"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu", pisał Hemingway w "Komu bije dzwon", rozsławiając w ten sposób słowa angielskiego poety, Johna Donne'a.
W miejscach takich jak Arranmore, wyspach obmywanych wodami kapryśnego oceanu, te słowa zawsze wybrzmiewały donośniej. Tu zawsze mocniej czuło się to zespolenie z ludzkością. Nikt sam nie skrobał swojej rzepki. Skrobano ją razem. Niekoniecznie dlatego, że mieszkańcy wyspy byli nadzwyczajnie dobrymi ludźmi. Jako "więźniowie" Atlantyku, "więźniowie" Arranmore, swojej małej ojczyzny, byli niejako do tego zmuszeni. Życie ich zmuszało. Ówczesne warunki tego wymagały.
Dziewiętnasty wiek na wyspie to nie była era indywidualistów. Raczej przedsiębiorczych ludzi – lokalnych McGyverów, którzy potrafili wyczarować coś z niczego. Każdy orał, jak mógł.
Bardzo dobrym przykładem tej wymuszonej zaradności był sąsiad latarników – Sprytny Szkot, który mieszkał niecałe dwa kilometry od latarni Arranmore. Nie wiem, za jakie grzechy zesłano go na tę surową irlandzką wyspę, by na górze bezlitośnie smaganej wiatrem wypasał szkockie bydło i owce.
Jak twierdził młodszy latarnik, Edward McCarron, jego dwuletni pobyt tutaj był w miarę przyjemny. Życie jednak monotonne i samotne. Za to dzięki sąsiedztwu Sprytnego Szkota nabierało koloru i smaku. Smaku w dosłownym znaczeniu, bo mężczyzna dostarczał latarnikom świeże mleko, masło, czasem też baraninę.
Nie wiem, kto powiedział, że "gdy nie ma kota, myszy harcują". Może główny bohater bajki "Tom & Jerry", a może jakiś antyczny myśliciel. Miał jednak rację, wszak Szkot w tańcu się nie certolił. Jego "pan" był nieobecnym landlordem –właścicielem ziemskim, jakich w dawnych czasach nie brakowało. Przebywał w Wielkiej Brytanii, a jego irlandzkiej ziemi i stada doglądał wspomniany szkocki wysłannik. Ten zaś uznał, że skoro już tutaj być musi, to zrobi wszystko, by ten pobyt był jak najbardziej znośny.
Kombinował jak koń pod górkę. Jak jego wierzchowiec – a może nawet bardziej! – na którym jeździł i doglądał powierzonych mu zwierząt. Mimo że nie powinien był doić krów, wszak jego pan życzył sobie, by cielaki żywiły się mlekiem, Szkot podbierał połowę mleka, przerabiał na masło i sprzedawał.
Jednym z jego zadań na zesłaniu było również prowadzenie rejestru martwych zwierząt. Miał wpisywać na listę każdą sztukę, która padła, spadła albo została zdmuchnięta z klifów w czasie sztormu, co sporadycznie się zdarzało.
Wówczas organizował akcję ratunkową – najmował jakiegoś śmiałka, który schodził po linie albo wypływał łodzią, by uratować zwierzę. Wszystkie wydatki rekompensował landlord, który raz do roku przypływał na Arranmore w ramach kontroli. Przeglądał księgi i wyznaczał określoną liczbę zwierząt, które miały popłynąć specjalnie wyczarterowanym parowcem na targ w Glasgow.
Oczywiście na listę "pechowo straconych zwierząt" trafiały też te, które Sprytny Szkot sam postanowił uśmiercić, a mięso opylić latarnikom. Landlord oczywiście nie miał o tym pojęcia. Tak samo jak do głowy mu nawet nie przyszło, że Sprytny Szkot rozkręcił pod jego nieobecność mały biznes. Mężczyzna skupował cielaki od irlandzkich farmerów na Arranmore, a następnie tuczył je na mleku od krów swojego landlorda (a ponoć kradzione nie tuczy!). Kiedy ten ostatni miał przyjechać z wizytacją, Szkot chował swoje "nielegalne" stadko w jakimś ustronnym miejscu w odległej części wyspy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal!
W czasie jednej z takich wizyt landlord z zainteresowaniem przyglądał się życiu mieszkańców wyspy – jakże odmiennemu od żywota, który sam prowadził. Sporządził opisy Arranmore i nieopatrznie pochwalił się Szkotowi planem publikacji artykułu w prasie w Zjednoczonym Królestwie. Tutaj naszemu Pomysłowemu Dobromirowi szybko zapaliła się gwiazdka! Błyskawicznie skonstruował intrygę, której mógłby pozazdrościć mu sam Machiavelli! Naopowiadał mu przeróżnych głupot o zwyczajach tutejszych ludzi, a potem zasiadł wygodnie z kubełkiem popcornu, aby poczekać na rozwój sytuacji (no dobra, to ostatnie sama wymyśliłam).
Kiedy obiecany artykuł został opublikowany w angielskiej gazecie w Newcastle, Szkot otrzymał kilka kopii do dystrybucji. Z radością rozpowszechnił je wśród mieszkańców Arranmore, dobrze wiedząc, że zawierają one steki bzdur i wywołają oburzenie lokalnej społeczności. Stosunki łączące Irlandczyków z Anglikami od dawna były napięte, a artykuł okazał się zapałką wrzuconą do beczki prochu – urażeni mieszkańcy wyspy zgodnie poprzysięgli, że landlord nie wyjedzie żywcem z Arranmore, jeśli jeszcze kiedyś się tutaj pojawi.
Cwany Szkot, mistrz intrygi, oczywiście chętnie przekazał te informacje swojemu panu – istniało prawdziwe ryzyko, że niewinny landlord podzieli los Machiavelliego, nieoficjalnego mistrza Sprytnego Szkota, i zostanie aresztowany, skuty, a następnie torturowany przez rozwścieczony tłum.
