Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże po Belgii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże po Belgii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2012

Bruksela część piąta - wnioski końcowe

 


Może się mylę, ale wydaje mi się, że Bruksela jest miastem, które trudno pokochać od pierwszego wejrzenia.J adąc tam, nie miałam jakichś szczególnych wyobrażeń i wygórowanych oczekiwań. Wręcz przeciwnie. Do każdej podróży podchodzę z dużą dozą entuzjazmu. Bez uprzedzeń, ze sporą dawką otwartości na to, co nowe. Każda atrakcja ma u mnie gwarantowany jeden przywilej kryjący się pod nazwą tabula rasa - daję danemu miejscu czystą kartę, aby zapisało ją tak, jak chce. Bruksela trochę zmarnowała swoją szansę.


  


Gandawę przyjęłam pozytywnie, Brugię jeszcze bardziej, Brukselę natomiast z mieszanymi uczuciami, które w pierwszym dniu pobytu miały zabarwienie dość negatywne. Nie udało misię pokochać tego miasta, udało mi się jednak przezwyciężyć początkową niechęć i rozczarowanie, co uważam za mały sukces i zawdzięczam kilku kapitalnym atrakcjom stolicy Belgii.


  


Bruksela, miasto, które od ponad półwiecza jest w posiadaniu tytułu stolicy Unii Europejskiej, które jest dumną siedzibą wielu ważnych instytucji europejskich, nieco rozczarowało mnie przy pierwszym kontakcie. Chyba jakoś podświadomie oczekiwałam od niego czegoś więcej. Dostałam natomiast to, co tak naprawdę jest w każdym dużym mieście – wgląd w życie na granicy dwóch światów. Z jednej strony mamy ugrzeczniony, nowoczesny świat eurokratów w drogich garniturach, luksusowych limuzynach, z neseserami w ręku, wiecznie gdzieś pędzących, z drugiej zaś jest smutny obraz biedy i brudu – świat bardziej pospolity, szary, który nie zawsze chce się oglądać. Bo to nie jest przyjemne.


  


Raziły mnie leżące w niektórych miejscach śmieci – choć przyznać muszę, że częściej natrafiało sięna nie na peryferiach, rzadziej w ścisłym centrum - a bezdomni i ich legowiska przygnębiały. W drodze do Atomium, tuż pod jednym z drzew, ktoś urządził sobie legowisko: kołdra i poduszka niedbale rzucone na trawę, garść puszek, gałęzie służące za dach i ziemia za materac.


 




  






Nieopodal centrum, w drodze naGrand-Place, z zadumy wyrwała mnie wiązanka przekleństw rzucona w rozmowie przez jednego bezdomnego do drugiego. Obydwaj panowie z Polski, jeden na bruku, drugi też. Gdzieś tam pojawił się odruch, by przystanąć i zapytać, czy nie potrzebują pomocy, ale przyznam szczerze, że ten bukiet przekleństw skutecznie mnie zniechęcił. Poza tym w takich przypadkach zawsze jest u mnie ten brak pewności: zaoferować pomoc czy nie? Jaką mam pewność, że nie usłyszę: „spadaj, paniusiu!” [wersja light].  Teraz możecie mnie ukamienować, bo nie pomogłam.


  


Jest też aspekt architektoniczny, który sprawił, że odebrałam to miasto w kategoriach małego chaosu urbanizacyjnego. Są tu ładne dzielnice, przyjemne zakątki, miłe dla oka budynki będące na przykład fajnym manifestem secesji, ale gdzieś w powietrzu wyczuwałam tu zapach porażki – ktoś chciał zgrabnie połączyć przeszłość z teraźniejszością, nowe ze starym, stworzyć przyjemne architektonicznie miasto, ale to nie do końca wyszło.


  


Można tu poczuć i niemalże dotknąć to, na dźwięk czego wzdryga się pewnie niejeden architekt – bruxellisation. Brukselizacja. To coś, co może ładnie brzmi po francusku, w praktyce oznacza natomiast coś potwornego. Brukselizacja to tak jakby gwałt na starej zabudowie miasta. To synonim nieudanych zmian architektonicznych: niszczenie zabytkowych dzielnic, budowli, a w ich miejsce wznoszenie nowych, niekoniecznie ładnych. Taka była cena, jaką należało zapłacić za Expo '58 i za tytuł stolicy Unii Europejskiej. Procesy zachodzące w Brukseli wymagały przemian. Jednak kiedy patrzy się na nie z punktu architektonicznego i zamiast ładnych domów cechowych widzi się postmodernistyczne wieżowce, nasuwa się jeden wniosek: te zmiany nie do końca były korzystne. Chyba można było to mniej boleśnie rozegrać.


