Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2025

Jeśli nie chcesz mojej zguby, śliwki kup mi, luby!

Znamy się już trochę, więc niejako czuję się w obowiązku lojalnie Was przestrzec. Uwaga! Uwaga! Będę Was wodzić na pokuszenie! Jeśli więc ktoś z Was ma słomiany zapał do zdrowego żywienia, albo słabą wolę, i w minionym tygodniu już pięć razy zaczynał dietę, to niech nie czyta i nie ogląda, bo z dzisiejszego wpisu kalorie będą się wylewać przez ekran. Możecie więc zawczasu oszczędzić sobie tych tortur.

Jesień na dobre zagościła pośród nas. Captain Obvious to moje drugie imię, nie musicie więc dziękować za to jakże odkrywcze spostrzeżenie. Muszę jednak przyznać, że ostatnie dni przypominały mi bardziej przedwiośnie niż samą jesień. Jakaś wyczuwalna zmiana nastąpiła. Prognoza na najbliższe 10 dni wygląda obiecująco ‒ znacznie więcej słońca, tylko czemu te najbliższe noce takie chłodne? Dwa, trzy stopnie we wrześniu?! Ale to może i dobrze, bo w ostatnim czasie źle mi się spało. Było mi zdecydowanie za gorąco i rzucałam się po łóżku jak opętana (nabyłam już takiej wprawy, że spokojnie dostałabym angaż w remake'u "Egzorcysty" lub "Dziecku Rosemary")

Fakty są jednak takie, że klimat jesienny dość mocno mi wjechał, bo w tym roku ‒ jak nigdy wcześniej ‒ wpadałam do lokalnych sklepów i, niczym chytra baba z Radomia, z obłędem w oczach rzucałam się na ozdoby jesienne. Muszę jednak przyznać, że te małe akcenty sezonowe, w postaci strategicznie rozmieszczonych dyń, sprawiły, że w domu stało się przytulniej i jeszcze milej. Kawa i herbata też jakoś lepiej smakują wypijane z jesiennego kubka. 


W czasie dzisiejszego urzędowania w kuchni doznałam momentu olśnienia na miarę eureki Archimedesa. Pozwolę sobie podzielić się z Wami tą mądrością, wszak nie jestem skąpa, a poza tym nic mnie to przecież nie kosztuje.

Niektórzy rodzą się rekinami biznesu, inni są rasowymi psami na baby, albo lwami salonowymi, jeszcze inni szczurami lądowymi, a ja... No cóż. Nie każdy został stworzony do wielkich rzeczy. Ja najwidoczniej jestem urodzoną kurą domową, która uwielbia kokosić się w swoim kurniku. A jeszcze bardziej lubi, kiedy ten kurnik pięknie pachnie, aromatyczną domową kuchnią, i kiedy mam swoich bliskich pod swoimi skrzydłami. 

Człowiek to jednak prymitywna bestia. Nie mam co prawda indiańskich zapędów do skalpowania, ani też potrzeb do obwieszania się naturalnymi futrami (obrzydliwe, swoją drogą), ale ‒ jak to mawiają ‒ gena nie wydłubiesz. Gdzieś tam wewnątrz mnie tkwi ten pradawny pierwiastek, geny jakiegoś neandertalczyka, który ma nieokiełznaną potrzebę zgromadzenia tłuszczyku na zimę w celu jej przetrwania. Ilekroć nadchodzi zimniejsza pora roku (a tak naprawdę, to wystarczy, że jesień leciuteńko zapuka do mojego okna  i słabiutkim głosem rzeknie "no cześć!"), a moją dietę od razu szlag trafia. I to tak spektakularnie.

Pamiętacie, jak mówiłam Wam, że robię sobie detoks od cukru? No... to już nieaktualne. Możecie włożyć ten tekst między bajki.

Zła ze mnie chrześcijanka, bo według biblijnych nakazów nie powinnam czynić drugiemu, co mnie niemiłe, ale źli ludzi sprowadzili mnie na manowce, i teraz ja czynię to samo. Wypatrzyłam gdzieś w internetowych odmętach ciasto śliwkowe (w końcu mamy na nie sezon!) i od razu zapragnęłam je posiąść. O, proszę! Właśnie dopuściłam się kolejnego grzechu ‒ "nie pożądaj ciasta bliźniego swego" czy jakoś tak... 


