Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Jeszcze za życia w niebie – Mann Cat Sanctuary


Chociaż nie ma jeszcze Światowego Dnia Zwierząt, który obchodzimy czwartego października, nie wyobrażam sobie, abym nie pokazała Wam pewnego miejsca, w którym poczułam się jak w niebie. 


Jak wspominałam Wam już do znudzenia, Wyspa Man na dobre skradła moje serce. W czasie pobytu na niej nocowałam w pięknym miejscu, zwiedzałam wspaniałe i interesujące atrakcje, jednak żadna z tych wymienionych rzeczy nie wzbudziła i nadal nie wzbudza we mnie takiej tkliwości i sentymentu jak właśnie Mann Cat Sanctuary ‒ schronisko kotów w Santon, znajdujące się tuż przy drodze A5, niecałe 10 km na południe od stolicy kraju, Douglas. 


Kiedy tylko wypatrzyłam to miejsce na mapce wyspy, wiedziałam, że muszę tam dotrzeć. Na szczęście szóstego dnia naszego pobytu, na dwa dni przed powrotem do Irlandii, udało nam się tego dokonać. Bardzo mnie to cieszy, bo wizyta w tym wspaniałym miejscu zdecydowanie przeszła moje oczekiwania!


Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym kocim przytulisku, przyznam więc, że miałam trochę obaw przed tą wizytą. Jako że jestem wyjątkowo wrażliwa na krzywdę zwierzaków, bałam się, że kiedy stanę oko w oko z tymi "nieperfekcyjnymi", poszkodowanymi przez los (a najczęściej ludzi) czworonogami, to może się to negatywnie odbić na mojej psychice, a te wszystkie tutejsze piękne obrazy, które do tej pory widziałam, zostaną wyparte przez smutne obrazy kociej nędzy i rozpaczy. Bo powiedzmy sobie szczerze: w miejscach takich jak to nie ma zazwyczaj pięknych i rasowych kotów. To nie pokaz zwierząt z rodowodem godnym pozazdroszczenia. Tu są "zwyczajne" dachowce, często u schyłku wieku, schorowane, zaniedbane, porzucone. Na szczęście nikt ich tu nie uśmierca tylko dlatego, że takie są. 



Zdarzają się tu nawet tak oryginalne nabytki z dalekich stron świata jak... Katar, Afganistan czy Cypr. W Mann Cat Sanctuary nie lubią odmawiać zwierzakom pomocy. W sercach mają bowiem nie tylko bezbrzeżną miłość do naszych braci mniejszych, lecz także przepiękne słowa św. Franciszka z Asyżu, który głosił, że:

„Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję ‒ służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować". 


Wierzę, tak samo jak on, że więcej można osiągnąć miłością niż kijem, i chyba taką samą dewizą kierowały się założycielki tego schroniska, dwie przyjaciółki: Sue Critchley i Carole Corlett, kiedy w 1996 roku powołały do życia Mann Cat Sanctuary. 


Niestety w 2001 roku zmarła Carole, a pod koniec lipca 2024 roku, po długiej walce z rakiem, odeszła też Sue, co głęboko zasmuciło wielu wspierających. Ulgę przyniosła jednak informacja, że schronisko nadal będzie działać i wykonywać misję, której prawie 30 lat temu podjęły się te dwie kobiety. 


Ledwo wjechaliśmy na teren posesji, zaparkowaliśmy (na trawie stało już około 10 samochodów) i wygrzebaliśmy z bagażnika świeżo zakupione kocie przysmaki, a zza winkla domu wyłonił się piękny burasek o nieco orientalnej urodzie i przepięknych migdałowych, hipnotyzujących oczach.


Z gracją kroczył po kamykach, by nas przywitać, jak na porządnego gospodarza przystało. W tym momencie po raz kolejny uwierzyłam w to, że zwierzaki mają szósty zmysł i naprawdę widzą ludzką aurę, bo czułam się przejrzana na wskroś. Ten przystojniak od razu wiedział, że moja aura jest zdecydowanie kompatybilna z jego ‒ widzieliśmy się po raz pierwszy, a przywitaliśmy się jak najwięksi przyjaciele, stęsknieni i spragnieni swojego kontaktu.


