnych wymówek.
Część
z nich była wydumana, ale druga część miała solidne podłoże.
Jednak
zdecydowanie głównym winowajcą mojego wycofania się z wirtualnego życia było moje
kiepskie samopoczucie (tu nie bez znaczenia były moje perypetie zdrowotne). A
ponieważ nigdy nie miałam ekshibicjonistycznych zapędów, i nie pchałam się na
ambonę, by grzmieć z niej o moich bolączkach, wolałam zaszyć się w ustronnym
miejscu i tam, w tej swojej przytulnej norce, przeczekać na lepsze czasy.
Lepsze
czasy jednak nie nadchodziły, a z nawet najfajniejszej i najprzytulniejszej
jamy trzeba czasem wyjść, by rozprostować stary grzbiet i zdrętwiałe kości. A
także przewietrzyć głowę i zaczerpnąć w płuca haust świeżego powietrza.
To
ostatnie wyjątkowo mi się udało ‒ i był to mój ulubiony rodzaj powietrza. Morski,
pachnący Atlantykiem i przygodą.
Dopóki
obracałam się w moich stronach, nie widziałam, jak szybko i podstępnie skrada
się do nas jesień. Końcówka sierpnia, więc należałoby się jej spodziewać. Po
lecie zawsze przychodzi jesień, żadna to anomalia, ale... Trochę wypierałam ją
ze świadomości. Pogoda sprzyjała, jak rzadko kiedy o tej porze roku, było dużo
słońca i ciepłych dni, więc nie myślało się o tych, które będą ich
przeciwieństwem.
Dopiero ten wyjazd, i krajobraz zmieniający się za samochodową
szybą, uświadomił mi, że to już ostatnie podrygi lata. A to z kolei napełniło
mnie żalem i tęsknotą za tymi długimi, ciepłymi i przyjemnymi letnimi dniami. Za
możliwością czytania i suszenia prania na świeżym powietrzu. Za widokiem
kolorowych kwiatów ‒ które teraz coraz mocniej przygasały ‒ i nad unoszącymi
się nad nimi trzmielami, motylami i pszczołami.
Parę
dni po naszym powrocie wiatr przywiał nam do ogródka martwe, brunatne liście z
okolicznych drzew.
Okazałe
do niedawna pąki dalii zaczęły straszyć, a nie cieszyć oczy.
Załamała
się pogoda.
Kot,
który powinien był urodzić się w jakimś śródziemnomorskim kraju, bo tak bardzo
uwielbia słońce, przestał wylegiwać się na trawie i ostentacyjnie przeniósł do
domu. Przez całe lato bywał w nim jedynie na gościnnych występach, najczęściej
przy misce, a stałym bywalcem stawał się dopiero wraz z nadejściem
chłodniejszej pory roku. Kotka zaś najwyraźniej niepostrzeżenie przepoczwarzyła
się w... leniwca, bo od dobrych kilku dni twardo okupuje swój ukochany kocyk
(tylko patrzeć jak spróbują ją nająć do protestów Just Stop Oil) i chyba nawet
buldożer nie mógłby jej stamtąd ruszyć.
A
zatem jesień, panie sierżancie.
Ta
melancholijna wizja osnuła mnie niczym niewidzialna mgła, i póki co nie umiem
jej skutecznie strząsnąć z siebie.
Wiem,
że jesień też potrafi być fajna, już nawet zaczęłam ją oswajać, kiedy zrobiłam
najazd na asortyment Aldiego (sprzedawali obłędnie pachnące świece w kształcie
dyń!), chodzi jednak o to, że nie jestem jeszcze na nią gotowa mentalnie.
Próbowałam
wykorzystać to lato jak najlepiej, a mimo to zostałam z ogromnym poczuciem
niedosytu. Starałam się korzystać z sezonowych produktów: robiłam zupę i
sałatki z bobu, mimo że później śmierdziało w kuchni starymi skarpetami (kto
wie, ten wie), ale Połówek mlaskał z zachwytem, więc smród jakby się wyzerował.
Ba!
