Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2026

Romantyzuję jesień


W najbardziej uciążliwe dni lata, kiedy słupek rtęci przekraczał trzydzieści stopni, skłonna byłam zawrzeć pakt z diabłem, niczym pan Twardowski z Mefistofelesem, aby tylko się ochłodziło.

Teraz, kiedy już doczekałam się jesieni, nie mam zamiaru na nią narzekać. Wprost przeciwnie – planuję wycisnąć ją jak cytrynę! Jak na razie całkiem dobrze wychodzi mi to jej romantyzowanie. Pewnie wychodziłoby nawet lepiej, gdyby nie to, że w sklepach zagościł już bożonarodzeniowy asortyment! Dajcie się ludziom nacieszyć tą jesienią! Wszystko ma swój czas, jak mądrze głosi Księga Koheleta. Jeszcze przyjdzie czas na komercyjne żniwa związane ze świętami! Wkurza mnie to i stresuje jednocześnie – z jednej strony chciałabym bojkotować i nie dokładać swojej cegiełki do tego przedwczesnego świątecznego szału, z drugiej strony zaś wiem, że jeśli teraz nie kupię pewnych rzeczy, później mogę jedynie o nich pomarzyć, bo prawdopodobnie będą wyprzedane! Już to przerabiałam w przeszłości, kiedy odwlekałam zakup w czasie! 


Jako że jestem domorosłą kuchareczką, lubię od czasu do czasu coś upiec. Latem były to pyszne jagodzianki, teraz zaś bułki i jesienne ciasteczka. Te ostatnie to w sumie "przypadek". Wypatrzyłam w gazetce promocyjnej Aldiego jesienne foremki na ciastka i od razu zapragnęłam je posiąść. W gazetce jak to w gazetce – wszystko jest małe, nie widać prawdziwych rozmiarów. Myślałam, że foremka będzie mniej więcej tej samej wielkości co ta na kostki lodu. Nieco się więc zdziwiłam, kiedy ze sklepu wrócił Połówek i wręczył mi nie foremkę, a FORMĘ. Nie byłam przekonana, czy wyjdą mi z niej ciastka, ale nawet się udały. Żołędzie nie miały co prawda perfekcyjnie odwzorowanych czapeczek, ale taki problem to nie problem, prawda? 


Zaczęłam też powoli chomikować słodycze. Nie dlatego, że niedawno rząd zaczął kolportować książeczki informacyjne na wypadek "emergency" i kryzysowych sytuacji. Po prostu coraz większymi krokami zbliża się Halloween, o czym zresztą trudno zapomnieć, skoro od dobrych dwóch tygodni lokalni miłośnicy pirotechniki urządzają nam tutaj poligon (tak już od kilku lat).

W minionych latach przeważnie chowałam się przed tymi małymi terrorystami pukającymi do drzwi i wrzeszczącymi "trick or treat". Najczęściej miałam ochotę nafaszerować ich ołowiem, szczególnie wtedy, kiedy walili w drzwi z siłą wodospadu. W tym roku jednak chcę nakarmić ich słodyczami, a nie śrutem ;) 


Skruszałam, wszak tylko krowa nie zmienia zdania, i postanowiłam zrobić dzieciom miłe wspomnienia. Spojrzałam na to całe Halloween z innej perspektywy. Wcześniej była ona całkowicie egocentryczna – skupiałam się na sobie i na tym, żeby mi było dobrze – teraz zaś jest alocentryczna. Przypomniały mi się słowa mojej małej ulubionej Irlandki – o tym, jak bardzo było jej smutno, kiedy poszła z rodzeństwem do sąsiadów zbierać słodycze, a oni całkowicie ich zignorowali. Nie otworzyli drzwi, siedzieli w salonie twardo wpatrzeni w telewizor. (Taka okrutna to ja nigdy nie byłam! Chowałam się w wannie, jak żołnierz w okopach, i gasiłam wszystkie światła w domu)

Przypomniały mi się też te wszystkie moje miłe wspomnienia bożonarodzeniowe. Przecież ktoś za nie odpowiada. Gdyby wtedy moja mama powiedziała, że ma to gdzieś, dziś nie miałabym tych wspomnień. Gdyby jej się nie chciało wysilać, nie wspominałabym świąt z sentymentem i łezką w oku. 


Wszystko, co jest drogocenne, wymaga poświęceń. Tradycja, która nie jest podtrzymywana, wymiera. Chcę więc podać dalej to dobro i komuś innemu zbudować fajne wspomnienia. Mam więc sporo ciastek, chipsów, batoników i jest to sam "dobry towar" – jak to kiedyś fajnie nazwała wspomniana mała. 


