Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 grudnia 2022

Ho, ho, ho, Merry Christmas!


Bałam się, że już nie uda mi się zajrzeć na bloga i napisać Wam tu kilka słów z okazji świąt, ale na szczęście się myliłam. Nareszcie mogę cieszyć się w pełni zasłużoną przerwą, i spokojnie usiąść przed komputerem z kubkiem kawy i herbaty (nie będę sobie przecież żałować!).

Wczorajszy dzień był bowiem niczym mokry sen zatwardziałego mizogina - spędziłam w kuchni prawie cały piątek, wyrabiając kilometry między zlewem, stołem i kuchenką, lepiąc świąteczne pierogi, robiąc sałatki, krokiety, zupę grzybową, rybę po grecku i bigos (przy tym ostatnim na szczęście już dołączył do mnie Połówek, bo skończył pracę).

Tu muszę zaznaczyć - jako że czytają mnie różne przypadkowe osoby - że zrobiłam to na własne życzenie, nie zaś pod wpływem chłostania batem jakiejś szowinistycznej świni trzymającej w jednej ręce bicz, a w drugiej znak "baby do garów!". Bóg mi świadkiem, nie miałam też noża na szyi ani pistoletu przy skroni.

Zrobiłam, bo chciałam. Taki miałam kaprys. W Irlandii mamy co prawda zatrzęsienie tak zwanych "polskich sklepów", i nie ma żadnych problemów, by kupić sobie gotowe dania wigilijne, skusiłam się jedynie na barszcz czerwony  i uszka (bo są mikroskopijne, przez co nie cierpię się w nich babrać, te sklepowe zaś są całkiem smaczne). Rybę i resztę świątecznych przysmaków chciałam mieć domowej roboty. Tak jak zawsze było w moim rodzinnym domu.

To chyba w ramach rekompensaty za zeszłoroczne kijowe święta Bożego Narodzenia, które z przyczyn zupełnie niezależnych ode mnie, okazały się smutniejsze niżbym chciała. Zdecydowanie nie takie, jak sobie wymarzyłam.

W tym roku więc chciałam, aby było "idealnie". A przynajmniej inaczej - przede wszystkim bardziej wesoło i nastrojowo. Wymyśliłam więc (a myślenie nie jest moją najmocniejsza stroną), że w tym roku chcę mieć kolorową choinkę, a w zasadzie to lampki na niej. Wkrótce potem w salonie pojawiła się - jak co roku - dwumetrowa jodła szlachetna od naszego sprawdzonego sprzedawcy: piękna, pachnąca i rozłożysta. Jakiś tydzień później zawisło na niej 1000 jarmarcznych LED-owych światełek, a kolejne siedem dni później dołączyły do nich bombki: od srebrnych, przez złote, czerwone, na różowych kończąc. 


Rano, kiedy wstałam i zeszłam do salonu, aby popatrzeć na to "dzieło" sztuki, o mało co nie padłam z wrażenia (tego negatywnego niestety):

JEZUS! MARIA! Wieś tańczy i śpiewa! Ale wiocha! Ale kicz! Co robić?! CO ROBIĆ?! Podrzucić komuś, żeby sobie postawił koło krasnala ogrodowego? Rozebrać (zanim ktokolwiek zobaczy i pomyśli, że ukradłam ją z remizy) i ubrać na nowo? Ale to tysiąc światełek i kilkadziesiąt bombek! (Na to jestem zbyt leniwa). Nie chce mi się!

Szybko ściągnęłam z niej kilka różowych bombek (żeby nie wyglądała jak rekwizyt na paradę równości), dołożyłam więcej czerwonych i złocistych, a potem oddychając nieco z ulgą, sprawnie wycofałam się rakiem, żeby moja przaśna choinka dłużej nie patrzyła na mnie z wyrzutem.

