Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Fermanagh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hrabstwo Fermanagh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

Szlakiem irlandzkich jaskiń: Marble Arch Caves


Budzik zadzwonił o szóstej piętnaście w niedzielę. Kilka sekund później umilkł – bynajmniej nie dlatego, że rozprysnął się na sto kawałków uderzając o ścianę. To był mój dzień wolny, ale mimo to ochoczo wstałam z łóżka, co – chciałabym odnotować - było dla mnie nie lada wyczynem. Odkąd Pani Jesień przegoniła lato, poranne pobudki nagle okazały się być dużo bardziej bolesne. Opuszczenie ciepłego i wygodnego łóżka – jawiącego się jako schron – kiedy za oknem panuje mrok, zaczęło zakrawać na jedną z największych podłości losu. Z nadejściem jesieni powoli też zaczynałam hodować zrozumienie dla osób notorycznie korzystających rano z fenomenu drzemek. Dla mnie – w zasadzie od zawsze – ta funkcja w telefonie mogłaby w ogóle nie istnieć. Drzemka? Po co to komu potrzebne? Taka była dotychczasowa reakcja osoby, która w pięć sekund po tym jak odezwał się budzik, była już na nogach.



Normalnie zostałabym w łóżku co najmniej dwie godziny dłużej. Jednak tego dnia byłam zbyt podekscytowana – plan niedzieli miałam ustalony co najmniej kilkanaście godzin wcześniej. Kilka miesięcy wcześniej wpadłam na pomysł zwiedzenia wszystkich irlandzkich jaskiń udostępnionych turystom. Doszłam do wniosku, że czas wyrobić sobie swoje zdanie. Dotychczas spotykałam się ze sprzecznymi opiniami – co dla jednych było super jaskinią, dla innych okazywało się być popierdółką nie wartą zachodu. Odhaczanie punktów z mojej listy szło mi do tej pory nad wyraz dobrze i szybko. A we wspomnianą niedzielę miałam zaliczyć przedostatni punkt na mojej liście. Miałam, bo nie zrealizowałam. Nie do końca. Ale o tym za chwilę.



W ojczyźnie leprechaunów zwykło się mawiać: In Ireland the inevitable never happens and the unexpected constantly occurs. Zaprawdę powiadam Wam, to jedna z największych mądrości tego świata. Przypomniałam sobie o niej, kiedy dotarłam do celu mojej wycieczki, do Marble Arch Caves. A chwilę później na myśl przyszła mi jeszcze jedna mądrość: shit happens every day.



Wszystkie szanujące się przewodniki po Irlandii radzą, by przed przyjazdem do tej jaskini uprzednio zadzwonić. Bo na miejscu możemy się rozczarować. Jaskinie Marmurowego Łuku, bo tak tłumaczy się nazwę Marble Arch Caves, leżące w hrabstwie Fermanagh, wchodzą w skład tamtejszego geoparku, którego walory zostały docenione przez UNESCO. Jaskinie są tłumnie odwiedzane, a że w ich wnętrzu płynie rzeka, bywają też zalewane. Bo jak wiadomo w Irlandii przez dziewięć miesięcy pada deszcz, a przez pozostałe grad.




Efekt rozmowy telefonicznej wykonanej w sobotnie popołudnie był jak najbardziej pozytywny. Nie dość, że dostaliśmy zielone światło – zwiedzanie normalnie się odbywało – to jeszcze zostaliśmy wpisani na listę chętnych na niedzielną podróż do wnętrza ziemi. Moja ekscytacja urosła do niebotycznych rozmiarów. I chyba też przesłoniła mi resztkę realizmu, bo będąc w drodze do jaskini, mogłam się spodziewać wszystkiego - mandatu, kapcia, wypadku, nawet renifera na drodze i UFO na niebie – ale nie tego, że nie zwiedzę jaskini.



Zatem wyobraźcie sobie moją minę, kiedy chwilę po dotarciu na miejsce dowiedziałam się, że z powodu nocnych opadów deszczu najprawdopodobniej nie będzie można zwiedzać jaskini. Jakich opadów deszczu? What the heck? Padało, owszem, ale nie w moim hrabstwie. Przez pewną część drogi jechaliśmy w deszczu o normalnym natężeniu, ale nawet ten namacalny fakt – kropel rozbryzgujących się na aucie – nie podsunął mi czarnego scenariusza. Moja świadomość nie została skażona ani nawet jedną myślą typu: a co jeśli poziom wody w podziemnej rzece wzrośnie? Takiej opcji po prostu nie było. Nie w mojej głowie.




