Ostatni dzień sierpnia to data raczej zwyczajna: nostalgiczna, bo to symboliczny koniec lata, smutna, bo dla wielu oznacza koniec wakacji, beztroski i powrót do szkoły. Mimo wszystko jest to dzień raczej mało znaczący na tle innych wydarzeń w kalendarzu. Nie dorasta rangą do tych najważniejszych świąt, ale dla tych, którzy piszą swoje internetowe pamiętniki, ma on specjalne miejsce w sercu. Ostatni dzień sierpnia to Dzień Blogera.
Dziewiętnaście lat temu powstał mój pierwszy pokraczny blogowy wpis. Wtedy jeszcze na platformie Onetu. Wczesne lata XXI wieku to był prawdziwy boom na blogi. To wtedy właśnie zrodziła się Taita w Irlandii. Trochę na fali niesamowitej popularności blogów, trochę z chęci pokazania innym Irlandii, trochę z tęsknoty za kontaktem z ludźmi.
Początki, jak to zwykle bywa, były dość nieporadne. Jako świeżo upieczona blogerka długo raczkowałam, długo potykałam się i obijałam, zanim na dobre nauczyłam się sprawnie chodzić, a nawet wyrobiłam sobie swój styl.
Swego czasu dość regularnie celebrowałam na blogu te swoje małe kroki milowe – kolejne rocznice i wzrastający staż – z czasem jednak blog na tyle mi spowszedniał, że przestałam zaśmiecać go wzmiankami o Dniu Blogera.
Są w moim życiu rzeczy, których żałuję; źle podjęte decyzje, błędne działania, ale akurat nie w tym przypadku.
Czy żałuję, że jestem w miejscu, w jakim jestem? Tego, że jestem niszową blogerką znaną tylko koneserom? ;-) Nie. Bo mój blog nigdy nie miał być trampoliną do sławy, sukcesu i pieniędzy. Te ostatnie zarobiłam, doskonale wiedząc, że nigdy nie wyrosną mi na drzewie, a o sławie nigdy nie marzyłam. Mogłabym okleić to miejsce banerami jak słup reklamowy, bo platforma blogowa to umożliwia, tylko po co? Sama nie cierpię wyskakujących reklam i skomercjalizowanych blogów, pisanych nie z pasji, lecz dla zysku, więc nie będę czynić bliźniemu tego, co mnie niemiłe.
Nie żałuję, że blogowo jestem tu, gdzie jestem. Wręcz przeciwnie. W pewien sposób nawet jestem z siebie dumna, bo blog niespodziewanie okazał się moim najdłuższym "projektem". Nie stał się dla mnie przelotną przygodą, jak dla wielu innych, lecz wiernym życiowym kompanem. Kiedy w moim życiu panowała zawierucha, zdarzało mu się obrywać rykoszetem i być traktowanym jak niekochane dziecko macochy. Zawsze jednak był gdzieś obok. Dorastał i dojrzewał razem ze mną. Był świadkiem mojej przemiany. A Wy razem z nim!
Niezwykle miło mi to pisać, ale są wśród Was inni członkowie starej gwardii. Wielu odpadło gdzieś po drodze, ale garstka najbardziej wytrwałych, która zaczynała razem ze mną, przetrwała i nadal pisze! Elso, Polly, Rose – nie wstydźcie się, podejdźcie bliżej, aby powygrzewać się w świetle jupiterów! Znajdzie się tu dla Was miejsce :-)
Absolutnie nie żałuję tych niezliczonych godzin czasu, które poświęciłam na tworzenie tego mojego prywatnego, wirtualnego pamiętnika. Co prawda bezpowrotnie straciłam wiele czasu, ale wzbogaciłam się w inny sposób. Znacząco poprawiłam swoją znajomość języka polskiego, wypracowałam swój styl, ale nade wszystko zyskałam bratnie dusze. Daliście mi więcej, niż myślicie. Razem dzieliliśmy smutki i troski, godzinami czatowaliśmy, wymienialiśmy komentarzami, upominkami, mailami, SMS-ami, okolicznościowymi kartkami i cudownymi, tradycyjnymi listami.
Niektórzy odeszli z własnej woli, inni z przymusu, bo już ich nie ma wśród nas, ale najtwardsi zawodnicy przetrwali. Z czasem nawet luki po tych nieobecnych zostały wypełnione nowymi, cennymi znajomościami. Znajomościami, za które najgoręcej Wam dziękuję!
A skoro już jestem przy dziękczynnej litanii, to nie tylko chcę, ale też wręcz muszę podziękować tym, którzy przychodzą tu nie z obowiązku, ale przyjemności i sympatii.
W moim sercu zawsze wyjątkowe miejsce miały komentarze od tych, którzy sami nie prowadzą blogów, a mimo to poświęcają swój prywatny czas, by podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. Widzę Was. Doceniam Was za to.
Niegdyś plagą były krótkie i interesowne komentarze w stylu: "Super blog. Zapraszam do siebie", "Komentarz za komentarz? Obserwacja za obserwację". Dziś mamy nową plagę – komentarze generowane przez sztuczną inteligencję. Nie lubię ich tak samo jak tych interesownych, a może nawet bardziej. Jestem na nie wyjątkowo uczulona. W moim mniemaniu stanowią obrazę dla blogera, choć może inni łagodniej się na nie zapatrują. Ciekawa jestem Waszych opinii.
Dla mnie jednak sprawa jest prosta. Jeśli nie chce Ci się napisać kilku zdań od siebie, tylko wysługujesz się AI, to nie licz, że mnie będzie się chciało czytać Twoje posty. Znasz takie powiedzenie: "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie?". Szanujmy się. Chyba nie proszę o wiele?
Nie mówię Wam tego na co dzień, ale dziś, z okazji Dnia Blogera, powiem. Raz jeszcze WIELKIE podziękowania dla tych, którzy nie uprawiają handlu wymiennego, nie komentują tylko wtedy, kiedy sami dostaną komentarz, i nie korzystają z generatorów komentarzy.
Bardzo zmienił się ten nasz blogowy światek w przeciągu tych dwóch niecałych dekad. Choć wielu autorów porzuciło blogowanie, cieszy mnie fakt, że nadal są tacy, którzy piszą, wzbogacają mój świat i dostarczają mi rozrywki.
Jak niegdyś śpiewał Robert Gawliński: "Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny, jest inny, jest inny". Ja również jestem dziś inną osobą niż te dziewiętnaście lat temu. Z tego faktu akurat nie do końca jestem dumna. Pewnie przez to blog także jest inny. Dla jednych może mniej ciekawy, dla innych – bardziej, ale to nadal ja.
Dziękuję, że mając do wyboru: być ze mną lub nie być, zdecydowaliście się na to pierwsze.
Mam nadzieję, że – jeśli dożyję kolejnej rocznicy – znów się spotkamy tutaj w tym samym gronie :-) Najlepszym z możliwych!