  


Grand-Place, rynek będący dumą stolicy Belgii też nie do końca skradł moje serce. Dwa razy go oglądałam i ani razu nie udało mi się obejrzeć go w pełnej krasie. Za pierwszym razem panował tam nieprzyzwoity tłok. Akurat trafiliśmy na imprezę o nazwie Belgian Beer Weekend. Plac zdominowany był przez miłośników złocistego trunku, piwo lało się strumieniami i naprawdę ciężko było utorować sobie drogę, a co dopiero mówić o podziwianiu detali architektonicznych tamtejszych kamienic. Na drugi dzień plac „odgruzowywano”: na XIV-wiecznym bruku zalegiwało mnóstwo odpadków pozostawionych po piwoszach i jakkolwiek mocno się starałam, nie potrafiłam udać, że nie widzę tego burdelu.


  


Nie zgadzam się zestwierdzeniem, że jest to najładniejszy rynek europejski. Tworzące go budowle są dla mnie zbyt bogato zdobione. Ładne, owszem, ale mimo wszystko jakieś takie „przekombinowane”: za dużo tam przepychu, eklektyzmu, jakiegoś chaosu. W rezultacie nie wiadomo na co patrzeć, mnogość ozdobników rozprasza. A przecież piękno tkwi w prostocie, prawda?


  


Bardzo natomiast podobałami się w Brukseli duża ilość znaków kierujących do poszczególnych atrakcji. Miasto jest dobrze oznakowane, a każda nazwa w dwóch językach: niderlandzkim i francuskim. Dzięki temu łatwo było się poruszać i szybko odnajdywać w terenie. Spacery miały tutaj zatem przyjemny charakter, a błądzenie raczej nie wchodziło w  grę.




  




Jeśli chodzi o kwestię bezpieczeństwa – naturalnie trzeba tu uważać. Jak wszędzie zresztą. Bruksela to jednak miasto znacznie większe niż Brugia czy Gandawa, więc teoretycznie są tu większe szanse, że przytrafi nam się coś niezbyt fajnego.




  




Na brukselskim dworcu przed kupnem biletów na pociąg rozdzieliliśmy się i ustawiliśmy w dwóch równoległych kolejkach. Za mną szybko stanął Czarny Jegomość. I tu nie chodzi oto, że facet był czarny. Jak dla mnie mógłby być nawet zielony. Problem polegał na tym, że on stał zdecydowanie za blisko. I nie było to odosobnione, wyimaginowane odczucie panienki przewrażliwionej na punkcie kontaktu dotykowego. Po minie Połówka widziałam, że mamy takie same odczucia. Facet stoi za blisko mnie, wręcz na mnie wchodzi, a każda moja próba odsunięcia się od niego, spełza na niczym. Bo po sekundzie znów czułam jego oddech na plecach i jego masę napierającą na mnie. Może to go podniecało. Mnie nie bardzo. I tak, chciałabym naiwnie wierzyć, że przyciągnęła go do mnie woń moich perfum – jak na ironię Absolutely Irresistible Givenchy. Rozumiem, że „egzotyczna” uroda może przyciągać Murzynów, ale nawet jeśli tak było, to Czarny Jegomość mógł to inaczej rozegrać. Bo ocieranie się o obcą osobę uważam za dość prymitywne, końskie zaloty. Nawet bardziej podchodzi mi to pod jakąś dewiację niż pod metodę podrywu. Co najwyżej pod sposób na obicie facjaty, o czym przekonały mnie później ostre słowa Połówka: „jeszcze chwila i facet nieźle by oberwał”. Oby następnym razem Czarny Jegomość nie trafił na kogoś mniej cierpliwego. A może właśnie powinien trafić?



piątek, 16 marca 2012

Bruksela część czwarta - sikająca para i pies

Ten mały ekshibicjonista jest naprawdę fenomenalny, myślę sobie spoglądając na figurkę Manneken Pis. Jak inaczej można go podsumować? Nie jest to ani najbardziej poruszająca rzeźba, jaką widziałam, ani nawet niezbity dowód na geniusz jej autora. Gdybym jej nie zobaczyła, nie byłabym ani uboższa, ani gorsza. Chyba nic bym nie straciła, a mimo to przyszłam tu po śladach setek tysięcy turystów, by zobaczyć właśnie jego: małego, nagiego, pulchnego chłopca, nic nie robiącego sobie z tego, że w jego tyłku tkwi rurka, a każda para oczu zwrócona jest właśnie ku niemu.