 

Niedługo później Połówek zasiadł na pierwszym lepszym fotelu na dziedzińcu, i jeszcze zanim zdążył się wygodnie rozsiąść, na jego kolana wskoczył nieco podstarzały Rudy Lisek, i pozostał tam prawie do samego końca wizyty. 


 

To mi się tutaj niesamowicie podobało. Nikt tu nie gonił i nie napastował futrzaków. Same wybierały sobie swoją "ofiarę", jeśli były przyjazne i chętne do kontaktu z człowiekiem. Jeśli stroniły od niego, bo i takie osobniki się tu znajdują (mówimy o kotach!), nikt nie naruszał ich przestrzeni osobistej. Mogły w spokoju wypoczywać, siedzieć gdzieś sobie na uboczu, tak po prostu cieszyć się życiem. A było czym, jako że był to piękny, suchy i słoneczny wakacyjny dzień, a ogrzany słońcem bruk chętnie oddawał ciepło tarzającym się po nim zwierzakom. 



 

 

Mann Cat Sanctuary to 7 akrów ziemi, zero klatek, a także niepoliczalna ilość miłości i troski, niezliczonych godzin włożonych w dobrobyt podopiecznych. Tu się nie uśmierca zwierząt (jedynie w wyjątkowych i naprawdę beznadziejnych przypadkach, kiedy stopień obrażeń jest zbyt duży, by zwierzakowi pomóc). Tu każdy, wcześniej niekochany, skrzywdzony czy porzucony zwierzak ma prawo dożyć spokojnej starości. W cieple, bezpieczeństwie, miłości i wolności. I wbrew pozorom nie jest to tylko bezpieczna przystań dla kotów ‒ są tu także charakterne i psotne kózki, bielutkie jak śnieg gęsi, kaczki, a nawet kuc szetlandzki i osiołek! 


Tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy też żywy symbol wyspy ‒ koty manx, które nieco różnią się budową od tych naszych. Przede wszystkim mają albo bardzo krótki ogonek, albo nie mają go wcale, a do tego dość krępy tułów i tylne nogi, które nieco przypominają skoki zająca. Są inteligentne i mają bardzo miłe usposobienie. 



Koty tej rasy są też urodzonymi łowcami i sportowcami-akrobatami: ze względu na te swoje "królicze nogi" świetnie skaczą, a także bardzo szybko biegają. W międzyczasie, kiedy im się nie spieszy, pociesznie "kicają". Ze względu na wyżej wymienione cechy niektórzy dopatrują się w nich pokrewieństwa z rysiem rudym, a jeszcze inni twierdzą, że to hybryda powstała na wskutek krzyżówki kotów z królikami. 


Jak wiele innych zjawisk na wyspie mańskie koty osnute są nimbem tajemniczości. W tym przypadku folklor ponownie nie zawodzi i dla tych, którzy odrzucają wersję o zmutowanym genie, ma inne wytłumaczenie. Biblijne. Jak bowiem głosi legenda, koty te zawdzięczają swój wygląd... Noemu. Kiedy ten ostatni szykował się do odpłynięcia swoją arką, kot z Wyspy Man najwidoczniej zaspał i omal nie spóźnił się na rejs. W ostatniej chwili wskoczył na arkę, a jakże, wszak koty mają siedem żyć (albo 9, zależy kogo pytać) i zawsze spadają na cztery łapy. Zrobił to jednak w dość niefortunnym momencie, akurat wtedy, kiedy wrota arki się zamykały, przez co zadziałały niczym gilotyna. A wszyscy wiemy z lekcji historii, co się stało, kiedy ostrze gilotyny natrafiło na głowę Marii Antoniny. Zapewne domyślacie się już, drogą analogii i dedukcji, co było później. Nastąpiło niefortunne oddzielenie kota od ogona. 


 

Jeśli niebo istnieje, to mam nadzieję, że wygląda właśnie tak: jest w nim wiele wspaniałych gatunków zwierząt, a każde z nich jest kochane, zadbane, ma suchy kąt, dach nad głową i pełną miskę. A wśród tych zwierząt są tacy ludzie, jakich widziałam właśnie tam w Mann Cat Sanctuary: emanujący ciepłem, fajną energią i uśmiechający się sami do siebie, do czworonożnych podopiecznych i do innych odwiedzających.