Przed wielkimi tygodniowymi zakupami sporządziłam więc odpowiednią listę produktów i upewniłam się, że koniecznie znajdują się na niej śliwki. Następnie zaś wręczyłam ją Połówkowi i wysłałam z misją do miasta, subtelnie przypominając mu "jeśli nie chcesz mojej zguby, śliwki kup mi, luby!". 


Chyba nie chciał, bo z zakupów wrócił nie tylko z zamówionym kilogramem śliwek węgierek, ale także z kolejnym ‒ mirabelek. Te ostatnie przetrwały, węgierki zaś przerobione zostały na pyszne ciasto na kruchym spodzie. 


Tak, wiem, nie wygląda powalająco, ale to ma smakować, a nie wyglądać. Smakuje zaś naprawdę przyzwoicie ‒ to ten rodzaj ciasta, po którym człowieka nie mdli od słodyczy, bo śliwki są kwaskowate, a w samym cieście (użyłam dużej tortownicy) jest tylko 100 gramów cukru. Plus cukier puder na wierzchu. Można jeść bez wyrzutów sumienia, bo jak głoszą pogłoski (przysięgam, że to nie łasuchy je rozpuszczają!) śliwki obniżają cukier we krwi. Tak że tak. Oszukałam system. 


A ponieważ nie samymi deserami człowiek żyje, to zrobiłam też francuską zupę cebulową, i nawet użyłam do niej specjalnego, białego wina z Francji. Co prawda, dopuściłam się małego kulinarnego bluźnierstwa, i zamiast sera gruyère użyłam do grzanek grana padano, ale ciiii, niech to pozostanie naszym słodkim sekretem ‒ naprawdę, żaden ortodoksyjny francuski kucharz nie musi o tym wiedzieć! Żeby mi tu nikt nie dzwonił po kulinarną policję! 


Nie mam zielonego pojęcia, jak to się stało, ale jak długo żyję na tym świecie, tak jeszcze nigdy nie miałam okazji jeść zupy cebulowej! To doprawdy nie do pomyślenia, zważywszy na fakt, że jestem dumnym Polakiem-Cebulakiem. Polką tak naprawdę  (spokojnie, nie zmieniłam w międzyczasie płci), ale Polak lepiej się rymuje. Uwielbiam cebulę (tak samo jak czosnek), a gdybym pochodziła ze szlacheckiego rodu, to w moim herbie byłaby właśnie cebula. I nie wstydzę się tego! Był Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka, to może też być też Taita herbu Biała Cebula, prawda? 


Żarty żartami, ale zupę serdecznie polecam. Znakomicie rozgrzewa! Tylko najlepiej od razu robić większą ilość. Ja zrobiłam z marnego kilograma, a po nałożeniu jej do dwóch miseczek, w garnku została jedna porcja, którą nawet krasnal by się nie najadł, a co dopiero rosły chłop, który pochłania wszelkie zupy tak chętnie jak dzik żołędzie! 


 

środa, 6 listopada 2024

Świat stanął na głowie

Świat stanął na głowie, i to niekoniecznie dlatego, że Amerykanie dokonali historycznego wydarzenia i ponownie wybrali Trumpa na 47. prezydenta USA.

Czego jak czego, ale osiemnastu stopni w pierwszym tygodniu listopada to ja się nie spodziewałam! Niniejszym odnotowuję to dla potomności w swoich annałach. Nie bardzo wiem, komu zanieść dary dziękczynne, ale ja i moja kotka, która z lubością wygrzewała się do słońca na ogródkowej ławeczce, dziękujemy serdecznie i prosimy o więcej takich miłych niespodzianek! (tutaj musicie sobie zwizualizować, jak wykonuję pokraczny i głęboki ukłon w ramach podziękowania).