   


Prawdziwy fenomen. Dla wielu najważniejsza osobistość w mieście, narodowy i niepodważalny symbol Belgii o magnetycznej sile przyciągania i sławie odwrotnie proporcjonalnej do jego wielkości. Gdyby został ożywiony, mógłby napisać bestsellerowy poradnik w stylu: „Jak zostać sławnym mając olewający stosunek do życia”. Czas uczynił go bohaterem, a jednocześnie spowił jego genezę wieloma legendami. Gdybyśmy zapytali kilku brukselczyków o jego korzenie, dostalibyśmy najprawdopodobniej kilka różnych odpowiedzi.




   




Usłyszelibyśmy, że Manneken Pis powstał na cześć malca, który w XIV wieku sikając ugasił lont materiałów wybuchowych podłożonych pod mury miasta przez agresorów bezskutecznie próbujących zdobyć Brukselę. Dowiedzielibyśmy się o dwunastowiecznej bitwie, w czasie której na drzewie zawieszono kołyskę z synem dowódcy w celu dodania odwagi żołnierzom. Malec niezrażony walką mającą miejsce u jego stóp, wstał i obsikał wrogie wojska, które ostatecznie przegrały bitwę.


   


Poznalibyśmy również historię o bogatym szlachcicu, który zgubił w tłumie swego kilkuletniego synka. Jedna z wersji mówi, że chłopiec obsikał dom czarownicy, a ta za karę zamieniła go w posąg. Inna, że po szeroko zakrojonych poszukiwaniach prowadzonych przez zrozpaczonego ojca po paru dniach odnaleziono jego syna akurat załatwiającego swoją potrzebę fizjologiczną. Właśnie tu, gdzie obecnie stoi rzeźba Manneken Pis.




   


Wiele jest historyjek na temat Sikającego Chłopca, ale jeszcze więcej jest jego wcieleń. Bo ten mały golas jest niczym kameleon: jednego dnia może być piłkarzem, innego pilotem RAF-u, studentem, atletą lub żołnierzem armii amerykańskiej. Ciągle zwiększającej się garderoby – liczącej ponad 700 strojów - mogłaby mu pozazdrościć niejedna celebrytka. Przeróżne kostiumy - począwszy od ludowych, przez arystokratyczne, karnawałowe, a kończąc na wojskowych - można obejrzeć w „Domu Króla”, muzeum na Grand-Place, niedaleko którego usytuowany jest Manneken Pis.




  


W zamierzchłych czasach figurka chłopca była kamienna, dopiero później w XVII wieku Jerome Duquesnoy wykonał replikę z brązu. Sikający Chłopiec od dawna był ulubionym łupem złodziei, kradziono go, a czasami nawet niszczono. Wandala, który w XIX wieku rozbił rzeźbę na kawałki, skazano na dożywotnie roboty. Nieszczęśnik chyba nie zdawał sobie sprawy o konsekwencjach przemocy w stosunku do tak ważnej persony w stolicy.


  


W 1985 roku dzięki rzeźbiarzowi Denisowi Debouvrie Manneken wzbogacił się o siostrzyczkę. Za całą inicjatywę ponoć odpowiedzialne były belgijskie feministki. To one zażyczyły sobie damskiej wersji sikającej figury. Jeanneke Pis nie ustawiono jednak obok słynnego posągu. Nie dość, że małą umieszczono w dużo mniej znanej i uczęszczanej uliczce, prostopadle biegnącej do Rue des Bouchers, Ulicy Rzeźników, to jeszcze zamknięto ją za kratami. Ale „Janeczka” nie wydaje się być zmartwiona tym faktem. Z dziecięcą radością szczerzy swą okrągłą twarzyczkę przyozdobioną dwoma niewielkimi „kucykami” i robi, to co jej dużo starszy brat – sika. Jest jeszcze gdzieś sikający pies, ale nie wystarczyło mi czasu, żeby do niego dotrzeć.





