Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezydencja wiejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezydencja wiejska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 listopada 2017

Lekcja historii w Westport House


Sama ­­­­­­nie wiem, czy o decyzji o wyjeździe do Westport przesądziła moja ciekawość, roztropność, czy też może zwykłe skąpstwo, aczkolwiek przychylam się do dwóch pierwszych opcji, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby świadomie uchodzić za skąpego?



Data moich darmowych wejściówek do Westport House dobiegała końca i jasnym było, że jeśli nie wykorzystam ich w tę uroczo deszczową, chłodną i pochmurną niedzielę, to tym bardziej nie uda mi się tego zrobić w dzień powszedni, bo wyjazd do pięknego Westport to nie truchcik do warzywniaka za rogiem. Zatem im dłużej o tym myślałam, im bardziej przyglądałam się kroplom deszczu rozbijającym się o okienne szyby, tym bardziej moja oszczędna natura dochodziła do głosu: "Po co czekać na piękną pogodę i bulić kilkanaście euro za zwiedzanie, skoro możesz mieć to tu i teraz. Dziś! Deszcz? No cóż, nie wyglądasz, moja droga, na starożytny papirus [choć te zmarchy koło oczu mówią co innego!] ani nawet na jajko Fabergé [choć Twoja sylwetka do złudzenia je przypomina!], bierz zatem tyłek w troki i jedź! NO JEDŹ!!!"



Okrucieństwo i siła argumentów mojej własnej natury poraziły mnie niczym prąd z zerwanej linii wysokiego napięcia. Z takimi faktami się nie dyskutuje. Wobec takich argumentów wsiada się do auta i jedzie. Na oślep. Byleby jak najdalej. Byleby tylko uciszyć tę okrutną jędzę.



Ponoć większość czytelników lubi happy-endy. Mogłabym zatem napisać Wam tutaj, że jak tylko wyszliśmy z domu, nieboskłon rozjaśnił najpiękniejszy odcień indygo, zza pobliskiego krzaka wybiegła szczęśliwa para jednorożców, a do samego Westport eskortowała nas chmara koliberków, ale i tak wiem, że nie nabrałby się na to nawet mój kot.



Prawda, jak zwykle, jest zwyczajna i mało atrakcyjna. Na miejscu byliśmy na pięć minut przed południem, a przez całą drogę miałam okazję podziwiać pięćdziesiąt odcieni szarości mijanego krajobrazu. Zaś po opuszczeniu suchego wnętrza auta i zmoczeniu nogawek w długiej i mokrej trawie, miałam ochotę czym prędzej wrócić do niego, natychmiast zwinąć się w kłębek i pozwolić mojej ulubionej muzyce utulić mnie w żalu. Zebrałam się jednak na odwagę i poszłam stawić czoło niedogodnościom pogodowym.



Westport House to nie jest Chatka Puchatka. To georgiański kolos z XVIII wieku, który może imponuje swoimi rozmiarami i zawartością, ale na pewno nie tchnie ciepłem. A przynajmniej nie w chłodne i dżdżyste dni. Nawet teraz, na wspomnienie o nim, wzdrygam się jak na widok flaczków, przy czym - niechętnie to stwierdzam - w tym przypadku to chyba nawet flaczki są lepsze, bo przynajmniej ciepłe.



Urocza blond recepcjonistka przywitała nas jednak tak ciepło, że temperatura mojego ciała momentalnie wzrosła co najmniej o jeden stopień, a mimo to na widok ognia trzaskającego w kominku miałam ochotę zaryzykować życie i wymontować z naszego auta siedzenie, by wygodnie ustawić je koło kominka i przesiedzieć tam do zamknięcia obiektu. Mój zacny plan zniweczyło jednak nieznośne parcie na pęcherz, udałam się więc ruchem jednostajnym przyspieszonym w kierunku wskazanym przez recepcjonistkę. Ledwo zaś zamknęłam drzwi i zdjęłam z szyi to koło młyńskie w postaci aparatu, osłupiałam, bo mój wzrok spoczął na akwarelach, którymi udekorowane były ściany. W zasadzie to nie wiem, dlaczego tak mnie to wtedy zaskoczyło. Przecież toaleta to idealne miejsce, by podziwiać obrazy. To przecież tam się skupiamy! Korciło mnie, Boże jak mnie korciło, by zakrzyknąć do Połówka: "Marian, tu jest jakby luksusowo!". Mówiłam przecież, że Westport House to nie Chatka Puchatka?