Na ostateczną decyzję mieliśmy poczekać około dziesięciu minut. Wnętrze jaskini właśnie oglądano, by „ocenić straty”. I dopóki nie dostaliśmy potwierdzenia, ciągle żywiłam się nadzieją „a może jednak się uda”. Niestety. Chwilę później już wszystko było wiadomo. Poziom rzeki w jaskini wzrastał średnio o centymetr na dziesięć minut i z oczywistych względów bezpieczeństwa – zwiedzanie zawiera m.in. krótki rejs łódką – nie można było wydać zezwolenia na zwyczajowe oprowadzanie.



Pani w recepcji poinformowała nas jednak, że za chwilę pojawi się przewodniczka w celu odbycia z nami krótkiego, darmowego, 20-minutowego oprowadzania, bo jedynie na tyle mogą sobie pozwolić. Tego jednak nie można było nazwać mocno okrojoną wersją normalnego programu zwiedzania. To był tylko przedsmak, ale – jak się okazało niedługo później – cudowna namiastka tego, co oferują Marble Arch Caves.




Mokrą ścieżką powędrowaliśmy za naszą młodą przewodniczką mówiącą z charakterystycznym północno-irlandzkim akcentem. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami tunelu, którego wnętrze momentalnie przywołało mi na myśl korytarze w brukselskim Atomium. Ale zanim do niego weszliśmy, przystanęliśmy na moment. Przewodniczka kreśliła przed nami zarys historii jaskini, a za drzwiami szalał żywioł. Huczało. To nie było tło do słów przewodniczki, to było coś, co rzucało się na pierwszy plan. Zapewne słyszycie podziemną rzekę – rzekła kobieta. A na usta cisnęło się, że ten hałas zbudziłby nawet umarlaka. Głuchy jak pień by usłyszał.



Po otwarciu drzwi zobaczyłam przyczynę zamknięcia jaskini i... zrozumiałam. Zrozumiałam, że to nie fanaberia przewodników – nie o takim zamknięciu sezonu marzyliśmy, rzekła później przewodniczka – ale konieczność. W punkcie, w którym staliśmy, woda nie była jeszcze nie wiadomo jak wysoka, ale już można było dostrzec zalane ścieżki. Jednak przede wszystkim można było SŁYSZEĆ. Słuchałam tego specyficznego odgłosu i rozumiałam, jak potężna moc wody kotłuje się w tym zamkniętym pomieszczeniu. To była ogromna siła. To był bezlitosny żywioł. Jaskinię opuściłam z żalem. Bo znalazłam się w sytuacji analogicznej do tej przedstawionej w bajce „Lis i bocian”. Dosłownie na wyciągnięcie ręki miałam coś apetycznego - coś, co igrało z moimi zmysłami - a mimo to nie potrafiłam tego dosięgnąć. Tak zapewne czuje się szczerbaty, kiedy ktoś podaje mu jabłko i sarkastycznie dodaje „smacznego!”.




Po obwieszczeniu decyzji o niemożliwości zwiedzania jaskini nasze morale boleśnie uderzyło o ziemię. Do podziemia wchodziliśmy w ciszy, nikt jakoś nie rwał się do dyskusji. Jednak kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, nie byliśmy już tacy cisi. Tam, we wnętrzu jaskini nasze morale na nowo się zregenerowało. Bo choć może wyglądać na to, że żywioł nas pokonał, to wcale tak się nie stało. Paradoksalnie wnętrze jaskini wypełniło mnie głębokim przekonaniem, że ta „walka” tak się nie skończy. Wiedziałam, że mój powrót w to miejsce to tylko kwestia czasu. Nieuchronność. Nie było możliwości, by moja przygoda z Marble Arch Caves zakończyła się w taki sposób. I właśnie ta świadomość napawała mnie radością. Smutek zagubił się gdzieś w mroku jaskini, na zewnątrz groty wyszła trójka wesołych ludzi. Słońce zaczęło się przebijać przez chmury, a my długo jeszcze staliśmy na zewnątrz dyskutując z przewodniczką, notabene równą babką.