  


  fotka pochodzi ze strony: http://www.loughrigg.org/bxlLandmarks/

czwartek, 1 marca 2012

Bruksela część trzecia - w jeden dzień dookoła Europy

Nowy Port, Kopenhaga, Dania




Siedziałam w restauracji malowniczo usytuowanej na najwyższym poziomie Atomium i uśmiechałam się do siebie na żartobliwą myśl o tym, że w tym momencie mam Brukselę u swoich stóp. Elegancko podane i aromatyczne cappuccino może nie było warte swojej ceny, ale dołączony do niego widok z pewnością tak. W tamtym momencie mój największy dylemat sprowadzał się do pytania: co z Mini-Europą? Iść czy nie iść?


  Bazylika Sacre-Coeur, Paryż, Francja




Mini-Europa leży tuż obok Atomium. To jedna z większych atrakcji brukselskiego parku rekreacyjnego kryjącego się pod nazwą Bruparck. Prawda jest taka, że Mini-Europy nie było na mojej liście top 5 Brukseli, ani nawet top 10. Jednak im mniej było kawy w mojej filiżance, tym rodziła się we mnie coraz większa chęć obejrzenia sąsiedniej atrakcji.


  Mogosoaia Palace, Rumunia




Dlaczego nie wpisałam Mini-Europy na moją listę? Bo myślałam sobie, że to rozrywka dobra dla dzieci. Bo pewnie znajdujące się tam miniatury zabytków są tandetne, a samo miejsce bardzo komercyjne. Bo miałam ciekawsze rzeczy do zobaczenia. Krótki odpoczynek w restauracji nie tylko zregenerował moje siły witalne, lecz przede wszystkim wpłynął na zmianę mojego zdania. Jakże prawdziwe okazało się powiedzenie „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Z mojego punktu obserwacyjnego Mini-Europa przedstawiała się atrakcyjnie, a do odwiedzenia jej dodatkowo zachęcała mała ilość turystów i piękna pogoda.


  prom pasażerski Pride of Dover




Za €11.90 od osoby [ze zniżką dla osób, które korzystały z autobusów Hop On – Hop Off] pani kasjerka wyposażyła nas w bilety. Jeszcze dobrze nie przekroczyłam progu tego obiektu, kiedy ze zwinnością typową dla wojowników ninja zakradła się do nas maskotka Mini-Europy. Taki tamtejszy Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej.


  Katedra w Santiago de Compostela, Hiszpania




Pluszak sprawnym ruchem ustawił mnie po swojej lewej stronie, Połówka po prawej i nim cokolwiek zdążyłam powiedzieć, oślepił mnie blask flesza. Akurat w tym momencie, kiedy nadszedł wyjątkowo silny podmuch powietrza. Nic dziwnego, że kiedy przy wyjściu z Mini-Europy zobaczyłam na zdjęciach swoje oblicze, byłam skłonna zapłacić fotografowi więcej niż konieczne, aby tylko zniszczył kompromitujące mnie dowody. Miałam fryzurę niczym Marge Simpson, a moje ciuchy zbyt mocno przyklejone do ciała sugerowały, że w momencie pstrykania fotki ktoś zrobił mi żart, ustawiając za mną ogromną rurę odkurzacza, która – wydawać by się mogło - skutecznie wsysała mnie do środka.


  katedra w Spirze, Niemcy - port w Kopenhadze, Dania - Veves Castle, Celles, Belgia




Otworzyliśmy całkiem sporych rozmiarów książeczkowe przewodniki, w które zostaliśmy zaopatrzeni i rozpoczęliśmy podróż po Unii Europejskiej. Park zawiera jakieś 350 miniatur z 80 miast Starego Kontynentu, a każdy miniaturowy zabytek opisany jest w przewodniku. Wszystko okraszone ładnymi fotografiami i ciekawostkami. To takie pożyteczne kompendium wiedzy. Nawet po zakończeniu zwiedzania nie wyrzuciłam go, by w wolnej chwili przeglądać przewodnik i poszerzać wiedzę. 


