Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laeken. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laeken. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2012

Bruksela część druga - atomowy punkt programu

Będąc w dzielnicy Laeken nie mogliśmy tak po prostu ominąć jednego z symboli Brukseli – Atomium leżącego w sąsiedztwie zwiedzanych przez nas muzeów. Stara Zasada Leni mówi wyraźnie: „co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego”. My jednak nie zaliczamy się do leni, przynajmniej nie wtedy, kiedy jesteśmy w podróży, więc nie było sensu odkładać na później momentu, w którym staniemy przed Atomium - gigantycznym modelem kryształu żelaza z dziewięcioma atomami.

Spacer nie był forsujący i minął dość szybko. Im bliżej byliśmy celu, tym coraz bardziej jasne stawało się, że w bezpośrednim sąsiedztwie Atomium jest jakaś impreza. Świadczył o tym wyjątkowo natężony ruch samochodów i pieszych. Spod Atomium dobiegały odgłosy charakterystyczne dla samochodów wyścigowych. Dźwięk nie korespondował jednak z obrazem, więc automatycznie skierowałam się ku uchylonej metalowej bramie zachęcająco obwieszczającej „Entrée”. Poczułam się więc zaproszona i śmiałym krokiem przekroczyłam bramkę, by po chwili mogło do mnie dotrzeć, że mężczyzna znajdujący się gdzieś za mną, coś mówi. I że najwyraźniej swoje słowa kieruje do mnie. Kilka sekund później wiedziałam już od Monsieur Ochroniarza, że to Grand Prix i wymaga się tutaj biletów za 15€.

„Macie bilety?” „Nieee - jęknęłam zbyt przeciągle – nie mamy.” I nie mamy zamiaru ich kupować, dodałam w myślach. Przyszłam tu dla Atomium nie dla Formuły 1. Oddaliliśmy się zatem na pobliską ławkę, by usiąść i dokonać szybkiej zmiany planów. Jasne było, że do Atomium już dzisiaj się nie dostaniemy. Możemy za to porządnie zmoknąć, jeśli niepotrzebnie przedłużymy naszą wizytę tutaj. Niebo pociemniało groźnie, a delikatne krople były zwiastunem nadchodzącego, cięższego kalibru deszczu.



  


Drugi dzień pobytu w Brukseli okazał się bezsprzecznie przyjemniejszy od swego poprzednika. Tym razem do Atomium dotarliśmy na pokładzie charakterystycznego czerwonego autobusu Hop On Hop Off, bardzo wygodnego rozwiązania, z którego często korzystamy za granicami Irlandii. Wstęp do Atomium kosztował nas nieco mniej ze względu na obowiązującą zniżkę dla klientów przewoźnika autobusowego.

W popołudniowym świetle tego słonecznego dnia Atomium prezentowało się wyjątkowo okazale. Stojąc przed tą ogromną konstrukcją czułam tylko radość: że tu jestem i że Atomium nie zostało zdemontowane, jak zakładał pierwotny plan. Warto bowiem wiedzieć, że ten nietypowy obiekt, zaprojektowany przez inżyniera André Waterkeyna, wzniesiono z okazji Expo '58 na okres tylko 6 miesięcy.

Monument mierzy aż 102 metry wysokości i przedstawia model kryształu żelaza powiększony aż 160 miliardów razy. Całość wykonana jest ze stali i aluminium, a z dziewięciu sfer (atomów) turystom udostępnia się pięć z nich. Mieszczą się tam przeróżne - powiedziałabym, że dość oryginalne - ekspozycje.



  


Przemieszczanie się wewnątrz tub-korytarzy odbywa się sprawnie głównie za sprawą ruchomych schodów łączących poszczególne kule. Koniecznie trzeba wspomnieć o bardzo szybkiej windzie, która w ciągu zaledwie 23 sekund zawozi turystów na sam szczyt. Tam z kolei znajduje się restauracja, z której rozciąga się ładny widok na okolicę. Ceny są tutaj nawet znośne, choć oczywiście zawyżone. Warto jednak przysiąść tu na chwilę, bo rzadko kiedy można przebywać w restauracji z takim widokiem, w takich okolicznościach i na takiej wysokości. Cappuccino, serwowane tutaj w szklanym pucharku i w towarzystwie mini ciasteczka, zdecydowanie stawia na nogi.



  fotka zrobiona przez szybę


Siedzieliśmy przy stoliku z ciekawym widokiem na stolicę. Dopiero stąd widać potencjał sąsiedniego parku rozrywki znanego jako Bruparck. W jego skład wchodzi Mini-Europa złożona z ogromnej ilości modeli przeróżnych budowli europejskich, jak również Kinepolis i Océade – tropikalny park wodny.