Wróciłam do czytania. Czytam wypożyczoną z biblioteki "Killer on the Road".  Nie jest to literatura wysokich lotów, ale dobrze wpisuje się w obecny klimat. Jej grafika przywodzi mi na myśl "Ghost Ridera". 


Pozostając w klimacie Halloween, to jestem jak Victor, ten szalony szwajcarski naukowiec z powieści "Frankenstein" Mary Shelley – też stworzyłam potwora. Tylko ja nieświadomie, ale marne to pocieszenie.

W ogródku zaczął się pojawiać sympatyczny włochaty intruz – kot sąsiadów, na prywatne potrzeby nazwany Mejnkunikiem (od rasy Maine Coon), a ja naiwnie zaczęłam go dokarmiać. Zresztą, konia z rzędem temu, kto potrafiłby go zignorować! 


Mejnkunik uwielbiał bowiem wskakiwać na mój kuchenny parapet i obserwować z niego wszystko, co robię przy kuchennym zlewie. Przy okazji ocierał się o okno i wykonywał na parapecie przeróżne tańce i akrobacje specjalnie dla mnie, co – biorąc pod uwagę jego gargantuiczne rozmiary – wymagało nie lada ekwilibrystyki. Rzecz jasna, każdy taki spersonalizowany popis taneczny musiał być przeze mnie odpowiednio nagrodzony smakołykiem, wszak nie ma na tym świecie nic za darmo!

Próbowałam ostatnio trochę go "ukrócić" i ignorować, ale nie dało rady! Twardo robiłam kanapkę ze wzrokiem wbitym w blat kuchenny, zawzięcie udając, że nie widzę mojego okiennego tancerza. Ten jednak szybko znalazł na mnie sposób i... raz po raz zaczął stukać łapką w szybę, kiedy na kanapce wylądował plasterek szynki! Czy mogło być bardziej wymowne "A ja to co?!"

Koty tej rasy są cholernie inteligentne! 


Przed Mejnkunikiem był Lajonel. Również Maine Coon, ale inny właściciel. Lajonel szybko wyczaił swoim szóstym zmysłem, że w tym domostwie lubi się koty i postanowił uszczęśliwić nas swoją obecnością. Faktycznie, czerpałam wiele przyjemności z jego obecności – miał niesamowicie mądre, ludzkie spojrzenie, a do tego niezwykle przyjemne usposobienie. Spędziliśmy ze sobą wiele błogich chwil w ogródku. Ja – czytając, on – leżąc obok mnie.

Lajonel miał jednak jedną poważną wadę. Uwielbiał polować na ptaki i na ich nieszczęście był całkiem dobrym łowcą. A na to niestety nie mogłam się już godzić.

Do tej pory nasz ogródek był oazą, bezpieczną przystanią dla przeróżnych stworzeń. Lajonel zaś począł czynić z niego wrogie terytorium – "dog-eat-dog world". Świat, w którym pies zjada psa, a raczej kot ptaka. Któregoś razu więc z bólem serca musiałam złapać za mopa, by wytłumaczyć Lajonelowi, że tak się nie robi. To nie jest "cat-eat-bird world". A przynajmniej nie na mojej warcie. 


Latałam za nim z tym mopem po ogródku, jak nawiedzona, ryzykując utratę wizerunku i reputacji wśród sąsiadów. Nie wiem, kto był bardziej skonsternowany. Lajonel, dla którego byłam zawsze przyjazna, czy sąsiedzi. Pewnie zastanawiali się, czemu tej czarownicy nie chce odpalić miotła. Nie zdziwiłabym się, gdyby któryś pomyślał sobie, że głupia blondynka nalała do baku oleju słonecznikowego zamiast benzyny.

Z czasem problem rozwiązał się sam. Lajonel nie zmądrzał, ani nie wyzbył się swojego instynktu seryjnego mordercy. Ja nie zaczęłam przymykać oka na jego niepokojące ciągoty. Po prostu któregoś dnia sąsiad spakował się, wsadził Lajonela za pazuchę i odjechał w siną dal. 


Ptaki odetchnęły, mnie zrobiło się przykro. Miejsce Lajonela zajął Mejnkunik. Ten przynajmniej nie zabija ptaków. Tylko objada nas i brudzi okna. A dopiero co były myte!

Jak mówiłam wyżej – stworzyłam potwora. Muszę teraz żyć z tą świadomością.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Halloween? Hell no!