Godziny i dni otwarcia są tu dość ograniczone, warto sprawdzić je przed wizytą, aby uniknąć rozczarowania. Na stronie schroniska można za to do woli, 24/7, podglądać życie kocich rezydentów dzięki kamerkom umieszczonym w kilku pomieszczeniach. Wstęp wolny, warto jednak przywieźć ze sobą karmę dla zwierzaków, albo/i wspomóc organizację finansowo. 


 




piątek, 20 czerwca 2025

Pusty transporter

Dziś będzie potwornie smutno, więc jeśli ktoś z Was jest empatą wyjątkowo łatwo wchłaniającym emocje innych, to od razu ostrzegam, że nie chcę nikogo nastrajać negatywnie.

Z reguły nie zamieszczam tutaj wpisów o intymnej i drażliwej dla mnie tematyce. Czuję się niezręcznie na samą myśl o tym, że ktoś obcy, niepowołany, zły i nieczuły mógłby je przeczytać, a potem wyśmiać. Tym razem zrobię jednak wyjątek, bo mam silną potrzebę upamiętnienia tego wydarzenia.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że powinnam być weterynarzem.

Ratowaliśmy wtedy psa żywcem zjadanego przez larwy. Brzydziło mnie to jak cholera, chciałam polecieć w krzaki i oddać treść swojego żołądka, do tej pory zresztą wzdrygam się na samo wspomnienie o setkach przebrzydłych, obślizgłych larw pełzających po ziemi. A także tych schowanych w ranach, pod skórą. Chęć ratowania stworzenia okazała się jednak większa niż moje obrzydzenie.

Zastanawiałam się później parę razy nad tym stwierdzeniem.

Czy aby na pewno nadawałabym się do takiej pracy? Przebywam ze sobą już te parę dekad i znam siebie jak zły szeląg. Miałam więc słuszne powody, by powątpiewać w te słowa. Prawda jest bowiem taka, że pomimo tych wszystkich lat, jakie mam na karku, nie uodporniłam się jeszcze na cierpienie zwierząt, a do tego kiepsko radzę sobie ze śmiercią i żałobą.

Weterynarz to nie tylko superbohater. To nie zawsze Superman, który spada z nieba w odpowiednim momencie i niesie ratunek potrzebującym. Potem zaś zbiera owacje na stojąco niczym aktor po wyjątkowo dobrze odegranej roli na deskach teatru.

Weterynarz, czy tego chce czy nie, a najczęściej jednak nie chce, musi też odgrywać rolę Ponurego Żniwiarza. Odbierać życie tym, co mają cztery nogi, a tych, co mają ich dwie ‒ zasmucać i ograbiać z resztek nadziei.

Kto normalny chciałby być złodziejem nadziei? Siewcą śmierci i złych wiadomości? Chyba tylko psychopata wyzuty z emocji i człowieczeństwa. Tylko takiej osobie sprawiałoby to przyjemność. Cała reszta musiałaby zmagać się z tym ciężarem. A więc ja chyba jednak nie chciałabym być tą całą resztą. Obawiam się, że nie poradziłabym sobie z tym balastem emocjonalnym.

Półtora roku temu musieliśmy uśpić naszego ukochanego kota, który przegrał nierówną walkę z wyjątkowo agresywną postacią białaczki. Te jego ostatnie chwile i ten proces, który do tego doprowadził, to były tak przeraźliwie bolesne i smutne przeżycia, że zgodnie orzekliśmy "nigdy więcej". Nigdy więcej nowych kotów (mamy jeszcze dwa).

Zerkałam czasem z czułością na jakieś małe skrzaty gotowe do adopcji na "tu i teraz", gdyby tylko zjawił się chętny, ale nigdy nie przekuwałam tych myśli w czyn. Nie byłam chętna. Nie chciałam nią być.

Wiem, że nie powinnam tak myśleć, ale nie chciałam nowego kota, bo w moich oczach byłaby to "zdrada" tego mojego ukochanego, z którym od samego początku miałam wyjątkowo bliską więź. Na nim wszystko miało się dla mnie skończyć.

Ale nie o tym chciałam pisać.

Parę dni temu zauważyłam z mojego okna kota leżącego po przeciwnej stronie ulicy, w pozycji, która wydała mi się dość nienaturalna. A już tym bardziej nienaturalne było to, że w zupełności nie reagował na moje werbalne zaczepki, kiedy to okno otworzyłam i zaczęłam hałasować, aby przykuć jego uwagę. Reakcji jednak nie było. Postanowiłam więc przejść te parę metrów, by sprawdzić, czy moje złe przeczucia mają rację bytu, czy to tylko moja wyobraźnia pracująca na najwyższych obrotach.