Po raz pierwszy w życiu zrobiłam nawet jagodzianki (smaczne, ale i tak nic nie
przebije moich ukochanych drożdżówek z makiem), i przetestowałam kilka nowych
przepisów na przetwory. Zazwyczaj co roku hurtowo kisimy ogóry, jednak w
minionym roku (albo dwóch, już nie pamiętam) mieliśmy małą przerwę
spowodowaną... zepsutą zmywarką (aż taka nadgorliwa nie jestem, żeby ręcznie
szorować kilkadziesiąt słoików, o nie!)
W tym jednak udało się wyprodukować
ponad 30 litrowych słoików małosolnych, później zaś ‒ w ramach kulinarnego
eksperymentu ‒ dorobiłam jeszcze 15 słoików ogórków w różnych zalewach. W pewnym
momencie musiałam jednak zawiesić produkcję, bo wyprztykałam się ze wszystkich
słoików, a w domu zaczęło nieznośnie śmierdzieć octem (to już chyba wolę smród
bobu!). W międzyczasie zamówiłam online dwa wielkie słoje z Kilnera, do których
trafiła sałatka gyros. Jak to smakuje? Nie mam pojęcia. Czy jest jadalne, okaże
się wkrótce!
Tego
minionego lata dużo czytałam na swojej ogródkowej ławeczce. Z czterech przedstawionych
tu książek, trzy mnie naprawdę pochłonęły!
Wracałam
do nich z przyjemnością, mimo że w dwóch przypadkach tematyka była dość ciężka.
W ogóle mam wrażenie, że niezwykle trudno jest napisać książkę z gatunku
literatura faktu, bo taka właśnie jest "Say Nothing", tak, aby
czytało się ją łatwo, szybko i przyjemnie. Niczym najlepszą beletrystykę. A
jednak Patrick Radden Keefe tego dokonał. Kłaniam się nisko w podziwie! Książka
dla miłośników Irlandii. Porusza skomplikowaną tematykę "The
Troubles", konfliktu w Irlandii Północnej, nie robi tego jednak w nudny,
podręcznikowy sposób.

"A
Life Stolen" może nie jest wybitną pozycją pod względem języka czy
kompozycji, jest jednak SZOKUJĄCĄ historią matki, która utraciła swojego syna,
a później niczym lwica walczyła z bezdusznością machiny, jaką okazała się
brytyjska policja. Czasami "najlepsze" scenariusze pisze właśnie
życie, choć w tym konkretnym przypadku używanie tego słowa wydaje się być nie
na miejscu, bo wydarzenia opisane w książce są bezsprzecznie najgorszym, co
spotkało jej bohaterów. Szczerze im ich współczuję.
Jako
że nie znałam tej historii, wszystkie fakty (stopniowo odkrywane i dawkowane)
były dla mnie nowością. Jeśli tak jak ja lubicie powoli zagłębiać się w fabułę,
i nie cierpicie wszelkich spoilerów, to nie czytajcie opisu z tyłu książki ‒
"pięknie" wszystko streszcza! Pozycja dla miłośników historii z życia
wziętych.
"Think
Twice" amerykańskiego autora bestsellerów, Harlana Cobena, uświadomiła mi
przykrą prawdę ‒ chyba już wyrosłam z jego thrillerów. Nasze drogi splotły się,
kiedy byłam nieopierzoną nastolatką. Wówczas zachłysnęłam się jego powieściami.
Pochłaniałam je z ogromną przyjemnością, z obłędem w oczach. Trzydzieści kilka
książek później już tego nie robię. Powieść nie ma złych not, większość
czytelników twierdzi, że Coben trzyma poziom, ale mnie już dawno serce
przestało szybciej bić na widok jego nowej publikacji. Czytałam, bo czytałam,
chciałam dotrzeć do końca, ale nie było w tym większych emocji. Mieliście tak
kiedykolwiek z autorem, który się Wam "przejadł"?

Na
koniec słówko o "Lighthouses of Ireland" Kevina M. McCarthy'ego.
Dobra lektura dla pasjonatów irlandzkich latarni morskich. Przeczytałam już
wiele książek tego typu, myślałam więc, że treść będzie powtarzalna, ale
dowiedziałam się z niej sporo nowych rzeczy. Książka nie opisuje wszystkich
latarni w Irlandii, co mnie nie dziwi, rozdziały są dość krótkie, opatrzone
przypisami (dla tych, którzy chcieliby poszerzyć wiedzę na temat danego
obiektu), a do tego pięknie zilustrowane. Czego tu nie lubić?