Pani z recepcji poinformowała nas, że do obejrzenia udostępniono jakieś trzydzieści pokojów, ale kiedy już obeszłam wszystkie te, które znajdowały się na parterze, żaden z nich - mimo że ciekawe,  bo np. zawierające interesujący parkiet, imponujący księgozbiór, czy nietypowy sufit, na którym wymalowane było... niebo - nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak okazała klatka schodowa wykonana z sycylijskiego marmuru przez najprawdziwszych Włochów, oraz znajdujący się na niej posąg Witającego Anioła.




To ciepłe, różowawe światło, biel tych schodów, ten stoicki anioł i ten piękny żyrandol, niczym żywcem wyjęty z "Upiora w operze" to dla mnie bezsprzecznie najładniejszy zakątek tej rezydencji. Anioł, okrutnie przechrzczony przez Połówka na "Jednorożca" z powodu wyrastającego mu na środku głowy "rogu" jest autorstwa dziewiętnastowiecznego rzeźbiarza, C.F. Fullera. Za każdym razem, kiedy ktoś z rodziny wracał z wyjazdu, witał się z aniołem, podając mu rękę. Taką oto tradycję stworzyła sobie rodzina Brownów, arystokratów i filantropów, mieszkająca w okazałym Westport House od stuleci, a dokładniej mówiąc od 1730 roku.



Nie od razu Rzym zbudowano, i nie od razu powstał też Westport House. To, co widzimy obecnie jest wynikiem działań trzech międzynarodowych głów: niemieckiego architekta, Richarda Castle'a [aka Cassels], który rozpoczął budowę rezydencji,  Irlandczyka, Thomasa Ivory'ego, oraz Anglika, Jamesa Wyatta, który doprowadził do zakończenia budowy 50 lat później. To również on  stworzył w 1780 roku urbanistyczny projekt Westport, które zachwyca mnie za każdym razem, kiedy tam jestem.



Oprócz posągu powitalnego anioła natrafimy tu także na monumenty poświęcone irlandzkiej królowej piratów, Grace O'Malley, siejącej postrach na morzach w XVI wieku. Grace była protoplastką rodu Brownów, co by miało sens i tłumaczyło tę waleczność, butę i odwagę płynącą w żyłach rodu. A tej z pewności nie można odmówić chociażby Jeremy'emu Altamontowi, jedenastemu markizowi Sligo. Wspominam o nim, bo spokojnie można powiedzieć, że to właśnie on umieścił Westport House na turystycznej mapie Irlandii. W 1960 roku dokonał śmiałego kroku, udostępniając swoją rodzimą rezydencję zwiedzającym. W ówczesnym okresie było to nie tylko dość nietypowe działanie, ale przede wszystkim bardzo ryzykowne dla samego Jeremy'ego. Jego doradcy sugerowali mu jedno: uciekaj od tego domu, jak najdalej potrafisz. Znajomi wtórowali:  sprzedaj dom, zgarnij kasę, rozsądnie ją zainwestuj, prowadź łatwe życie.



Jeremy nie chciał jednak iść łatwą drogą. Nie miał serca do wyburzenia swojego rodzinnego domu. Twierdził, że żadne pieniądze, ani żadni architekci nie są w stanie zbudować drugiej takiej rezydencji. Nade wszystko był wizjonerem, wierzył w ogromny potencjał turystyczny Irlandii, miał niesamowitą determinację, przedsiębiorczość i pasję do marketingu. Miał niewiele ponad 20 lat, a już wtedy wiedział, że musi być niesłychanie elastyczny i otwarty na nowinki rynkowe. Bez tego nie miał co liczyć na sukces. Dlatego przyświecała mu idea jak najszybszego dostosowywania się do zmieniających się trendów i wychodzenia naprzeciwko turystycznym potrzebom. Mawiał: "We must move with times and adapt to changing trends as fast as we can spot them".