Jeśli myślicie teraz: "nie, to nie może się udać!", to... mylicie się. Landlord najwyraźniej uznał, że jego życie jest ważniejsze od stada baranów. Bał się zlinczowania i już nie wrócił na wyspę! Sprytny Szkot dopiął swego.
Karma jednak nie gubi adresu. Przez kilka lat powodziło mu się naprawdę dobrze. Jednak po tłustych latach nastały te chude. Zubożał, a w efekcie opuścił Arranmore i Irlandię. Ale, ale... wszystko dobre, co się dobrze kończy! Góra, na której Szkot wypasał bydło i owce ostatecznie trafiła w ręce mieszkańców wyspy i stała się ich własnością. To wszystko zaś dzięki uprzejmości księdza, któremu udało się namówić landlorda do oddania jej prawowitym właścicielom.
O samych dziewiętnastowiecznych mieszkańcach wyspy młody latarnik wypowiadał się nad wyraz pochlebnie. Miał ich za inteligentnych (mimo że nie byli zbytnio wykształceni), pracowitych, zaradnych, powściągliwych i trzeźwych. Nie pili na umór, a jedynie sporadycznie korzystali z alkoholu – w chwilach smutku i radości.
Nawozili swoje poletka wodorostami, przekopywali szpadlami (z braku pługów) i uprawiali ziemniaki, owies, żyto i jęczmień. Był też pod ogromnym wrażeniem pracowitości kobiet – ich talentu do dziergania i wyczarowywania kolejnych fatałaszków. Nigdy nie były bezczynne. Tak bardzo były wyspecjalizowane w szydełkowaniu, że robiły to nawet spacerując wzdłuż drogi! Swoje rękodzieło sprzedawały, a tym samym podreperowywały rodzinny budżet dodatkowymi szylingami.
Ale i sam Edward nie odstawał niczym od dzielnych mieszkańców Arranmore. Dał temu wyraz w 1871 roku, kiedy dobitnie udowodnił, jak niesamowicie ważną rolę pełnili latarnicy w tych "ciemnych, zacofanych czasach".
W czasie jednej ze swoich wart wypatrzył na oceanie łódź wiosłową z jej "krzykliwą zawartością". Początkowo nie wzbudziła w nim większych podejrzeń – mieszkańcy wyspy często wypływali na ocean do przepływającego tutaj parowca z Glasgow, aby dokonać handlu wymiennego i zaopatrzyć załogę w świeże ryby.
Tym razem jednak było inaczej. Te wrzaski jakby bardziej dramatyczne niż zwykle. Bardziej przeraźliwe i przejmujące. Jakby życie załogi miało od nich zależeć. I tak też było. Jak się wkrótce okazało, to nie była zwykła łódź, lecz szalupa ratunkowa z barki Tropic, która 11.04.1871 roku wypłynęła ze Szkocji do Hiszpanii. Po drodze coś jednak poszło nie tak i załoga musiała się ewakuować, bo statek zaczął tonąć.
Nie mieli czasu na dokładne przygotowanie się na gehennę, która na nich czekała. Złapali to, co najważniejsze: dokumenty statku, butelkę brandy, trochę suchego prowiantu i peklowany boczek. Wsiedli do szalupy ratunkowej i odpłynęli w poszukiwaniu suchego lądu. Ratunek przyszedł po długich pięciu dniach wiosłowania, kiedy byli już u kresu sił.
Wyspa Arranmore zamajaczyła im przed oczami ze swoją latarnią i zapewne był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widzieli. Dla jednego z nich widok lądu był też ostatnim widokiem – wyzionął ducha, kiedy go zobaczył. Widok zabrał ze sobą do grobu i nie udało mu się niestety postawić nogi na suchym lądzie. Był stolarzem i nazywał się Alfred Jackson.
Kiedy Edward upewnił się, że są rozbitkami, natychmiast ruszył z pomocą. Zaalarmował swojego zwierzchnika, głównego latarnika, przyniósł gruby sznur, a potem – niczym nieśmiertelny superbohater z kreskówki – zszedł po klifie w dół, aby ratować ludzkie życie. Różnica polegała jednak na tym, że nie był nieśmiertelny. Na każdym etapie akcji ratunkowej ryzykował swoim życiem. Tutejsza latarnia znajduje się na ostrym, pionowym urwisku – klifie, który nie wybacza błędów.
Szczęśliwie obyło się bez dodatkowych zgonów, choć ta chałupnicza akcja ratunkowa była bardzo dramatyczna – ocean był wzburzony, a rozbitkowie skostniali, ledwo zipiący, pozbawieni sił, choć nie woli życia. I chyba ta ostatnia sprawiła, że resztkami sił współpracowali, a kiedy już wydostali się na ląd, poruszali się na czworaka i dramatycznie szukali wody do picia. Przez kilka kolejnych dni nie mogli ugasić pragnienia, bez względu na to, ile pili.
Nogi i stopy mieli potwornie opuchnięte – trzeba było rozciąć im buty. Po tylu dniach i nocach na otwartym morzu żaden z nich nie potrafił normalnie chodzić. Przejmujący to był widok – dziesięciu mężczyzn poruszających się na kolanach albo na czworakach po nierównej, ostrej nawierzchni prowadzącej do domków latarnika. Niczym pielgrzymi do celu swojej bolesnej wędrówki.
Pięciu zostało umieszczonych w domku głównego latarnika i jego rodziny, a druga połowa rozbitków w domu Edwarda. Pod troskliwą opieką latarników odzyskali wigor i w przeciągu tygodnia byli w stanie swobodnie chodzić. Następnie zaś wsiedli na pokład szkockiego parostatku i odpłynęli do swojej ojczyzny.
Za swój bohaterski czyn Edward dostał 2£, a główny latarnik i cała jego rodzina (żona i córki, które również brały udział w akcji ratunkowej i holowały rozbitków) po jednym funcie.