Kiedy zeszłam na parter i wyszłam przed dom, kot akurat wolnym krokiem przechodził przez ulicę. Kiedy już udało mu się przez nią szczęśliwie przejść, wszedł na nasz trawnik i się na nim położył. Po chwili znów wstał, przeszedł chybotliwym krokiem krótki odcinek, usiadł i ciężko dyszał.

To był słoneczny, bardzo ciepły dzień, momentami nawet dość duszny, pomyślałam więc, że się odwodnił i potrzebuje wody, a także odpoczynku. To by tłumaczyło to jego nieruchome leżenie po przeciwnej stronie ulicy ‒ był wycieńczony i zbierał siły, by przez tę ulicę przejść. To z kolei znów go zmęczyło. Dyszał nienaturalnie, a do tego był dość wychudzony.

Przeszło mi przez myśl, że może ktoś go niechcący zamknął w swojej szopie, i dopiero teraz się z niej wydostał, pobiegłam więc do kuchni, wyjęłam dwie miski, do jednej nalałam wody, do drugiej wyłożyłam mokrą karmę, za którą szaleją nasze koty, i ostrożnie, aby go nie spłoszyć, podeszłam do niego i podsunęłam mu je pod nos.

To okazało się strzałem w dziesiątkę, bo kot łapczywie pił, przestawał, po chwili znowu zaczynał i tak parę razy. Kamień spadł mi z serca, bo to był jeszcze ten moment, kiedy wierzyłam, że jest zwyczajnie odwodniony, i tak naprawdę nic poważnego mu nie dolega. Nic, czego mokra karma (zlizał sos), woda i kroplówka od weterynarza nie załatwiłyby sprawy.

Moja radość trwała jednak bardzo krótko, bo po chwili kot znów leżał w tej okropnej pozycji na boku, z trudem oddychał, a mnie momentalnie stanęły przed oczami sceny sprzed półtora roku.

Déjà vu.

Puszka Pandory ‒ do której zapakowałam swoją traumę i zakopałam głęboko w ziemi ‒ otworzyła się, i wydostał się z niej cały ten smutek, całe to zło, które udało mi się niegdyś supresować.

Nie było czasu do stracenia, trzeba było szybko działać, bo kot wyglądał na umierającego.

Połówek założył na wszelki wypadek grube, zimowe rękawice, bluzę z długim rękawem, bo choć nic nie wskazywało na to, że kot może próbować ratować się pazurami, należało liczyć się z potencjalnym atakiem.

Często wydaje mi się, że zwierzęta doskonale potrafią czytać ludzką aurę. A może to ich szósty zmysł? Nieszczęśnik chyba domyślił się już, że nie stwarzamy dla niego żadnego zagrożenia, bo kiedy podeszliśmy do niego z transporterem, nie walczył, nie drapał, nie syczał, nie gryzł. Miałam nawet wrażenie, że jest zadowolony z tego, że nagle ma dach nad głową i swój kąt, w którym może się schować.

Połówek odjechał z pacjentem do weterynarza, a ja zostałam w domu sama ze swoimi myślami, modlitwami i nadzieją na szczęśliwe zakończenie.

W zasadzie to nawet nie dopuszczałam do siebie czarnego scenariusza. Nadal naiwnie wierzyłam, że kroplówka załatwi sprawę.

Nie załatwiła.

To, co mi powiedział Połówek po powrocie, sprawiło, że umarłam w środku. Umarłam razem z kotem, tylko, że on tak naprawdę. Ja zaś "na niby".

Empatyczna pani weterynarz fachowo zajęła się pacjentem, ale pomimo najszczerszych chęci, nie mogła zniwelować szkód, które już poczyniły się w jego wyniszczonym organizmie. Uśpienie go było jedynym, co mogliśmy dla niego zrobić. Na wszystko inne było już za późno.

Kot był w stanie agonalnym.

Miał niemal zero masy mięśniowej.

Tylko dwa zęby.

DWA ZĘBY!

I kilkanaście lat na karku.

Był niesamowicie zapchlony.

Miał owrzodzone dziąsła i brodę.

I kurewskiego pecha w życiu.