  Torre de Belem, Lizbona, Portugalia




Bardzo szybko przekonałam się, że nie miałam racji. Mini-Europa nie jest kiepskiej jakości atrakcją, a zgromadzone w niej miniatury absolutnie nie przypominają produktów made in China. Każda replika została starannie i pieczołowicie przygotowana. Nieraz zostało to okupione setkami, a czasem nawet tysiącami (!) godzin pracy i wysokimi kosztami produkcji. Efekt jest naprawdę imponujący. Architektoniczne detale wzbudzają podziw, a zgromadzone tam atrakcje są pod pewnym względem czasami lepsze niż ich pierwowzory. Ze względu na ich rozmiar – repliki zaprezentowane są w skali 1:25 - można dokładnie obejrzeć daną konstrukcję: spojrzeć na nią z bardziej korzystnej perspektywy i dostrzec te elementy budowli, które w przypadku pierwowzorów są czasami niedostępne dla oka.


  Łuk Triumfalny, Paryż, Francja




We wspomnianych modelach urzekła mnie przede wszystkim precyzja, z jaką je wykonano. Wszystko prezentuje się wręcz idealnie – tak jakby prawdziwe atrakcje turystyczne zostały jakimś dziwnym sposobem pomniejszone, a potem w nienaruszonym stanie przetransportowane do brukselskiej Mini-Europy. Widać tę dbałość o szczegóły, dążenie do najwierniejszego odwzorowania oryginału i to jest bez wątpienia duży plus.


  dywan z kwiatów na Wielkim Placu, Bruksela, Belgia




Eksponaty utworzone są z wysokiej jakości materiału, bo w zamierzeniu mają być odporne na zmienne warunki atmosferyczne – park znajduje się pod gołym niebem – i przystosowane do częstej eksploatacji. Podobał mi się „żywy” wymiar eksponatów: pływające statki, pędzące pociągi, poruszający się ludzie, czy proces burzenia muru berlińskiego.




  


El Escorial, Hiszpania - Szecheny i kompleks basenów i term, Budapeszt, Węgry - Potrójny Most, Lublana, Słowenia




W czasie spaceru po Mini-Europie odkryłam też, jak wiele mam z dziecka i jak niewiele potrzeba mi do szczęścia. Wiecie, co należy zrobić, by na kilka godzin zająć blondynkę? Dać jej kartkę z napisem na obu stronach „odwróć!”. Przekonałam się, że przerażająco niewiele różni mnie od tej blondynki z powyższego dowcipu.


  mój ulubieniec: Wezuwiusz, Włochy




W momencie, w którym znalazłam się na wibrującej platformie Wezuwiusza w czasie erupcji, wszystkie inne miniatury przestały dla mnie istnieć, a ja zdążyłam skwitować tylko: "Ooooo,to jest BARDZO przyjemne!" Godzinami mogłabym wchodzić na tę platformę, a do jej opuszczenia mógł mnie zmusić tylko najpodlejszy szantaż. Wezuwiusz dymił, huczał, drżał, a ja byłam w siódmym niebie. Na szczęście wibrująca platforma umieszczona była na końcu trasy – gdyby była na samym początku moja wizyta w parku pewnie trwałaby  całą wieczność.


  reprezentanci z Polski: Dwór Artusa i Pomnik Poległych Stoczniowców




W parku nie mogło zabraknąć polskiego akcentu. Kraj nad Wisłą dumnie reprezentuje nie Warszawa, nie Kraków, lecz Gdańsk. Przed piętnastowiecznym Dworem Artusa znajduje się Fontanna Neptuna z XVII wieku – symbol tego miasta. Jest tu także Pomnik Poległych Stoczniowców nazywany często Trzema Krzyżami. Pod pomnikiem zaś stoi Wałęsa. Tuż obok charakterystyczny biały transparent z czerwonym hasłem Solidarność. 1/06/2004 były prezydent Polski osobiście pojawił się w Mini-Europie.


  Gandawa, Belgia




Mini-Europa zdecydowanie pozytywnie nas zaskoczyła i niespodziewanie okazała się być jedną z najmilej wspominanych przez nas brukselskich atrakcji. Naprawdę przyjemnie spacerowało się wśród tych wszystkich modeli. Wizyta w tym miejscu była niczym podróż Gullivera do Krainy Liliputów. To interesujące miejsce o dużym potencjale edukacyjnym – zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Szkoda, że w ramach lekcji geografii nie organizuje się wycieczek do miejsc tego typu. Krótko mówiąc Mini-Europa jest niepowtarzalną okazją do tego, by w ciągu jednego dnia odbyć podróż dookoła całej Europy.

sobota, 4 lutego 2012

Bruksela część druga - atomowy punkt programu

Będąc w dzielnicy Laeken nie mogliśmy tak po prostu ominąć jednego z symboli Brukseli – Atomium leżącego w sąsiedztwie zwiedzanych przez nas muzeów. Stara Zasada Leni mówi wyraźnie: „co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego”. My jednak nie zaliczamy się do leni, przynajmniej nie wtedy, kiedy jesteśmy w podróży, więc nie było sensu odkładać na później momentu, w którym staniemy przed Atomium - gigantycznym modelem kryształu żelaza z dziewięcioma atomami.