Czasy się zmieniły i ponoć jako ludzkość zrobiliśmy ogromny postęp, choć mój wewnętrzny cynik bardziej wierzy w to, że dziś ludzie chętniej wyciągaliby smartfony niż opuszczali się po linie z klifu, by ratować nieznajomych.
Część rzeczy się zmieniła. Żegluga morska niesamowicie unowocześniła, a latarnicy przeminęli z wiatrem. Druga część pozostała taka sama, jak latarnia Arranmore na skalnym urwisku. Każdy nadal orze, jak może i wspina się na wyżyny kreatywności, by przetrwać swoje życie – śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową.
























Yay! W końcu wpis irlandzki i jeszcze na dzień dobry z Hemingwayem w tle! Właśnie kończę kawę i czuję się mocno ukontentowana!
OdpowiedzUsuńTyle pięknych zdjęć, cudowna latarnia! Ah chciałoby się porzucić swój żywot i zamknąć na tejże latarni.
Jakie nastawienie jest Irlandczyków do Szkotów? Za Anglikami chyba nadal nie przepadają, prawda?
Piękny i długi wpis! Robi ochotę na Irlandię i wyruszenie w nieznane.
Cieszę się, że się na coś przydałam! :) Z kawusią dzień od razu jest lepszy – uwielbiam ten moment, kiedy mogę ją sobie zaparzyć i wypić w spokoju :)
UsuńW ostatnim czasie było trochę irlandzkich wpisów, ale literackich, nie podróżniczych. Masz jednak rację, od dłuższego czasu jest tu zdecydowanie mniej fotorelacji z moich irlandzkich wyjazdów. Kiedyś to one głównie dominowały, ale czasy się zmieniają, a ja razem z nimi. Nazwa bloga jednak zobowiązuje i muszę od czasu do czasu przypomnieć Wam, że nadal tu mieszkam, gdyby ktoś zapomniał ;)
Dziękuję za te miłe słowa – mam nadzieję, że nasyciłaś oczy wyspiarskimi pejzażami :) Nie żałuj sobie, bo te "rarytasy" nie tuczą, więc konsumuj do woli ;) Obiecuję, że się od nich nie zaokrąglisz ;)
Jak wiesz, uwielbiam latarnie morskie i aż żałuję, że nie ma już latarników, bo z chęcią bym sobie jakiegoś przygruchała i dożywotnio mu gotowała, sprzątała i dogadzała, oby tylko pozwolił mi żyć w tym miejscu ;))
Nie zauważyłam, by było szczególnie negatywne. Z Anglikami na pewno mieli większą kosę, ale biorąc pod uwagę, jak namiętnie kibicują angielskim drużynom piłkarskim, można pomyśleć, że wszystkie animozje są już tylko pieśnią przeszłości ;) Wiadomo, że zawsze trafi się jakiś rodzynek, który będzie niechętny wyspiarzom po drugiej stronie "stawu", mam jednak wrażenie, że obecnie Irlandczycy są bardziej niechętni masowej migracji niż Anglikom – roszczeniowym "gimmegrantom", którzy przybywają tu jako biedni "uchodźcy", często bez paszportów i z zamiarem dojenia zasiłków.
"Długi" to w blogowym świecie niekoniecznie komplement – społeczeństwo robi się coraz bardziej leniwe i czytać się im nie chce ;) Cieszę się jednak, że nadal są tu koneserzy ;)
Spokojem bym tego nie nazwała, ale przysiadłam na trzy minuty skonsumować Twojego posta 😉
UsuńZaiste, były to wpisy literackie, które też lubię bo miło zawsze się wymienić polecajkami książkowymi, ale jednak klify, owce i latarnia to jest coś, czemu nie potrafię się oprzeć 😉
More kobieto, more! Całe szczęście, bo ze mnie i tak już spora kuleczka. Ja też uwielbiam latarnie. A wiesz, że podobno w Polsce jest latarnica? 😉
Czyli wygląda na to, że historyczne kosy zostały zapomniane. Oj tak, powiem Ci, że nawet u nas z tym ciężko, jeden spacer na miasto i jesteśmy w szoku skąd tu tyle nacji.
Mi się podoba. Lubię długo 😉
Ekhm dobra, to może stąd idę. Dziś słucham Glena Hansarda, a moje serce jest złamane.
Glen Hansard – o nie!!! 😭 Dowiedziałam się od Ciebie i nawet nie mogę Cię zastrzelić jako tego posłańca przynoszącego złe wiadomości... ;)
UsuńSłucham "Falling Slowly" ze łzami w oczach, a szczególnie chce mi się ryczeć, kiedy śpiewa "Take this sinking boat and point it home, WE'VE STILL GOT TIME"... 😭
Chciałabyś mnie zastrzelić? Naprawdę? 🥹
UsuńMinęło już kilka dni, a mi nadal jest smutno. Tak, dokładnie te słowa. Włączyłam ostatnio i też się rozpłakałam. Wyjęłam winyla z półki i patrzyłam na autografy..
Nie chciałabym, ale to ponoć przynosi ulgę, więc przez momencik rozważałam taką śmiałą opcję... ;) Spokojnie Czerwony Kapturku, jesteś bezpieczna, nic Ci nie grozi z rąk wilka ;)
UsuńŻycie :( Nikt nie mówił, że będzie łatwo, miło i przyjemnie. Pozostają jedynie wspomnienia i muzyka, która jest nieśmiertelna. Dobrze, że udało Ci się go spotkać, wymienić parę słów, dostać autograf... To pocieszające, ale – paradoksalnie – pewnie jest Ci przez to jeszcze trudniej, bo masz wrażenie, jakbyś straciła członka rodziny/dobrego znajomego...