Minuty niepostrzeżenie zlewały się w kwadranse, a my ciągle staliśmy i dyskutowaliśmy. Dzieliliśmy się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Dziewczyna opowiadała m.in. o tym, jak krnąbrni potrafią być turyści. Nie pytałam, której nacji najbardziej nie lubi, ale dało się wyraźnie wyczuć, że nie pała sympatią do Niemców, którzy tak na marginesie mieli także tego dnia przybyć liczną grupką. To miał być ich pierwszy punkt na trasie po Irlandii. A tu - surprise, surprise! – jaskinia zamknięta.  Szczęśliwym trafem nie doczekaliśmy momentu germańskiego najazdu – o tej porze centrum jeszcze świeciło pustkami – a kiedy Niemcy zapewne gnietli się w autobusie, my właśnie przeczesywaliśmy ścieżki w lesie przylegającym do centrum. Wspominam o tym, bo wizyta w Marble Arch Caves bez leśnego spaceru będzie zdecydowanie niekompletna.



Wędrowałam mokrymi ścieżkami, wdychałam świeże powietrze, słuchałam ptasiego śpiewu i odczuwałam niespodziewanie dużą satysfakcję z tego powodu. Miałam ten zakątek praktycznie dla siebie. Toteż nie krępowałam się: dotykałam mokrych od rosy paproci i pozwalałam fantazji popuszczać wodze. Dlatego kiedy wyobraźnia podsunęła mi myśl, że to magiczny las, nie skarciłam jej za to. Dziwnym trafem te realia – festony mchów i paproci, cała aura tego miejsca – pasowały mi do takiego wyobrażenia. I choć na swojej drodze oprócz kilku sympatycznych młodych Irlandczyków nie spotkałam nigdzie the little people, ani wróżek z gracją bujających się na lianach, lubiłam myśl, że to magiczny lasek.



Nie było tak, jak sobie to wymarzyłam, ale to wcale nie oznacza, że było źle. Być może dostałam pstryczek w nos od losu, ale dostałam też coś więcej - przedsmak przygody, której już teraz mówię tak. I wzorem Arniego Schwarzeneggera powtarzam: I’ll be back!


zmienność irlandzkiej pogody nigdy nie przestaje mnie zadziwiać. U góry: Visitor Centre w czasie przyjazdu, na dole: w czasie odjazdu


środa, 24 lipca 2013

Enniskillen Castle - jeszcze jeden zamek na pojezierzu Fermanagh


„Pięknie tutaj” – wyszeptałam sama do siebie, opierając się o barierkę i patrząc na leżący po drugiej stronie jeziora Enniskillen Castle. Na szczycie Water Gate, chyba najczęściej fotografowanej i bezsprzecznie najładniejszej części zamku, tańcowała do melodii wygrywanej przez wiatr biała flaga z czerwonym krzyżem. Flaga świętego Jerzego, flaga Anglii. To tradycja sięgająca XVII wieku, kiedy żołnierze z Inniskilling Regiments [w zamku znajduje się muzeum poświęcone miedzy innymi tym oddziałom] walczyli dla Wilhelma III Orańskiego przeciw katolickiemu Jakubowi II Stuartowi.



Okolica jest w istocie bardzo ładna i choć zamek znajduje się niedaleko drogi, bez problemu można przysiąść na ławce i zatopić się we własnych myślach. Malowniczość pejzażu nie miała jednak nic do rzeczy – Hugh Maguire wytypował to miejsce jako idealne do zbudowania swojej twierdzy. Zrobił to ze względów czysto praktycznych. Był to początek burzliwego XV wieku, a on jako wódz klanu rządzącego Fermanagh musiał dbać o swoje bezpieczeństwo i interesy. Miejsce miało wspaniały potencjał defensywny i strategiczny, a to właśnie podobało się Hugh. Wzniesiono więc twierdzę, która nie tylko miała skutecznie odpierać ataki Anglików, lecz także lokalnych wrogich klanów, bo przecież tych również nie brakowało. Rody takie jak O’Donnell z Donegal czy O’Neill z Tyrone tylko czekały na dogodną okazję, by skopać tyłek przedstawicielom klanu Maguire, co zresztą częściowo udało się tym drugim na początku XVI wieku.