Spacer nie był forsujący i minął dość szybko. Im bliżej byliśmy celu, tym coraz bardziej jasne stawało się, że w bezpośrednim sąsiedztwie Atomium jest jakaś impreza. Świadczył o tym wyjątkowo natężony ruch samochodów i pieszych. Spod Atomium dobiegały odgłosy charakterystyczne dla samochodów wyścigowych. Dźwięk nie korespondował jednak z obrazem, więc automatycznie skierowałam się ku uchylonej metalowej bramie zachęcająco obwieszczającej „Entrée”. Poczułam się więc zaproszona i śmiałym krokiem przekroczyłam bramkę, by po chwili mogło do mnie dotrzeć, że mężczyzna znajdujący się gdzieś za mną, coś mówi. I że najwyraźniej swoje słowa kieruje do mnie. Kilka sekund później wiedziałam już od Monsieur Ochroniarza, że to Grand Prix i wymaga się tutaj biletów za 15€.

„Macie bilety?” „Nieee - jęknęłam zbyt przeciągle – nie mamy.” I nie mamy zamiaru ich kupować, dodałam w myślach. Przyszłam tu dla Atomium nie dla Formuły 1. Oddaliliśmy się zatem na pobliską ławkę, by usiąść i dokonać szybkiej zmiany planów. Jasne było, że do Atomium już dzisiaj się nie dostaniemy. Możemy za to porządnie zmoknąć, jeśli niepotrzebnie przedłużymy naszą wizytę tutaj. Niebo pociemniało groźnie, a delikatne krople były zwiastunem nadchodzącego, cięższego kalibru deszczu.



  


Drugi dzień pobytu w Brukseli okazał się bezsprzecznie przyjemniejszy od swego poprzednika. Tym razem do Atomium dotarliśmy na pokładzie charakterystycznego czerwonego autobusu Hop On Hop Off, bardzo wygodnego rozwiązania, z którego często korzystamy za granicami Irlandii. Wstęp do Atomium kosztował nas nieco mniej ze względu na obowiązującą zniżkę dla klientów przewoźnika autobusowego.

W popołudniowym świetle tego słonecznego dnia Atomium prezentowało się wyjątkowo okazale. Stojąc przed tą ogromną konstrukcją czułam tylko radość: że tu jestem i że Atomium nie zostało zdemontowane, jak zakładał pierwotny plan. Warto bowiem wiedzieć, że ten nietypowy obiekt, zaprojektowany przez inżyniera André Waterkeyna, wzniesiono z okazji Expo '58 na okres tylko 6 miesięcy.

Monument mierzy aż 102 metry wysokości i przedstawia model kryształu żelaza powiększony aż 160 miliardów razy. Całość wykonana jest ze stali i aluminium, a z dziewięciu sfer (atomów) turystom udostępnia się pięć z nich. Mieszczą się tam przeróżne - powiedziałabym, że dość oryginalne - ekspozycje.



  


Przemieszczanie się wewnątrz tub-korytarzy odbywa się sprawnie głównie za sprawą ruchomych schodów łączących poszczególne kule. Koniecznie trzeba wspomnieć o bardzo szybkiej windzie, która w ciągu zaledwie 23 sekund zawozi turystów na sam szczyt. Tam z kolei znajduje się restauracja, z której rozciąga się ładny widok na okolicę. Ceny są tutaj nawet znośne, choć oczywiście zawyżone. Warto jednak przysiąść tu na chwilę, bo rzadko kiedy można przebywać w restauracji z takim widokiem, w takich okolicznościach i na takiej wysokości. Cappuccino, serwowane tutaj w szklanym pucharku i w towarzystwie mini ciasteczka, zdecydowanie stawia na nogi.



  fotka zrobiona przez szybę


Siedzieliśmy przy stoliku z ciekawym widokiem na stolicę. Dopiero stąd widać potencjał sąsiedniego parku rozrywki znanego jako Bruparck. W jego skład wchodzi Mini-Europa złożona z ogromnej ilości modeli przeróżnych budowli europejskich, jak również Kinepolis i Océade – tropikalny park wodny.