Uff, całe szczęście, że jednak mnie oszczędzisz. Dziękuję Ci ;-)
UsuńMinęło już trochę czasu. Oglądałam pogrzeb i jakoś tak okropnie się rozpłakałam. Tak, właśnie ten zeszłoroczny koncert, na który przecież trafiłam zupełnie niespodziewanie i nie wiedziałam czy tam pojadę bo okoliczności były nazbyt niesprzyjające sprawia, że uderza mnie to jeszcze mocniej. Widziałam człowieka namacalnie, na wyciągnięcie ręki, a teraz już go nie ma.
Nie dziękuj, robię to interesownie, haha ;) Mam w tym swoje korzyści :)
UsuńRozumiem :( Straszny jest ten rok pod względem niespodziewanych i szokujących mnie śmierci, a do jego końca jeszcze trochę pozostało! Życie jest niczym świeczka – niesłychanie łatwo je zdmuchnąć... Że tak zakończę mądrością a la Paulo Coelho ;)
Mam nadzieję, że trzymasz się dzielnie i zdrowo.
That Scottish exile was playing 4D chess on a whole different level! Using a fake uprising to scare his absentee landlord away so he could run a bootleg calf-fattening operation is the kind of audacious scheming you couldn't even make up. The man really looked at a harsh Irish island and decided to become a local mob boss with cows. Two pounds for Edward and one pound for the family for risking their lives scaling a vertical cliff face in the middle of a rough ocean? That is highway robbery! They risked everything out of pure human decency, and the authorities paid them the price of a decent lunch. You are entirely right; today people would probably just film a TikTok of the sinking ship instead of rappelling down a cliff with a rope. What an incredible piece of history. I enjoyed the photos. Thank you.
OdpowiedzUsuńHe was a real piece of work.
UsuńCo za piekna i ciekawa historia. No cudnie opisalas, czytalam z wielkim zainteresowaniem. I zdjecia tak bardzo dobrze oddajace tamte czasu, ten samotny dom przy drodze zrobil na mnie wrazenie, widze Sprytnego Szkota jak wlasnymi rekoma stawia ten dom. Skalisty krajobraz jest niesamowity, poteguje moje wyobrazenie jak trudno bylo tam, wtedy zyc. A owce piekne.
OdpowiedzUsuńDziękuję ślicznie za tak pozytywny komentarz – podobała mi się ta historia, ale bałam się, że Was nią zanudzę, bo jednak nie każdy lubi długie wpisy.
UsuńZgadza się, Tereso, życie na takich wyspach wymaga specjalnego rodzaju ludzi. Nawet teraz nie do końca jest to bułka z masłem, zdarza się, że w czasie sztormu mieszkańcy niektórych z nich są odcięci od świata, a co dopiero kilka wieków wstecz!
Surowy krajobraz i klimat, ale jeśli lubi się wyspy i takie pejzaże, to jest to doskonałe miejsce na urlop :)
Dziękuję w imieniu owiec ;) Też mi się podobają :) Wdzięczne modelki!
Niesamowicie wciągająca opowieść, a zdjęcia przepiękne. Oglądam sobie przy kawie i podziwiam latarnię oraz widoki. Obejrzałam kiedyś film o latarnikach, ciężka praca, trudna fizycznie i psychicznie, a mieszkańcy takich wysp, to ówcześni bohaterowie!
OdpowiedzUsuńJakże podróżniczo zaczęłam ranek, dziękuję:-)
Ale mi miło czytać takie pozytywne słowa – pięknie za nie dziękuję!
UsuńZgadza się, praca trudna fizycznie, ale nade wszystko psychicznie – zdecydowanie nie dla każdego. A przecież w tamtych czasach nie było nowinek technologicznych i latarnicy nie mogli siedzieć w Internecie ;) Wielu z nich doskwierała samotność, o czym wspominał właśnie Edward. Serce wyspy znajduje się w porcie, a latarnia jest na jej rubieżach, z daleka od domów i wszelakich atrakcji. Latem jest tam sporo turystów – w ogóle nie respektują prywatnego terenu, przechodzą na posesję i kręcą się koło latarni, jesienią na szczęście jest ich znacznie mniej.
Świetna opowieść, no i fotki też super. Nie mogę się napatrzeć, dla mnie to taki całkiem inny świat.
OdpowiedzUsuńDziękuję za miły komentarz, Magdo!
UsuńUwielbiam morskie opowiesci 😍 A ta jest fascynujaca , ciekawe , ze natura ludzka zawsze i wszedzie taka sama... czy to teraz czy wieki temu. Cudowne zdjecia , a na sciane powiesilabym to zdjecie latarni noca ... Sliczne, wymowne, intrygujace. Usciski Kitty
OdpowiedzUsuńJa również, a najbardziej interesuje mnie właśnie taka tematyka – autentyczne historie związane z życiem latarników i niesamowitymi akcjami ratunkowymi, które nieraz musieli przeprowadzać.
UsuńBardzo się cieszę, że czujesz się usatysfakcjonowana moim wpisem :)
Chyba jest jakieś ziarenko prawdy w stereotypie o skąpych Szkotach ;)
Mam wrażenie, że niegdyś ludzie byli bardziej ludzcy, życzliwi i skłonni do kooperacji. Teraz każdy sobie rzepkę skrobie, a w dodatku ma się za pępek świata. Świat zaś zmierza do upadku, ale nie będę smęcić i zagłębiać się w ten temat. Każdy, kto ma oczy, widzi, jak jest.
Jak miło, że ta fotka wpadła Ci w oko :) Latarnie mają w sobie coś intrygującego.