Ktoś mu ten los zgotował. Nie ja, nie Ty, ale ktoś go do takiego stanu jednak doprowadził. Pośrednio lub bezpośrednio.

Aktem miłosierdzia, jak stwierdziła pani weterynarz, było podanie mu środka przeciwbólowego i wysłanie za tęczowy most, gdzie już nigdy więcej nie zazna głodu, bólu i cierpienia.

Kiedy na samym początku podłączyła go do tlenu, jego stan zaczął się jeszcze bardziej pogarszać, zamiast poprawiać.

Spóźniliśmy się.

Spóźniliśmy się, żeby go uratować. On jednak na szczęście zdążył resztką sił dotrzeć na nasz trawnik, aby "godnie umrzeć", i zaznać choć w tych ostatnich minutach życia odrobinę ludzkiej czułości, troski i miłości.

Nie znam historii jego życia. Nie miał wszczepionego chipa, nie mieliśmy więc nikogo, z kim można byłoby się skontaktować w jego sprawie.

Chciałabym wierzyć, że jego opłakany stan był tylko nieszczęśliwym następstwem ‒ że się zgubił, a jego kochającemu właścicielowi nie udało się go odnaleźć odpowiednio szybko.

Chciałabym wierzyć, że większość z tych kilkunastu lat życia była jednak szczęśliwa.

Chciałabym wierzyć, że nie cierpiał zbyt długo.

Chciałabym wierzyć, że kiedyś był szczęśliwym kotem. Że miał pełną miskę, przytulny dom, i że wiedział, co to ludzkie ciepło i miłość.

Wiedział, co to człowiek. Nie był dziki, nie uciekał, a to daje mi nadzieję, że był przez tego człowieka oswojony i kochany. Tylko, jak to w życiu bywa, na pewnym etapie coś się spierniczyło i bańka pękła.

Chciałabym też wierzyć, że nikt z tutaj obecnych i czytających te słowa nie zawahałby się, aby udzielić pomocy zwierzęciu w potrzebie.

Tego wieczoru siedziałam w ogródku z twarzą do zachodzącego słońca. Gdzieś tam obok na betonie leżał mój kot. Beztrosko wygrzewał się do słońca, tak jak zwykł czynić to przez te dziewięć beztroskich lat swojego życia. Podczas gdy on był zupełnie nieświadom, że kot może mieć inne życie, spod moich okularów przeciwsłonecznych staczały się łzy. Opłakiwałam każdego niekochanego i zaniedbanego kota. Rozmyślałam o tym, jak bardzo niesprawiedliwe jest życie. Jeden ma wszystko, a drugi nie ma niczego.

Gdzie tu, do licha, sprawiedliwość?!

Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł do mnie mój kocur. Swoim zwyczajem zaczął się ocierać o moje nogi. Wskoczył mi na kolana i zaczął się wtulać w to miejsce, w którym ramię dotyka tułowia.

Głaskałam go, bo to przynosiło ulgę. Głaskałam jego miękkie i lśniące futro, pocieszając się, że choć nie mogę uratować wszystkich kotów tego świata, mogę uszczęśliwić choć kilka. Te moje i moich sąsiadów.

Mówiłam, że mam wspaniałych sąsiadów? Nikt, kto kocha swojego kota nie może być zły, prawda?  

Nie musicie komentować tego wpisu. Chciałam nim upamiętnić tego bezimiennego, nieznajomego kota, który tak niespodziewanie pojawił się w moim życiu, i tak szybko je opuścił.

Nawet jeśli nikt inny już o nim nie pamięta, ja będę. To właśnie jemu dedykuję ten smutny wpis.

Chciałabym  też uświadomić Was, bo może tego nie wiecie, ale w takich przypadkach jak ten najprawdopodobniej nie będziecie musieli nic płacić za opiekę weterynaryjną/uśpienie. Weterynarze to w dużej mierze ludzie z prawdziwą pasją, nie zaś wyrachowani, zimni i nieczuli profesjonaliści. Oni też mają serce, często zresztą również jakieś tam fundusze przeznaczone na takie właśnie sytuacje. Zawsze też możecie skontaktować się z lokalnym oddziałem SPCA (Towarzystwem Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt), i to oni mogą ponieść koszty ewentualnego leczenia.

Trzy razy byliśmy u irlandzkich weterynarzy z bezpańskimi kotami wymagającymi interwencji specjalisty, i nigdy nie płaciliśmy za leki czy otrzymaną pomoc.