W głowie, w której nadal huczało mi od tysiąca myśli na minutę, powoli kiełkował jeden sensowny pomysł. A im dłużej patrzyłam w kuchenny róg, tym moja koncepcja przybierała wyraźniejsze kształty. 

Ten kuchenny róg miał być bowiem moim ratunkiem. To w nim miała pojawić się druga choinka - tym razem z KLASĄ. Bez żadnej ekstrawagancji: prosta i klasyczna. Taka, której nie powstydziłaby się zawsze schludna i elegancka Jackie Kennedy.

Los nam sprzyjał (najwyraźniej on też już nie mógł patrzeć na naszą wieśniacką choinkę), bo kiedy ponownie pojawiliśmy się u naszego sprzedawcy świątecznych drzewek, ten z jakiegoś (do dzisiaj nieznanego) powodu ewidentnie chciał nam sprzedać jeden konkretny egzemplarz, który wstępnie wycenił na 60 euro (tyle co poprzednią).

Kiedy jednak nie spotkał się z naszym entuzjazmem, wkrótce sam zaproponował 55€, mimo że przy poprzedniej (też dwumetrowej i rozłożystej jodle szlachetnej) nie był skory do obniżki ceny. Niedługo później zaś stwierdził z pełnym przekonaniem, że za jedyne 50€ może być nasza. W przeciągu zaledwie kilku minut zszedł z ceny o 10€. Jestem pewna, że gdybyśmy się nie zgodzili na to 50, to za dziesięć minut prosiłby nas na kolanach i nawet oferował dopłatę!

Uff, święta uratowane! Choinka numer dwa stanęła w kuchni, mocno zaznaczając swoją obecność aromatem lasu i żywicy. Co najważniejsze - można patrzeć na nią do woli, nawet godzinę, i nie dostanie się od niej oczopląsu!

Kończąc tę "fascynującą" i przydługawą historię, życzę Wam wspaniałych, zdrowych i szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Niech będą takie, jakie lubicie: białe jak ośnieżone górskie szczyty, albo zielone jak Irlandia. Ciche i spokojne jak mysz pod miotłą, albo głośne, tłoczne i gwarne jak świąteczny jarmark. 


No i żebyście dostali lepsze prezenty od moich kotów (bo te chyba niezbyt były grzeczne, skoro święty Mikołaj sprezentował im kolejnego czworonożnego kolegę, na którego na razie podejrzliwie łypią okiem, na mnie zaś patrzą z ewidentnym wyrzutem w oczach - "za jakie grzechy?!".

Prawda jest jednak taka, że nic nie przeskrobały. Mały po prostu jest przesympatyczną znajdą-kuternogą, która albo sama się zgubiła, albo została bezwzględnie pozbawiona domu, przez co całe mroźne/deszczowe dni i noce spędzała na zewnątrz, leżąc skulona w ziemi. Wzięłam go do domu, bo jego noga ewidentnie wymaga interwencji weterynaryjnej (nie jest to niestety tylko skaleczenie/stłuczenie), a być może nawet operacji w celu jej naprawienia, ale tego dowiemy się już w nowym roku po prześwietleniu. Na razie mały został odrobaczony i grzecznie przyjmuje tabletki przeciwbólowe + lekarstwo na powiększone węzły chłonne. Apetyt ma aż za duży, a swoimi pokładami energii mógłby spokojnie obdarować ze dwa inne koty! Bryka po całym domu i cieszy się jak małpa na plantacji bananów.

Gdyby komuś chodziło teraz po głowie natarczywe pytanie: "ale po co?"/"dlaczego?". No cóż - jest takie piękne stwierdzenie: "miej serce i patrzaj w serce". Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć go żadnemu przykładnemu katolikowi. A tym, którzy nie wiedzą, co oznacza, podpowiem jedynie, że nie wypowiedział go Zbigniew Religa do żadnego ze swoich kardiochirurgów. 


Wesołych świąt, kochani!

czwartek, 24 grudnia 2015

Ho, ho, ho, Merry Christmas!