Zawsze mnie nurtowalo pytanie o to skapstwo Szkotow, dlaczego akurat oni? Skoro stalo sie ono wrecz legendarne, cos w tym bylo i jest. Myslalam, ze moze chodzi o biede i chude czasy, pod opresja Anglikow, ale to chyba nie do konca to.. Irlandczycy przeszli jeszcze wieksza biede, glod, potworne warunki a jednak wydaja sie nacja otwarta i przyjazna, bardzo goscinna. Cos jak Polscy. Szkoci nie. Skapstwo nadal maja w naturze... Ale przyznam, ze i tak kocham Szkocje. Poza tym bylam bardzo zaskoczona przepychem i zasobnoscia szkockich posiadlosci historycznych , muzeow, galerii. Maja wielkie dziedzictwo . Moze to z tego skapstwa :)) Kitty
UsuńNie mam pojęcia, skąd to się wzięło. Może z dziada pradziada? Wyssali to legendarne skąpstwo z mlekiem matki? Weź na przykład słynnego bogacza, Johna Rockefellera. Jego matka miała szkockie korzenie, a on wyszedł z biedy i stał się obrzydliwie bogaty między innymi właśnie dzięki temu obsesyjnemu skąpstwu i rygorystycznej kontroli nad swoimi finansami (ponoć zapisywał każdy wydatek w swoim kajeciku, dosłownie każdy, nawet najmniejszy!). A do tego wiecznie główkował, jak najwięcej zaoszczędzić, jak zoptymalizować wszystkie procesy. Cóż, wygląda na to, że grosz do grosza i faktycznie będzie kokosza :D Mnie się zawsze wydawało, że ja rozsądnie zarządzam swoimi finansami, ale nie potrafiłabym być takim centusiem! Próbowałam kiedyś zapisywać wszystkie wydatki miesięczne i poległam po kilkunastu paragonach po zakupach spożywczych ;)
UsuńTak że ja bym się wcale nie zdziwiła, gdyby to wielkie dziedzictwo Szkotów miało swoje korzenie właśnie w chorobliwym skąpstwie :)
Nie znam wielu Szkotów, ale mam o nich dobre mniemanie, bo jeden kiedyś mnie poratował, kiedy potrzebowałam na gwałt tabletek przeciwbólowych :D A kraj uwielbiam. Czuję się tam jak w Irlandii. W ogóle bardzo lubię Walię i Szkocję (Anglii nie zdążyłam jeszcze zbyt dobrze poznać, byłam tam zbyt krótko).
Piękna opowieść, pięknie opowiedziana.
OdpowiedzUsuńDziękuję i pozdrawiam.
Wielkie dzięki, cieszę się, że się podobało! :)
UsuńCZĘŚĆ 1/2
OdpowiedzUsuńO Irlandii (zarówno Republice, jak i Irlandii Północnej) wiem bardzo niewiele, dlatego z ogromną przyjemnością przeczytałem te niezwykle fascynujące historie! Z pewnością mieszkańcy tej wyspy przez wieki zmagali się z ogromnymi problemami, ale dzięki temu tworzyli też bardzo zwartą społeczność i w razie potrzeby pomagali sobie nawzajem.
Szkot rzeczywiście okazał się sprytny i, jak widać, jego pomysł przyniósł oczekiwany efekt. A może tradycyjne skąpstwo Szkotów powoduje, że podejmują oni też bardzo chytre decyzje biznesowe?
Gdy doszedłem do akapitu „Naopowiadał mu przeróżnych głupot o zwyczajach tutejszych ludzi”, zacząłem się śmiać, bo sam czasami opowiadałem zmyślone legendy osobom, z którymi podróżowałem. Kilka razy skończyło się to dość zabawnie, gdy moi znajomi zaczęli później wypytywać miejscowych o szczegóły tych historii. Ci patrzyli na nich z ogromnym zdziwieniem, nie mając najmniejszego pojęcia, o czym mowa.
To wspaniałe, że latarnik zdołał uratować niemal wszystkich rozbitków! Patrząc na te strome, skaliste wybrzeża, samo dostanie się na ląd musiało być ogromnym wyzwaniem nawet przy dobrej pogodzie, a co dopiero podczas sztormu. Czytałem również o latarniach morskich stojących na samotnych wyspach otoczonych pionowymi skałami, gdzie latarnicy nie mieli nawet możliwości zejścia nad wodę.
Dwukrotnie biwakowaliśmy na Franklin Island na zatoce Georgian Bay w Ontario i wieczorami obserwowaliśmy oddaloną o kilka kilometrów latarnię morską, której światło zapalało się co dziesięć sekund. Fajne uczucie! Oczywiście nie było tam już latarnika — latarnia stoi na niewielkiej skale, a na jej szczycie znajduje się lądowisko dla helikoptera.
Fascynują mnie te wszystkie wyspy. Mam wrażenie, że każda z nich skrywa w sobie mnóstwo ciekawych historii. Nie zawsze pozytywnych i pokrzepiających serce, bo przecież źli ludzie są wszędzie, nawet w takich pięknych i surowych miejscach.
UsuńGdybyś miał ochotę na zapoznanie się z inną, równie ciekawą historią (tym razem z irlandzkiej wyspy Tory), to bardzo polecam Ci poniższy wpis, bo na pewno go nie czytałeś, jako że jesteś tutaj od niedawna:
https://taita-w-irlandii.blogspot.com/2023/08/wszystko-za-widok.html
Myślę, że może być ziarenko prawdy w tym stereotypie o skąpstwie Szkotów ;) Plotki przeważnie nie biorą się z niczego ;) Nie żebym go usprawiedliwiała, ale żył w naprawdę trudnych czasach, miał też rodzinę na utrzymaniu (nie wspominałam o tym we wpisie), więc coś trzeba było włożyć do garnka, a opcje zatrudnienia na Arranmore były praktycznie nieistniejące. Każdy kombinował, jak mógł, by w miarę godnie przeżyć i nie przymierać głodem. Dużo mieszkańców Arranmore zamieniło jedną wyspę na drugą – wyemigrowali z tej irlandzkiej i zamieszkali na amerykańskiej Beaver Island na Jeziorze Michigan. Na wyspie jest pomnik upamiętniający tych wszystkich emigrantów.
