Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulster. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2022

Świątynia na skraju klifu i ekscentryczny biskup - Mussenden Temple & Downhill Demesne


Downhill Demesne to spuścizna po anglikańskim biskupie Derry - Fredericku Augustusie Hervey’u, który posiadał również tytuł czwartego hrabiego Bristol. Hervey urodził się w arystokratycznej rodzinie w 1730 roku, a zanim dobił do czterdziestki, miał kasy jak lodu, był biskupem Derry, a także królewskim kapelanem Jerzego III, pierwszego króla Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. Jurek zwykł pieszczotliwie nazywać Fryderyka „nikczemnym prałatem”, na co ten drugi w dużej mierze sobie zapracował, choćby dość nietypowym jak na duchownego stwierdzeniem, że jest... agnostykiem. 


Obydwaj panowie byli ciekawymi postaciami: król Jurek był obdarzony świetną pamięcią, a także dużą inteligencją. Ze względu na swoje zamiłowanie do wsi i rolnictwa dorobił się przydomka „król-farmer”, z którego zresztą był bardzo dumny. A tak poza tym miał czerwono-szare przebarwienia na zębach i sikał na czerwono, jako że dręczyły go porfirie wątrobowe, do których przyczyniła się wieloletnia kumulacja arszeniku w jego organizmie. W ówczesnych czasach arszenik stosowano w wielu… lekach, kremach, a także w pudrach do peruk. Jako że ten wpis poświęcony jest biskupowi Fryderykowi, a nie królowi Jurkowi, to już przechodzę do jego nietuzinkowej osoby.

 

Nietuzinkowej to zdecydowanie dobre słowo, albowiem życie biskupa było dalekie od cichego i ascetycznego żywota skromnego duchownego. Niedługo po objęciu swojej posadki Fryderyk zaczął uchodzić za najbardziej światowego, popularnego i ekscentrycznego duchownego w całym Kościele Irlandii. W istocie był dziwakiem pierwszej klasy. Na szczęście takim niegroźnym. 


W czasie swoich wypraw do Rzymu lubił na przykład obwieszać się złotymi łańcuchami niczym murzyński raper. Zasady „mniej znaczy więcej” chyba jeszcze wtedy nie odkryto, więc można mu wybaczyć. Na szczęście swojego modowego looku nie kompletował dresami z kilkoma paskami, lecz przyodziewał się w gustowne – albo i nie - czerwone bryczesy, a na głowę zakładał biały kapelusz z szerokim rondem. Fantazji i poczucia humoru zaprawdę nie można mu było odmówić. 


Jak już wspomniałam wcześniej – ekscentryczny biskup dysponował niezłą fortuną (jego roczny dochód był dwukrotnością tego, ile król Jurek musiał zapłacić za kupno Pałacu Buckingham), ale szczęśliwie dla ludności Derry i chyba też całego świata, duszenie grosza nie sprawiało mu przyjemności. Fryderyk okazał się hojnym filantropem. Budował drogi i aktywnie angażował się w sprawy Irlandii.

                                                                         Grobla Olbrzyma

To właśnie on odpowiedzialny jest za wypromowanie największej atrakcji Irlandii Północnej – Giant’s Causeway zwanej Groblą Olbrzyma, na która składa się około 40 tysięcy bazaltowych kolumn powstałych jakieś 50-60 milionów lat temu. Poniekąd to on był jej „odkrywcą”. W tamtych czasach jeszcze nie śniło się japońskim turystom o tym cudzie przyrody. Dziś Grobla jest nie tylko w ich przewodnikach, lecz chyba także w każdym innym szanującym się bedekerze. 


Jednym z zamiłowań biskupa Fryderyka była wulkanologia, mimo że kiedyś, na dwa lata przed tym jak został biskupem, o mało co nie zginął w czasie wspinania się po Wezuwiuszu. W tamtych czasach wulkan był dość aktywny, a pech chciał, że w czasie jednej z jego erupcji biskupa uderzył fragment skały. Dla niego był to najwidoczniej znak z nieba, że ma prowadzić badania nad wulkanami.


Grobla Olbrzyma była zatem dla niego niezwykle apetycznym kąskiem, do którego chętnie i często wracał. Zonk polegał jednak na tym, że jego diecezja znajdowała się w hrabstwie Derry, nie zaś w Antrim, gdzie jest słynna Grobla. 


W obecnych czasach przemieszczanie się z Derry do Antrim nie jest wielkim problemem. Wtedy jednak było - na podróż trzeba było poświęcić nawet cały dzień. Zaradny biskup wykoncypował zatem, że czas wybudować w tym hrabstwie wakacyjną rezydencję, z której miałby rzut beretem do bazaltowych kolumn. I tak powstał okazały Downill House. 

