Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United Kingdom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United Kingdom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2022

Świątynia na skraju klifu i ekscentryczny biskup - Mussenden Temple & Downhill Demesne


Downhill Demesne to spuścizna po anglikańskim biskupie Derry - Fredericku Augustusie Hervey’u, który posiadał również tytuł czwartego hrabiego Bristol. Hervey urodził się w arystokratycznej rodzinie w 1730 roku, a zanim dobił do czterdziestki, miał kasy jak lodu, był biskupem Derry, a także królewskim kapelanem Jerzego III, pierwszego króla Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. Jurek zwykł pieszczotliwie nazywać Fryderyka „nikczemnym prałatem”, na co ten drugi w dużej mierze sobie zapracował, choćby dość nietypowym jak na duchownego stwierdzeniem, że jest... agnostykiem. 


Obydwaj panowie byli ciekawymi postaciami: król Jurek był obdarzony świetną pamięcią, a także dużą inteligencją. Ze względu na swoje zamiłowanie do wsi i rolnictwa dorobił się przydomka „król-farmer”, z którego zresztą był bardzo dumny. A tak poza tym miał czerwono-szare przebarwienia na zębach i sikał na czerwono, jako że dręczyły go porfirie wątrobowe, do których przyczyniła się wieloletnia kumulacja arszeniku w jego organizmie. W ówczesnych czasach arszenik stosowano w wielu… lekach, kremach, a także w pudrach do peruk. Jako że ten wpis poświęcony jest biskupowi Fryderykowi, a nie królowi Jurkowi, to już przechodzę do jego nietuzinkowej osoby.

 

Nietuzinkowej to zdecydowanie dobre słowo, albowiem życie biskupa było dalekie od cichego i ascetycznego żywota skromnego duchownego. Niedługo po objęciu swojej posadki Fryderyk zaczął uchodzić za najbardziej światowego, popularnego i ekscentrycznego duchownego w całym Kościele Irlandii. W istocie był dziwakiem pierwszej klasy. Na szczęście takim niegroźnym. 


W czasie swoich wypraw do Rzymu lubił na przykład obwieszać się złotymi łańcuchami niczym murzyński raper. Zasady „mniej znaczy więcej” chyba jeszcze wtedy nie odkryto, więc można mu wybaczyć. Na szczęście swojego modowego looku nie kompletował dresami z kilkoma paskami, lecz przyodziewał się w gustowne – albo i nie - czerwone bryczesy, a na głowę zakładał biały kapelusz z szerokim rondem. Fantazji i poczucia humoru zaprawdę nie można mu było odmówić. 


Jak już wspomniałam wcześniej – ekscentryczny biskup dysponował niezłą fortuną (jego roczny dochód był dwukrotnością tego, ile król Jurek musiał zapłacić za kupno Pałacu Buckingham), ale szczęśliwie dla ludności Derry i chyba też całego świata, duszenie grosza nie sprawiało mu przyjemności. Fryderyk okazał się hojnym filantropem. Budował drogi i aktywnie angażował się w sprawy Irlandii.

                                                                         Grobla Olbrzyma

To właśnie on odpowiedzialny jest za wypromowanie największej atrakcji Irlandii Północnej – Giant’s Causeway zwanej Groblą Olbrzyma, na która składa się około 40 tysięcy bazaltowych kolumn powstałych jakieś 50-60 milionów lat temu. Poniekąd to on był jej „odkrywcą”. W tamtych czasach jeszcze nie śniło się japońskim turystom o tym cudzie przyrody. Dziś Grobla jest nie tylko w ich przewodnikach, lecz chyba także w każdym innym szanującym się bedekerze. 


Jednym z zamiłowań biskupa Fryderyka była wulkanologia, mimo że kiedyś, na dwa lata przed tym jak został biskupem, o mało co nie zginął w czasie wspinania się po Wezuwiuszu. W tamtych czasach wulkan był dość aktywny, a pech chciał, że w czasie jednej z jego erupcji biskupa uderzył fragment skały. Dla niego był to najwidoczniej znak z nieba, że ma prowadzić badania nad wulkanami.


Grobla Olbrzyma była zatem dla niego niezwykle apetycznym kąskiem, do którego chętnie i często wracał. Zonk polegał jednak na tym, że jego diecezja znajdowała się w hrabstwie Derry, nie zaś w Antrim, gdzie jest słynna Grobla. 