I robił to za każdym razem, kiedy musiał. Był jak magik. Chcesz króliczka z kapelusza? Hey presto, pstryk, i już! Proszę! Oto twój królik. Tak działał. Kiedy zatem zauważył, że w latach 70. pojawiło się zapotrzebowanie na wczasy z własnym wyżywieniem, dał ludziom to, czego chcieli. Ich króliczka w postaci apartamentów i chatek, które mogli sobie wynająć na terenie jego posiadłości. Stworzył pole namiotowe, udostępnił nawet "cygańskie" wozy ciągnięte przez konie dla wszystkich tych, którzy od zaczepienia się w jednym punkcie woleli swobodne przemieszczanie się po pięknej wyspie.



Również w latach 70. nawiązał współpracę z Fossett's Circus, bo wyczuł niszę na rynku. Na terenie całego kraju ZOO było tylko w Dublinie. No i u niego "w ogródku". Małpy, lwy, foki, lamy, szopy pracze, kangury rdzawoszyje... Nawet miejsce na słonia się znalazło. Z kolei w latach 80. wprowadził szereg atrakcji dla najmłodszych. To one były tym ziarnem, z których wyrósł obecny Pirate Adventure Park, w którym dzieci mają do dyspozycji m.in. galeon piracki, zjeżdżalnię wodną, kolejkę, dmuchane zamki, czy ogromne łabędzie-rowerki wodne.



Posiadłość jest ogromnie komercyjna i to widać niemal na każdym kroku. Oprócz, standardowych dla takich rezydencji, księgozbiorów, galerii portretów rodzinnych, sreber stołowych, kolekcji wyrobów ze szkła i antyków [pewne mahoniowe drzwi przywędrowały tu aż z jamajskich plantacji trzciny cukrowej należących do członków rodu] są tu także mniej i bardziej tandetne rekwizyty. Są krzywe zwierciadła, które przysporzyły nam sporej dawki śmiechu z powodu naszych zdeformowanych sylwetek, jest ciekawa piwniczka na wino, kolekcja figur woskowych przedstawiająca znane osobistości powiązane z zachodem Irlandii, są też lochy, będące ponoć oryginalną częścią dawnego zamku Grace. Powiem tylko tyle, że gdyby w tych lochach płynęła rzeka Piedra, usiadłabym nad nią i zapłakała.



Jedna z końcowych sal na naszej trasie zwiedzania poświęcona była ostatnim pięćdziesięciu latom rodziny Brown. I to chyba tu najbardziej do mnie dotarło, dlaczego Jeremy tak zacięcie walczył o swój rodzinny dom. Westport House to nie tylko kolejne "muzeum" pełne "przypadkowych" obiektów. Jak na przykład te dwie wielkie metalowe "donice" na tarasie. Może nie są najpiękniejsze, ale dwa wieki temu z pewnością uratowały życie niejednemu głodującemu, kiedy to klęska głodu dziesiątkowała ludność Irlandii. Brownowie nie pozostali obojętni na krzywdę biedaków. W tych dwóch wielkich pojemnikach zawsze znalazła się zupa bądź też owsianka dla głodujących.  Westport House to skarbnica historii, a dla samego zainteresowanego - skarbnica wspomnień. A te, jak wiemy, są bezcenne.



Myślę, że królowa piratów byłaby z niego dumna. Nie tylko dlatego, że walczył w zasadzie do upadłego, próbując ocalić swoją rodzinną rezydencję, ale także z powodu spłodzenia pięciu córek. Kiedy patrzy się na rodzinne zdjęcie zrobione w 2007 roku, nie trudno jest zauważyć, że w rodzinie Jeremy'ego dominują silne kobiece geny. Pięć córek, dziewięcioro wnucząt i tylko dwóch męskich potomków.



Wszystko ma jednak swój kres. Dlatego też na początku tego roku Westport House został wystawiony na sprzedaż. Pięcioletnia walka córek Jeremy'ego o zachowanie domu w swoich rękach została przegrana, a rodzinna tradycja przerwana. Sam senior już tego jednak nie doczekał. Zmarł w 2014 roku, zanim dom przeszedł w ręce rodziny Hughes, lokalnych biznesmenów.