Nawet to nieszczęsne półtora roku temu, kiedy musieliśmy w niedzielę na gwałt szukać weterynarza, znalazł się taki z sercem, z zupełnie innej kliniki, który zgodził się zaoferować swoje usługi, mimo że nie mógł przyjąć w tamtym momencie żadnej zapłaty, bo kasa była nieczynna. Ważniejsze było dla niego człowieczeństwo niż potencjalne ryzyko nieotrzymania zapłaty za wyświadczoną pomoc.

Nie zapominajcie o tym człowieczeństwie w kontekście naszych "braci mniejszych".


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Kot w dom, Bóg w dom

Ponoć świat składa się z trzech rodzajów ludzi: z psiarzy, kociarzy i nudziarzy. To już oficjalne i potwierdzone: jestem stuprocentową kociarą. A dla sąsiadów z osiedla pewnie „tą wariatką, która ma całe stado kotów”.



Teraz już wiem, że gdybym dziś miała określić się jako dog person albo cat person, bez cienia wahania wybrałabym to drugie. Jeszcze parę lat temu - zresztą co ja piszę,  jeszcze na początku tego roku! - nie umiałabym odpowiedzieć na to pytanie. Bo jak już niejednokrotnie wspominałam na blogu, uwielbiam zwierzęta i  zawsze, ale to zawsze, przez całe moje dzieciństwo miałam pod ręką jakiegoś czworonoga. Niekoniecznie puchatego i milusińskiego. Kiedy bowiem pewnego dnia znalazłam na podwórku nietoperza z uszkodzonym skrzydłem, podjęłam się wyzwania przywrócenia go do „używalności”. Niestety mój ambitny plan zniweczył nocą kot. Rankiem zastałam w pudełku tylko resztki skrzydła, ale nawet wtedy nie wytoczyłam kotom wojny.



Czasami mam wrażenie, że moim przeznaczeniem było zostać damską wersją dr Dolittle. Przez wszystkie lata mieszkania w Irlandii więcej znajomości nawiązałam z osiedlowymi kotami niż sąsiadami. W moim domu zawsze znalazło się coś do zjedzenia dla przygodnego przybłędy. Choć nie posiadałam swojego kota, często jakiś u mnie przebywał. Nie tylko ludzie nie gardzą darmowym noclegiem i cateringiem. Koty również.



W ostatnim czasie coraz częściej błogosławię dzień, w którym znaleźliśmy przed domem małą, czarną kulkę. Gdyby los nie wziął spraw w swoje ręce, dziś nie byłabym posiadaczką kotów. Odkąd bowiem mieszkam w Irlandii, wydawało mi się, że nie jestem idealną kandydatką na kociego właściciela. I nie było to jakieś marne usprawiedliwianie się, czy wzbranianie się przed czworonogiem. Ja autentycznie byłam przekonana, że taki kot nie byłby ze mną szczęśliwy. Bo co mu po właścicielu, którego przez większość dnia nie ma w domu? Co jak co, ale od dawna wpojone miałam, że zwierzę wymaga odpowiedzialności i poświęconego mu czasu. Tymczasem zaś ze zdziwieniem odkrywam, że nasza kocio-ludzka współpraca pięknie się odbywa, i co najważniejsze – na zasadzie symbiozy.


koci węzeł gordyjski, czyli policz nas, jeśli zdołasz :)



wyginam śmiało ciało ;)


Czasami wierzyć mi się nie chce, że aż pół roku temu odbierałam poród naszej kotki. Pamiętam to jak dziś. Ekscytacja pomieszana z obawami: jak ona sobie poradzi, jest przecież taka młoda. A co jeśli nie wykaże ani krzty instynktu macierzyńskiego? Dziś jest mi głupio, że w nią zwątpiłam – nie znam bowiem wspanialszej kociej matki, która z takim poświęceniem, z taką czułością i oddaniem zajmowałaby się swoim potomstwem. I która, ku zdziwieniu weterynarza i wszystkich naocznych świadków, karmiłaby je przez kolejne miesiące ich życia.