 

Inną pasją biskupa były podróże po Europie. To na cześć Fryderyka, który – nie zapomnijcie – był czwartym hrabią Bristol,  ponad dwieście hoteli na całym świecie zwie się dziś Hotelami Bristol. Jako że Fryderyk był kolekcjonerem sztuki, często przywoził sobie ze swoich wypraw pamiątki w postaci obrazów mistrzów pędzla - ot, takie tam "skromne" suweniry. Jego rezydencja Downhill zaczęła w pewnym momencie coraz bardziej przypominać galerię sztuki – znajdowały się w niej różne rzeźby, a także obrazy m.in. Rembrandta, Tycjana, Rafaela Santi i Carravagio. Pech chciał, że w maju 1851 roku w jego domu wybuchł pożar. Ogień całkowicie zniszczył bibliotekę i wiele rzeźb. Udało się jednak uratować większość cennej kolekcji obrazów biskupa. 

Zdjęcie z sieci

W czasie jednej z podróży do Włoch Fryderyk zapałał miłością do świątyni Westy w Tivoli, niedaleko Rzymu. Ale jako że nie mógł jej kupić i przywieźć do Irlandii jak innych swoich łupów, postanowił ją... skopiować. I tak w latach 80. XVIII wieku  powstała Mussenden Temple, malownicza świątynia na skraju klifu, którą zadedykował swojej krewnej, Frideswide Mussenden. 

 

Wieść gminna niesie, że Fryderyka i jego młodziutką kuzynkę łączyły nie takie znowu niewinne stosunki. Biedaczka zmarła jednak w wieku 22 lat i nie mogła korzystać z wdzięcznego budynku wybudowanego specjalnie dla niej. Ponoć zawsze była wątłego zdrowia, a szkodliwe plotki o romansie z biskupem tylko jej zaszkodziły. 


Mussenden Temple za to przetrwała, mimo że rok po roku matka natura próbuje wyrwać to, co do niej należy. Klif, na którym wzniesiono świątynię systematycznie ulega erozji. Kiedyś wokół niej spokojnie mógł przejechać koń z powozem. Dziś ten sam koń leżałby na plaży poniżej. Wnętrze świątyni wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Puste i gołe ściany wypełniały niegdyś regały z książkami. Mimo takiej, a nie innej lokalizacji nie wilgotniały one, ze względu na to że budynek był nieustannie ogrzewany. 


Fryderyk był także wielkim zwolennikiem równości i tolerancji religijnej. Wiedział, że Irlandia nie zazna spokoju, dopóki w jej granicach będą trwać walki religijne i będzie panować dyskryminacja. Dlatego sam dokładał swoje cegiełki do budowania pokoju i szerzenia tolerancji. Z braku katolickiej świątyni w okolicy zezwalał księżom na odprawianie raz w tygodniu Mszy św. w podziemiu Mussenden Temple. Pięknym gestem z jego strony było również  finansowe wspomaganie katolików i prezbiterian. Swego czasu na plaży u podnóża świątyni urządzał wyścigi dla anglikańskich i prezbiteriańskich duchownych. Nagrody jak zwykle były symboliczne i skromne - plebanie. Takim to małym człowiekiem z dużym gestem był biskup Fryderyk.   


Warte odnotowanie jest to, że ludzie docenili jego szczodrość i po śmierci biskupa katolicy, protestanci i prezbiterianie wspólnie zrzucili się na budowę pamiątkowego obelisku w rodzinnych stronach Fryderyka, w Anglii. Zanim jednak Fryderyk umarł, zaczął coraz więcej czasu spędzać poza granicami Irlandii. Być może dlatego, że wyspa ostatecznie nieco go rozczarowała, a upragniona tolerancja religijna nie nadeszła. Posiadłością Downhill zarządzał w tym czasie jego kuzyn, Henry Bruce, brat wspomnianej wcześniej Frideswide’y. Rezydencja pozostała w rękach rodziny aż do połowy XX wieku. Po pozbawieniu jej dachu w 1950 roku popadła w ruinę. Całkiem malowniczą ruinę wypadałoby dodać. 


 

środa, 3 lutego 2016

Dark Hedges - mroczna, bukowa alejka z "Gry o tron"


Zdarzyło mi się parę razy usłyszeć z ust różnych Polaków tę samą, nieco żartobliwą, ale jednocześnie kąśliwą uwagę, według której to Irlandczycy są w stanie zrobić z największej ruiny i z najmniejszego kamienia największą atrakcję, będącą w stanie przyciągać dziesiątki, a może nawet setki tysięcy turystów. Najczęściej padały też wtedy stwierdzenia, że tej przedsiębiorczości i zaradności brakuje nam, Polakom, bo choć w kraju nad Wisłą nie brak ciekawych zabytków, niekiedy przerastających urodą te irlandzkie, wiele z nich pozostaje ciągle w cieniu.



Coś w tym jest, bo kiedy patrzy się na The Dark Hedges, można zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że dwa rzędy kilkudziesięciu drzew rosnących wzdłuż Bregagh Road w hrabstwie Antrim, zdobyły taką sławę, że dziś z tym zakątku ziemi, można usłyszeć mieszanką najróżniejszych języków i spotkać ludzi z przeróżnych krajów świata.