Ciężko przegapić także Stade Roi Baudouin. Stadion króla Baudouina I, albo jak kto woli „nowy Heysel”. Jako nastolatka bardzo chciałam zobaczyć go na własne oczy, by minutą ciszy uczcić pamięć wszystkich tych, którzy zupełnie niepotrzebnie stracili tutaj życie feralnego 29 maja 1985 roku. To właśnie wtedy w finale Pucharu Europy Juventus Turyn spotkał się z Liverpoolem. To nie był standardowy mecz, mimo że mogłoby się wydawać, że tak właśnie będzie. Zanim piłkarze wybiegli na murawę, rozegrała się tutaj tragedia. Angielscy chuligani zaatakowali sąsiedni sektor, w którym znajdowali się głównie kibice włoskiego klubu. W efekcie Włosi zostali osaczeni. Pod naporem uciekających zawaliło się ogrodzenie, runęła też betonowa ściana. Zginęło 39 osób. Zostali uduszeni, stratowani, pokaleczeni. Kilkaset osób zostało rannych. Mecz odbył się z opóźnieniem. Juve, wówczas mające dwóch kapitalnych graczy: Platiniego i Bońka, zwyciężyło, ale wygrana była gorzka. Później stadion zamknięto i przebudowano, a po zakończeniu prac nazwano na cześć króla Baudouina I.




Wizyta w Atomium dostarczyła mi samej przyjemności i uważam, że powinien to być żelazny punkt dla każdego turysty będącego w Brukseli. Podobało mi się tam, nie podoba mi się jednak sztuczne zamieszanie wokół praw autorskich związanych z tym obiektem. Otóż pan inżynier Waterkeyn zadbał o to, by wszystkie zdjęcia jego dzieła były objęte prawami autorskimi. A wszystko to rzekomo w trosce o to, by wizerunek Atomium nie był rozpowszechniany w złych, na przykład rasistowskich, celach.

Prawami autorskimi rozporządza organizacja SABAM, a fotografie przedstawiające słynny model kryształu żelaza mogą być wykorzystywane głównie za opłatą uzależnioną od celu przeznaczenia fotek. Można je rozpowszechniać także za darmo, ale tylko pod warunkiem, że spełni się określone wymagania [mała rozdzielczość, niewielki rozmiar, odpowiedni podpis pod zdjęciem]. Sieć pełna jest „nielegalnych” zdjęć Atomium, które nie mieszczą się w sztywnych ramach postawionych warunków, a ich autorzy albo nie przejmują się wymogami, albo zwyczajnie o nich nie wiedzą. W niektórych przypadkach warto jednak dmuchać na zimne.

środa, 18 stycznia 2012

Bruksela część pierwsza - zejście na ziemię



Bruksela była ostatnim – trzecim – przystankiem na naszej belgijskiej trasie. Już pierwszego dnia w tym mieście szybko zrozumiałam, że chyba powinnam była ustalić inną kolejność: najpierw Bruksela, potem Gandawa, a na końcu Brugia. Takie rozwiązanie byłoby dla mnie mniej bolesne. Do stolicy Belgii trafiłam bowiem z pięknej, klimatycznej i wymuskanej Brugii i szybko przeżyłam szok. Po wysoce estetycznej Brugii Bruksela – "stolica Unii Europejskiej" - wydała mi się brudna, kosmopolityczna, niepotrzebnie napuszona i pozbawiona uroku.


 


Przez połowę dnia deptałam po zaśmieconych ulicach i dokonywałam psychicznego samobiczowania: „dlaczego, ale to dlaczego, głupia, nie zostałaś dłużej w Brugii?”  Układałam w głowie możliwie najdelikatniejszą odpowiedź na zawieszone w czasie pytanie mojej znajomej Belgijki: „jak podobała ci się stolica?”. Otóż prawda jest taka, że w tamtym momencie Bruksela wcale mi się nie podobała. Być może dlatego, że mój stan psychiczny i fizyczny nie pozwalał mi zbytnio dostrzegać plusów miasta. Po części dlatego, że mój duch najwyraźniej ciągle przebywał w malowniczej Brugii, a powłoka cielesna była już osłabiona intensywnym programem zwiedzania minionych dni i ubogim śniadaniem złożonym z kawy i dwóch jajek.