Życie lubi weryfikować nasze plany. Dlatego pomimo skontaktowania się z odpowiednią organizacją, nadal mamy pod dachem całą kocią rodzinę. Kotów, przez ludzką nieodpowiedzialność, jest dużo. O wiele za dużo. Więcej niż chętnych na nie. A ci, którzy chcieliby przygarnąć kociaka, mają nieraz niemałe wymagania. Czarny nie, bo be. Pechowy. Rudy za to tak. Gingery są urocze. Tak urocze, że chcący przygarnąć rudzielca, trzeba… zapisać się na listę oczekujących.



kocham moją siostrzyczkę!


A małe? Nasze małe są niesamowicie kochane. I wcale nie takie małe, jak sugeruje nazwa. Nazywam je tak z przyzwyczajenia. Rosną jak na drożdżach, uwielbiają pieszczoty brzuszka, regularnie przybierają na wadze, a samiec alfa już teraz, w wieku sześciu miesięcy ma ponad cztery kilo. Podobnie zresztą jak mama, która po odstawieniu małych od cyca i chyba także po sterylizacji nabrała wreszcie masy ciała i już nie wygląda jak podrostek, lecz pełna gracji dama. Macierzyństwo zdecydowanie jej służyło. Przeszła niesamowitą metamorfozę. Z małej, nie bójmy się tego słowa, upierdliwej i stroniącej od kontaktu z człowiekiem kotki, zamieniła się w przekochaną kicię. Słodką, wyciszoną, przytulaśną. Nie sposób jej nie lubić.



Małe też nieco się wyciszyły. Mają za sobą okres najgorszych szaleństw. Dzięki Bogu przestały traktować zasłony i jukę jak ściankę wspinaczkową, ale nadal są w domu pokoje, do których nie mają wstępu. Kiedy ostatnio włamały się do salonu, pokój wyglądał jak po przejściu tornado. Wszystkie poduszki zostały zrzucone na podłogę, a dywaniki, imitujące owczą skórę, mocno sponiewierane. Nie wiem, jakim cudem nie zrzuciły ze stołu szklanego pojemnika na świeczkę.


musi być kontakt z człowiekiem!



Ciągle zdarza im się drapać to, czego nie powinny, mimo że mają do dyspozycji drapak. Mimo wszystko jednak nie potrafię się na nie gniewać. A one najwyraźniej owinęły sobie nas wokół palca – doskonale wiedzą, jak zrobić pozycję, którą nas rozbroi. A w tym są mistrzami. I nieprawda, że koty to samotniki. Widzę, jak lgną do siebie, jak przytulają się w czasie snu, jak dbają o siebie nawzajem, bawią się razem i wiem, że w dniu, w którym będę musiała je rozdzielić, chyba pęknie mi serce.


wtorek, 16 września 2014

Ukotowani

Zawsze chciałam mieć konia. Odkąd pamiętam, od maleńkości. Właściwie to nie potrafię wyjaśnić, dlaczego akurat konia a nie na przykład krowę, jeża albo żyrafę. Może dlatego, że to czego nie mamy często wydaje nam się atrakcyjniejsze od tego, co już posiadamy? A może odpowiedzią na to pytanie jest zwyczajne i uniwersalne: BO TAK?


Jako wieśniaczka pełną gębą, prawie jak Mowgli wychowana wśród zwierząt, w zasadzie od zawsze miałam nieograniczony dostęp do dziadkowych krów, cielaków, królików, świń, kotów i psów. Ale nie do końca do koni. Koń to był dla mnie „rarytas”. Coś, co tylko czasami miałam na wyciągnięcie ręki.


Miło wspominam wizyty u wujka Franka. Prawie każdą z nich spędzałam głównie w… stajni. Rodzice w domu, a ja w oborze. Nie za karę, lecz z własnej woli. Bo w stajni znajdował się wujkowy Kasztan. Duży, mocny i potężny, a do tego przyjazny dzieciom. Nie mogłam nie przypominać mu, jak - pomimo swoich gabarytów - pięknym jest zwierzęciem z klasą.


Ale do czego zmierzam? Do tego, że w końcu los wysłuchał moich próśb i zesłał mi… kota. Oj tam, oj tam. Kot-koń, wielka mi tam różnica. Przecież jedno i drugie ma trzy litery i zaczyna się na k. Tylko naprawdę czepialska osoba ze smutnym lajfem robiłaby z tego jakiś problem. Przecież dostałam to, czego chciałam. Że nie do końca? Sama jestem sobie winna – pewnie niewyraźnie mówiłam czego, sobie życzyłam.


