środa, 23 września 2026

Jesienna bajka o Księżniczce na Ziarnku Grochu. W mniejszym stopniu o Pytonie i Krasnoludzie

Ależ przyjemny ten początek jesieni! Piękny, łagodny i suchy wrzesień mamy. Nie spodziewałam się pod koniec tego miesiąca temperatur powyżej dwudziestu stopni!

Nie ukrywam, trafiły mi się one jak ślepej kurze ziarno. Nieco przespałam tegoroczne lato i parę dni temu z przerażeniem uświadomiłam sobie, że – wstyd pisać – jeszcze nie prałam kołder w tym roku! Niektóre poduszki – tak, ale kołder jednak nie.

Tu muszę uczciwie wyznać, jak księdzu na spowiedzi, że jest co prać. Mam bowiem w sobie wiele z tytułowej bohaterki bajki Hansa Christiana Andersena – „Księżniczki na ziarnku grochu”.

To już nie te czasy, kiedy na początku mojej irlandzkiej przygody spałam niestrudzona na twardej i wąskiej skrzyni od łóżka (z kolanem przyklejonym do zimnej ściany!), a do tego byłam jeszcze wdzięczna, że w ogóle mam na czym spać!

Teoretycznie, wraz z upływem czasu człowiek powinien mieć coraz grubszą skórę, i może w metaforycznym sensie faktycznie tak jest, ale raczej nie w tym dosłownym. Teraz, jako stateczna matrona, mam ją cieńszą niż kiedykolwiek!

Uwiera mnie każda najmniejsza sprężyna i śmiem przypuszczać, że wspomniane ziarenko grochu też by nieznośnie uwierało. Mam więc w jednej sypialni (chyba powinnam napisać „komnacie”) materac i na nim dziesięciocentymetrowy topper, a w drugiej zaś materac, starą kołdrę sprzed kilkunastu lat, a dopiero na niej topper. Też dziesięciocentymetrowy.

Czy śpi mi się w takich warunkach jak na puchatej chmurce?

A gdzie tam!

Częściej niż rzadziej budzę się połamana i mogłabym przysiąc, że w nocy ktoś poddawał mnie brutalnym średniowiecznym torturom, w tym właśnie łamaniu na kole!

Nie do końca jestem daleka od prawdy, bo są takie noce, kiedy łóżko MUSZĘ dzielić z inną księżniczką – tym razem kocią – i to w pewnym sensie są tortury!

Problem znany chyba każdemu kociarzowi. Gdyby ktoś chciał tutaj zaprotestować i powiedzieć, że plotę androny, bo kot jest przecież taaki mały, to, wybaczcie, muszę popukać się w czoło.

Stanowczo dementuję ten krzywdzący mit! Kot jest mały tylko wtedy, kiedy kryje się w trawie i udaje predatora „forfitera” (I'm gonna give him a chicken!), żeby upolować jakąś niewinną ofiarę. Kiedy zaś słodko wyleguje się w łóżku, rozmiarami przypomina bardziej okazałego pytona – i to nie królewskiego, a siatkowego! A ponieważ z wężami dusicielami się nie zadziera, to leżę biedna na 1/3 łóżka, a 2/3 ostentacyjnie zajmuje wstrętny kudłaty pyton! A potem, po takiej nocy, jeszcze ma czelność budzić się przed człowiekiem i robić za nieznośny budzik! To się nazywa tupet!

Cóż. Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że jeśli człowiek budzi się po czterdziestce i nic go nie boli, to znaczy, że... nie żyje. Z przykrością stwierdzam, że nie mijał się z prawdą!

Koniec przydługiej dygresji. Chciałam napisać, że kołdry i poduszki zostały wyprane, wysuszone w ogródku na pełnym słońcu, a potem świeżo obleczone w równie pachnącą pościel. Kosztowało mnie to sporo czasu, wysiłku, pewnie jakąś straszną ilość prądu (z duszą na ramieniu czekam na rachunek grozy!), ale warto było, bo tej nocy spałam jak prawdziwa księżniczka.

Szkoda tylko, że kiedy rano się obudziłam i zawitałam do łazienki, w lustrze okazało się, że bliżej mi do złej macochy albo wiedźmy (w dodatku rażonej prądem albo piorunem) niż do niewinnej Śnieżki o promiennym licu.