Tutaj wypadałoby wprowadzić na scenę dwie postacie: Jamesa Stuarta i Grace Lynd i skoncentrować się na protagoniście. James urodził się w pierwszej połowie XVIII wieku i był najstarszym synem z gromadki sześciorga dzieci wielebnego Irwina Stuarta, który był wikariuszem w wioskach Ballywillan i Ballyrashane, leżących w pobliżu Dark Hedges.



James był arystokratą, a korzenie jego drzewa genealogicznego splatały się z tymi króla Jakuba (Jamesa) Stuarta I. Bo to właśnie on na samym początku XVII wieku nadał swojemu krewnemu, Jamesowi Stuartowi, ale nie temu z powyższego akapitu, rozległe ziemie w Irlandii. Pech polegał na tym, że krewnemu nie dane było cieszyć się z nadanych dóbr – zginął na morzu zanim postawił stopę na irlandzkim lądzie. W następstwie tych wydarzeń ziemia została przekazana wnukowi króla, Williamowi, i na długie, długie lata pozostała w rękach rodziny Stuartów. To tu urodził się bohater naszej dzisiejszej historii, też James. Mam nieodparte wrażenie, że nasz Jan Kowalski to odpowiednik anglosaskiego Jamesa Stuarta ;)



Szacuje się, że w 1775 roku James wybudował Gracehill House, dom nazwany tak na cześć swojej ukochanej żony Grace, z którą to w wolnych chwilach zaludniali planetę kolejnymi potomkami, a mieli ich aż dziewięcioro. A skoro James spłodził już syna, wybudował dom, to przyszła kolej jeszcze na drzewo. A konkretnie na ponad 150 drzew. Buków. Alejkę prowadzącą do ich okazałej, ale jednocześnie skromnej posiadłości, bo wzniesionej w georgiańskim stylu odznaczającym się raczej minimalizmem i prostotą niż barokowym przepychem, obsadzono bukami, które miały podkreślać urodę posiadłości i robić wrażenie na wszystkich tych, którzy zmierzali do ich domu.



Lata mijały, zmieniały się generacje zamieszkujące dom, zmieniał się klimat polityczny, a buki rosły i mężniały, aż osiągnęły wysokość kilkudziesięciu metrów. Ich gałęzie romantycznie splatały się ze sobą niczym para spragnionych kochanków, tworząc żywy i żyjący tunel. W międzyczasie zaś część terenu przylegającego do Gracehill House przekształcono w pole golfowe, a dom sprzedano, otwarto w nim bar i restaurację, a także utworzono Hedges Hotel. Nowi właściciele chyba jednak mało wiedzą o historii tego miejsca, bo na facebookowej stronie Gracehill House widnieją takie informacje jak ta, że dom zbudował około 1775 roku, dla swojej żony Grace, sam król Jakub Stuart, który to miał utopić się w Morzu Irlandzkim. Nawet zakładając, że chodziło im o króla Jakuba II Stuarta, pieszczotliwie zwanego czasem na Zielonej Wyspie jako „James the Shit”, informacje te są nieprawdziwe, bo w 1775 roku król mógł co najwyżej przekręcać się w trumnie, albo budować domki z kart w niebie, ale na pewno nie posiadłość Gracehill. Poza tym król ani nie miał Grace za żonę, a nie utopił się w morzu, choć śmierć miał tylko odrobinę lepszą [udar mózgu].



Jeszcze kilkanaście lat temu mało kto wiedział, czym są Dark Hedges. Co zabawniejsze, niektórzy z mieszkańców okolicznych wiosek i miast dowiedzieli się o ich istnieniu dopiero po tym, jak bukowa alejka wystąpiła gościnnie w pierwszym odcinku drugiego sezonu „Gry o Tron”. Serial w błyskawicznym tempie zyskał miliony fanów, z czego tysiące z nich gotowe są przyjechać właśnie tu, do hrabstwa Antrim w Irlandii Północnej, by na własne oczy zobaczyć to, co widzieli na szklanym ekranie, i by osobiście doznać magii, którą to wielu przypisuje tym mrocznym bukom.



Widać to niemalże o każdej porze dnia, każdego dnia i każdego miesiąca roku. Trzeba mieć sporo szczęścia, by przyjechać na miejsce i mieć je tylko dla siebie. Przy sprzyjających warunkach będziemy musieli dzielić je z jeszcze jednym samochodem, może dwoma. W scenariuszu z piekła rodem na drogę wypełzną miłośnicy serialu ciasno upakowani do taksówki bądź autobusu. I będą mieć gdzieś innych. Świadomie lub nie, a może po prostu bezmyślnie, będą psuć kadr zdjęć, parkować pojazdy wzdłuż drogi zamiast zostawiać je na pobliskim parkingu, robić inne rzeczy i testować pokłady Twojej cierpliwości.