Nawet jeśli sama rezydencja nie wydaje się Wam być godna zwiedzania, to spieszę zapewnić Was, że i tak warto tu przyjechać. Westport ze swoim ośmiokątnym rynkiem i promenadami obsadzonymi drzewami sam w sobie jest uroczy. Poza tym stąd już tylko rzut beretem do "świętej góry" Irlandii, do wyspy Achill, do pięknych plaż, do wspaniałej zatoki Clew, w której jeśli wierzyć mitologii, znajduje się aż 365 wysepek. Po jednej na każdy dzień roku. I nieważne, że prawdopodobnie jest ich tylko około 117. Widok rozpościerający się na zatokę jest czymś, co warto zobaczyć na własne oczy. Uroda tego miejsca nie jest mitem. Niech świadczy o tym choćby fakt, że jedną z tych wysepek kupił w latach 60. sam... John Lennon, by służyła jemu i Yoko za ich prywatną oazę. Pech chciał, że Lennon nie dożył momentu wybudowania domu na swojej "Beatle Island", ale to już raczej opowieść na inny raz...


niedziela, 9 grudnia 2012

Russborough House - najczęściej okradana rezydencja w Irlandii?


Nie wyczekiwałam jesieni, ale kiedy już nadeszła, doszłam do wniosku, że nie pozwolę jej na zrewolucjonizowanie mojego życia: nie dam się zamknąć w czterech ścianach i nie dam jej odebrać sobie tego, co mnie uszczęśliwia – podróżowania. Zmieniła się sceneria, z pól poznikały baloty z sianokiszonką, a drzewa się zazłociły, ale to nie oznaczało końca zwiedzania. Wiedziałam, że niedługo przyjdzie taki czas, kiedy wolne dni z nieukrywaną radością będę spędzać w domu, ale dopóki na drogach nie zalegał śnieg, celowo odwlekałam zamknięcie mojego sezonu turystycznego.





Na cel mojej kolejnej jesiennej wycieczki obrałam Russborough House, rezydencję wiejską, którą czasami żartobliwie określałam jako druh Boruch house, a to wszystko z uwagi na brzmienie jej nazwy. Ta XVIII-wieczna posiadłość znajduje się w hrabstwie Wicklow niedaleko Blessington i choć może wydawać się nudnym dworkiem, to wszystko to tylko złudzenie i pozory. To nie jest rezydencja taka sama jak inne. Dlaczego? Bo ma miano najpiękniejszej irlandzkiej wiejskiej posiadłości. Bo ma najdłuższą fasadę na wyspie – ponad 200 metrów długości. Bo uchodzi za najczęściej okradaną rezydencją w Irlandii.




Zewnętrzne oblicze Russborough House wydaje się relatywnie skromne. Owszem, robi wrażenie, bo całość jest ogromna i nawet z pomocą obiektywu szerokokątnego ciężko ją zmieścić w kadrze, ale tak naprawdę żaden z jej elementów nie zdradza przepychu skrytego wewnątrz jej murów.




Już w pierwszych minutach zwiedzania uderza mnie wszechobecne bogactwo. Mnogość ozdobników uniemożliwia zogniskowanie wzroku na jednym wybranym detalu. Bogactwo rezydencji atakuje ze wszystkich stron za pomocą sreber, porcelany, marmurowych kominków, tapiserii, obrazów słynnych malarzy i imponujących sztukaterii.




Czuję się przytłoczona bogactwem formy. A nasza pani przewodnik, jakby czytając w moich myślach, mówi z uśmiechem: enjoy it with your eyes. I dodaje pocieszająco, że zanim zaprowadzi nas do trzeciego pokoju, my nie będziemy pamiętać, co było w pierwszym. To nie jest złośliwa uwaga. Jej celność jest stuprocentowa.  Po całej wizycie zapamiętacie tylko jakieś 5% tego, co zobaczyliście – mówi przewodniczka wykonująca ten zawód dłużej niż ja żyję. Wierzę jej. Nie mam wątpliwości, że trzeba byłoby mieć pamięć fotograficzną, aby umysł mógł zarejestrować wszystko to, co zobaczyły oczy. A zakaz fotografowania na trasie zwiedzania tylko pogarsza sprawę. Bez aparatu czuję się tu po prostu ‘bezbronna’.




