Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Westmeath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Westmeath. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Destylarnia w Kilbeggan


Prawie w samym sercu Irlandii, w hrabstwie Westmeath, leży Kilbeggan. Prawdę powiedziawszy, jest to mało ciekawa i niezbyt ładna miejscowość. Gdyby nie znajdująca się tutaj Locke's Distillery, nie byłoby po co tutaj przyjeżdżać.



Destylarnia szczyci się tym, że jest najstarszym licencjonowanym obiektem tego typu na świecie. Locke, od nazwiska którego pochodzi nazwa destylarni, uzyskał licencję w 1757 roku. Szacuje się jednak, że whiskey produkowano tutaj dużo wcześniej. Dumny slogan destylarni był mi doskonale znany - spotkałam się z nim kilka lat wcześniej, zwiedzając Old Bushmills Distillery w Irlandii Północnej.



Nauczona doświadczeniem, zaczęłam przymykać oko na wszystkie obiekty szczycące się tym, że są "najlepsze", "najstarsze", "największe". Byłam już w irlandzkiej latarni, która uchodzi za najstarszą na świecie [i prawdopodobnie nią nie jest], widziałam "największe" irlandzkie klify [a doskonale wiem, że są w tym kraju wyższe], byłam w dwóch destylarniach twierdzących, że są najstarszymi. Bez względu na to, czy destylarnia ta faktycznie jest najbardziej wiekowa, można tu przyjemnie spędzić czas i dowiedzieć się różnych ciekawostek.



Sztukę destylacji odkryto bardzo dawno temu na Bliskim Wschodzie i początkowo stosowano do wyrobu pachnideł. Mówi się, że umiejętność destylacji przywieźli ze sobą chrześcijańscy mnisi około 600 roku. Irlandczycy szybko znaleźli nowe i lepsze zastosowanie dla tego procesu - zaczęli wytwarzać whiskey zwaną także "wodą życia".



Z mojej pierwszej próby zwiedzenia tej destylarni pamiętam głównie kwitnące kasztanowce, pochmurny dzień i boski aromat whiskey, który tuż po wyjściu z parkingu otulił mnie niczym mgiełka perfum. Na dobrą sprawę mogłabym wtedy zostać w tamtym wąskim przejściu między dwoma budynkami. Destylarni nie udało mi się zwiedzić, bo panował w niej wówczas tymczasowy rozgardiasz organizacyjny.



Próba numer dwa okazała się zdecydowanie bardziej pomyślna. Dzień był przyjemniejszy, ale po kwitnących kasztanach nie było już śladu. Mogłam za to do woli przyglądać się, znajdującemu się tuż przy ulicy, kołu wodnemu.




Koło wodne pochodzi z XIX wieku i ciągle działa. Cały sprzęt w destylarni wprawia w ruch wałek napędu podłączony do wspomnianego koła lub silnika parowego. Koło było zdecydowanie wygodniejsze i tańsze w użyciu. Silnik parowy utworzono "na wszelki wypadek" - gdyby koło się zepsuło, lub na przykład poziom wody był zbyt niski. Silnik stosowano sporadycznie, zaledwie 3-4 razy w roku. Tak było po prostu oszczędniej.



Destylarnia przez większość swej historii znajdowała się w rękach tej samej rodziny: od momentu nabycia jej w 1843 roku przez Johna Locke'a, aż do jej zamknięcia w 1957. Zarówno John, jak i jego potomkowie, uchodzili za przykładnych pracodawców. Pracownicy destylarni pod wieloma względami mogli czuć się szczęściarzami. Ci, którzy posiadali bydło, a nie mieli łąk do jego wypasania, mogli uiścić symboliczną opłatę 5 funtów na rok i bez ograniczeń wypasać swoje inwentarz na gruntach znajdujących się za destylarnią. Ten kawałek ziemi nazywano cow and calf park - parkiem krów i cieląt.




W restauracji znajdującej się na terenie destylarni znajduje się pamiątkowa tabliczka ofiarowana Johnowi Locke przez mieszkańców Kilbeggan. Przypomina ona o nieszczęśliwym wypadku z 1866 roku. To właśnie wtedy wybuchł kocioł odgrywający główną rolę w destylarni. John nie dysponował wówczas odpowiednimi środkami, by nabyć nowy. Z pomocą przyszli pracownicy destylarni, ofiarowując zdesperowanemu Johnowi nowy kocioł.



Rodzina Locke szczyciła się przywiązaniem do tradycyjnych metod produkcji swojej whiskey. Destylarnia dobrze funkcjonowała w XIX wieku, jednak kolejne stulecie przyniosło więcej problemów i przeszkód. Przywiązanie do tradycji nie do końca się opłaciło. Destylarnia nie była modernizowana, co w połączeniu między innymi z trudnościami na rynku, wysokim opodatkowaniem i spadkiem popytu na whiskey doprowadziło do stopniowego upadku.




Destylarnię zwiedzić można samemu po zaopatrzeniu się w odpowiedni materiał, bądź też w grupie i w towarzystwie przewodnika. Muzeum zawiera przeróżne obiekty: od kamieni młyńskich, poprzez ogromne kadzie fermentacyjne [pracownicy ukradkiem czerpali z nich zacier zanurzając w kadziach noszone przy sobie słoiki], kotły warzelnicze i destylatory. Co ciekawe, aż 80% zawartości destylatorów uchodziło za produkt uboczny. Aż do lat 40. XX wieku pozbywano się go wylewając do rzeki i faszerując znajdujące się w niej ryby pewną dozą alkoholu.