W obecnych czasach przemieszczanie się z Derry do Antrim nie jest wielkim problemem. Wtedy jednak było - na podróż trzeba było poświęcić nawet cały dzień. Zaradny biskup wykoncypował zatem, że czas wybudować w tym hrabstwie wakacyjną rezydencję, z której miałby rzut beretem do bazaltowych kolumn. I tak powstał okazały Downill House. 

 

Inną pasją biskupa były podróże po Europie. To na cześć Fryderyka, który – nie zapomnijcie – był czwartym hrabią Bristol,  ponad dwieście hoteli na całym świecie zwie się dziś Hotelami Bristol. Jako że Fryderyk był kolekcjonerem sztuki, często przywoził sobie ze swoich wypraw pamiątki w postaci obrazów mistrzów pędzla - ot, takie tam "skromne" suweniry. Jego rezydencja Downhill zaczęła w pewnym momencie coraz bardziej przypominać galerię sztuki – znajdowały się w niej różne rzeźby, a także obrazy m.in. Rembrandta, Tycjana, Rafaela Santi i Carravagio. Pech chciał, że w maju 1851 roku w jego domu wybuchł pożar. Ogień całkowicie zniszczył bibliotekę i wiele rzeźb. Udało się jednak uratować większość cennej kolekcji obrazów biskupa. 

Zdjęcie z sieci

W czasie jednej z podróży do Włoch Fryderyk zapałał miłością do świątyni Westy w Tivoli, niedaleko Rzymu. Ale jako że nie mógł jej kupić i przywieźć do Irlandii jak innych swoich łupów, postanowił ją... skopiować. I tak w latach 80. XVIII wieku  powstała Mussenden Temple, malownicza świątynia na skraju klifu, którą zadedykował swojej krewnej, Frideswide Mussenden. 

 

Wieść gminna niesie, że Fryderyka i jego młodziutką kuzynkę łączyły nie takie znowu niewinne stosunki. Biedaczka zmarła jednak w wieku 22 lat i nie mogła korzystać z wdzięcznego budynku wybudowanego specjalnie dla niej. Ponoć zawsze była wątłego zdrowia, a szkodliwe plotki o romansie z biskupem tylko jej zaszkodziły. 


Mussenden Temple za to przetrwała, mimo że rok po roku matka natura próbuje wyrwać to, co do niej należy. Klif, na którym wzniesiono świątynię systematycznie ulega erozji. Kiedyś wokół niej spokojnie mógł przejechać koń z powozem. Dziś ten sam koń leżałby na plaży poniżej. Wnętrze świątyni wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Puste i gołe ściany wypełniały niegdyś regały z książkami. Mimo takiej, a nie innej lokalizacji nie wilgotniały one, ze względu na to że budynek był nieustannie ogrzewany. 


Fryderyk był także wielkim zwolennikiem równości i tolerancji religijnej. Wiedział, że Irlandia nie zazna spokoju, dopóki w jej granicach będą trwać walki religijne i będzie panować dyskryminacja. Dlatego sam dokładał swoje cegiełki do budowania pokoju i szerzenia tolerancji. Z braku katolickiej świątyni w okolicy zezwalał księżom na odprawianie raz w tygodniu Mszy św. w podziemiu Mussenden Temple. Pięknym gestem z jego strony było również  finansowe wspomaganie katolików i prezbiterian. Swego czasu na plaży u podnóża świątyni urządzał wyścigi dla anglikańskich i prezbiteriańskich duchownych. Nagrody jak zwykle były symboliczne i skromne - plebanie. Takim to małym człowiekiem z dużym gestem był biskup Fryderyk.   


Warte odnotowanie jest to, że ludzie docenili jego szczodrość i po śmierci biskupa katolicy, protestanci i prezbiterianie wspólnie zrzucili się na budowę pamiątkowego obelisku w rodzinnych stronach Fryderyka, w Anglii. Zanim jednak Fryderyk umarł, zaczął coraz więcej czasu spędzać poza granicami Irlandii. Być może dlatego, że wyspa ostatecznie nieco go rozczarowała, a upragniona tolerancja religijna nie nadeszła. Posiadłością Downhill zarządzał w tym czasie jego kuzyn, Henry Bruce, brat wspomnianej wcześniej Frideswide’y. Rezydencja pozostała w rękach rodziny aż do połowy XX wieku. Po pozbawieniu jej dachu w 1950 roku popadła w ruinę. Całkiem malowniczą ruinę wypadałoby dodać. 