Tych cholernych siedmiu krasnoludków, które by mi nadskakiwały, rozpieszczały księżniczkę i robiły wszystko za nią też nigdzie nie było! Był tylko jeden Wielki Krasnolud szykujący się do pracy. Niestety nie do żadnej kopalni złota! Sądząc po wyglądzie, pewnie pożarł tych siedmiu małych. Zagadka rozwiązana. Można się rozejść.

Wczoraj zrobiłam pierwszą jesienną szarlotkę (ależ obłędnie pachniało w domu!), a jeszcze w sierpniu kupiłam sobie najpiękniejszy i najcieplejszy sweter z merynosa, jaki kiedykolwiek widziałam, więc tak – jestem już gotowa na jesień!

czwartek, 10 września 2026

Literatura obozowa – trzy propozycje

 


"Nauczyciel z Auschwitz" Wendy Holden

Talmud, jedna z ważnych ksiąg judaizmu, głosi, że tak długo, jak o kimś pamiętamy, tak długo ta osoba żyje. I właśnie to hasło ("A person is not forgotten until his or her name is forgotten") wydaje się być motywem przewodnim powieści Wendy Holden, co widoczne jest również w kompozycji klamrowej jej utworu.

Brytyjska powieściopisarka, mająca na swoim koncie wiele bestsellerów, oddaje za swoim pośrednictwem głos tytułowemu nauczycielowi z Auschwitz, Alfredowi Hirsch, znanemu wśród przyjaciół jako Fredy. Mam podejrzenia, że sam Fredy mógłby lepiej przedstawić swoją poruszającą historię, jednak z oczywistych przyczyn nie mógł tego zrobić, bo zmarł w 1944 roku w Birkenau, w wieku 28 lat.

Posłowie ‒ a w zasadzie to końcowa notatka autorki, w której objaśnia genezę książki ‒ było dla mnie znacznie ciekawsze niż sama historia Fredy'ego.

Sama do końca nie wiem, co mi w niej przeszkadzało. Trochę drażnił mnie brak chronologii ‒ przeskakiwanie z jednej linii czasowej na drugą. Nie wątpię, że bohater książki był wspaniałym człowiekiem oddanym dzieciom i swojej pracy, ale jego sfabularyzowana historia, zrodzona w głowie Wendy, nie potrafiła niestety wzbudzić we mnie zachwytu ani jakichś głębszych uczuć, choć zdarzyło się oczywiście, raz czy dwa, że dany fragment poruszył jakąś wrażliwą strunę mojej duszy. 


To nie była książka, która cały czas chodziłaby mi po głowie. Ręce i oczy nie rwały się do jej czytania, a to dla mnie zawsze kiepski omen. Kończyłam ją z nudów, w szpitalu, bo to było lepsze niż leżenie i bezmyślne gapienie się w sufit. Skłamałabym jednak, gdybym stwierdziła, że ta lektura sprawiła mi jakąkolwiek przyjemność. Zabrakło mi tu polotu. Niestety. Trzy (naciągane) gwiazdki na pięć.

Wierzę jednak, że jest złe miejsce i zły czas na czytanie książek. Może jeszcze kiedyś dam jej szansę, najlepiej w polskim przekładzie. Jako emigrantka mam ogromną słabość do literatury polskojęzycznej, może wtedy przychylniej bym na nią spojrzała?

"Człowiek w poszukiwaniu sensu" Viktor E. Frankl


To najmniejsza z dzisiejszych książek. Ma zaledwie 154 strony, ale to właśnie wobec niej  miałam chyba największe oczekiwania. Niestety, nie do końca im sprostała. Książka podzielona jest na dwie nieregularne części. W pierwszej autor skupia się na doświadczeniach z obozów koncentracyjnych, w drugiej zaś na logoterapii, metodzie psychoterapii pomagającej pacjentom odnaleźć sens życia nawet w najgorszych sytuacjach życiowych (ta część najbardziej mnie wynudziła). Tu warto dodać, że Frankl nie był "zwykłym i prostym więźniem" – wykształcił się na doktora filozofii, profesora neurologii i psychiatrii, miał więc odpowiednie zaplecze merytoryczne, by dzielić się swą wiedzą i spostrzeżeniami.

Początek był dość obiecujący, rozważałam nawet kupno własnego egzemplarza (miałam biblioteczny), ale im dalej w las, tym moje zainteresowanie stopniowo wygasało niczym niedokarmiany ogień.