Rezydencję zaczęto budować w 1741 roku dla irlandzkiego polityka, Josepha Leesona, późniejszego hrabiego Milltown. Ojciec Leesona dorobil się znacznej fortuny w browarnictwie, a Joseph nie skąpił środków finansowych na budowę swej posiadłości, która miała odzwierciedlić jego status społeczny. Russborough House, budowany dziesięć lat, okazał się być łabędzim śpiewem Richarda Castle’a, architekta, któremu przypisuje się wprowadzenie na wyspie palladianizmu. Castle zmarł w międzyczasie, a to, czego nie udało mu się dokończyć, skończyli inni. I zrobili to niewiele gorzej. Russborough House pozostał w rękach Leesonów aż do 1931 roku.




Wyjrzyjcie przez okno – przewodniczka odwraca naszą uwagę, kiedy w jednej z sal oglądamy kolejne obrazy i bogate dekoracje. Dziś ze względu na słoneczną i piękną pogodę możecie zobaczyć, jak pięknie połyskują schody na zewnątrz. Zaciekawiona zaglądam przez szybę i z uśmiechem odnotowuję dopiero co wspomniane zjawisko. Posiadłość zbudowana jest z szarego granitu z Wicklow, który z naszego punktu obserwacyjnego, oświetlony promieniami słonecznymi, wydaje się zawierać diamentowy pył.





W połowie XX wieku posiadłość trafiła w ręce Sir Alfreda Beita, który również nie mógł narzekać na brak pieniędzy. Wtedy rozpoczęła się nowa era w dziejach rezydencji. Wtedy to znacznie wzrosło zainteresowanie Russborough House – tym razem ze strony złodziei. A wszystko dlatego, że Beit przemienił dworek w galerię. Odziedziczoną przez niego sporą i przede wszystkim drogocenną kolekcję obrazów powieszono na ścianach rezydencji. Russborough House stał się domem dla dzieł m.in. Rubensa, Gainsborougha, Vermeera, Goi, Velázqueza. I celem wielu złodziei.





Pierwsza kradzież nastąpiła w 1974 roku. Niczego nieprzeczuwający właściciele relaksowali się słuchając muzyki. Do domu wpadła grupa zamaskowanych napastników. Gospodarzy skrępowano, nieco poturbowano, nazwano wyzyskiwaczami oraz kapitalistycznymi świniami. Zabrano 19 obrazów. Jak się później okazało, za rabunek odpowiadała IRA, a w napadzie wzięła udział Rose Dugdale – rozkapryszona córeczka angielskiego milionera. IRA szybko dała ponownie znać o sobie. Za zwrot obrazów żądała pieniędzy i przetransportowania swoich współpracowników z więzienia w Londynie do Belfastu. Ich żądania nie zostały spełnione, bo policji udało się odzyskać skradzione obrazy.




Dwanaście lat później dokonano drugiego rabunku. Tym razem był on dziełem Martina Cahilla, dublińskiego gangstera, a rekonstrukcję tego wydarzenia możemy zobaczyć w filmie Generał. Złodzieje podważyli okno uruchamiając alarm, a następnie schowali się w krzakach, by... wypić sobie herbatę. Policja przyjechała, popatrzyła, posprawdzała i odjechała uznając, że mają do czynienia z fałszywym alarmem. Efektem ‘fałszywego alarmu’ okazały się być kilkudziesięciomilionowe straty. Znaczną część obrazów później odzyskano, ale część z nich została uszkodzona.





Po tej kradzieży Sir Alfred się rozindyczył. Postanowił wykiwać złodziei i część jego drogocennej kolekcji powędrowała pod opiekę dublińskiej galerii narodowej, by tam niczym nie niepokojona, mogła cieszyć oczy ciekawskich. Ale to mimo wszystko nie powstrzymało złodziei, którzy w 2001 roku znów postanowili spróbować szczęścia.



Generał już wtedy nie żył, za to Martin Foley, jego były współpracownik, miał się dobrze. IRA zamordowała Generała w 1994 - w tym samym roku, kiedy zmarł okradziony przez gangstera Sir Alfred Beit. Tym razem wykradziono tylko dwa obrazy, choć rabunek był dość spektakularny – we frontowe drzwi posiadłości wjechał jeep złodziei. Obydwa obrazy dość szybko odzyskano.