 

sobota, 12 marca 2022

Kwadryptyk znad Morza Irlandzkiego: domek latarnika


Jadąc do St John's Point w hrabstwie Down w Irlandii Północnej, byłam niemal pewna, że pobyt w tym miejscu, jakkolwiek miły, nie przebije tej pierwszej sentymentalnej wizyty w latarni w hrabstwie Donegal. Tymczasem szybko się okazało, że nie doceniłam tego miejsca. 

 

Położenie tej latarni na pewno nie jest tak spektakularne jak tej donegalskiej. Cała posiadłość znajduje się w zasadzie na płaskim terenie, niezbyt wysoko nad poziomem morza, stąd też wzięła się potrzeba wysokiej latarni. Nie ma tu oszałamiających klifów, widoków, które przyprawiałyby o zawrót głowy i zapierały dech w piersiach. 


W domku, w którym nocowaliśmy (JP Sloop), nie ma nawet widoku na morze, bo okalające posiadłość mury skutecznie go zasłaniają. Ponadto same w sobie nie stanowią najpiękniejszego widoku. W sypialni na piętrze jest co prawda małe okienko wychodzące na góry i morze, ale powiedziałabym, że jest to miejsce raczej niezbyt praktyczne do podziwiania krajobrazu. 


 

Najlepiej robi się to siedząc przed domem na ławce piknikowej - jednak nie na części przeznaczonej do siedzenia, lecz na samym blacie. Wiem, że nie takie jest jego przeznaczenie, i niektórzy mogliby obruszać się na myśl, że ktoś sadza swój "odwłok" na stole, ale w momencie, w którym zauważyłam, że Daisy bezceremonialnie chodzi i biega po stole, pozbyłam się jakichkolwiek hamulców i skrupułów. 

 

 

W pierwszym domku po lewej, tam, gdzie mieszka Ann, jest ponoć najlepszy widok na morze - wynika to głównie z tego, że w dawnych czasach, kiedy latarnia nie była jeszcze zautomatyzowana, mieszkał tam główny latarnik. Siłą rzeczy musiał mieć oczy dookoła głowy. Ten, w którym my przebywaliśmy, zamieszkany był przez jego pomocników. 

 

Znajdujące się tu budynki pochodzą z XIX wieku, jednak w międzyczasie zostały wyremontowane. I choć nie wyglądają z zewnątrz tak imponująco jak na zdjęciach zamieszczonych na stronie firmowej Irish Landmark Trust, organizacji, która nimi zarządza, są nad wyraz komfortowe. 



JP Sloop ma w zasadzie wszystko, co do szczęścia potrzeba. Jest zadziwiająco przestronny, ma nowoczesną kuchnię ze sprzętem AGD (w tym zmywarkę) i z kompleksem jadalnianym, tuż obok zaś przytulny salonik z pięknymi zabytkowymi akcentami w postaci schodów prowadzących na piętro do dwóch sypialń - niestety nie ma tam łazienki ani chociażby małego WC.

 

Bardzo podobały mi się też urokliwe okna przesuwne typu "sash", których szczęśliwie nie wymieniono na nowoczesne i plastikowe, mimo  że są mocno nadgryzione przez ząb czasu, i czasami strach je dotykać z obawy, że posypią się  jak domek z kart. Ich mechanizmy nie zawsze działają tak, jak powinny, zaś uszczelniający je kit kruszy się i odpada. Mają za to szerokie parapety, które z powodzeniem można wykorzystać do wyeksponowania niektórych książek, co też tutaj uczyniono. 

 

Na parterze znajdują się też dwie całkiem duże łazienki - jedna z wanną i WC, druga z umywalką i prysznicem. Jest też tam mikroskopijna ubikacja, którą żartobliwie nazwaliśmy "dungeonem" ze względu na jej klaustrofobiczne rozmiary i ciemność w niej panującą. Pod względem sanitarnym parter jest wręcz nad wyraz dobrze wyposażony. Jak już wspomniałam, na piętrze jednak brakuje obecności toalety, co może być szczególnie męczące dla starszych i mniej mobilnych osób (podobnie zresztą jak schody, po których trzeba wejść do sypialni - tylko tam można spać). 