Słychać czasami głosy niepokoju i skargi na nierozważnych turystów. Że zachowują się jak święte krowy - w dodatku z samobójczymi skłonnościami - bo chodzące środkiem drogi, która jest przecież dość często używana nie tylko przez przyjezdnych, ale przede wszystkim miejscowych. Że niszczą pobocza dróg ciągle tam parkując, że wystarczająco nie szanują przyrody. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak dobitnie, że niesamowitym bukom chyba najbardziej zagraża sama… natura, co w nocy z czwartku na piątek udowodniła szalejąca na wyspie Gertruda, wyrywając dwa z potężnych i zabytkowych drzew oraz uszkadzając gałęzie innych. Drzewa są piękne, ale już dawno osiągnęły swoją dojrzałość i jak wszystko, co żyje, przechodzą przez proces starzenia. Niektóre z nich zwyczajnie nie mają szans z potężnymi wichurami, które w ostatnim czasie dość często nawiedzają Irlandię.


https://www.youtube.com/watch?v=LrcMK5FJBew


Do Dark Hedges warto przyjechać drugi raz, nawet jeśli już wcześniej się je widziało. Bo mimo że ogólny obraz jest taki sam, to jednak takie czynniki jak pora dnia, pora roku, cienie, czy promienie słoneczne mozolnie przedzierające się przez korony drzew mają duży wpływ na postrzeganie alejki. Może być mrocznie, nastrojowo, pięknie, metafizycznie a nawet strasznie.



Bo jeśli wierzyć miejscowej legendzie po alejce przechadza się Szara Dama, której to pochodzenia nikt tak naprawdę nie zna. Jedni twierdzą, że to zagubiona dusza z dawnego, zapomnianego cmentarzyska, leżącego w pobliżu, inni że to zmarła w tajemniczych okolicznościach służąca z posiadłości Stuartów, a jeszcze inni, że to nie służąca lecz sama córka Jamesa – Margaret, znana w węższych kręgach jako Cross Peggy. Rozgniewana Gośka. Rysopis by pasował, wszak Margaret zmarła jako stara, a nawet bardzo stara panna, w wieku 89 lat. Wiadomo przecież, że skoro stara panna to musiała być wredna i zła, co nie? Nieśmiałe głosy donoszą też, że historyjkę o włóczącej się Szarej Damie wymyślili ojcowie zatroskani o cnotę swoich córek. A wszystko to, by odstraszyć je od wymykania się z domu do pobliskiego zakątka kochanków, gdzie młodzi mogli wśród starych drzew oddawać się cielesnym uciechom.


Piękna fotka autorstwa Dave'a Lally [klik]


I tak oto historia Dark Hedges, zwykłej a jednocześnie niezwykłej alejki bukowych drzew, niejako potwierdziła prawdziwość efektu motyla. Rację miał Edward N. Lorenz: trzepot skrzydeł motyla może doprowadzić do huraganu na drugim krańcu świata. Tak błaha czynność jak posadzenie drzew może nie zrewolucjonizowała życia ludzi, ale sprawiła, że wielu, wielu z nich, rozrzuconych po całym świecie, zrobi niemal wszystko by tu dotrzeć.

środa, 24 lipca 2013

Enniskillen Castle - jeszcze jeden zamek na pojezierzu Fermanagh


„Pięknie tutaj” – wyszeptałam sama do siebie, opierając się o barierkę i patrząc na leżący po drugiej stronie jeziora Enniskillen Castle. Na szczycie Water Gate, chyba najczęściej fotografowanej i bezsprzecznie najładniejszej części zamku, tańcowała do melodii wygrywanej przez wiatr biała flaga z czerwonym krzyżem. Flaga świętego Jerzego, flaga Anglii. To tradycja sięgająca XVII wieku, kiedy żołnierze z Inniskilling Regiments [w zamku znajduje się muzeum poświęcone miedzy innymi tym oddziałom] walczyli dla Wilhelma III Orańskiego przeciw katolickiemu Jakubowi II Stuartowi.



Okolica jest w istocie bardzo ładna i choć zamek znajduje się niedaleko drogi, bez problemu można przysiąść na ławce i zatopić się we własnych myślach. Malowniczość pejzażu nie miała jednak nic do rzeczy – Hugh Maguire wytypował to miejsce jako idealne do zbudowania swojej twierdzy. Zrobił to ze względów czysto praktycznych. Był to początek burzliwego XV wieku, a on jako wódz klanu rządzącego Fermanagh musiał dbać o swoje bezpieczeństwo i interesy. Miejsce miało wspaniały potencjał defensywny i strategiczny, a to właśnie podobało się Hugh. Wzniesiono więc twierdzę, która nie tylko miała skutecznie odpierać ataki Anglików, lecz także lokalnych wrogich klanów, bo przecież tych również nie brakowało. Rody takie jak O’Donnell z Donegal czy O’Neill z Tyrone tylko czekały na dogodną okazję, by skopać tyłek przedstawicielom klanu Maguire, co zresztą częściowo udało się tym drugim na początku XVI wieku.