Ciężko przegapić także Stade Roi Baudouin. Stadion króla Baudouina I, albo jak kto woli „nowy Heysel”. Jako nastolatka bardzo chciałam zobaczyć go na własne oczy, by minutą ciszy uczcić pamięć wszystkich tych, którzy zupełnie niepotrzebnie stracili tutaj życie feralnego 29 maja 1985 roku. To właśnie wtedy w finale Pucharu Europy Juventus Turyn spotkał się z Liverpoolem. To nie był standardowy mecz, mimo że mogłoby się wydawać, że tak właśnie będzie. Zanim piłkarze wybiegli na murawę, rozegrała się tutaj tragedia. Angielscy chuligani zaatakowali sąsiedni sektor, w którym znajdowali się głównie kibice włoskiego klubu. W efekcie Włosi zostali osaczeni. Pod naporem uciekających zawaliło się ogrodzenie, runęła też betonowa ściana. Zginęło 39 osób. Zostali uduszeni, stratowani, pokaleczeni. Kilkaset osób zostało rannych. Mecz odbył się z opóźnieniem. Juve, wówczas mające dwóch kapitalnych graczy: Platiniego i Bońka, zwyciężyło, ale wygrana była gorzka. Później stadion zamknięto i przebudowano, a po zakończeniu prac nazwano na cześć króla Baudouina I.




Wizyta w Atomium dostarczyła mi samej przyjemności i uważam, że powinien to być żelazny punkt dla każdego turysty będącego w Brukseli. Podobało mi się tam, nie podoba mi się jednak sztuczne zamieszanie wokół praw autorskich związanych z tym obiektem. Otóż pan inżynier Waterkeyn zadbał o to, by wszystkie zdjęcia jego dzieła były objęte prawami autorskimi. A wszystko to rzekomo w trosce o to, by wizerunek Atomium nie był rozpowszechniany w złych, na przykład rasistowskich, celach.

Prawami autorskimi rozporządza organizacja SABAM, a fotografie przedstawiające słynny model kryształu żelaza mogą być wykorzystywane głównie za opłatą uzależnioną od celu przeznaczenia fotek. Można je rozpowszechniać także za darmo, ale tylko pod warunkiem, że spełni się określone wymagania [mała rozdzielczość, niewielki rozmiar, odpowiedni podpis pod zdjęciem]. Sieć pełna jest „nielegalnych” zdjęć Atomium, które nie mieszczą się w sztywnych ramach postawionych warunków, a ich autorzy albo nie przejmują się wymogami, albo zwyczajnie o nich nie wiedzą. W niektórych przypadkach warto jednak dmuchać na zimne.

środa, 18 stycznia 2012

Bruksela część pierwsza - zejście na ziemię



Bruksela była ostatnim – trzecim – przystankiem na naszej belgijskiej trasie. Już pierwszego dnia w tym mieście szybko zrozumiałam, że chyba powinnam była ustalić inną kolejność: najpierw Bruksela, potem Gandawa, a na końcu Brugia. Takie rozwiązanie byłoby dla mnie mniej bolesne. Do stolicy Belgii trafiłam bowiem z pięknej, klimatycznej i wymuskanej Brugii i szybko przeżyłam szok. Po wysoce estetycznej Brugii Bruksela – "stolica Unii Europejskiej" - wydała mi się brudna, kosmopolityczna, niepotrzebnie napuszona i pozbawiona uroku.


 


Przez połowę dnia deptałam po zaśmieconych ulicach i dokonywałam psychicznego samobiczowania: „dlaczego, ale to dlaczego, głupia, nie zostałaś dłużej w Brugii?”  Układałam w głowie możliwie najdelikatniejszą odpowiedź na zawieszone w czasie pytanie mojej znajomej Belgijki: „jak podobała ci się stolica?”. Otóż prawda jest taka, że w tamtym momencie Bruksela wcale mi się nie podobała. Być może dlatego, że mój stan psychiczny i fizyczny nie pozwalał mi zbytnio dostrzegać plusów miasta. Po części dlatego, że mój duch najwyraźniej ciągle przebywał w malowniczej Brugii, a powłoka cielesna była już osłabiona intensywnym programem zwiedzania minionych dni i ubogim śniadaniem złożonym z kawy i dwóch jajek.