 

Sypialnie są miejscami dość ponurymi, gdzie nie dociera zbyt dużo światła dziennego. Ta większa - z łóżkiem dla dwóch osób - była też dość głośna, a to głównie za sprawą ptaków (i ich młodych), które uwiły sobie gniazdo... wewnątrz ściany. Jak odkryłam następnego dnia, poszukując źródła tajemniczego chrobotania i ćwierkania - wlot do niego znajduje się na zewnątrz, nad jednym z okien. A jako że sypialnia znajduje się na poddaszu w domu, w którym sporo drewnianego budulca, słychać jak to drewno pracuje. Czasami, leżąc w łóżku w pokoju czarnym jak smoła, miało się wręcz wrażenie, że ktoś stąpa po podłodze. Ale nie to najbardziej mi tu przeszkadzało. 


 Nad tym oknem ptaki uwiły sobie gniazdo wewnątrz ściany

Dla mnie zdecydowanie największym mankamentem był brak prywatności - jadąc do miejsca takiego jak to, zależy mi na ciszy i spokoju. Tu tego nie było, jako że latarnia nie jest tak odizolowana jak ta donegalska. Miało to swój plus wtedy, kiedy trzeba było wyskoczyć do sklepu po kostkę rosołową, której zapomniałam spakować. "Za rogiem" znajduje się wioska Killough, a w niej sklep Mace, do którego jeździliśmy na lody, i w którym kupiłam bukiet do kuchni złożony z różowych gerber i białych chryzantem (choć w domu już znajdował się jeden w salonie, co było bardzo miłym akcentem). 

 

Tak dogodna lokalizacja miała jednak też swoje minusy - letnią porą kręciło się tu sporo "przypadkowych" ludzi: przychodzących na spacer miejscowych, bądź też turystów w samochodach, a nawet camperach, próbujących zostać tu na noc (z czego nie była zadowolona Ann). I chociaż nie wchodzili na teren latarni, bo brama wjazdowa była zamknięta, to jednak niskie mury umożliwiały im bezpardonowe zaglądanie do środka. 

 

Nie brakowało też hołoty, która była w stanie przywieźć tu ze sobą alkohol, ale już nie potrafiła zabrać ze sobą opróżnionych butelek czy puszek. Te (jak i inne odpadki typu pety) lądowały później gdzieś koło latarni. Na kamieniach, trawie, wzdłuż malowniczych ścieżek. A niejednokrotnie pewnie też w samym morzu. 


Z opowiadań Ann wiem też, że przedzieranie się na teren latarni jest w zasadzie już stałym punktem programu. Z wyczuwalną goryczą w głosie opowiadała o pijanym towarzystwie, które potrafi przedostać się do ogródka nawet o trzeciej w nocy, z głośną muzyką i nadzieją na urządzenie sobie tu imprezy i dalszej popijawy. 

 

Na moje pytanie, jak często się to zdarza, odparła, że mniej więcej raz na miesiąc. Zdobyła przy tym mój podziw, bo trzeba mieć naprawdę jaja w rozmiarze XXL, żeby wyjść w środku nocy do intruzów - teoretycznie przecież nieobliczalnych! - i kazać im natychmiast wynosić się z jej włości. Tym bardziej, kiedy jest się samotną, nieuzbrojoną i drobną kobietą. Dlatego brak prywatności był tym, czego mi tu najbardziej brakowało. 


Podsumowując - pobyt w tym miejscu na pewno nie jest dla osób spragnionych luksusu, elegantów w garniturach i elegantek w szpilkach, które mogłyby przypadkowo wdepnąć w kurze/kozie odchody i zniszczyć swoje buty od Jimmy'ego Choo. 


Cały latarniany kompleks to stare budownictwo, nieco obskurne budynki gospodarcze, podniszczone mury, brudnawe ściany z zaciekami i betonowe płyty, którym myjka ciśnieniowa zrobiłaby wiele dobrego. To wreszcie menażeria, w której żyją zwierzaki Ann. Taka mini farma, gdzie jej koza, kury (Henrietta, Gladys, Beryl, Wilma) i adorujące je koguty mają wolny wybieg: spacerują, wylegują się do słońca i cieszą wolnością. 



Wszyscy ci, którzy potrafią przymknąć oko na niedogodności z tym związane, powinni być co najmniej zadowoleni z możliwości przebywania w tak historycznym i niezwykłym miejscu. 