Ho, ho, ho! Udało mi się wygospodarować chwilę na zostawienie Wam małej notki.


Przybywam do Was z Zielonej Wyspy, która tradycyjnie już udowodniła, że nie bez kozery nosi taki, a nie inny przydomek. Choć w ostatnim czasie temperatury nieco spadły, to jednak śnieg pozostał w sferze moich marzeń. Dziś przez chwilę popadał śnieg z deszczem, ale tak naprawdę więcej było w tym deszczu niż śniegu. Boże Narodzenie jest zatem zielone. Tak jak rok temu, i dwa, i chyba trzy.


Jejku, chyba jeszcze do końca nie dowierzam, że to ostatnie podrygi 2015 roku. Powie mi ktoś, kiedy zleciały te wszystkie miesiące? Nie mam specjalnych planów na Sylwestra, choć przyznam, że marzy mi się krótki wyjazd nad morze lub ocean. Chociaż jednodniowy. Portmagee byłoby idealne. Tu jednak dużo będzie zależało od pogody, a ta pod koniec tego roku jest wyjątkowo niekorzystna. Wichury, sztormy, huragany i powodzie… Nasza listopadowa i grudniowa rzeczywistość.


Wiem, że nie dla wszystkich Boże Narodzenie jest wyjątkowym okresem. Nie dla każdego jest ono synonimem ciepłej, rodzinnej atmosfery, szczęścia i dobra. Nie dla wszystkich będzie ono niezapomnianym przeżyciem. Tutaj szczerze łączę się w bólu z tymi wszystkimi, którzy cierpią. Z tymi, którym podtopienia i wichury zniszczyły domostwa i dobytek, z tymi, którzy niedawno stracili kogoś bliskiego. Którzy są samotni, nieszczęśliwi i nie mają pomocnego ramienia, na którym mogliby się wesprzeć. Mam nadzieję, że Wasze smutki odejdą niedługo w zapomnienie.


Na świecie jest tyle zła i tyle nieszczęść. Codziennie jesteśmy zalewani falą złych newsów. W ostatnim czasie celowo narażam się na to, iż wyjdę na ignorantkę i ograniczam do minimum oglądanie wiadomości oraz słuchanie wiadomości radiowych, bo nadmiar złych wiadomości działa na mnie przygnębiająco. Odbiera mi spokój umysłu.


Nie możemy naprawić całego świata, ale możemy uszczęśliwić choć jednego człowieka, możemy zmienić czyjeś życie na lepsze. Możemy podać dalej swoją cząstkę dobra. Chciałabym, abyśmy zmieniali to, co możemy zmienić, abyśmy małymi gestami, uśmiechem i dobrem czynili nasze życie przyjemniejszym. Kochajmy się i miłujmy. Wybaczajmy. Zapominajmy o tym, co było złe. Cieszmy się życiem, bo życie to cud.


Mam nadzieję, że spędzicie te święta w taki sposób, jaki lubicie. Niech będą one zdrowe i szczęśliwe, a nowy, 2016 rok, niech przyniesie Wam wiele dobra.


Przy okazji chciałabym podziękować Wam za kolejny rok spędzony razem. Wiem, że są wśród Was tacy, którzy zaglądają do mnie już od wielu, wielu lat. I to Wam jestem wyjątkowo wdzięczna. Specjalne podziękowania składam też tym, którzy zawsze znajdują dla mnie czas, co objawia się zostawianiem mi komentarzy i maili. Bardzo je wszystkie doceniam i już obmyślam plan, jak Was za to wynagrodzić.


A teraz… sio! Bo jak się dowiem, że zbyt dużo czasu spędzaliście przed komputerem, to wtedy będzie inna gadka.