Haha, widzę, że doskonale odnalazłbyś się w irlandzkich realiach :) A może nawet masz w swoich żyłach irlandzką krew, bo niektórzy Irlandczycy robią to samo i specjalnie opowiadają niestworzone historie naiwnym turystom (szczególnie z USA).
„ Beaver Island na Jeziorze Michigan”
UsuńO Beaver Island czytałem już dość dawno—ot tak, przy okazji. Na jej temat można byłoby kilka napisać książek! Poza tym często jeżdżę samochodem północnymi i zachodnimi brzegami jeziora Michigan, a raz moja znajoma planowała przekroczyć jezioro Michigan promem, aby uniknąć jazdy przez Chicago.
Piękna jest Irlandia!
Ja w zasadzie słyszałam o niej tylko w kontekście irlandzkich emigrantów. W czasie jednego z pobytów w latarni Arranmore udało mi się nawet obejrzeć specjalny film na DVD na ten temat, bo był na wyposażeniu domku latarnika.
UsuńUwielbiam przeprawy promowe!
To prawda – piękny kraj, a szczególnie zachodnie wybrzeże. Jest surowe i spektakularne.
Promów jest sporo w prowincji British Columbia. Sami płynęliśmy z USA na wyspę Vancouver Island, a potem drugim na stały ląd. W Ontario najbardziej znany prom to z Tobermory na największą na świecie słodkowodną wyspę Manitoulin Island, "zaliczyłem" go 2 razy. No i z Toronto kursują non-stop statki pasażerskie na wyspy torontońskie i jeden z nich to prom, bo tam mieszkają ludzie (a nawet znajduje się lotnisko).
UsuńTutaj Tarcza Kanadyjska (Canadian Shield) powoduje, że też wszędzie są skały, ale nie takie, jak w Irlandii, o wiele bardziej łagodne, bez problemu można do nich dopłynąć, wejść, a nawet rozbić namiot. Zostały też pięknie wygładzone przez lodowce-nie raz udało mi się nabrać ludzi, mówiąc, że to zrobiły... maszyny! Nic dziwnego, że uwierzyli, bo mi było trudno uwierzyć, że lodowce potrafiły wyrzeźbić tak idealne wyżłobienia i piękne formacje skalne.
Dlatego myślę, że byłabym zachwycona Kanadą. Nie tylko Kolumbią Brytyjską, ale też Nową Fundlandią, która cichutko mi się marzy i do której jest jednak bliżej niż do British Columbia.
UsuńZazdroszczę wizyty na Manitoulin Island – nawet nie wyobrażam sobie, jak fascynujące było to przeżycie (uwielbiam wyspy).
Niezły jajcarz z Ciebie, Jacku! ;)
Dzięki za wszystkie ciekawostki!
CZĘŚĆ 2/2
OdpowiedzUsuńNiestety, nie wszyscy ludzie są gotowi nieść pomoc. Niektórzy wręcz przeciwnie — czekają na cudze nieszczęście, aby je wykorzystać, a czasem nawet sami przyczyniają się do tragedii.
Jak spojrzysz na mapę jeziora Erie, to zobaczysz znajdujący się na jego północnym brzegu w prowincji Ontario kilkudziesięciokilometrowy półwysep Long Point, na którym wielokrotnie biwakowałem.
Już na początku XVIII wieku płytkie wody i stale zmieniająca się linia brzegowa powodowały tam liczne katastrofy statków. Na początku XIX wieku rozważano nawet przekopanie kanału, aby stworzyć bezpieczniejszą drogę wodną. Ostatecznie potężny sztorm w 1833 roku sam wyżłobił przetokę, którą od tego czasu utrzymywano w dobrym stanie, a półwysep praktycznie stał się wyspą. W 1879 roku zbudowano drewnianą latarnię morską wskazującą wejście do kanału. Problem polegał na tym, że kolejne sztormy potrafiły zamykać jedne przetoki i otwierać nowe, przez co statki szukające schronienia często nie mogły odnaleźć właściwej drogi i osiadały na mieliźnie.
W połowie XIX wieku okolica zasłynęła również z niezwykłej formy piractwa lądowego, zwanego „blackbirding”. Miejscowi mieszkańcy, określani jako „blackbirders”, podczas mgły i złej pogody ustawiali fałszywe światła przypominające latarnie morskie. Zmyleni marynarze kierowali statki na mielizny, a gdy opuszczali wraki, rabusie plądrowali ładunki i zabierali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.
Na szczęście nie wszyscy mieszkańcy Long Point byli tacy. Abigail Becker (1830–1905), nazywana „Aniołem Long Point”, uratowała życie wielu marynarzom. W listopadzie 1854 roku zauważyła wywróconą szalupę i od razu domyśliła się, że w pobliżu musiał rozbić się statek. Sześciu marynarzom udało się dotrzeć do latarni Old Cut Lighthouse, opuszczonej już na zimę przez latarnika. Dzięki troskliwej opiece Abigail wszyscy po kilku tygodniach wrócili do zdrowia.
Zaledwie kilka dni później, 23 listopada 1854 roku, szkuner „Conductor” został zaskoczony gwałtowną śnieżycą. Próba odnalezienia wejścia do kanału była praktycznie niemożliwa i statek szybko osiadł na mieliźnie zaledwie około 200 metrów od brzegu. Rozbijany przez fale niemal rozpadał się na kawałki, a ośmiu marynarzy kurczowo trzymało się takielunku.