Mój portfel też zapewne dołącza się do podziękowań, bo ciepłe dni i noce, to mniej wydatków na ogrzewanie domu, za to więcej oszczędności. Takie dwucyfrowe temperatury mają się jeszcze utrzymywać przez kilkanaście dni, co jak najbardziej mi odpowiada. Póki co z powodzeniem mogę się obyć bez codziennego ogrzewania, tym bardziej, że robię użytek z moich dwóch nowych swetrów w kolorze niezapominajek (w takich mi wyjątkowo do twarzy, o co wcale nie jest łatwo, kiedy jest się daleką kuzynką bazyliszka), przezornie nabytych jeszcze przed jesiennym sezonem. To by z kolei potwierdzało, że faktycznie nie ma złej pogody, jest tylko złe odzienie.

Z racji tego niespodziewanego i nad wyraz ciepłego dnia od samego poranka dokuczał mi szekspirowski dylemat: kosić czy nie kosić ‒ oto jest pytanie? Przez długi czas prowadziłam więc ze sobą jakże inteligentny monolog wewnętrzny:

‒ Kurde, nie chce mi się.

‒ Ale przydałoby się. Rusz dupsko!

‒ Kiedy naprawdę mi się nie chce!

Kiedy jeszcze byłam na studiach, w pokoju na naszej stancji wisiał napis: "Boże spraw, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!" zawieszony tam przez którąś z wcześniejszych dowcipnych współlokatorek.

Tym razem jednak nie prosiłam Boga o żadną interwencję, ale mimo to i tak dostałam Znak z Góry.

Jak na zawodowego prokrastynatora przystało, akurat z zamiłowaniem buszowałam w sieci (priorytety!), kiedy nagle wyłączył mi się komputer, a czarny monitor zaczął z wyrzutem patrzeć na mnie niemal tak intensywnie, jak jeszcze do niedawna ja gapiłam się w niego.

"OK, OK. Zrozumiałam przekaz" ‒ zaburczałam pod nosem i niechętnie wstałam od komputera. Mój szekspirowski dylemat właśnie rozwiązała Siła Wyższa.

Wstałam i podreptałam na dół, gdzie cierpliwie czekała na mnie trawa w ogrodzie, a tak naprawdę to trawa z mchem ‒ gdyby ktoś chciał przeprowadzać lekcje biologii na świeżym powietrzu, to ja zapraszam do siebie po darmowe rekwizyty dydaktyczne: mchy i porosty. Pewnie też jakiś stary grzyb by się znalazł (i nie, nie mówię tutaj o Połówku dzielnie pracującym z domu). A jak lekcja będzie się odbywała pod osłoną nocy, to dorzucę jeszcze... jeża do tego zestawu!  

Tak, dobrze przeczytaliście: JEŻYKA! To kolejny dowód na to, że świat stanął na głowie. Byłam bowiem święcie przekonana, że moi uroczy, acz kolczaści, goście ogrodowi już dawno zdołali się zahibernować (we wrześniu i październiku było kilka mroźnych nocy!), a tymczasem wczoraj wieczorem odsuwam zasłonę, zerkam na ogródek, a tam... SURPRISE! Przy misce z kocią karmą najprawdziwszy jeż ogrodowy, choć chyba powinnam była napisać krasnal ogrodowy, bo to taka miniaturka była ‒ jakieś marne 12-15 cm długości! (tylko mi się tu nie obrażać, jeśli są tu jacyś panowie, to nie o Was!). Uwierzcie, to jest malizna, miałam bowiem przyjemność obserwować latem dorosłe osobniki, a te były od niego dwa razy większe ‒ prawdziwe bykole! Kolczaste beczki prochu: tłuściutkie i okrąglutkie!

Tak na marginesie, bardziej dla mojej wiedzy niż Waszej, zanotuję sobie tutaj, że ten rok był wyjątkowo obfity w jeżyki. Jednego wieczoru naliczyłam aż pięć sztuk! I zapewniam Was, że to było pięć różnych jeżyków, a nie jeden i ten sam widziany pięć razy :)

Miałam tu wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy związanej z ogrodem (niestety nic przyjemnego), ale jak na pierwszy raz po długiej przerwie, to chyba wystarczy.