Halloween przyszło i przeszło nadzwyczaj cicho i spokojnie, co koniecznie trzeba odnotować w moich blogowych annałach, wszak to zjawisko tak rzadkie jak całkowite zaćmienie słońca.

Bywały lata, kiedy - pielgrzymujące od drzwi do drzwi - dzieci wpychały się do domów niemal wszystkimi otworami. Jak karaluchy.

Obserwując ich entuzjazm, można było odnieść wrażenie, że mają zawarty między sobą halloweenowy pakt: w jak najkrótszym czasie uzbierać jak największą ilość słodyczy. Metoda dowolna.

Nie ma znaczenia, czy łup zgarniemy podstępem, "na Hitlera" (okradając najmłodszego i najsłabszego dzieciaka), metodą "na wnuczka", wpychając się przez komin ("na świętego Mikołaja"), czy wykonując serię karkołomnych figur ("na Toma Cruise'a z Mission: Impossible").

Ostatniego dnia października jak na wojnie - wszystkie chwyty dozwolone.

Mogłam jedynie popuszczać wodze fantazji, wyobrażając sobie, jak straszne katusze czekają na tego nieszczęśnika, który z halloweenowych obchodów wróci z najmniejszym łupem. Determinacja dzieci ewidentnie dawała do zrozumienia, że tu chodzi o być albo nie być.

Z reguły na Halloween reagowałam tak entuzjastycznie jak przypadkowy piechur wdteptujący w kupę psa. Bernardyna, nie zaś półkilogramowego Chihuahua, którego można sobie zapakować do najmniejszej kieszeni.

Przez pierwsze lata życia na wyspie traktowałam ten dzień jako ciekawostkę nieznaną mi z Polski. Byłam wówczas Przykładną Obywatelką. Tak obficie sypałam dzieciom cukierkami, jak Jola z "Big Brothera" hojnie obsypywała siebie różem, cekinami i brokatem.  

To było jednak, zanim stałam się Naczelną Babą Jagą. Złą czarownicą z "Jasia i Małgosi". Osobą, przed którą ostrzegasz swoje dzieci.

Jeśli im otwierałam drzwi, to tylko dlatego, żeby szybko je otaksować wzrokiem i zdecydować, które najpierw utuczyć i zjeść.

Jak to mawiają - starość nie radość, młodość nie wieczność. Na stare lata jednak nieco złagodniałam. Co prawda bardziej z konieczności (zęby już nie takie mocne i ostre jak kiedyś, spowolnione ruchy...) niż z dobroci serca, ale odsuńmy na bok moje motywy.

W tym roku zamiast polować na dzieci z dubeltówką jak myśliwy Elmer Fudd na Królika Bugsa, zaopatrzyłam się w wielkie pudełko łakoci, by znów poudawać Starą i Niegroźną Babę (Jagę), pseudonim "Przykładna Obywatelka".

Jakież było moje rozczarowanie, gdy nadeszło Halloween, a wraz z nim...

Nic.

Cisza.

Bida z nędzą.

Mizeria.

Żadnego - nawet zabłąkanego! - dziecka.

Tylko jeden mały i nieśmiały dzwonek do drzwi, na który i tak nie zdążyłam w porę zareagować. Na dobrą sprawę to nawet nie mam pewności, czy to nie były moje urojenia.

Siedziałam.

Czekałam.

Wyglądałam.

Siedziałam i myślałam ("Gdzie jesteście, małe gnojki, kiedy ja tu na Was czekam?!")

Aż wreszcie wstałam i poszłam do sąsiada zaprosić go na kawę bądź herbatę.

Normalnie byłoby show jak przy zlocie gwiazd Hollywood albo miłośników pirotechniki: tysiące fajerwerków i rozentuzjazmowane piski gapiów. Świst petard, huk fajerwerków. Migoczące niebo.  

Tym razem spacer odbyłam w ciszy i ciemności. 

Było jak w Hadesie: mroczno, ponuro, strasznie. A do tego mokro.

Deszcz wszystkich przegonił?

A może dopadła mnie karma? ("Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze może się spełnić!")

Na pocieszenie zostało mi pudełko słodkości.

To co, po cukierku? 