Widząc katastrofę, Abigail pobiegła z dziećmi na plażę i rozpaliła ogromne ognisko, dając rozbitkom jedyną nadzieję na ratunek. Jeden po drugim skakali do lodowatej wody i płynęli do brzegu, a Abigail wchodziła do wody i wyciągała półprzytomnych mężczyzn na plażę, gdzie czekało ognisko i gorąca herbata. Za swoje bohaterstwo otrzymała list pochwalny od królowej Wiktorii, nagrody pieniężne oraz złoty medal nowojorskiego Towarzystwa Ratowania Życia.
Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam na Twój ciekawy komentarz, Jacku.
UsuńZgadza się. Są tacy, których cieszy cudze nieszczęście. Upajają się nim.
Lubię marynistyczną literaturę i w czasie lektury niektórych książek o irlandzkich latarniach spotkałam się z dokładnie taką formą piractwa lądowego, z tym że tutaj nie było ono nazywane "blackbirding", a przynajmniej nie przypominam sobie, bym spotkała się z takim określeniem. Dzięki za ciekawostkę :) Ludzi parający się tym procederem określano w Irlandii jako "wreckers" – celowo wprowadzali w błąd statki na morzu, licząc na łupy. Stosowali te same techniki co wspomniani przez Ciebie "blackbirders".
Zdaje się, że nie słyszałam nigdy o Abigail Becker – cóż za kobieta! Godna naśladowania postawa. Takich wspaniałych ludzi potrzebujemy! Cieszę się, że ją odpowiednio uhonorowano, choć zapewne nie robiła tego dla poklasku tylko z podszeptów serca.
Przedtem nie miałem pojęcia o "blackbirding" i pokrewnych "profesjach". Dla mnie to szokujące. A jeszcze bardziej, że władze nie potrafiły tego radykalnie ukrócić.
UsuńW takich sytuacjach władze często celowo przymykają oko i czerpią korzyści z procederu.
UsuńFantastyczna opowieść i przecudne zdjęcia z nieziemskimi krajobrazami. A irlandzkie, skaliste wybrzeże to prawdziwa kwintesencja dzikiej przyrody. Patrząc na zdjęcia, widzę i słyszę rozbijające się fale o strzeliste cyple. Pełny dramatyzm. To wybrzeże ma w sobie coś wyjątkowego, co sprawia, że najlepiej delektować się nim powoli. Dosyć często słyszę o osobach niosących innym pomoc. I to jest piękne, że są to ludzie młodzi.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam:)
Zgadzam się z Twoimi słowami, Łucjo – te surowe krajobrazy Irlandii mają w sobie coś, co przyciąga jak magnes. Nie mam niestety takich spektakularnych widoków na co dzień, więc od czasu do czasu MUSZĘ się tam wybrać, by "przewietrzyć" głowę i poczuć, że żyję.
UsuńDziękuję za tak miłe słowa i za wizytę :)
Podobała mi się opowieść o sprytnym Szkocie, pomysłowy :D. Piękna też historia bohaterstwa. Niestety zgadzam się, że teraz więcej osób wyciągnie smartfona, niż rzuci się na pomoc. Nawet w mniej niebezpiecznych sytuacjach mało jest ludzi, którzy chcą pomóc... Pocieszające tylko piękne widoki na zdjęciach i te pocieszne owieczki.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że opowieści latarnika Edwarda okazały się dla Ciebie miłą lekturą w ten sierpniowy wtorek :)
UsuńCzasami mam nieodparte wrażenie, że media społecznościowe wyrządziły więcej krzywdy niż pożytku, i że wcale nie zbliżyły do siebie ludzi, lecz oddaliły.
Jakie urocze owieczki!!! One pierwsze zwróciły moją uwagę :)
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam z zainteresowaniem, bardzo wciągająca opowieść. No i oczywiście cudne zdjęcia, tak dobrze i wyraziście oddające to, co zawarte jest w tekście. Miałam przyjemność odwiedzić kiedyś szczyt jednej latarni w Polsce... moja koleżanka tam pracowała. I do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie morskie krajobrazy rozciągnięte dookoła.
To prawda, że ludzie w tamtych czasach wyznawali inne wartości... tak, jak Ty myślę, że dzisiaj taki heroizm i oddanie mają miejsce bardzo rzadko. No i właśnie, przecież w dzisiejszych czasach fotki trzeba byłoby zrobić z takiej akcji ratowniczej, prawda? :)
Pozdrawiam z upalnej polskiej krainy :)
Cieszę się, że Ci się spodobały, ja również je lubię :) A na Arranmore owiec pod dostatkiem. Do wyboru, do koloru ;) Jak widać, niektóre lubią bawić się w modelki i pozować turystom do zdjęć :)
UsuńŚlicznie dziękuję za Twoje miłe słowa na temat wpisu i zdjęć – bardzo je doceniam.
Zazdroszczę i Tobie i koleżance :) Latarnie mają w sobie mnóstwo uroku i jakąś magiczną moc przyciągania, o czym świadczą turyści tłumnie przedzierający się na prywatny teren, zamknięty dla postronnych, aby tylko znaleźć się jak najbliżej latarni... Już wielokrotnie to przerabialiśmy, kiedy mieliśmy przyjemność nocować na terenie kompleksu, w domku latarnika.
Pozdrawiam serdecznie, Iwonko. Mam nadzieję, że masz taką pogodę, jaką lubisz!
Ciekawa jestem skąd puenta od Zanussiego?
OdpowiedzUsuńLatarnie mają tajemniczą, romantyczną magię z czasów dawnych wojaży, i historii nieustraszonych odkrywców i zdobywców odległych ziem. Pierwszą jaką zobaczyłam, to było na Rozewiu i zawsze chętnie tam wracam.
Irlandczycy mieli niewyobrażalnie ciężkie życie. Amerykanie to teraz pokazują w wielu bardzo ciekawych filmach. Zupełnie niedawno oglądałam film Burn? o nawiedzonej dziewczynce po klęsce głodu. Tytuł chyba niezupełny.
Też lubię morskie opowieści, jeszcze z czasów młodzieżowych lektur.