Oryginalna wieża wzniesiona tutaj przez klan Maguire została z biegiem czasu znacznie zmodyfikowana. Nie rozpoznalibyście jej, mówię Wam, bo to, co można oglądać współcześnie jest mutantem, który powstał w wyniku pochłonięcia szczątkowej części oryginału i wielu poważnych przeróbek naniesionych w późniejszych okresach, kiedy po klanie Maguire pozostało jedynie wspomnienie.




W XV wieku zobaczylibyśmy zgrabną wieżę obronną powielającą wzór wielu innych ufortyfikowanych wież mieszkalnych o kilku kondygnacjach. Ta najniższa wykorzystywana była najprawdopodobniej jako przechowalnia, lub skład broni, pierwsze piętro jako miejsce przeznaczone do biesiadowania, a wyższe kondygnacje jako sypialnie i pomieszczenia zarezerwowane dla wodza i jego najbliższych. W ówczesnym czasie Maguire’owie nie posiadali tak dużych okien. Są one symbolami spokojniejszego okresu dodanymi do wieży gdzieś w XVIII wieku. Hugh ani jego następcy nie mieli ich, bo przede wszystkim nie potrzebowali takich udogodnień. Po pierwsze wieża straciłaby wiele ze swej defensywnej funkcji, a po drugie w tamtych czasach szkło było towarem luksusowym. A za luksusy trzeba było słono płacić. Wieża, a raczej jej marne pozostałości, to najstarsza część składowa zamkowego kompleksu. Dzisiaj pełni ona funkcję muzeum.




Mówiąc o historii zamku Enniskillen, nie sposób pominąć osobę kapitana Williama Cole’a, angielskiego osadnika z Devon. To z jego polecenia wybudowano wspomnianą na samym początku Water Gate. Cole otrzymał zamek na początku XVII wieku i to właśnie wtedy przystąpił do przeróżnych przeróbek i do wybudowania rezydencji dla siebie i swojej rodziny. Water Gate wzniesiono w 1614 roku w zasadzie bez jakiejś konkretnej przyczyny. Ta część zamku nigdy nie pełniła funkcji, na którą mogłaby wskazywać jej nazwa. Water Gate to nic innego jak wodne wrota, śluza.




Gdyby w XVII wieku Cole posiadał laptopa, cyfrówkę, naszą klasę albo facebooka, to zapewne zrobiłby sobie „sweet focię” na tle Water Gate i wkleił ją na swoim profilu. Dla szpanu. Nie miał jednak tych zdobyczy techniki, więc Water Gate musiała przemawiać sama za siebie. Jej uroda była niepodważalna, a przekaz prosty: tu mieszka ważna osobistość. Dwie zgrabne bartyzany z uroczymi kroksztynami i stożkowatymi daszkami – całość zbudowana jest w szkockim, magnackim stylu. Perfekcyjnym dla pana na włościach.




Pod koniec XVIII wieku zamek zaadaptowano na wojskowy magazyn znany jako Castle Barracks – tak na wszelki wypadek, gdyby Francuzi postanowili zaatakować w czasie wojen napoleońskich. Zamek pełnił tę funkcję aż do 1950 roku. Później budynki poddano pracom konserwatorskim, by czternaście lat później udostępnić je zwiedzającym.





Zamkowy kompleks jest na pierwszy rzut oka bardzo obszerny, jednak w miarę zwiedzania okazuje się, że obiektów udostępnianych turystom jest mniej niż mogłoby się wydawać. Wiele z nich to zwyczajne baraki. Do ciekawszych budynków zaliczyć można także Curved Range, obiekty z XIX wieku, które pierwotnie wykorzystywano jako stajnie. Na piętrze znajdowały się z kolei pokoje dla kawalerii, później przekształcono je na szpital. To właśnie tam poddawano opiece żołnierzy borykających się z owrzodzeniami nóg, jak również chorobami wenerycznymi. Łatwo się domyślić, że szpital ulokowany nad stajnią w połączeniu ze „zdobyczami” nauki w XIX wieku nie sprzyjał rekonwalescencji żołnierzy. Obecnie można tutaj oglądać m.in. wojskowe pojazdy.




Na koniec – paradoksalnie – wspomnę o Fermanagh Heritage Centre, czyli budynku, od którego rozpoczyna się całe zwiedzanie zamkowego kompleksu. Centrum Dziedzictwa Hrabstwa Fermanagh otwarto jakieś dziesięć lat temu, jednak dzięki profesjonalnemu projektowi budynek został ładnie wkomponowany w dużo przecież starszą całość kompleksu. Znajdują się tu przeróżne wystawy tematyczne.