Polly, Elso i Pani Ogrodowo ‒ ogromnie Wam dziękuję za Waszą troskę i zainteresowanie (lofciam Was! Mam nadzieję, że Wy mnie też na tyle, by wybaczyć mi wyznawanie Wam miłości w języku pokemonów)

PS

Skoszona trawa pachniała dziś OBŁĘDNIE! Można było upić się tym zapachem!  


poniedziałek, 7 listopada 2022

Halloween? Hell no!

Halloween przyszło i przeszło nadzwyczaj cicho i spokojnie, co koniecznie trzeba odnotować w moich blogowych annałach, wszak to zjawisko tak rzadkie jak całkowite zaćmienie słońca.

Bywały lata, kiedy - pielgrzymujące od drzwi do drzwi - dzieci wpychały się do domów niemal wszystkimi otworami. Jak karaluchy.

Obserwując ich entuzjazm, można było odnieść wrażenie, że mają zawarty między sobą halloweenowy pakt: w jak najkrótszym czasie uzbierać jak największą ilość słodyczy. Metoda dowolna.

Nie ma znaczenia, czy łup zgarniemy podstępem, "na Hitlera" (okradając najmłodszego i najsłabszego dzieciaka), metodą "na wnuczka", wpychając się przez komin ("na świętego Mikołaja"), czy wykonując serię karkołomnych figur ("na Toma Cruise'a z Mission: Impossible").

Ostatniego dnia października jak na wojnie - wszystkie chwyty dozwolone.

Mogłam jedynie popuszczać wodze fantazji, wyobrażając sobie, jak straszne katusze czekają na tego nieszczęśnika, który z halloweenowych obchodów wróci z najmniejszym łupem. Determinacja dzieci ewidentnie dawała do zrozumienia, że tu chodzi o być albo nie być.

Z reguły na Halloween reagowałam tak entuzjastycznie jak przypadkowy piechur wdteptujący w kupę psa. Bernardyna, nie zaś półkilogramowego Chihuahua, którego można sobie zapakować do najmniejszej kieszeni.

Przez pierwsze lata życia na wyspie traktowałam ten dzień jako ciekawostkę nieznaną mi z Polski. Byłam wówczas Przykładną Obywatelką. Tak obficie sypałam dzieciom cukierkami, jak Jola z "Big Brothera" hojnie obsypywała siebie różem, cekinami i brokatem.  

To było jednak, zanim stałam się Naczelną Babą Jagą. Złą czarownicą z "Jasia i Małgosi". Osobą, przed którą ostrzegasz swoje dzieci.

Jeśli im otwierałam drzwi, to tylko dlatego, żeby szybko je otaksować wzrokiem i zdecydować, które najpierw utuczyć i zjeść.

Jak to mawiają - starość nie radość, młodość nie wieczność. Na stare lata jednak nieco złagodniałam. Co prawda bardziej z konieczności (zęby już nie takie mocne i ostre jak kiedyś, spowolnione ruchy...) niż z dobroci serca, ale odsuńmy na bok moje motywy.

W tym roku zamiast polować na dzieci z dubeltówką jak myśliwy Elmer Fudd na Królika Bugsa, zaopatrzyłam się w wielkie pudełko łakoci, by znów poudawać Starą i Niegroźną Babę (Jagę), pseudonim "Przykładna Obywatelka".

Jakież było moje rozczarowanie, gdy nadeszło Halloween, a wraz z nim...

Nic.

Cisza.

Bida z nędzą.

Mizeria.

Żadnego - nawet zabłąkanego! - dziecka.

Tylko jeden mały i nieśmiały dzwonek do drzwi, na który i tak nie zdążyłam w porę zareagować. Na dobrą sprawę to nawet nie mam pewności, czy to nie były moje urojenia.

Siedziałam.

Czekałam.

Wyglądałam.

Siedziałam i myślałam ("Gdzie jesteście, małe gnojki, kiedy ja tu na Was czekam?!")

Aż wreszcie wstałam i poszłam do sąsiada zaprosić go na kawę bądź herbatę.

Normalnie byłoby show jak przy zlocie gwiazd Hollywood albo miłośników pirotechniki: tysiące fajerwerków i rozentuzjazmowane piski gapiów. Świst petard, huk fajerwerków. Migoczące niebo.  

Tym razem spacer odbyłam w ciszy i ciemności. 