Tak po prostu wyszło – pojawiła się nagle w mojej głowie, kiedy kończyłam wpis, i doszłam do wniosku, że świetnie tam pasuje :) Wątpię, by Zanussi słyszał kiedykolwiek o Edwardzie, latarniku z Arranmore, a i ten ostatni nie miał prawa znać Krzysztofa, bo żył w innej epoce ;) Logiki bym się w tym nie doszukiwała, bo kiedy wpadam w wir pisania, to przelewam na papier wszystko, co pomyśli głowa i używam przeróżnych porównań i metafor ;)
UsuńZgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami co do latarń morskich. Oprócz tego mają też sporo uroku, bo większość jest zwyczajnie piękna i/lub dostojna :)
Mieli, to prawda. Niektórzy miłośnicy masowej migracji zarzucają tym Irlandczykom, którzy są jej przeciwni, że to hipokryzja, bo przecież Irlandczycy też gwarnie emigrowali, o czym świadczy potężna diaspora – dla mnie to jednak bezsensowny argument. Współcześni "uchodźcy" mają ogrom przywilejów, a i tak potrafią wybrzydzać, narzekać i prezentować roszczeniową postawę, tu jeden z podobnych przypadków:
https://www.thesun.ie/news/17217656/asylum-seekers-hate-newbuild-homes-want-leave/
Podczas gdy w XIX i XX wieku Irlandczycy byli powszechnie dyskryminowani w UK i USA ("No Irish Need Apply), traktowani jak śmieci, a nade wszystko nie mieli żadnych praw i przywilejów, którzy mają współcześni imigranci (szczególnie kolorowi). Pracy nie chciano im dać, a co dopiero darmowego lokum, transportu, opieki medycznej, wyżywienia...
Nie słyszałam o tym filmie, dzięki za cynk, Ardiolo :)
Przyznam, że początkowo myślałam, że oglądam zdjęcia ze szkockiej wyspy Skye! Niesamowite podobieństwo momentami!
OdpowiedzUsuńNie, wyspy Skye jeszcze nie zwiedziłam, choć bardzo bym chciała. Już dawno temu zauważyłam, że Szkocja miejscami mocno przypomina Irlandię – pewnie dlatego zawsze dobrze się tam czułam :)
UsuńBardzo zajmująca opowieść. Czytałam z ogromną przyjemnością.
OdpowiedzUsuńNo i zdjęcia zapierają dech w piersiach i.. trochę mnie przerażają! Boję się wody od czasu, kiedy jako dziecko prawie utonęłam ^^
Pozdrawiam serdecznie :)
Jejku, jak dobrze, że jednak nie utonęłaś! Twój lęk przed nią jest jak najbardziej zrozumiały.
UsuńDziękuję za miłe słowa :)
Zaczarowałaś mnie...
OdpowiedzUsuńFantastyczna historia! Przeniosłam się na te urwiska, szłam na kolanach ku tej latarni...
Lubię takie klimaty...i latarnie! Mam wszystkie polskie zaliczone😊
Pozdrawiam cieplutko!
Wow, cóż za imponujący wynik! Jestem pod wrażeniem, a jednocześnie zazdroszczę, bo ja chyba nie byłam na żadnej polskiej (nie przypominam sobie). Latarnie są urocze – wielu pozostaje pod ich urokiem :)
UsuńWielkie dzięki za odwiedziny i komentarz :) Ja również pozdrawiam Cię gorąco.
Ależ opowieść o tym, jak izolacja i surowość klimatu kształtuje ludzkie charaktery. Taka mała wyspa, a skupiła niczym w soczewce cały wachlarz ludzkich zachowań i brutalnie je zweryfikowała. Jest tu skrajny egoizm i kombinatorstwo cwaniaków myślących tylko o sobie oraz bezinteresowna odwaga i solidarność w obliczu tragedii na morzu. Sprytny Szkot mógłby dziś prowadzić całkiem dobrze prosperujący biznes, a Edward pewnie nadal nie potrafiłby przejść obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia. I właśnie to najbardziej zostaje w głowie po przeczytaniu tej historii. Zmieniają się statki, latarnie, technologie i obyczaje, ale człowiek wciąż pozostaje człowiekiem. Czasem kombinuje, żeby ugrać coś dla siebie, a czasem schodzi po linie wprost w spieniony ocean, żeby ocalić kogoś, kogo nie zna. Samo życie.
OdpowiedzUsuńBa! Sprytny Szkot byłby dzisiaj coachem motywacyjnym i pewnie miałby z tego niezłe pieniądze ;) A tak serio, to czasy były ciężkie, a on sam miał bardzo ograniczone możliwości zarobku. W takich sytuacjach nawet poczciwi ludzie zaczynają kombinować, bo trzeba przecież wykarmić dzieci i coś do garnka włożyć. 800+ nie było ;)
Usuńno proszę nigdy bym się nie spodziewała, że w takim wpisie znajdzie się coś o szydełkowaniu :D
OdpowiedzUsuńA Ci rozbitkowie chyba nie mieli wielkiej traumy jak kilka dni później z powrotem wsiedli na statek ...
Haha, widzisz, jak Cię zaskoczyłam ;) Nie trać czujności, bo nigdy nie wiesz, w którym wpisie będzie wzmianka o szydełkowaniu :) Swoją drogą, ciekawa jestem, kto mógłby się więcej nauczyć: mieszkanki Arranmore od Ciebie, czy Ty od nich? ;)
UsuńTrauma czy nie, co mieli zrobić? Zostać na obcej wyspie, z dala od rodziny, bez pracy, bez niczego? Wypłynęli ze Szkocji, więc pewnie tam mieszkali na stałe, a skoro regularnie kursował tam parowiec do Glasgow, to wsiedli i odpłynęli. Nie mów, że zostałabyś na Arranmore? ;)