W 2002 roku miała miejsce ostatnia kradzież. Pytanie brzmi, czy faktycznie będzie ona ostatnia, bo choć z dworku pozbyto się najcenniejszych malarskich perełek, ciągle znajdują się tu łakome kąski.




Miejsce jest naprawdę godne odwiedzenia i wcale nie dziwiły mnie tamtejsze parkingi pozapychane autami. W przeciwieństwie do niedawno opisanej przeze mnie innej rezydencji – Florence Court – tu mamy możliwość darmowego odbycia spacerów. Sceneria jest sielska, a szlaki z widokiem na góry Wicklow dodatkowo umilają pobyt na świeżym powietrzu. Niewielkie sklepiki rzemieślników ulokowane na dziedzińcu oferują możliwość nabycia oryginalnych upominków.


sobota, 20 października 2012

Niedziela we Florence Court



We Dworku Florentyny wszystko wyglądało inaczej niż sobie wyobrażałam. Ale tego dnia wiele spraw przybrało zupełnie inny obrót. Pogoda od samego rana – jakby to w miarę subtelnie powiedzieć? – była parszywa. Jadąc do tej klasycystycznej rezydencji, miałam niezbyt duże oczekiwania. Szału nie będzie – myślałam sobie. Nie pierwszy raz miałam zwiedzić rezydencję zamieszkaną w przeszłości przez domowników mających w żyłach błękitną krew. Wiedziałam, czego mam się spodziewać. Ale tak naprawdę tylko wydawało mi się, że wiem.




Kiedy dotarłam na miejsce, dość szybko przekonałam się, że byłam w błędzie. Doszłam do wniosku, że refleksje typu „takie pałacyki nie są w stanie mnie ani zbytnio zauroczyć ani zaskoczyć” powinnam wstydliwie upchać do zakamarka przeznaczonego dla innych głupkowatych i zarozumiałych myśli. Bo, proszę państwa, Florence Court okazało się być naprawdę fajną i godną odwiedzenia atrakcją hrabstwa Fermanagh, w której w przesympatyczny sposób spędziłam prawie trzy godziny. Trzy godziny, w czasie których przez ani jedną minutę się nie nudziłam.




Trzykondygnacyjna rezydencja została wybudowana w połowie XVIII wieku dla nobliwej rodziny Cole przybyłej do hrabstwa Fermanagh z Devonshire za panowania Elżbiety I. Przez długi czas była domem rodzinnym dla wspomnianej familii – notabene hrabiów Enniskillen - a na cześć Florence Wrey, małżonki jednego z gospodarzy, nazwano ją dworkiem Florentyny. W swoim pierwotnym stanie była dużo skromniejsza i ograniczała się do części środkowej. Arkadowe skrzydła zakończone pawilonami to efekt późniejszej modyfikacji. Bardzo udany zresztą, bo całość prezentuje się bardziej imponująco.




Na teren rezydencji wjeżdża się przez bramę i to tu należy uiścić opłatę za ten zaszczyt. Można na tym poprzestać (bilet upoważnia nas do swobodnego poruszania się po ogrodach i naprawdę imponujących rozmiarowo włościach), ale można też – za dodatkową opłatą, rzecz jasna – zwiedzić wnętrze posiadłości. W tym celu konieczne będzie nam towarzystwo przewodnika.




Jako że do oprowadzania mieliśmy jeszcze jakieś pół godziny, postanowiliśmy zapoznać się z budynkami w bezpośrednim sąsiedztwie, zgrabnie okalającymi dziedziniec. Na około pięć minut przed wyznaczoną godziną zwiedzania – za radą pani z recepcji – pomaszerowaliśmy schodami na piętro, by tam w Colonel’s Room zaczekać na przewodnika. Informacja umieszczona na drzwiach pokoju wyraźnie zachęcała do skorzystania z dobrodziejstw tego pomieszczenia. Bowiem Colonel’s Room, Pokój Pułkownika, stworzono na użytek turystów. I powiadam Wam, była to przednia idea.