 


Humor zdecydowanie poprawiła mi wizyta w Musées d’Extrême-Orient [Muzeach Dalekiego Wschodu] –kompleksie złożonym z trzech fantastycznych obiektów, wspaniale wyróżniającymi się na tle szarych i zwyczajnych budynków. Całość składa się z repliki pawilonu chińskiego, japońskiej pagody, a także budynku mieszczącego muzeum sztuki japońskiej. Znajduje się tutaj unikatowa w skali światowej kolekcja orientalnych rycin i chińskich wyrobów z porcelany.


 


Bilet kosztuje tylko 4 euro, a zwiedzanie zdecydowanie warte jest tej ceny. Wszystko prezentuje się bardzo przyjemnie dla oka: począwszy od japońskiego ogrodu, gdzie fruwają duże, ale bardzo zwinne i szybkie ważki, które najwyraźniej mają w życiu tylko jeden cel: nie dać się sfotografować, aż po efektowne, dopracowane wnętrza pagody i pawilonu, gdzie widać ogromną dbałość o szczegóły.


 


Kompleks wnosi orientalny powiew świeżości w schematyczny z reguły świat muzealny, dlatego wizyty w tym miejscu nie traktowałam jako pobytu w tradycyjnym muzeum, a bardziej jako egzotyczną i ciekawą lekcję na temat Orientu. Autentyzm, z jakim odtworzono chiński pawilon i japońską pagodę, sprawiał, że nietrudno było dać się zwieść pozorom i pomyśleć, iż faktycznie jest się teraz w azjatyckim kraju.


 


Budynki zwiedza się we własnym tempie w towarzystwie wliczonego w cenę biletu audioprzewodnika. Przy przechodzeniu z budynku do budynku lekko irytował każdorazowy obowiązek pokazywania biletu kustoszowi muzealnemu. Nieco nielogiczny wymóg i niepotrzebne zawracanie głowy: już fakt posiadania przez nas audioprzewodników mógłby być wystarczającym dowodem na to, że nie przedarliśmy się na teren muzeów, a zwyczajnie zakupiliśmy bilet.


 


Wizyta zabrała nam 1,5 godziny, ale bez wątpienia moglibyśmy dłużej tam zabawić. Zwiedzanie wypadło w naszych oczach bardzo pozytywnie, choć ja osobiście ubolewam nad faktem, że nie ma tam lepiej rozwiniętej infrastruktury turystycznej. Orientalna kawiarenka idealnie wpisałaby się w klimat muzeów. Zamiast tego jest marna namiastka restauracji, niezbyt zachęcająca nawet do wypicia filiżanki kawy.


 


Muzea znajdują się w północnej dzielnicy Brukseli - Laeken - gdzie wybudowano także królewską posiadłość. Ze względu na obecność królewskich szklarni i ogrodów botanicznych okolicę nazywa się „szklanym miastem”. To dość przyjemna i zielona część miasta. Nieopodal znajduje się między innymi kopia fontanny z Piazza del Nettuno we włoskiej Bolonii. Przedstawia ona Neptuna i personifikacje czterech rzek, symboli jedynych znanych w XVI wieku kontynentów. Dunaj symbolizuje Europę, Nil Afrykę, Ganges Azję, a Amazonka Amerykę.


 


To był dopiero początek września, a oświetloną ciepłymi promykami drogę wyściełała gruba warstwa kasztanów i wysuszonych liści przyjemnie szeleszczących pod nogami. To była pierwsza i jedyna oznaka jesieni, na jaką natrafiłam w Brukseli. Przysiadłam na chwilę w tym jesiennym otoczeniu i wzięłam do ręki kilka kasztanów. Kiedy nie pozowałam Połówkowi do zdjęć, patrzyłam przed siebie. Na obiekt, który od dawna mnie przyciągał – na brukselski symbol, Atomium. Kilka minut później ruszyliśmy do majaczącego przed nami obiektu, nie wiedzieliśmy jednak, że zostaniemy odprawieni z kwitkiem. Ale o tym opowiem następnym razem.