środa, 31 października 2018

Zabunkrowana


Piszę do Was w ostatni dzień października po przerwie, która jak zwykle okazała się być dłuższa, niż wstępnie planowałam. Co prawda nie wydarzyło się w tych minionych tygodniach nic nadzwyczajnego, ale zwykła szara codzienność okazała się być na tyle absorbująca, że było mnie w sieci mniej, niż bym sobie tego życzyła.
Nie napiszę nic oryginalnego - październik minął mi jak z bicza strzelił, ale, jeśli tak dobrze się zastanowić, to mogłabym to samo napisać o każdym innym miesiącu, odkąd zaczęłam "na poważnie bawić się w życie" i prowadzić żywot zwykłego wyrobnika tyrającego na etacie od świtu do zmierzchu. A o ten ostatni akurat nie trudno w obecnych okolicznościach przyrody. Plus zmiany czasu letniego na zimowy jest taki, że teraz o niebo mi łatwiej opuścić rano ciepłe pielesze i udać się do pracy, kiedy na zewnątrz wita mnie jutrzenka i niebo w różowym odcieniu - co prawda nie codziennie zdarza się taka widowiskowa zorza poranna, ale lepszy rydz niż nic.
Trochę tylko niepokoją mnie te niskie temperatury, których często można doświadczyć rankiem i wieczorem. Parę dni temu złamałam się i uruchomiłam ogrzewanie, by nie zamarznąć na kość, o co wcale nie było trudno, zważywszy na fakt, że... zajechałam mój główny termofor. Nie pytajcie, jak tego dokonałam, bo sama nie mam pojęcia. Po prostu pewnego wieczoru, leżąc na łóżku i czytając książkę, usłyszałam złowrogie kapanie wody na podłogę. Termofor leżał sobie w tym czasie u moich stóp. Zerwałam się na równie nogi, święcie przekonana, że koci maluch właśnie zlał mi się w łóżko, ale sprawcą powodzi okazał się być właśnie termofor, z którego tryskała woda niczym krew po przecięciu aorty [w ciągu kilkunastu sekund zalał mi cały materac, pościel oczywiście do wymiany...] Ku mojej rozpaczy, wszak mieliśmy ze sobą wiele wspólnych gorących nocy, bidok dokonał żywota w moich objęciach. Moja żałoba nie trwała jednak zbyt długo, bo kolejnego wieczoru wyciągnęłam z kuchennych zakamarków mój stary, znacznie mniej używany termofor, bo też mający mniej imponujące rozmiary, ale jednak to nie to samo. Czyli po raz kolejny potwierdza się stara mądrość ludów: size does matter.
A dziś Halloween, które "celebruję" dosłownie zabunkrowana w domu, bo nie nabyłam na tę okoliczność żadnych łakoci, a jak Halloween, to wiadomo - nigdy niekończący się pochód dziecięcej mafii wyłudzającej słodycze. Co prawda istnieje niepisane prawo, wedle którego przebierańcy nie powinni domagać się haraczu od mieszkańców nieudekorowanych posesji, ale jak pokazały wydarzenia z dzisiejszego wieczoru - niektórzy są na bakier z prawem, albo nie potrafią odczytywać subtelnych znaków, bo choć mój dom nie był przyozdobiony ani nawet jednym małym nietoperzem - nie wliczając tu naturalnych, pajęczych dekoracji - na podjeździe nie było samochodu, a wszystkie światła były pogaszone, bo akurat zażywałam sobie relaksującej kąpieli, i tak ktoś ze dwa razy dość agresywnie molestował dzwonek. Sami domokrążcy to jeszcze nie aż tak wielki problem, choć robili tyle hałasu, że umarłego by zbudzili, a co za tym idzie, spokojnie mogłam przewidzieć, kiedy dotrą w moje okolice, bo już z daleka było ich słychać. Zupełnie jak z zobaczeniem błyskawicy i usłyszeniem grzmotu...
Najgorsi byli jednak niespełnieni miłośnicy pirotechniki. Nie wiem, za jakie grzechy pokarano mnie wątpliwą przyjemnością przebywania w obszarze ich działania, ale od dzisiaj jestem już spokojna i mogę umierać w każdym momencie, wszak odpokutowałam już za wszystkie swoje przewinienia. W ogóle to byłabym w stanie przysiąc, że obrabowali jakiś magazyn z materiałami wybuchowymi i że umieścili w moim ogródku co najmniej działo przeciwpancerne, bo z każdym hukiem dom niemal trząsł się w posadach, a ja byłam przekonana, że jakimś cudem teleportowałam się do Strefy Gazy. Tak na marginesie wspomnę tylko, że od dobrych kilku dni ktoś regularnie strzelał z petard, dziś jednak nastąpiła kulminacja. Szczęśliwym trafem "ostrzał" zakończył się w okolicach 22:00, co by mogło sugerować, że te dranie mają jeszcze trochę litości...
Chcąc nie chcąc, miałam zatem bardzo wystrzałowy wieczór. A Wy?