Było jak w Hadesie: mroczno, ponuro, strasznie. A do tego mokro.

Deszcz wszystkich przegonił?

A może dopadła mnie karma? ("Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze może się spełnić!")

Na pocieszenie zostało mi pudełko słodkości.

To co, po cukierku? 

środa, 9 grudnia 2020

Days Gone Quiet

Nastały długo wyczekiwane przeze mnie ciche dni. Z nadejściem zimniejszej pory roku kosiarki wreszcie zamilkły, rozrywkowi sąsiedzi zamienili imprezy na świeżym powietrzu na domówki, a rozwrzeszczane dzieci na nowo odkryły zacisza własnych domów i uroki gadżetów elektronicznych, porzucając dla nich trampoliny, zjeżdżalnie i ogrodowe baseny.  Jednym słowem: jesień.

Kiedy już myślałam, że wszystkie prace ogrodowe mam dawno za sobą, pewnego dżdżystego listopadowego dnia Matka Przełożona przywitała mnie w pracy słowami: "This is for you!" i wcisnęła mi w ręce plastikowe, fioletowe i niedomykające się pudełko, czym mnie niesamowicie zaskoczyła, ale też ujęła. Ten urzekający gest był owocem naszej wcześniejszej rozmowy na temat sadzenia kwiatów i ponad dwustu sztuk cebulek żonkili i tulipanów, którymi Matka Przełożona miała zamiar zasiedlić swoje pokaźne włości. W niedomykającym się pudełku nie znajdowały się słodycze Heroes tylko cebulki właśnie.

Zaskoczona jej życzliwością, ale na tyle przytomna, by jej podziękować za ten ujmujący gest, zdążyłam jeszcze zapewnić ją, że posadzę je w ogródku, jak tylko przestanie padać. "Oh, I wouldn't wait!" - rzekła.

To jej "ja bym nie czekała" zaczęło mnie parę dni później prześladować, a fioletowe pudełko, "tymczasowo" położone w korytarzu na... dachu kociej kuwety, poczęło spoglądać na mnie z coraz większym wyrzutem.

Któregoś dnia, pomiędzy jednymi a drugimi opadami deszczu, postanowiłam wreszcie rozprawić się z niewygodnymi wyrzutami sumienia i zakopać je w ziemi wraz ze znajdującymi się w pudełku bulwami. Cała operacja miała mieć błyskawiczny przebieg, dlatego też jakoś specjalnie się do niej nie przygotowywałam ani też nie przebierałam.

Yoga pants nigdy mi na nikim nie przeszkadzały, sama jednak nie zamierzałam ich nosić, ani też nie ośmieliłabym się wyjść w nich na ulicę. Kiedy jednak listopadowe zimno zapukało do drzwi mojego domu, a ja, szukając zastępstwa dla moich letnich i luźnych spodni, w których było mi już za chłodno, przez przypadek odkryłam, że w mojej szafie znajdują się wyżej wspomniane yoga pants, moje życie zostało zrewolucjonizowane. Tak po prawdzie, to te spodnie powinny zostać w czeluściach mojej szafy, bo są o jakiś rozmiar za małe (na szczęście dla mnie nie ma jednak takiego tyłka, którego nie pomieściłaby elastyczna tkanina), ale jako że pełnią nieocenioną funkcję odzieży termicznej, nie mogłam ich tam tak po prostu pozostawić.

Tego chłodnego, ponurego dnia miałam je na sobie, mimo że wciągając je na tyłek nie miałam zamiaru nikogo narażać na ten obrazoburczy widok. Przyzwoitość więc nakazywałaby, abym przed opuszczeniem domu przebrała się w coś innego, ale jako że w moich optymistycznych planach miałam być na podwórku maksymalnie 15 minut, nie zawracałam sobie głowy takimi rzeczami. Tak samo jak nie przejmowałam się odpowiednią pozycją do wykonywania prac ogrodowych, mającą mi oszczędzić ewentualnego bólu kręgosłupa.

