Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park dziedzictwa narodowego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park dziedzictwa narodowego. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2011

Craggaunowen Project - żywa przeszłość



Był sobie kiedyś człowiek z pasją. Nazywał się John Hunt, był cenionym mediewistą i zagorzałym kolekcjonerem antyków. Swoją pasję dzielił z żoną Gertrudą urodzoną w Niemczech. Huntowie stanowili nietuzinkową parę. Ich dom był zawsze otwarty dla tych, którzy chcieli obcować z imponującym zbiorem artefaktów przez długie lata pieczołowicie gromadzonym przez małżeństwo. Dom Huntów był domem, gdzie przeszłość w sprawny sposób koegzystowała z teraźniejszością. Gertrudzie za flakon do kwiatów służyła licząca sobie 5000 lat alabastrowa egipska waza, a gościom dane było popijać wino z etruskiego naczynia pochodzącego z V wieku p.n.e, a zarazem podziwiać wiszący na kuchennej ścianie obraz Pablo Picasso.


 


John, jak przystało na historyka z zamiłowania, postanowił pozostawić coś od siebie przyszłym pokoleniom. W 1965 roku Hunt zakupił Craggaunowen Castle, pochodzącą z XVI wieku ufortyfikowaną wieżę obronną, aby utworzyć park etnograficzny na terenie przylegającym do zamku. Tak powstał projekt Craggaunowen - The Living Past [Żywa Przeszłość], mający na celu próbę odtworzenia niektórych aspektów historii Irlandii: od czasów prehistorycznych, aż do okresu wczesnochrześcijańskiego.


 


Hunt szczęśliwie zrealizował swój projekt, przekazał go narodowi irlandzkiemu, po czym rok później zmarł. Odszedł w wielkim stylu, ale mimo to pozostawił po sobie pustkę. Czasami wydaje mi się, że ludzie wybitni nie powinni podlegać temu przykremu prawu natury. Prawu, które jako jedyne jest równe dla wszystkich.


 


Po zeszłorocznej wizycie w podobnym skansenie w Irish National Heritage Park odczuwałam  pewien niedosyt i podświadomie szukałam ujścia dla mojego rozczarowania. Craggaunowen okazało się być tym, czego oczekiwałam, udając się do INHP. Choć obydwa parki dziedzictwa narodowego wykazują pewne podobieństwo poprzez rekonstrukcje niektórych obiektów, tak naprawdę są inne. I ta inność bardziej do mnie przemawia w przypadku Craggaunowen.


 


Już przy wjeździe do skansenu turystę witają rozległe pastwiska upstrzone przeuroczymi owcami Soay, specyficznym i rzadko spotykanym gatunkiem owiec wykazującymi spore podobieństwo do kozic.


  może wystarczy już tych zdjęć, co? ;)




Skansen jest usytuowany na obszarze 50 akrów w niesamowicie nastrojowym wiejskim środowisku. Jest to szczególnie widoczne z małej platformy widokowej na szczycie zamku, a także z drogi prowadzącej do skansenu. Zbliżając się do niego w pewnym momencie po prostu musiałam wysiąść z auta i sfotografować to, co widziałam. Inaczej się nie dało. Oparłam się o ogrodzenie, zastanawiając się, jak w takich warunkach zrobić jak najlepsze zdjęcie. Stojący obok mnie turysta wydawał się czytać w moich myślach: "Na twoim miejscu nie przechodziłbym przez ogrodzenie. Spójrz tylko na te byki". Przejechalibyście obojętnie koło takiego widoku?


 


Mimo że obszar należący do skansenu jest dość rozległy, a na wytyczonym szlaku natrafia się na jakieś 12 atrakcji, wizyta w parku mija dość szybko. Mija jednak w bardzo przyjemnej atmosferze i pod znakiem leśnych przechadzek. Moje największe zainteresowanie wzbudziły trzy obiekty: ładny, ale dość skromnie odrestaurowany zamek, bijący na głowę karykaturalny model z INHP, crannóg - fantastyczna rekonstrukcja sztucznej wysepki na jeziorze, która w czasie mojej wizyty w INHP była zamknięta dla zwiedzających. Interesująca okazała się także łódź zrobiona ze skór, na wzór tej zbudowanej przez irlandzkiego mnicha, świętego Brendana zwanego Żeglarzem. Historia świętego i jego niesamowitej podróży była jedną z najbardziej popularnych opowieści średniowiecznej Europy. Przetłumaczono ją na wiele języków. To był taki ówczesny bestseller.


 


Jak mówi dziewięciowieczny rękopis, Brendan był pierwszym człowiekiem, który odkrył Amerykę. Tim Severin, pisarz i podróżnik, zbudował w 1976 roku łódź według opisu zawartego w rękopisie, po czym wypłynął wraz z załogą na wody Atlantyku. Wszystko to miało na celu zweryfikowanie autentyczności historii o skromnym irlandzkim mnichu, który miał rzekomo dopłynąć do Ameryki niemalże 1000 lat przed Krzysztofem Kolumbem. Rejs oczywiście nie obył się bez przeszkód - kadłub łodzi został uszkodzony przez kawałek lodu, a sama łódź wielokrotnie zbaczała z kursu i dzielnie stawiała opór szalejącym sztormom - ale ostatecznie zakończył się happy endem. Śmiałkowie udowodnili, że święty, który notabene prawdopodobnie urodził się i wychował w prymitywnej chatce na wzór tych zrekonstruowanych w skansenie, faktycznie mógł w ten sposób dotrzeć do Ameryki.


 


Brendan znajduje się w specjalnej szklanej piramidzie w swoim "naturalnym" środowisku, czyli niewielkim zbiorniku wodnym, który pełni funkcję nie tyle ozdobną, co po prostu praktyczną - zapewnia odpowiednią wilgotność powietrza, a tym samym zapobiega pękaniu skórzanego kadłuba łodzi. Dno zbiornika mieni się blaskiem drobnych monet wrzucanych tam przez turystów. I my też dorzuciliśmy swoje trzy grosze.




 




Wstęp do skansenu nie należy do najtańszych. Sądzę, że cena powinna być niższa o jakieś 2-3 euro. Nie zmienia to jednak faktu, że park jest w moim odczuciu absolutnie godny odwiedzenia. Podobało mi się tutaj zdecydowanie bardziej niż w Irish Nationa lHeritage Park. Obydwa parki dziedzictwa narodowego Irlandii uzupełniają się wzajemnie, więc miłośnikom Szmaragdowej Wyspy nie zaszkodzi zwiedzić obydwa te miejsca.


 


Czy jest coś, czego żałuję w przypadku Craggaunowen Project? Tak. Tego, że nigdy nie uda mi się poznać jego inicjatora, Johna Hunta i dostąpić zaszczytu wzięcia udziału w jego wykładzie. Mogę jedynie spojrzeć na jego spokojny, przyjazny wizerunek umieszczony w centrum turystycznym tuż nad kominkiem i cieszyć się, że byli i ciągle są jeszcze na tym świecie pasjonaci z prawdziwego zdarzenia.