Ten Na Górze nakazuje, by utrudzonego wędrownika przyjąć pod dach, zapewnić mu strawę i gościnę. Nie mogłam zatem obojętnie potraktować czworonożnego gościa, który pewnego zimowego dnia pojawił się na naszym parkingu. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, żeby go zignorować, to naprawdę trzeba by było być oziębłym draniem, albo przynajmniej głuchym jak pień. Musicie bowiem wiedzieć, że wyjątkowo głośny to był sierściuch i zrozumiałym było, że albo się zgubił, albo ktoś mu w tym pomógł, albo zwyczajnie jest głodny.


Przygarnęli go zatem naiwniacy, nakarmili, wygłaskali, w kocu ułożyli, do którego to zresztą kocię wyjątkowo lgnęło, jakby widząc w nim futro przedwcześnie utraconej matki. I tę czynność naiwniacy powtarzali przez kolejne dni i tygodnie. W międzyczasie zaś kocie na tyle wydoroślało, albo przynajmniej dojrzało, że niepostrzeżenie zdążyło przejść w stan błogosławiony. Rad nierad trzeba było zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Nie mieliśmy tu bowiem do czynienia z niepokalanym poczęciem, bo winowajca był nam doskonale znany i yyyy… tak jakby dzielił z nami ten sam dom. Nie było nad czym się rozwodzić – ciężarna kotka zostaje z nami. To, co sobie oswoiłeś, jest twoje.


Jak na czarownicę przystało, miałam w Polsce dwa czarne kocury, ale no właśnie - to były kocury, a nie kotki.  Ciche, spokojne, bezproblemowe. Tymczasem zaś przyszło mi dzielić dom z drugą babą. I nieważne, że z kudłatą i czworonożną. Ważne że z babą. A te jak wiadomo, mają swoje humory, swoje fochy, swoje widzimisię. I ktoś to tolerować musi. Ktoś te miauki, kocie narzekania i zawodzenia słuchać musi. A jeśli myślicie, że tylko kobiety w ciąży napędzane są hormonami i mają swoje zachcianki, to się mylicie. Grubo. Kotki też je mają. Nasza nagle zrobiła się straszną przylepą. Tak, jak nigdy wcześniej jakoś specjalnie nie zabiegała o nasz dotyk, tak w ciąży nagle jej się to odmieniło. Gdyby tylko znalazła takiego łosia, który by się na to zgodził, kazałaby się głaskać przez jakieś 20h na dobę. Mogłam zapomnieć o czytaniu w pozycji siedzącej i o uzupełnianiu terminarza. Bo za każdym razem, gdy tylko usiadłam na łóżku i wyciągnęłam książkę lub notes, dwie sekundy później miałam już na kolanach kotkę.


Jeśli myślicie, że koty to cholerni egoiści, to tak – macie rację. Liczy się tylko kocia przyjemność. Nic więcej. Założę się, że gdyby akurat miało miejsce trzęsienie ziemi, a ja w pośpiechu rzuciłabym się w stronę wyjścia, moja kotka spojrzałaby na mnie z morderczym wyrzutem i gdyby tylko umiała mówić, wysyczałaby: Really?! Naprawdę jest coś ważniejszego niż moja porcja pieszczot?!


Jeszcze niedawno nie miałam żadnego kota. Dziś mam jednego dorosłego osobnika i kilka małych gangsterów. I muszę powiedzieć, że „kocierzyństwo” to świetna sprawa. Chociaż są takie momenty, kiedy mam ochotę poukręcać kociakom główki [szczególnie wtedy, kiedy w moje ciało wbijają się pazurki-igiełki], to jednak zdecydowanie częściej cieszę się, że dostałam od losu spóźniony prezent urodzinowy w postaci małej, głośnej i wystraszonej kotki. A kilka miesięcy później kolejny prezent. Tym razem imieninowy i to nie jeden, a nawet kilka.


Morał dzisiejszej historii jest taki: narzekasz na nudę? Spraw sobie kota. A najlepiej kilka kociąt. Zapomnisz co to nuda, cichy, czysty i spokojny dom.



najlepszy przysmak: lampka nocna


najlepsza zabawka: płatki kosmetyczne


wiewiórkot


codzienny przegląd Fak(o)tów


co złego, to nie my!


jaki znowu papier toaletowy? Ja tu przed chwilą pokonałem mumię!