Tak sobie myślę, że te spodnie były całkiem trafionym wyborem, biorąc pod uwagę wszystkie pozy, które wykonywałam na wyprostowanych nogach, zamiast pielić rabatkę na klęcząco jak Bozia przykazała. Nie mam więc żadnych wątpliwości, że patrząc na to, co wyprawiam, niejeden chiropraktyk przewróciłby się w grobie, a jeszcze inny popukałby się w czoło, zaraz po tym zaś wręczyłby mi swoją wizytówkę i pożegnał głośnymi słowami: "do zobaczenia wkrótce w moim gabinecie!" (i tymi cichszymi: "So long, sucker!"). Za to wyjątkowo pobłażliwy instruktor jogi poklepałby mnie po plecach w ramach otuchy i dodał motywująco, że te moje upośledzone wersje uttanasany i downward dog dają mu nadzieję na to, że jeszcze będą ze mnie ludzie.

Kiedy stawiałam to pudełko z cebulkami na kuwecie, nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo ich los będzie związany z kotami właśnie.

Sadzenie cebulek było brudną robotą. Nade wszystko jednak było... gównianą robotą. A wszystko za sprawką pewnego bezczelnego kota - w dodatku cierpiącego na nigdy niekończącą się biegunkę! -  który z mojego klombu uczynił sobie swój prywatny wychodek.

Długo próbowałam rozwiązać sprawę tajemniczego sapera, który regularnie stawia miny lądowe w mojej rabatce. Jakiś czas później miałam już swoje podejrzenia, a po rozmowie z sąsiadka i skonfrontowaniu naszych obserwacji byłam już niemal pewna, że winny jest pewien rudzielec. 

Wkrótce miałam także samego winowajcę.

Któregoś dnia wyjrzałam przez okno sypialni i przyłapałam sprawcę na gorącym - i śmierdzącym! - uczynku. Charakterystyczny przysiad, uniesiony ogon, i skupiona mina nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do charakteru wizyty rudzielca w mojej rabatce. Otworzyłam okno i zaczęłam mu wygrażać, że powyrywam mu nogi z tyłka, jak tylko go dopadnę.

Rudzielec, ewidentnie zgorszony tym, że ktoś mu śmie przeszkadzać w tej arcyważnej czynności, łaskawie uniósł głowę i spojrzał na mnie z pogardą. Pokazał też, w jak głębokim poważaniu ma mnie i moje groźby. Mogłabym przysiąc, że uśmiechnął się złośliwie, jeszcze bardziej napiął i wysłał komunikat do swoich jelit: "cała naprzód!"

Gdzieś pomiędzy sadzeniem jednej cebulki a drugiej dobiegł mnie głos sąsiada - jeszcze do niedawna zaabsorbowanego myciem swojego samochodu - z którym nigdy wcześniej nie miałam okazji wdać się w dłuższą pogawędkę, mimo że mieszkamy koło siebie już... kilka lat. Uroki anonimowego życia w mieście. 

"Jak nazywa się twój kot?" - tym oto niepozornym zdaniem rozpoczęła się nasza rozmowa, którą trudno byłoby mi tu w całości przytoczyć, i która to położyła kres operacji "Błyskawica". Z piętnastu minut przebywania na podwórku zrobiło się... półtorej godziny. Tylko sześciokrotnie się pomyliłam, wielkie mi co!

Dowiedziałam się za to wielu interesujących rzeczy o moim ciekawym rozmówcy, jego młodości spędzonej w egzotycznej Afryce, jej gorącym klimacie i kąpielach w Oceanie Indyjskim. A także o moim własnym kocie, który - jak się okazało - regularnie odwiedza sąsiadów i... domaga się wpuszczenia go do domu. A w ramach podziękowania nie pozwala na dotyk i głaskanie! (to wredne i niewdzięczne zachowanie nie pozostawia żadnych złudzeń - zdecydowanie mowa o moim kocie).

Trochę zmroziła mnie ta informacja, bo - co tu dużo mówić - mój kocur jest dość trudnym przypadkiem specjalnej troski, z którym mam love/hate relationship. Jego brat bliźniak od samego początku kochał mnie bezgranicznie, a ja jego. On natomiast zawsze był tym krnąbrnym "dzieckiem" sprawiającym problemy wychowawcze.