Ostatnie pomieszczenia na trasie zwiedzania poświęcone są tematyce leżakowania i beczkowania - te procesy odgrywały ogromną rolę w produkcji whiskey. Świadczy o tym chociażby fakt, że funkcja bednarza wymagała u Locke'a dziesięcioletniego doświadczenia. Za najlepsze beczki uchodziły te dębowe, w których uprzednio przechowywano sherry. Whiskey musiała leżakować co najmniej 5 lat, Locke preferował nawet dłuższe terminy. Dojrzewający trunek wchłaniał zapach drewna, a drewno nieczystości. Magazyny, w których przechowuje się beczki nasączone są specyficznym zapachem ulatniającej się whiskey. To tak zwany angels' share - działka aniołów. Czy można byłoby wymyślić bardziej wdzięczną nazwę?





niedziela, 3 marca 2013

Przy drodze: School Children, Tyrrellspass


Trzy małe, kruche istoty stoją sobie pod jednym z drzew na rozległym skwerku w niewielkiej mieścinie Tyrrellspass w hrabstwie Westmeath. Nieopodal nich przebiega dość ruchliwa droga. I choć codziennie – pieszo lub w samochodach – mija je mnóstwo osób, prawdopodobnie wiele z nich ich nie zauważa. Bo te postacie niezbyt się wyróżniają. Są nieruchome, kamienne i, w przeciwieństwie do wielu innych rzeźb, nie krzyczą całą swoją formą, którą im nadano. Wręcz przeciwnie – można nawet odnieść wrażenie, że te trzy drobne figurki nieświadomie, zupełnie przypadkowo chowają się w otaczającym je środowisku. Stają się mało widocznym elementem krajobrazu Tyrrellspass.



Odziane w proste szaty, łudząco do siebie podobne figury dwóch dziewczynek i chłopca (rodzeństwo?) niewiele zdradzają na swój temat. Wystarczy jednak szybki rzut okiem na plecak i torbę à la neseser, by zorientować się, że grupka zmierza do szkoły. Od docelowego miejsca dzieci dzieli niewielki dystans. Budynek znajduje się po przeciwnej stronie drogi.




Domyślam się, że rzeźbę można było bardziej wyeksponować. Rzecz jasna, z racji swojej specyfiki nie można było zbytnio powiększyć figur. Mamy przecież do czynienia z dziećmi w wieku szkolnym. Ale gdyby tak umieścić je w mniej więcej centralnym punkcie zielonego placu? Byłoby to zbyt banalne? Doszukiwać się tu ukrytego znaczenia takiego a nie innego położenia, czy zwyczajnie przyjąć, że dzieci umiejscowiono pod drzewem, bo środek placu był już zajęty? Co było najpierw: wzniesiona w 1970 roku rzeźba grupki dzieci, czy niezbyt urodziwa pompa w centrum placu i otaczające ją ławki?



Monument niewiele mówi na swój temat, a ręka twórcy uczyniła go wyjątkowo prostym i surowym: całkowity brak dekoracyjnych elementów ubioru, prostota i umiar w każdym calu. Miałam wiele pytań na temat tej intrygującej mnie rzeźby, ale wokół nie było nikogo, kto mógłby mi na nie odpowiedzieć. Mojej ciekawości nie zaspokoiła sama rzeźba, bo choć obok dzieci znajdują się w ziemi dwie kamienne tablice, wyryte na nich napisy są bardzo mało czytelne. Odszyfrować można pojedyncze słowa, nie całość zapisu.



Odpowiedzi na moje pytanie nie udzieliła mi nawet moja ulubiona książka poświęcona setkom rzeźb usytuowanych przy drogach Irlandii. Jest fantastyczna pod względem ilości zamieszczonych fotografii, jednak od strony merytorycznej sporo brakuje jej do ideału. Odpowiedź nadeszła w najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie. W Wigilię - wtedy, kiedy niemalże wyparłam już z pamięci tajemniczą trójkę dzieci z Westmeath. Może nie powinno mnie to zbytnio dziwić, przecież Wigilia uchodzi za noc cudów.



Siedziałam na pasterce w jednej z wielu, pełnych kościelnych ławek i prawdę powiedziawszy nie poświęcałam słowom księdza 100% mojej uwagi. Aż do momentu, kiedy dotarły do mnie magiczne słowa klucze wypowiedziane na początku homilii: rzeźba, Tyrrellspass, dzieci. I w tym momencie duchowny miał już całą moją uwagę.



Pomnik dzieci jest symbolem nadziei i wolności Irlandczyków. Tej wolności, którą naród cieszy się stosunkowo od niedawna. Wzniesiono je tam ku pamięci wszystkich poległych bojowników IRA z Westmeath i sąsiedniego hrabstwa Offaly walczących o niepodległość swego kraju. I tylko dzięki Imogen Stuart, Niemce żyjącej na wyspie, pomysłodawczyni projektu, stoi w tym miejscu grupka dzieci, a nie kolejny pomnik poległego żołnierza. Wydawać, by się mogło, że z irlandzkiej wojny o niepodległość najbardziej skorzystały dzieci. Dzięki odwadze, waleczności i patriotyzmowi żołnierzy mogą rodzić się, żyć i umierać w wolnym kraju. I nie muszą przechodzić przez horror okupacji.