Chyba za dużo się po niej spodziewałam ‒ jakiejś tajemnej wiedzy, odkrycia na miarę Świętego Graala, podczas gdy całość można by było łatwo i szybko podsumować. Co więcej, chyba każdy z nas byłby w stanie dojść do "esencji" ludzkiej egzystencji, i to bez odpowiedniego wykształcenia w dziedzinie egzystencjalizmu. Nie mamy wpływu na to, co się nam przytrafi, ale jak najbardziej możemy kontrolować swoje reakcje na te wydarzenia. W życiu nade wszystko trzeba mieć po prostu cel. Coś, czego będziemy się kurczowo trzymać niczym tonący brzytwy. Między innymi o tym traktuje piosenka "All That Really Matters" Illenium & Teddy Swims (2023). Dwie różne formy przekazu, ale przesłanie to samo. Ta druga chyba nawet bardziej do mnie przemawia.

Najlepsze zachowałam na sam koniec.

"Chłopiec z Auschwitz" Henry Oster & Dexter Ford


Z tych trzech książek ta była zdecydowanie moją ulubioną. Świetna praca zespołowa, co zaowocowało interesującą, wciągającą i przyjemną lekturą. Historia zamknięta w 250 stronach i 57 krótkich rozdziałach. Każdy z nich jest inny, ale razem tworzą ciekawą układankę, tym bardziej, że znajdują się tu także archiwalne zdjęcia, a te są zawsze przeze mnie mile widziane.

Tak mnie pochłonęła, że zamiast sprzątać ‒ czytałam. Nie potrafiłam się z nią rozstać nawet na trzy godziny, i wrzuciłam ją do torebki przed wizytą u fryzjerki. W zakładzie było gwarno jak w ulu, odgłosy żyjącego miasta mieszały się ze świergotaniem klientek, nieustającym szumem suszarek, ale dla mnie istniał tylko fascynujący świat Henry'ego Ostera, tytułowego chłopca z Auschwitz.

Już sama geneza powstania tej książki wydaje mi się niezwykle nietuzinkowa. Otóż współautor tej fascynującej powieści, Dexter Ford, poznał Henry'ego w jego gabinecie optometrycznym w Beverly Hills. On sam, jak przyznaje, był jednym z jego upierdliwych pacjentów, to jednak nie przeszkodziło mężczyznom w nawiązaniu bliższej relacji. Długie godziny dłubania nad idealnymi okularami w przedziwny sposób zbliżyły ich do siebie, co zaowocowało jakże interesującą przyjaźnią. Dextera, młodszego od Henry'ego o 25 lat, zafascynowała cierpliwość, pasja i energia doktora. A także nieustanna i zaraźliwa radość z życia, jaką ten ostatni zwykł wykazywać.

W czasie jednej z takich wizyt, kiedy Henry próbował dopasować mu soczewki kontaktowe, Dexter zauważył na jego lewym przedramieniu tajemniczy, wyblakły i przyniszczony tatuaż: B7648.


Jeśli, tak samo jak Dexter, jesteście ciekawi, jak Henry wszedł w jego posiadanie, i jak potoczyły się jego dalsze losy, to ta książka udzieli Wam wszystkich odpowiedzi. I nie bójcie się, nie będziecie musieli się po niej odtruwać. Już niejako zamieściłam Wam spoilery. Historia jest być może dla niektórych zasmucająca, ale jej bohater wyszedł z tarapatów obronną ręką. Przeżył. Nie jeden obóz, a nawet kilka! Później zaś wyemigrował do Ameryki, gdzie zmienił swoje imię z Heinz Adolf Oster na Henry Oster (nie chciał być utożsamiany z... ketchupem i TYM Adolfem), zdobył wykształcenie i zawód, który uwielbiał. Czyż to nie pokrzepiająca historia?

Po takiej ogromnej tragedii, jaką była druga wojna światowa, kiedy to zginęło 6 milionów Żydów, w tym 1,5 miliona dzieci i aż szesnastu członków jego własnej rodziny, wielu by się załamało, on jednak nie utracił apetytu na życie. Wręcz przeciwnie ‒ aż do swojej śmierci (2019 rok) wykorzystywał je najlepiej, jak potrafił.