Kiedy ponad dwa lata temu przynieśliśmy do domu najnowszy nabytek w postaci kilkutygodniowego osieroconego kociaka, urządził taką szopkę, po której największa drama queen doszłaby do wniosku, że czas już przejść na emeryturę. Zachował się jak typowy rozkapryszony bachor: rzucał po podłodze, wierzgał, wyrywał, kiedy próbowało się go okiełznać, a na koniec postanowił zademonstrować swoje niezadowolenie i zniknął z domu na całe dwa dni. Co zrobił jego uroczy brat bliźniak? Pokochał małą od pierwszego wejrzenia i do swojego ostatniego dnia "matkował" jej i regularnie uprawiał z nią wrestling, co małej jak najbardziej odpowiadało, bo charakterek od maleńkości miała zadziorny.

A czy wspominałam już, że pewnego dnia zakradł się do szafy i... nasikał mi do moich czerwonych butów na obcasie? Ktoś naiwny i niewtajemniczony wytłumaczyłby to sobie jego rzekomą awersją do czerwonego koloru, ja jednak nie miałam żadnych wątpliwości, że było to zagranie wycelowane prosto we mnie. Może nawet otwarte wypowiedzenie wojny. Nie wiem za to, czym sobie na to zasłużyłam. Pytałam, ale nie odpowiedział.

Buty wyrzuciłam do kosza, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poczułam w tamtym momencie pewnego rodzaju respektu dla tego jego zuchwałego zachowania. Co by nie mówić - tak bezczelny postępek wymagał przecież jaj, a on ich nie ma. 

Kiedy więc sąsiad poinformował mnie, że mój kocur wpycha się do niego na krzywy ryj, w pierwszym momencie zadrżałam ze strachu, że zaraz przedstawi mi tutaj gruby plik rachunków za wszystkie wyrządzone szkody. Z drżeniem głosu więc zapytałam, jak się zachowuje, ale ku mojej uldze sąsiad nie miał żadnego złego słowa do powiedzenia na jego temat.

Za to dużo, nawet bardzo dużo, miał do powiedzenia na temat wszystkich kotów żyjących na osiedlu - z coraz większymi oczami przysłuchiwałam się jego opowieściom o tym, gdzie który mieszka i jaki nosi przydomek.

Ja za to byłam momentami wyjątkowo małomówna. Najpierw wtedy, kiedy spytał, co sadzę, a ja - po chwili niezręcznego milczenia - odparłam długo, kwieciście i wyczerpująco:

- "Yyy... erm... Bulbs"

Sama nie wiedziałam, co sadziłam - Matka Przełożona nie sprecyzowała, czy mam w tym pudełku żonkile, tulipany, czy może to i to. Obawiając się jednak, że wyjdę nie dość że na idiotkę, to jeszcze na gbura, wyznałam mu uczciwie jak księdzu na spowiedzi, że tak naprawdę to sama nie wiem, bo dostałam te cebulki od znajomej.

Kolejny niezręczny moment nastąpił wtedy, kiedy sąsiad w pewnej chwili schylił się i złapał przechodzącego koło niego kota na ręce, po czym zbliżając się do mnie, uczynnie spytał: "chcesz go pogłaskać?".

W jego ramionach wił się... Rudzielec, wyrywał i całym sobą krzyczał:

- "Dude, what the fuck are you doing?! She is trying to kill me and you are handing me to her on a silver platter!!!".

Niczego nieświadomy sąsiad radośnie zaświergotał, że to jeden z jego kotów, i nadal patrzył na mnie wyczekująco, najwyraźniej usilnie próbując zrozumieć, dlaczego nie rzucam się entuzjastycznie do poczochrania jego "słodziaka". 

Niczym pacjentka po koncertowo spartaczonej lobotomii wydukałam jedynie: "t-to T-twój k-kot???", nie mając serca wyznać mu, że wyznaczyłam wysoką nagrodę dla tego, kto przyniesie mi jego skalp i że właśnie przed chwilą skończyłam wybierać kupy JEGO kota z MOJEGO klombu. Rudzielec nieoczekiwanie przyszedł mi na ratunek, zdołał się wyswobodzić z uścisku sąsiada, w którym jeszcze do niedawna tkwił niczym w imadle, i pobiegł w siną dal jak... no jak kot z pęcherzem (kot z biegunką?).