Enniskillen Castle oceniam pozytywnie, choć prawdę powiedziawszy inaczej wyobrażałam sobie ten kompleks, odbywając w wyobraźni wędrówki po jego wnętrzu. Miejsce idealne dla osób zainteresowanych militariami. Inni mogą być nieco zawiedzeni, bo praktycznie całe zwiedzanie opiera się na podążaniu muzealnym, „martwym” szlakiem. Dużym plusem zamku jest jego malownicza lokalizacja.



środa, 27 marca 2013

Literacka podróż po Irlandii Północnej (3) - Duchy Belfastu

Literacki tryptyk poświęcony Irlandii Północnej zamykają Duchy Belfastu Stuarta Neville’a, które znalazłam pod choinką minionego Bożego Narodzenia. Ta ostatnia pozycja różni się od swych poprzedniczek chociażby tym, że doczekała się tłumaczenia na język polski.

Autor musiał się najeść chleba z niejednego pieca, zanim ostatecznie odniósł sukces na polu literackim. Neville próbował swoich sił jako piekarz, nauczyciel, muzyk, statysta, sprzedawca, a także sobowtór pewnego komika. Zdaje się, że były to jednak zawody ‘szyte nie na jego miarę’, bo żaden z nich nie przyniósł mu sławy tak wielkiej, która byłaby w stanie rozpromować jego nazwisko poza granicami kraju. Wszystko zmieniło się w 2009 roku, bo to właśnie wtedy Neville zadebiutował Duchami Belfastu i utorował sobie nimi drogę na literackie salony.

Książka nosząca w oryginale tytuł The Twelve, ale znana także jako The Ghosts of Belfast, spotkała się z pozytywnymi recenzjami i bardzo przychylnym odbiorem. Udało jej się zdobyć nagrodę Los Angeles Times w kategorii thriller. Pisarz doczekał się przekładów m.in. na język francuski, hiszpański, niemiecki, a nawet grecki i japoński. Skoro był popyt, musiała być także podaż - Neville kuł żelazo póki gorące i już rok później na rynku pojawiła się kontynuacja Duchów Belfastu w postaci Collusion, a także Stolen Souls. Rok 2013 przyniósł z kolei Ratlines - najnowsze dzieło tego autora, jeszcze świeżutkie i pachnące farbą drukarską.

Choć tytuł może przywoływać na myśl tematykę spirytyzmu, egzorcyzmów i religii, tego w książce nie znajdziemy. Tytułowe duchy są tu bohaterami drugorzędnymi sprowadzonymi na siebie – bynajmniej nie w seansie spirytystycznym - przez protagonistę, Gerry’ego Fegana. Fegan jest bohaterem republikanów, byłym bojownikiem IRA i więźniem politycznym, który spędził za kratami 12 lat swojego życia, a wszystko to „dla sprawy”.

Trzynastka uchodzi ze pechową, ale w przypadku Fegana to dwunastka okazała się być  nieszczęśliwą liczbą. The Twelve (ang. dwanaście) to liczba duchów prześladujących Gerry’ego. To jednocześnie liczba osób zabitych niegdyś przez ‘nawiedzonego’. Zjawy od siedmiu lat dręczą go psychicznie, a Fegan systematycznie próbuje utopić je w alkoholu. Naiwnie wierzy, że odeśle je w zaświaty, zanim on sam tam trafi. Czas działa na jego niekorzyść - zamienia go powoli w nieudacznika gadającego do samego siebie i sprawia, że otoczenie zaczyna przyglądać mu się z niepokojem.

Zjawy, towarzyszące Gerry’emu niczym złowrogie cienie, dają mu do zrozumienia, że jest antidotum na jego bolączki. Duchy chcą krwawej wendety. Dwanaście osób musi zginąć. Nie przypadkowych zresztą, lecz tych, które w jakiś tam sposób przyczyniły się do śmierci dwunastki duchów. Do Fegana dociera brutalna prawda: chcąc uciszyć natrętne głosy w głowie musi najpierw uciszyć wielu ze swoich kumpli z IRA, a to jest zadaniem o podwyższonym ryzyku. Dziwaczne zachowanie Fegana może nieco uśpiło czujność jego towarzyszy, ale czy to wystarczy, by duchom udało się dokonać zemsty rękami Fegana, który – chcąc nie chcąc - staje się męskim wcieleniem Nemezis?

Momentami nieco drażnił mnie język. Ze względu na głównego bohatera i jego niezbyt wyrafinowane towarzystwo był on nieco ordynarny, jednak zrozumiale konieczny, by oddać realizm sytuacji. Nie wyobrażam sobie słodkich i grzecznych dialogów między typami spod ciemnej gwiazdy. Wulgarny język trochę mi przeszkadzał [taka ze mnie cnotka!], ale nie na tyle, by odłożyć książkę i już do niej nie wrócić. Nie dominował na szczęście, był tylko tłem. Książka jest mimo wszystko dobrą rozrywką. Nie pełni funkcji poznawczej, ale niesie ze sobą szansę na wypoczynek i relaks.