Pokój to całkiem przyjemny zakątek, w którym chyba każdy może znaleźć coś dla siebie. Sofa i fotele ulokowane tuż przy kominku zachęcają do odpoczynku z gazetą, książką lub albumem w ręku. A to wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Na stoliku za sofą wystawiono archiwalne numery gazet, współczesne czasopisma i albumy. Są tu szachy, karty i domino. Jest dom dla lalek i duży kuferek z dziecięcymi lalkami. Jest szafa grająca, a obok karafka z alkoholem. A to wszystko oczywiście umieszczone jest wśród ścian udekorowanych obrazami. Bez żadnych ograniczeń można tu robić zdjęcia. W pozostałej części rezydencji – zwiedzanej z przewodnikiem - jest to zakazane.




Późno tu dotarłam, więc mam czas tylko na to, by opaść na fotel, położyć sobie na kolanach album z kserokopiami archiwalnych zdjęć rodzinnych i przypomnieć sobie, jak wyglądało życie w minionych epokach.




Odkładam album na swoje miejsce, siadam na ławce naprzeciwko drzwi wejściowych i czekam. Chwilę później wchodzi przez nie On. W pierwszym odruchu mam ochotę chwycić go za ucho i zapytać: synku, z której podstawówki dałeś dyla? Nie tylko Florence Court nie jest takie, jak myślałam. Nasz przewodnik nie jest starszym panem, ani nawet człowiekiem w średnim wieku. On wygląda jak jeden z chłoptasiów z One Direction - niedawno powstałego brytyjsko-irlandzkiego boysbandu. A kiedy później dzielę się swoimi spostrzeżeniami z Połówkiem, ten wybucha śmiechem i energicznie potakuje głową.




Oprowadzanie trwa jakieś 45 minut. Przechodzimy z jednej sali do drugiej, a każdy krok przybliża nam historię rodu. Na trasie natrafiamy m.in. na popiersie Williama III Orańskiego z... dosztukowanym nosem. Przewodnik zdradza nam, że trzeci hrabia Enniskillen był zapalonym oranżystą. Jako gorliwy zwolennik Williama zgromadził sporą kolekcję pamiątek z nim związanych i dzięki temu część z nich nadal możemy oglądać. Nie zobaczymy tu natomiast jego bogatej kolekcji skamieniałości złożonych z 10 000 okazów, bo ta trafiła do muzeum.




Niedługo później zaglądamy na piętro, gdzie znajduje się m.in. sypialnia księżnej. Taka zwyczajna z pozoru, a kryje całkiem ciekawy okaz. Jest nim porcelanowy nocnik, na dnie którego umieszczono podobiznę dziewiętnastowiecznego premiera Wielkiej Brytanii, Williama Gladstone’a, niezbyt lubianego w kręgach anglo-irlandzkich klas rządzących. Nasze współczesne powiedzenie „olać kogoś strumieniem ciepłego moczu” widać miało zastosowanie już dwa wieki temu u samej arystokracji.




To w tej sypialni pod koniec marca 1955 roku samotnie spała Lady Enniskillen. Jej mąż w tym czasie przebywał na wyjeździe – chwilowo nie miał pojęcia, że w jego rezydencji z samego rana wybuchł pożar, a jego żona świetnie spisała się jako alarm przeciwpożarowy. Dziarska staruszka szybko wyskoczyła z łóżka i pobiegła na dół, by zaalarmować służbę. Nie zapomniała też przedzwonić do męża. Ten po wysłuchaniu nowiny miał ponoć odrzec: What the hell do you think I can do about it? I co ja do diabła mam na to poradzić? Choć żywioł opanowano dość szybko, straty były ogromne – szczególnie ucierpiało piętro, bo to tam znajdowało się źródło ognia. To właśnie w czasie tego pożaru poszkodowane zostało popiersie wspomnianego Williama III Orańskiego. Aby ocalić monument wyrzucono go przez okno. William uchował się, ale stracił nos. Dziś – już po liftingu – dumnie zajmuje miejsce w holu i przypomina o pożodze.




Kolejną pamiątką po pożarze są dziury widoczne w suficie w jadalni na parterze. Wywiercono je, kiedy w domu szalał pożar. Dzięki temu ocalono sufit z uroczymi sztukateriami. Gdyby nie trzeźwość umysłu i pomysłowość pewnych osób, podłoga zapewne runęłaby pod naporem wody. Sześć wywierconych dziur umożliwiło spokojny przepływ wody, a tym samym ocaliło imponujące rokokowe sztukaterie znajdujące się w pokoju na parterze. A te są w moim odczuciu największą wewnętrzną ozdobą rezydencji.