 

poniedziałek, 21 lutego 2022

Kwadryptyk znad Morza Irlandzkiego: latarnia, Henry, Brendan


Niemal w samym środku posiadłości pilnie strzeżonej przez waleczną kozę Daisy leży latarnia, którą nie sposób pomylić z jakąkolwiek inną. Te, które usytuowane są na wybrzeżach Irlandii, są najczęściej białe, ewentualnie biało-czarne, podczas gdy ta, leżąca na przylądku w Saint John's Point w hrabstwie Down, jest niczym pszczółka Maja: żółto-czarna. Albo jak kto woli: czarno-żółta. 

 

Biorąc pod uwagę fakt, że pszczoły przechodzą przeobrażenie zupełne, to to porównanie wydaje się być tym bardziej adekwatne. Tutejsza latarnia również przeszła kilka etapów rozwoju, zanim osiągnęła swoją końcową postać "imago". Cały proces zaś zabrał jej nieco ponad sto lat. 

 

Zacznijmy od tego, że kiedy w 1844 roku po raz pierwszy rozbłysło tutaj latarniane światło, wieża była wówczas w fazie "przepoczwarzania się z larwy w poczwarkę". Była cała biała, liczyła sobie zaledwie kilkanaście metrów wysokości - coś pomiędzy 14-19 (tutaj źródła nie są zgodne) - i rzucała białe światło ostrzegawcze. 

 

Szesnaście lat później zmieniono kolor światła na czerwone, a zanim wiek XIX dobiegł końca, zdążono jeszcze ją ponad dwukrotnie wydłużyć, i tu znów mamy niewielkie rozbieżności w jej wysokości. Jako że nie mierzyłam jej osobiście, to nie jestem w stanie powiedzieć, która wersja jest tą prawdziwą: 37 czy jednak 40 metrów. Powiem za to, że jej gabaryty robią wrażenie, a ona sama uchodzi za najwyższą nabrzeżną latarnię w Irlandii. 

 

Nowe stulecie latarnia rozpoczęła jako "zeberka", bowiem w 1902 roku domalowano jej trzy czarne pasy, a parę lat później znów zmieniono barwę strumienia światła, jakie rzucała na zatokę - z czerwonego na białe. Swoje biało-czarne barwy zachowała aż do połowy XX wieku, kiedy to białe pasy zamieniono na żółte, a jej transformacja dobiegła końca. 

 

Pod koniec XIX wieku, kiedy ją wydłużano, zamontowano tu także syrenę przeciwmgielną, która co 60 sekund nadawała dwusekundowy sygnał mgielny. Razem z latarnią miały chronić życie tych na morzu. 

 

Szeroko rozumiany postęp technologiczny usprawnił żeglugę, ułatwił życie wilkom morskim, a także odesłał syrenę na bezrobocie - zapewne ku uciesze lokalnych mieszkańców, tych dwu- i czteronożnych. 

 

Na początku 2011 roku zaprzestano korzystania z tego urządzenia, choć jak dowiedziałam się od Ann, syreny użyto na znak szacunku podczas konduktu pogrzebowego jej wujka Henry'ego i jego żony, Mary. Ona zmarła na początku 2021, jego zaś pogrzebano w październiku 2017. 




Henry, uczynny i lubiany przez miejscowych rybak, ceniony szkutnik, a nade wszystko latarnik, przeżył 87 lat w cieniu latarni. Tu się urodził i tu zmarł. Jego życie, proste i pozbawione luksusów, dalekie jednak było od nudnego. Henry zgłębiał tajniki stolarstwa u niemieckiego jeńca wojennego przebywającego wówczas w St. John's Point, jego losy splotły się również z Brendanem Behanem, znanym i utalentowanym irlandzkim dramaturgiem i powieściopisarzem, który zmarł niedługo po ukończeniu 41 lat. 


Behan był przede wszystkim bardzo barwną postacią, może nawet nie tyle pisarzem (sam siebie nazywał "drinker with writing problems"), co skandalistą o niewyparzonej gębie, którego zgubił alkoholizm. "Dobrym człowiekiem, którego pokonał nałóg" - jak stwierdził kiedyś wujek Ann. 

 

Jego życie, choć o połowę krótsze od tego Henry'ego, również było barwne, jednak nieporównywalnie bardziej przepełnione wstydliwymi epizodami takimi jak pobyt w poprawczaku (za działalność dla IRA i próbę podłożenia bomby), a później w więzieniu. Na podstawie jego stosunkowo krótkiego życia można by było stworzyć poradnik pod tytułem "Czego w życiu nie robić?", którym sam Brendan z pewnością by wzgardził, jako że był całkowicie pozbawiony szacunku do konwenansów i prawa. 