Wszystkiego najlepszego, moi mili!

sobota, 4 stycznia 2014

Nothing Lasts Forever

Ach, co to były za święta! Żal, że trwały tak krótko i że od następnych dzieli mnie kolejne kilkanaście miesięcy. Minione Boże Narodzenie dobitnie przypomniało mi, za co uwielbiam te święta. Za niepowtarzalną atmosferę, za to coś w powietrzu, co sprawia, że choć przez te kilka grudniowych tygodni łudzę się, że ludzie nie są wcale tacy źli, a świat taki okrutny, jak mogłoby się wydawać.


Uwielbiałam je dawno temu, kiedy spędzałam je w polskim domu i kiedy były zazwyczaj białe, pozbawione prezentów, za to zawsze wypełnione aromatycznymi zapachami dobiegającymi z kuchni. Uwielbiam je nadal, choć najczęściej są zielone, bo przecież taka jest moja nowa "ojczyzna", Irlandia. Mimo tego, że za większość przygotowań do nich to ja jestem odpowiedzialna. Kocham je za to, że zazwyczaj są wymarzone: spędzone tylko wśród tych, których naprawdę szanuję i cenię. Za to, że nie ma w nich obłudy, działań pod publikę, spięć, nerwowej atmosfery i robienia tego, czego się nie lubi. I to jest właśnie moja recepta na święta idealne: otaczanie się tylko tymi, których się kocha, robienie tylko tego, co się lubi.

Robiłam zatem to, co chciałam i co sprawiało mi przyjemność, nawet jeśli nie było to najmądrzejszym posunięciem z punktu widzenia mojego organizmu. Spędzanie nocy na robieniu różnych ciekawych rzeczy i chodzenie spać nad ranem to moje guilty pleasures, na które z niebywałą radością pozwalam sobie zawsze wtedy, kiedy jestem wolna od pracy.

Przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że czasami do pełni szczęścia – zwłaszcza wtedy, gdy za oknem wiatr żałośnie zawodzi, lub wszystko szaleńczo chłosta niemalże z siłą huraganu - wystarczy dach nad głową, dobra książka, filiżanka smacznej kawy, dziecko w ramionach, mięciutka sierść mruczącego kota i ciepły koc.

Bez rodziny jesteśmy tylko smutnymi bytami pozbawionymi korzeni i przeszłości. Potwornie samotnymi w dodatku. Nigdy nie zamieniłabym się z Nieśmiertelnym na jego nigdy niekończący się żywot. Nie przehandlowałabym swojej marnej, ściśle określonej egzystencji. Nie chciałabym dożyć dnia, w którym obudziłabym się i z przerażeniem stwierdziłabym, że jestem na tym świecie sama – beż żadnej bliskiej mi duszy, z którą łączą mnie wspólne geny i ta sama krew.

To, co piękne, zawsze się kiedyś kończy. Nawet w niektórych bajkach. Dlatego po tygodniowym nurzaniu się w błogim lenistwie, trzeba było wziąć się w garść i stawić czoło szarej rzeczywistości. Wiem, że do realizacji moich planów będę potrzebować mnóstwo konsekwencji i woli walki, ale nie poddaję się. Wykonuję wojenną hakę i stawiam się na placu boju. Dopóki będę walczyć, na pewno nie przegram.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Niewolnica tradycji


Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym i niewinnym dzieckiem, nieświadomie zaszczepiono mi sympatię do Bożego Narodzenia. Bo tak się składa, że mój rodzinny dom zawsze wypełniony był świątecznymi zapachami, jako że moja Mama – jak przystało na strażniczkę domowego ogniska – zawsze dbała o to, by na naszym świątecznym stole gościły ulubione przysmaki całej rodziny. Koniecznie domowej roboty. Uwielbiałam ten widok Mamy krzątającej się po kuchni, choć wtedy tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, ile trudu, wysiłku i czasu wymagają te wszystkie przygotowania.