Można by się doszukiwać w niej morału: kiedyś w końcu dopada nas kara za popełnione grzechy. Tak jak człowiek jest samotny w obliczu śmierci, tak samo w pojedynkę staje do walki z konsekwencjami własnych występków. W ostatecznym rozrachunku jesteśmy tylko my i nasze uchybienia ciągnące się za nami niczym cienie.

czwartek, 14 marca 2013

Ulster-American Folk Park - tam, gdzie ożywa przeszłość


Kiedyś, wracając z Irlandii Północnej do naszego hrabstwa, minęliśmy znak prowadzący do Ulster-American Folk Park, skansenu poświęconego tematyce XVIII- i XIX-wiecznej emigracji mieszkańców Ulsteru do Ameryki. Zmrok już zapadał, atrakcja była dawno zamknięta, a my mieliśmy za sobą dwie godziny jazdy i w perspektywie jeszcze jakieś trzy zanim postawimy nogę w naszym domu. Nie było zatem najmniejszej szansy, by zwiedzić skansen. Z żalem w oczach popatrzyłam na ten znak. „Kiedyś tu wrócę” - pocieszyłam się w myślach, wyczuwając podświadomie, że to jest „moje” miejsce.



Co łączy Irlandię z Ameryką? Przede wszystkim Irlandczycy. W kraju Wuja Sama irlandzka diaspora jest wyjątkowo liczna. Ameryka od zawsze była takim cudownym magnesem przyciągającym Irlandczyków. Krajem, który jawił się tubylcom jako Ziemia Obiecana, państwem, w którym znajdują się nie tylko podpowiedzi, ale i środki do zdobycia sukcesu.



Emigracja jest mocno wpisana w irlandzką przeszłość, dlatego wielu tubylców doskonale rozumie sytuację Polaków. Właśnie dlatego często spotykałam się ze zrozumieniem mieszkańców wyspy. „Polacy i Irlandczycy mają ze sobą wiele wspólnego” – często słyszałam z ust wyspiarzy. Zarówno jedni jak i drudzy wiedzą, co znaczy spakować się pewnego dnia, rzucić ostatnie spojrzenie na rodzinne strony i wyjechać. Dlatego nie zdziw się, Czytelniku, jeśli któregoś dnia przy pincie piwa będziesz opowiadać tubylcowi o swoich rozterkach, a on w jednym zdaniu „I’ve been there” zawrze całą swoją empatię: Rozumiem Cię. Wiem, o czym mowa. Też przez to przechodziłem.



Kiedy w 1818 roku mały Thomas u boku swoich rodziców opuszczał Camp Hill, skromną, niewielką chatkę, w której urodził się pięć lat wcześniej, zapewne nie bardzo zdawał sobie sprawę, że to jeden z najważniejszych dni w jego krótkim życiu. Rodzice najwyraźniej dość mieli gorzkiej egzystencji, skoro zdecydowali się porzucić ziemię przodków. Pewnego dnia po prostu opuścili swoje rodzinne strony. Poszli w ślady wielu innych Irlandczyków. Małemu Thomasowi być może powiedzieli, że zabierają go do lepszego świata. Wśród licznych pasażerów spędzili na statku kilka długich tygodni, zanim pokonali Atlantyk i znaleźli się w nowej rzeczywistości w Pensylwanii. Z upływem lat młody emigrant wykształcił się i wykrystalizował swoje plany na przyszłość. Nie chciał być farmerem, chciał kariery. Upór i ambicja pomogły mu w osiągnięciu celu. Thomas został prawnikiem, później sędzią, a na koniec założycielem cenionego Mellon Bank. Umarł w USA w swoje 95. urodziny. Wiedział, co oznacza american dream. Domyślam się, że odszedł jako człowiek spełniony, zastanawiam się tylko, czy jako Amerykanin czy też Irlandczyk?



Dzięki zaradności Thomasa jego potomkowie mieli ułatwiony start w życie. Z kolei dzięki ich wysiłkom kilkadziesiąt lat później rozpoczęto proces odrestaurowania rodzinnej chatki Thomasa pozostawionej na irlandzkiej ziemi. W efekcie nie tylko odnowiono dom nestora rodu Mellonów, lecz w jego sąsiedztwie utworzono wiele innych domostw charakterystycznych dla XVIII- i XIX-wiecznego Ulsteru. To wszystko miało na celu odtworzenie emigracyjnego szlaku, upamiętnienie tych ulsterczyków, którzy zmuszeni zostali wyemigrować. Część budynków to prawdziwe okazy, część to pieczołowicie odtworzone repliki. Skansen otwarto w 1976 roku. W całej akcji szczególne zasługi miał Matthew T. Mellon i to na jego cześć nazwano Visitor Centre, centrum informacji, gdzie rozpoczyna i kończy się zwiedzanie skansenu.