Oryginalna wieża wzniesiona tutaj przez klan Maguire została z biegiem czasu znacznie zmodyfikowana. Nie rozpoznalibyście jej, mówię Wam, bo to, co można oglądać współcześnie jest mutantem, który powstał w wyniku pochłonięcia szczątkowej części oryginału i wielu poważnych przeróbek naniesionych w późniejszych okresach, kiedy po klanie Maguire pozostało jedynie wspomnienie.




W XV wieku zobaczylibyśmy zgrabną wieżę obronną powielającą wzór wielu innych ufortyfikowanych wież mieszkalnych o kilku kondygnacjach. Ta najniższa wykorzystywana była najprawdopodobniej jako przechowalnia, lub skład broni, pierwsze piętro jako miejsce przeznaczone do biesiadowania, a wyższe kondygnacje jako sypialnie i pomieszczenia zarezerwowane dla wodza i jego najbliższych. W ówczesnym czasie Maguire’owie nie posiadali tak dużych okien. Są one symbolami spokojniejszego okresu dodanymi do wieży gdzieś w XVIII wieku. Hugh ani jego następcy nie mieli ich, bo przede wszystkim nie potrzebowali takich udogodnień. Po pierwsze wieża straciłaby wiele ze swej defensywnej funkcji, a po drugie w tamtych czasach szkło było towarem luksusowym. A za luksusy trzeba było słono płacić. Wieża, a raczej jej marne pozostałości, to najstarsza część składowa zamkowego kompleksu. Dzisiaj pełni ona funkcję muzeum.




Mówiąc o historii zamku Enniskillen, nie sposób pominąć osobę kapitana Williama Cole’a, angielskiego osadnika z Devon. To z jego polecenia wybudowano wspomnianą na samym początku Water Gate. Cole otrzymał zamek na początku XVII wieku i to właśnie wtedy przystąpił do przeróżnych przeróbek i do wybudowania rezydencji dla siebie i swojej rodziny. Water Gate wzniesiono w 1614 roku w zasadzie bez jakiejś konkretnej przyczyny. Ta część zamku nigdy nie pełniła funkcji, na którą mogłaby wskazywać jej nazwa. Water Gate to nic innego jak wodne wrota, śluza.




Gdyby w XVII wieku Cole posiadał laptopa, cyfrówkę, naszą klasę albo facebooka, to zapewne zrobiłby sobie „sweet focię” na tle Water Gate i wkleił ją na swoim profilu. Dla szpanu. Nie miał jednak tych zdobyczy techniki, więc Water Gate musiała przemawiać sama za siebie. Jej uroda była niepodważalna, a przekaz prosty: tu mieszka ważna osobistość. Dwie zgrabne bartyzany z uroczymi kroksztynami i stożkowatymi daszkami – całość zbudowana jest w szkockim, magnackim stylu. Perfekcyjnym dla pana na włościach.




Pod koniec XVIII wieku zamek zaadaptowano na wojskowy magazyn znany jako Castle Barracks – tak na wszelki wypadek, gdyby Francuzi postanowili zaatakować w czasie wojen napoleońskich. Zamek pełnił tę funkcję aż do 1950 roku. Później budynki poddano pracom konserwatorskim, by czternaście lat później udostępnić je zwiedzającym.





Zamkowy kompleks jest na pierwszy rzut oka bardzo obszerny, jednak w miarę zwiedzania okazuje się, że obiektów udostępnianych turystom jest mniej niż mogłoby się wydawać. Wiele z nich to zwyczajne baraki. Do ciekawszych budynków zaliczyć można także Curved Range, obiekty z XIX wieku, które pierwotnie wykorzystywano jako stajnie. Na piętrze znajdowały się z kolei pokoje dla kawalerii, później przekształcono je na szpital. To właśnie tam poddawano opiece żołnierzy borykających się z owrzodzeniami nóg, jak również chorobami wenerycznymi. Łatwo się domyślić, że szpital ulokowany nad stajnią w połączeniu ze „zdobyczami” nauki w XIX wieku nie sprzyjał rekonwalescencji żołnierzy. Obecnie można tutaj oglądać m.in. wojskowe pojazdy.