Było najprawdziwsze sianko ze stajni dziadka, miejsce dla niezapowiedzianego gościa, były opłatki dla nas i dla naszych czworonogów. Nie było za to prezentów pod choinką, bo przecież tak naprawdę to nie o nie chodzi w tych świętach, prawda? Było kameralnie, skromnie, ale mimo to uroczo i nastrojowo. Magicznie. Nigdy nie czułam się poszkodowana z tego powodu, że w moim rodzinnym domu nie było wigilijnej tradycji obdarowywania się prezentami. Nie byłam biednym dzieckiem. Dla mnie były i są nimi dzieci, które dostają mnóstwo prezentów, ale nic poza tym – żadnego uczucia, żadnej troski.


Uwielbiałam nocne wyprawy na Pasterkę, kiedy pod butami trzeszczał śnieg, a w nos kąsał mróz. Bardzo lubiłam ten moment, kiedy kościół wypełniał się dźwiękami moich ulubionych kolęd. Miało się wtedy wrażenie – jak to fajnie ujął znajomy blogowy – że świątynia „za chwilę uniesie się w powietrze i poszybuje do nieba”. Nawet wspólne oglądanie ‘Kevina samego w domu’ miało swój urok. Uwielbiałam to wszystko i nadal uwielbiam.


Na dobrą sprawę to mogłabym sobie darować te wszystkie przygotowania świąteczne. Rozłożyć się wygodnie na kanapie i cieszyć się tym, jak mi dobrze, bo do końca roku mam wolne i wreszcie czas na odpoczynek. Ale nie chcę i chyba też nie potrafię. Bo jeśli chociaż raz odkryło się magię prawdziwych świąt, poznało ich urok, to już zawsze będzie się dążyło do tego, by tę niepowtarzalną atmosferę odtworzyć.


Dlatego sprzątałam, z przyjemnością wybierałam upominki dla bliskich, gotowałam i piekłam. Dlatego wczoraj zamiast bezczynności wybraliśmy spowiedź, rozwożenie prezentów i kilkugodzinne urzędowanie w kuchni. Połączenie mocy dało ogrom satysfakcji i apetyczne rezultaty: mamy sernik, bigos, pierniki, kruche ciastka, barszcz czerwony z uszkami, rybę po grecku, sałatki śledziowe. I zupę grzybową z najprawdziwszymi, nieziemsko aromatycznymi grzybami. Prosto z polskich lasów.


No i potwierdziło się, że Wigilia to dzień cudów: dotarły długo wyczekiwane przesyłki z Polski, a i moja szczęśliwie wylądowała dziś w rękach adresata. Dobra rada na przyszłość: nie wysyłajcie bliskim za granicą cięższych przesyłek za pomocą poczty polskiej. Kurier jest znacznie bardziej efektywny. I często tańszy.


Dziś prawie nic więcej mi nie potrzeba do szczęścia. Prawie, bo do pełni ideału brakuje mi tylko śniegu. Niestety wokół mnie tylko zieleń, a słońce od samego rana intensywnie rozświetlało mi kuchnię. Zdaje się, że po mroźnym początku grudnia zima się dezaktywowała. Miło by było, gdybym jutro wstała z łóżka - i patrząc przez okno – rzekła: ‘biało mi!’. Zielono jest mi już od dawna.


Niech te święta będą dla Was naprawdę przyjemnym czasem. Niech będą spędzone w zdrowiu, pogodnej atmosferze, szczęściu i radości. Życzę Wam beztroski, dużo śmiechu, wybornego towarzystwa i głębokich przeżyć duchowych, bo to one powinny być istotą Bożego Narodzenia. Bądźcie szczęśliwi i nie zapomnijcie uszczęśliwiać innych. A jeśli jeszcze nie zdołaliście odkryć magii Bożego Narodzenia, to życzę Wam, by kiedyś nadszedł taki dzień, kiedy tego dokonacie. Spełnienia marzeń i dużo dobra w nadchodzącym roku.


No i oczywiście do zobaczenia na moim blogu! :)