To tutaj znajduje się wystawa dość obszernie omawiająca problem emigracji. Można znaleźć tu odpowiedzi na wiele pytań, a także prześledzić losy wielu emigrantów: dowiedzieć się komu udało się odnieść sukces na nowej ziemi, a kogo spotkała porażka. Bo Mellon nie był jedynym Irlandczykiem, do którego uśmiechnął się los. Amerykańscy prezydenci o irlandzkich korzeniach coś o tym wiedzą. Na terenie skansenu natrafić można także na oryginalny dom Campbellów – braci, którzy zaistnieli w USA jako kupcy. Jest tu także domostwo rodziny Hughes. Tu wychował się kolejny szczęśliwiec: John Joseph Huges, pierwszy rzymskokatolicki arcybiskup Nowego Jorku. Dzięki jego staraniom wzniesiono tam katedrę św. Patryka.



Wystawie zapewne należałoby poświęcić więcej uwagi, my jednak potraktowaliśmy ją nieco po macoszemu. To od niej powinniśmy zacząć przygodę ze skansenem, jednak poszliśmy za radą recepcjonisty. Irlandczyk wręczył nam bilety, mapkę skansenu i dorzucił radę: „idźcie od razu na zewnątrz, bo pogoda jest wspaniała. Do środka możecie wrócić później”. Oczywiście wróciliśmy, ale zapału wystarczyło nam tylko na pobieżne rzucenie okiem na opisy i ekspozycje. Czytanie tablic informacyjnych nigdy nie było moją mocną stroną. Zazwyczaj szybko mnie to nudzi. Chcę czegoś, co jest żywe, barwne, bardziej ekscytujące. I to wszystko znaleźć można poza Visitor Centre – tam, gdzie rozpoczyna się park etnograficzny. Tam, gdzie ożywa świat z XVIII i XIX wieku.



Skansen dzieli się na dwie części. Przedstawia dwa światy: Stary i Nowy. Pierwsza, ta bardziej rozległa, poświęcona jest realiom ulsterskim. Tu zobaczymy jednopokojową chatkę charakterystyczną dla ubogiej, bezrolnej społeczności. Tu trafimy na gadatliwego kowala, który chętnie wprowadzi nas w tajniki swojego rzemiosła, a jak zajdzie potrzeba, to nawet da nam wody ze zbiornika, w którym chłodzi wykute narzędzia. Niektórzy ciągle wierzą, że ta woda jest skutecznym remedium na brodawki.




Tkaczka z sąsiedniej chaty zademonstruje nam swoje rękodzieło i pokaże, że krosno wcale nie musi być takie straszne. Na budynku poczty z Mountjoy zobaczymy czerwoną wiktoriańską skrzynkę pocztową, a na wspaniale odrestaurowanym odcinku Ulster Street zapewne niejedna osoba poczuje się, jakby nagle teleportowała się do XIX wieku. Uliczka zamyka Stary Świat. Na jej końcu znajduje się bowiem port i replika Brig Union, statku, który transportował emigrantów do Ameryki. Rzecz jasna nie jest to tak rewelacyjny okaz jak Dunbrody Famine Ship, ale mimo to całkiem udana rekonstrukcja. I tu czekają na nas aktorzy, chętni, by opowiedzieć o trudach rejsu, w czasie którego zapewne niejedną osobę przy życiu trzymała tylko myśl o zbliżającym się nowym życiu. Tym lepszym.



Po opuszczeniu pokładu statku zobaczymy ulicę amerykańską, typową dla portowych miast takich jak Baltimore, Boston i Nowy Jork. Część poświęcona Nowemu Światu jest niewielka, ale klimatyczna. Tworzą ją głównie sielskie obrazy, które czasem oglądać można na amerykańskich filmach. To głównie przytulne, drewniane domki zbudowane z belek. Zobaczymy tu dwupokojowy dom – w chatach tego typu mieszkali emigranci zaraz po przyjeździe do USA. Kiedy ich sytuacja finansowa ulegała poprawie, przeprowadzali się do bardziej przestronnego domu z kilkoma pokojami. Cztery lata po wyjeździe z Irlandii Thomas zamieszkał właśnie w takiej chacie. Przyjemnie się tutaj spaceruje wśród leniwych świnek, ogrodu zielarskiego i pól kukurydzianych. W chatach czasami czekają na nas smakołyki i przy odrobinie szczęścia uda się nam skosztować placka kukurydzianego, ciasta albo wędzonego łososia.




Ulster-American Folk Park to nastrojowy park etnograficzny. To ciekawe miejsce służące jako doskonały dowód na to, że kontakt z historią nie musi być nudny, co więcej, że sama historia wcale nie musi być martwa. Przy odrobinie chęci można ją wskrzesić. Myślę, że twórcom Ulstersko-Amerykańskiego Parku Ludowego jak najbardziej się to udało.