Był za to człowiekiem dobitnie szczerym, mówiącym to, co mu ślina przyniosła na język. O sobie samym mówił: "Nie jestem politykiem, mam tylko jedną twarz" i tę właśnie twarz z pijacką, a zarazem dziecięcą szczerością pokazywał wszystkim tym, którzy przebywali w jego towarzystwie. 


Kiedy podczas jego wizyty w Hiszpanii spytano go, co najbardziej chciałby zobaczyć, z rozbrajającą szczerością wypalił: "Pogrzeb Franco". Z kolei na swój występ w programie BBC pojawił się pijany jak bela, a jego pijacki bełkot i teksty o potrzebie "odcedzenia kartofelków" uniemożliwiły jakikolwiek sensowny wywiad. To wszystko jednak przyniosło mu więcej sławy i kasy niż jakiekolwiek dzieło, które napisał. 



Problem z Behanem polegał na tym, że nie znał umiaru. Alkohol, z którym ponoć zaczął eksperymentować już w wieku 8 lat, nie tylko zrujnował mu życie, ale także wyraźnie je skrócił. Koktajle z sherry i szampana, które zapamiętale wlewał w siebie wyraźnie nie szły w parze z jego problemami zdrowotnymi, z jego pogarszającą się cukrzycą. 


W tym kontekście nie dziwi zatem list ze skargą, jaki wystosował w 1950 roku główny latarnik, David Blakely, do swojego pracodawcy w Dublinie, z prośbą o natychmiastowe zwolnienie Behana z pracy, zanim doszczętnie zrujnuje latarnię w St. John's Point. A zaczęło się od tego, że ojciec Brendana najęty do malowania latarni, podsunął to zajęcie swojemu synowi malarzowi - bo taki był jego "wyuczony" zawód, jeśli w ogóle można tak powiedzieć o człowieku, który zakończył edukację w wieku 13 lat. 


Brendan, o którym macie już odpowiednie wyobrażenie, do powierzonego zadania podszedł mniej więcej tak samo jak do samego życia - z olewającym stosunkiem. Behan, przyzwyczajony do hulaszczego stylu życia, nienawykły do sumienności, do domu wracał nad ranem, a w pracy się nie pojawiał - a przynajmniej nie tak często jak powinien. Kiedy zaś już się pojawił, wykazywał w niej grację i delikatność słonia w składzie porcelany. Puszki farby otwierał za pomocą uderzeń młota (Thor mógłby być dumny, latarnik - niekoniecznie), marnował kit i inne materiały, a farbę rozlewał jak nawiedzony duchowny wodę święconą po zgromadzonych wiernych. 


W zaledwie tydzień zamienił udostępniony mu domek latarnika w stajnię Augiasza, brudną i śmierdzącą, z takim samym "namaszczeniem" traktował samą latarnię, która dla wielu latarników była niemal świętością. To bluźniercze zachowanie przelało z kolei czarę goryczy u głównego latarnika i popchnęło go do napisania donosu - nawet dziś, te 72 lata później, w czasie czytania tego raportu wyraźnie czuć obrzydzenie, jakie David Blakely musiał odczuwać do Behana, którego podsumował jako "najgorszego osobnika, na którego miał okazję natrafić w ciągu swojej trzydziestoletniej służby, niemającego szacunku do niczego". 


 

Zachowanie Behana nie wpłynęło jednak negatywnie na to, jak postrzegał go młodziutki wówczas Henry, wujek Ann, który miał tu spędzić całą resztę swojego życia, nawet pomimo tego, że w 1981 roku latarnię w pełni zautomatyzowano. Pomiędzy mężczyznami nawiązała się nić sympatii, a sam Brendan jeszcze długo utrzymywał z Henrym kontakt, śląc mu od czasu do czasu widokówkę z Paryża czy innego miejsca, w którym akurat przebywał. 


 

Znamienne jest jednak to, jak odmienny koniec spotkał obydwu mężczyzn. Behan odszedł jako stereotypowy Irlandczyk-pijaczyna, mając 41 lat, po tym jak w zasadzie zapił się na śmierć (stracił przytomność w pubie, niedługo później zaś zmarł w szpitalu), Henry zaś umarł tak, jak żył - po cichu. Nagle, dożywszy sędziwego wieku. W cieniu swojej ukochanej latarni.