 


Humor zdecydowanie poprawiła mi wizyta w Musées d’Extrême-Orient [Muzeach Dalekiego Wschodu] –kompleksie złożonym z trzech fantastycznych obiektów, wspaniale wyróżniającymi się na tle szarych i zwyczajnych budynków. Całość składa się z repliki pawilonu chińskiego, japońskiej pagody, a także budynku mieszczącego muzeum sztuki japońskiej. Znajduje się tutaj unikatowa w skali światowej kolekcja orientalnych rycin i chińskich wyrobów z porcelany.


 


Bilet kosztuje tylko 4 euro, a zwiedzanie zdecydowanie warte jest tej ceny. Wszystko prezentuje się bardzo przyjemnie dla oka: począwszy od japońskiego ogrodu, gdzie fruwają duże, ale bardzo zwinne i szybkie ważki, które najwyraźniej mają w życiu tylko jeden cel: nie dać się sfotografować, aż po efektowne, dopracowane wnętrza pagody i pawilonu, gdzie widać ogromną dbałość o szczegóły.


 


Kompleks wnosi orientalny powiew świeżości w schematyczny z reguły świat muzealny, dlatego wizyty w tym miejscu nie traktowałam jako pobytu w tradycyjnym muzeum, a bardziej jako egzotyczną i ciekawą lekcję na temat Orientu. Autentyzm, z jakim odtworzono chiński pawilon i japońską pagodę, sprawiał, że nietrudno było dać się zwieść pozorom i pomyśleć, iż faktycznie jest się teraz w azjatyckim kraju.


 


Budynki zwiedza się we własnym tempie w towarzystwie wliczonego w cenę biletu audioprzewodnika. Przy przechodzeniu z budynku do budynku lekko irytował każdorazowy obowiązek pokazywania biletu kustoszowi muzealnemu. Nieco nielogiczny wymóg i niepotrzebne zawracanie głowy: już fakt posiadania przez nas audioprzewodników mógłby być wystarczającym dowodem na to, że nie przedarliśmy się na teren muzeów, a zwyczajnie zakupiliśmy bilet.


 


Wizyta zabrała nam 1,5 godziny, ale bez wątpienia moglibyśmy dłużej tam zabawić. Zwiedzanie wypadło w naszych oczach bardzo pozytywnie, choć ja osobiście ubolewam nad faktem, że nie ma tam lepiej rozwiniętej infrastruktury turystycznej. Orientalna kawiarenka idealnie wpisałaby się w klimat muzeów. Zamiast tego jest marna namiastka restauracji, niezbyt zachęcająca nawet do wypicia filiżanki kawy.


 


Muzea znajdują się w północnej dzielnicy Brukseli - Laeken - gdzie wybudowano także królewską posiadłość. Ze względu na obecność królewskich szklarni i ogrodów botanicznych okolicę nazywa się „szklanym miastem”. To dość przyjemna i zielona część miasta. Nieopodal znajduje się między innymi kopia fontanny z Piazza del Nettuno we włoskiej Bolonii. Przedstawia ona Neptuna i personifikacje czterech rzek, symboli jedynych znanych w XVI wieku kontynentów. Dunaj symbolizuje Europę, Nil Afrykę, Ganges Azję, a Amazonka Amerykę.


 


To był dopiero początek września, a oświetloną ciepłymi promykami drogę wyściełała gruba warstwa kasztanów i wysuszonych liści przyjemnie szeleszczących pod nogami. To była pierwsza i jedyna oznaka jesieni, na jaką natrafiłam w Brukseli. Przysiadłam na chwilę w tym jesiennym otoczeniu i wzięłam do ręki kilka kasztanów. Kiedy nie pozowałam Połówkowi do zdjęć, patrzyłam przed siebie. Na obiekt, który od dawna mnie przyciągał – na brukselski symbol, Atomium. Kilka minut później ruszyliśmy do majaczącego przed nami obiektu, nie wiedzieliśmy jednak, że zostaniemy odprawieni z kwitkiem. Ale o tym opowiem następnym razem.