Wnętrza rezydencji udekorowane są mnóstwem portretów, sztychów i przeróżnych pamiątek rodowych. Nie sposób obojętnie przejść obok wspaniałych stiuków – ich misterność wprost oszałamia. Jak zgrabne ręce i jak wielki talent trzeba było mieć, by wyczarować tak imponujące dzieło? Niektóre z drzwi pozostają dla nas zamknięte. Część dlatego, że są tylko atrapą powstałą na potrzebę uzyskania harmonii wnętrza, a część z innego powodu – nie wszystkie wnętrza udało się przywrócić do dawnej świetności.




Od pokojów użytkowanych przez arystokrację bardziej zaciekawiła mnie część rezydencji zamieszkiwana przez służbę. To była miła odskocznia od tego „muzealnego” oblicza Florence Court. Dała możliwość poznania posiadłości „od kuchni” – tak w przenośni jak i dosłownie.




Po 45 minutach oprowadzania młody przewodnik poszedł w swoją stronę, a my w swoją. A konkretnie w stronę kuchni. Tym razem tej urządzonej na potrzeby turystów. Decyzja okazała się być wyśmienita. Zresztą tak jak i zamówione przez nas ciasto domowej roboty. Słodkie przysmaki nie zalegały zbyt długo na ladzie w restauracji, znalazły uznanie nie tylko w naszych oczach i ustach. Jedynym mankamentem była dla mnie zbyt mała filiżanka, w której zaserwowano nam kawę. Porcja ciasta była za to wystarczająco duża.




Proces zapoznawania się z Florence Court absolutnie nie może zakończyć się na zwiedzaniu domu. Bo na tych 30 000 akrach znajdują się inne atrakcje. Bardzo przydatne przy gubieniu kalorii zawartych w cieście. Włości rezydencji stwarzają idealne warunki do spacerów i obejmują nie tylko ogrody, lecz także park i las. Ścieżki doprowadzą nas m.in. do tartaku i do niezwykle interesującego Florence Court Yew - okazu cisu uchodzącego za matkę wszystkich irlandzkich cisów pospolitych. Drzewo rośnie tu już od połowy XVIII wieku.




Poranna parszywa pogoda okazała się być tylko zmyłką. Taką zasłoną dymną dla łatwowiernych. Choć jesień już na dobre rozgościła się na wyspie, tego niedzielnego popołudnia nie pokazała swojej ciemnej strony. Słońce delikatnie oświetlało nam drogę i gdyby nie złote liście leżące tu i ówdzie, być może dałabym się nabrać, że mamy jeszcze lato.




Anna Maria Jopek śpiewała kiedyś: Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Na pierwszej stacji, teraz, tu! Nieraz miałam ochotę powtórzyć za nią te same słowa. Ale nie we Florence Court. Nie napiszę, że tutaj czas się zatrzymał - choć być może na to mogłoby wskazywać wyposażenie poszczególnych sal - ale z pewnością przystopował. Szczególnie wtedy, kiedy weszłam do antykwariatu i natrafiłam na dział z irlandzkimi pozycjami. Nie wiem, jakim pociągiem podróżowali mieszkańcy Dworku Florentyny, ale jestem skłonna uwierzyć, że była to lokomotywa parowa. Bo że my w XXI wieku przemieszczamy się TGV, to akurat nie mam żadnych wątpliwości.




Fajnie było. Bardziej niż się tego spodziewałam. Zwiedziłam dom z historią, zjadłam pyszne ciasto, pospacerowałam na świeżym powietrzu, a jakby tego było mało, za niecałe 10 funtów nabyłam pięć ciekawych książek, co bezapelacyjnie okazało się być wisienką na torcie.




Nazbierałam też pęk złotych liści, które wraz z książkami umieściłam na tylnym siedzeniu auta – tak dla przypomnienia, że czasami szczęście jest na wyciągnięcie ręki. I że wcale wiele do niego nie potrzeba.



A dla naszego młodego przewodnika - który okazał się nie tylko dobrze przygotowany i sympatyczny, ale także bardzo troskliwy wobec staruszki zwiedzającej wraz z nami rezydencję - wielki podziw. Co tu dużo mówić: sha-tzun!