Na koniec – paradoksalnie – wspomnę o Fermanagh Heritage Centre, czyli budynku, od którego rozpoczyna się całe zwiedzanie zamkowego kompleksu. Centrum Dziedzictwa Hrabstwa Fermanagh otwarto jakieś dziesięć lat temu, jednak dzięki profesjonalnemu projektowi budynek został ładnie wkomponowany w dużo przecież starszą całość kompleksu. Znajdują się tu przeróżne wystawy tematyczne.




Enniskillen Castle oceniam pozytywnie, choć prawdę powiedziawszy inaczej wyobrażałam sobie ten kompleks, odbywając w wyobraźni wędrówki po jego wnętrzu. Miejsce idealne dla osób zainteresowanych militariami. Inni mogą być nieco zawiedzeni, bo praktycznie całe zwiedzanie opiera się na podążaniu muzealnym, „martwym” szlakiem. Dużym plusem zamku jest jego malownicza lokalizacja.



sobota, 20 października 2012

Niedziela we Florence Court



We Dworku Florentyny wszystko wyglądało inaczej niż sobie wyobrażałam. Ale tego dnia wiele spraw przybrało zupełnie inny obrót. Pogoda od samego rana – jakby to w miarę subtelnie powiedzieć? – była parszywa. Jadąc do tej klasycystycznej rezydencji, miałam niezbyt duże oczekiwania. Szału nie będzie – myślałam sobie. Nie pierwszy raz miałam zwiedzić rezydencję zamieszkaną w przeszłości przez domowników mających w żyłach błękitną krew. Wiedziałam, czego mam się spodziewać. Ale tak naprawdę tylko wydawało mi się, że wiem.




Kiedy dotarłam na miejsce, dość szybko przekonałam się, że byłam w błędzie. Doszłam do wniosku, że refleksje typu „takie pałacyki nie są w stanie mnie ani zbytnio zauroczyć ani zaskoczyć” powinnam wstydliwie upchać do zakamarka przeznaczonego dla innych głupkowatych i zarozumiałych myśli. Bo, proszę państwa, Florence Court okazało się być naprawdę fajną i godną odwiedzenia atrakcją hrabstwa Fermanagh, w której w przesympatyczny sposób spędziłam prawie trzy godziny. Trzy godziny, w czasie których przez ani jedną minutę się nie nudziłam.




Trzykondygnacyjna rezydencja została wybudowana w połowie XVIII wieku dla nobliwej rodziny Cole przybyłej do hrabstwa Fermanagh z Devonshire za panowania Elżbiety I. Przez długi czas była domem rodzinnym dla wspomnianej familii – notabene hrabiów Enniskillen - a na cześć Florence Wrey, małżonki jednego z gospodarzy, nazwano ją dworkiem Florentyny. W swoim pierwotnym stanie była dużo skromniejsza i ograniczała się do części środkowej. Arkadowe skrzydła zakończone pawilonami to efekt późniejszej modyfikacji. Bardzo udany zresztą, bo całość prezentuje się bardziej imponująco.




Na teren rezydencji wjeżdża się przez bramę i to tu należy uiścić opłatę za ten zaszczyt. Można na tym poprzestać (bilet upoważnia nas do swobodnego poruszania się po ogrodach i naprawdę imponujących rozmiarowo włościach), ale można też – za dodatkową opłatą, rzecz jasna – zwiedzić wnętrze posiadłości. W tym celu konieczne będzie nam towarzystwo przewodnika.




Jako że do oprowadzania mieliśmy jeszcze jakieś pół godziny, postanowiliśmy zapoznać się z budynkami w bezpośrednim sąsiedztwie, zgrabnie okalającymi dziedziniec. Na około pięć minut przed wyznaczoną godziną zwiedzania – za radą pani z recepcji – pomaszerowaliśmy schodami na piętro, by tam w Colonel’s Room zaczekać na przewodnika. Informacja umieszczona na drzwiach pokoju wyraźnie zachęcała do skorzystania z dobrodziejstw tego pomieszczenia. Bowiem Colonel’s Room, Pokój Pułkownika, stworzono na użytek turystów. I powiadam Wam, była to przednia idea.