Mogłabym niczym Kargul i Pawlak toczyć boje z sąsiadem o tę nieszczęsną gównianą rabatkę i jego kota z rozwolnieniem. Mogłabym, ale to nie w moim stylu. Poza tym nawet gdybym chciała, to... bym nie potrafiła, bo w momencie, w którym wyznał, że skosił mi trawnik przed domem, wybaczyłam mu wszystko.

Parę dni później odpaliłam piekarnik, upiekłam ciasto czekoladowe, a po nim jeszcze - tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że on albo jego mama za nim nie przepadają - zrobiłam jakże popularne i uwielbiane tutaj (w tym także przeze mnie) "sconesy".

Z zadowoleniem spojrzałam na rumiane, cieplutkie i pachnące bułeczki, które chyba jeszcze nigdy wcześniej nie wyglądały tak apetycznie, po czym z uznaniem rzekłam: "No, dzisiaj jestem w formie do pieczenia!"

Posypałam je cukrem pudrem, zapakowałam do przezroczystego pojemnika, a ciasto wyłożyłam na podstawkę pod tort i udekorowałam znalezionymi w lodówce truskawkami, co jeszcze bardziej je uatrakcyjniło. I choć dzień chylił się już ku końcowi, jeszcze tego samego wieczoru postanowiłam podrzucić je sąsiadom w drodze na spacer, by rano mieli coś słodkiego do kawy albo herbaty.

Obładowana wypiekami po ciemku niosłam to ciasto z takim namaszczeniem, z jakim kapłan trzyma hostię, i tak samo jak on usiłowałam nawiązać kontakt z Bogiem, by zawrzeć z nim umowę: jeśli mam się przewrócić, to naprawdę nie ma sprawy. Kiedykolwiek tylko chce i gdziekolwiek tylko chce. Byleby tylko nie teraz.

Szczęśliwie udało mi się w tych egipskich ciemnościach dotrzeć do drzwi sąsiada jeszcze tego samego wieczoru, co było niemałym wyczynem, bo poruszałam się w naprawdę ślimaczym tempie, usilnie starając się, by z podstawki nie sturlała się choćby najmniejsza truskawka.

Sąsiad jest chyba z tych dobrych samarytan, którzy nie tylko nigdy nie odsyłają z kwitkiem zwierząt w potrzebie, ale także ludzi. Pomimo późnej pory otworzył drzwi frontowe i odważnie wychylił głowę na zewnątrz. Za jego plecami zaś udało mi się dostrzec jego mamę wyzierającą zza kuchennych drzwi. Jestem niemal pewna, że za plecami miała ukryty kij bejsbolowy, a chwilę wcześniej rzekła do syna: "Ty otwórz, a ja będę Cię osłaniać!".

W tych dziwnych COVID-owych czasach gesty takie jakie mój nie do końca mogą być mile widziane. I choć zawsze istniało jakieś tam ryzyko, że moje wypieki wylądują w kompostowym kuble dziesięć sekund po tym, jak zamkną się za mną drzwi, miałam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie, bo kilka dni wcześniej sąsiedzi skorzystali z mojej oferty i wzięli ode mnie moje fioletowe pudełko ze zbywającymi cebulkami (Matkę Przełożoną zdecydowanie poniosło w swojej hojności).

Kiedy więc wręczyłam sąsiadowi ciasto i sconesy, mówiąc że to w podziękowaniu za skoszenie trawnika i opiekę nad moimi kotami, przyjął je bez problemów, a nawet podziękował. "Wow. Nie musiałaś!". Nie musiałam, to prawda, ale chciałam.

Nie bierzcie przykładu z Kargula i Pawlaka. Z sąsiadami lepiej żyć w zgodzie. Nawet jeśli na Waszą miedzę załatwia się ich krowa bądź kot.

A żeby nie było tak słodko, to dowiedziałam się od niego czegoś, co sprawiło, że moje serce pękło na milion drobnych kawałków. Okazało się bowiem, że Pan Jerzy mnie regularnie zdradzał! Z sąsiadem właśnie!