Pokój to całkiem przyjemny zakątek, w którym chyba każdy może znaleźć coś dla siebie. Sofa i fotele ulokowane tuż przy kominku zachęcają do odpoczynku z gazetą, książką lub albumem w ręku. A to wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Na stoliku za sofą wystawiono archiwalne numery gazet, współczesne czasopisma i albumy. Są tu szachy, karty i domino. Jest dom dla lalek i duży kuferek z dziecięcymi lalkami. Jest szafa grająca, a obok karafka z alkoholem. A to wszystko oczywiście umieszczone jest wśród ścian udekorowanych obrazami. Bez żadnych ograniczeń można tu robić zdjęcia. W pozostałej części rezydencji – zwiedzanej z przewodnikiem - jest to zakazane.




Późno tu dotarłam, więc mam czas tylko na to, by opaść na fotel, położyć sobie na kolanach album z kserokopiami archiwalnych zdjęć rodzinnych i przypomnieć sobie, jak wyglądało życie w minionych epokach.




Odkładam album na swoje miejsce, siadam na ławce naprzeciwko drzwi wejściowych i czekam. Chwilę później wchodzi przez nie On. W pierwszym odruchu mam ochotę chwycić go za ucho i zapytać: synku, z której podstawówki dałeś dyla? Nie tylko Florence Court nie jest takie, jak myślałam. Nasz przewodnik nie jest starszym panem, ani nawet człowiekiem w średnim wieku. On wygląda jak jeden z chłoptasiów z One Direction - niedawno powstałego brytyjsko-irlandzkiego boysbandu. A kiedy później dzielę się swoimi spostrzeżeniami z Połówkiem, ten wybucha śmiechem i energicznie potakuje głową.




Oprowadzanie trwa jakieś 45 minut. Przechodzimy z jednej sali do drugiej, a każdy krok przybliża nam historię rodu. Na trasie natrafiamy m.in. na popiersie Williama III Orańskiego z... dosztukowanym nosem. Przewodnik zdradza nam, że trzeci hrabia Enniskillen był zapalonym oranżystą. Jako gorliwy zwolennik Williama zgromadził sporą kolekcję pamiątek z nim związanych i dzięki temu część z nich nadal możemy oglądać. Nie zobaczymy tu natomiast jego bogatej kolekcji skamieniałości złożonych z 10 000 okazów, bo ta trafiła do muzeum.




Niedługo później zaglądamy na piętro, gdzie znajduje się m.in. sypialnia księżnej. Taka zwyczajna z pozoru, a kryje całkiem ciekawy okaz. Jest nim porcelanowy nocnik, na dnie którego umieszczono podobiznę dziewiętnastowiecznego premiera Wielkiej Brytanii, Williama Gladstone’a, niezbyt lubianego w kręgach anglo-irlandzkich klas rządzących. Nasze współczesne powiedzenie „olać kogoś strumieniem ciepłego moczu” widać miało zastosowanie już dwa wieki temu u samej arystokracji.




To w tej sypialni pod koniec marca 1955 roku samotnie spała Lady Enniskillen. Jej mąż w tym czasie przebywał na wyjeździe – chwilowo nie miał pojęcia, że w jego rezydencji z samego rana wybuchł pożar, a jego żona świetnie spisała się jako alarm przeciwpożarowy. Dziarska staruszka szybko wyskoczyła z łóżka i pobiegła na dół, by zaalarmować służbę. Nie zapomniała też przedzwonić do męża. Ten po wysłuchaniu nowiny miał ponoć odrzec: What the hell do you think I can do about it? I co ja do diabła mam na to poradzić? Choć żywioł opanowano dość szybko, straty były ogromne – szczególnie ucierpiało piętro, bo to tam znajdowało się źródło ognia. To właśnie w czasie tego pożaru poszkodowane zostało popiersie wspomnianego Williama III Orańskiego. Aby ocalić monument wyrzucono go przez okno. William uchował się, ale stracił nos. Dziś – już po liftingu – dumnie zajmuje miejsce w holu i przypomina o pożodze.




Kolejną pamiątką po pożarze są dziury widoczne w suficie w jadalni na parterze. Wywiercono je, kiedy w domu szalał pożar. Dzięki temu ocalono sufit z uroczymi sztukateriami. Gdyby nie trzeźwość umysłu i pomysłowość pewnych osób, podłoga zapewne runęłaby pod naporem wody. Sześć wywierconych dziur umożliwiło spokojny przepływ wody, a tym samym ocaliło imponujące rokokowe sztukaterie znajdujące się w pokoju na parterze. A te są w moim odczuciu największą wewnętrzną ozdobą rezydencji.




Wnętrza rezydencji udekorowane są mnóstwem portretów, sztychów i przeróżnych pamiątek rodowych. Nie sposób obojętnie przejść obok wspaniałych stiuków – ich misterność wprost oszałamia. Jak zgrabne ręce i jak wielki talent trzeba było mieć, by wyczarować tak imponujące dzieło? Niektóre z drzwi pozostają dla nas zamknięte. Część dlatego, że są tylko atrapą powstałą na potrzebę uzyskania harmonii wnętrza, a część z innego powodu – nie wszystkie wnętrza udało się przywrócić do dawnej świetności.




Od pokojów użytkowanych przez arystokrację bardziej zaciekawiła mnie część rezydencji zamieszkiwana przez służbę. To była miła odskocznia od tego „muzealnego” oblicza Florence Court. Dała możliwość poznania posiadłości „od kuchni” – tak w przenośni jak i dosłownie.




Po 45 minutach oprowadzania młody przewodnik poszedł w swoją stronę, a my w swoją. A konkretnie w stronę kuchni. Tym razem tej urządzonej na potrzeby turystów. Decyzja okazała się być wyśmienita. Zresztą tak jak i zamówione przez nas ciasto domowej roboty. Słodkie przysmaki nie zalegały zbyt długo na ladzie w restauracji, znalazły uznanie nie tylko w naszych oczach i ustach. Jedynym mankamentem była dla mnie zbyt mała filiżanka, w której zaserwowano nam kawę. Porcja ciasta była za to wystarczająco duża.




Proces zapoznawania się z Florence Court absolutnie nie może zakończyć się na zwiedzaniu domu. Bo na tych 30 000 akrach znajdują się inne atrakcje. Bardzo przydatne przy gubieniu kalorii zawartych w cieście. Włości rezydencji stwarzają idealne warunki do spacerów i obejmują nie tylko ogrody, lecz także park i las. Ścieżki doprowadzą nas m.in. do tartaku i do niezwykle interesującego Florence Court Yew - okazu cisu uchodzącego za matkę wszystkich irlandzkich cisów pospolitych. Drzewo rośnie tu już od połowy XVIII wieku.




Poranna parszywa pogoda okazała się być tylko zmyłką. Taką zasłoną dymną dla łatwowiernych. Choć jesień już na dobre rozgościła się na wyspie, tego niedzielnego popołudnia nie pokazała swojej ciemnej strony. Słońce delikatnie oświetlało nam drogę i gdyby nie złote liście leżące tu i ówdzie, być może dałabym się nabrać, że mamy jeszcze lato.




Anna Maria Jopek śpiewała kiedyś: Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Na pierwszej stacji, teraz, tu! Nieraz miałam ochotę powtórzyć za nią te same słowa. Ale nie we Florence Court. Nie napiszę, że tutaj czas się zatrzymał - choć być może na to mogłoby wskazywać wyposażenie poszczególnych sal - ale z pewnością przystopował. Szczególnie wtedy, kiedy weszłam do antykwariatu i natrafiłam na dział z irlandzkimi pozycjami. Nie wiem, jakim pociągiem podróżowali mieszkańcy Dworku Florentyny, ale jestem skłonna uwierzyć, że była to lokomotywa parowa. Bo że my w XXI wieku przemieszczamy się TGV, to akurat nie mam żadnych wątpliwości.




Fajnie było. Bardziej niż się tego spodziewałam. Zwiedziłam dom z historią, zjadłam pyszne ciasto, pospacerowałam na świeżym powietrzu, a jakby tego było mało, za niecałe 10 funtów nabyłam pięć ciekawych książek, co bezapelacyjnie okazało się być wisienką na torcie.




Nazbierałam też pęk złotych liści, które wraz z książkami umieściłam na tylnym siedzeniu auta – tak dla przypomnienia, że czasami szczęście jest na wyciągnięcie ręki. I że wcale wiele do niego nie potrzeba.



A dla naszego młodego przewodnika - który okazał się nie tylko dobrze przygotowany i sympatyczny, ale także bardzo troskliwy wobec staruszki zwiedzającej wraz z nami rezydencję - wielki podziw. Co tu dużo mówić: sha-tzun!