niedziela, 12 stycznia 2020

Castlebar, here I come! (2)


Dla tych, którzy w ostatniej chwili kupują bilet na koncert, jest specjalne miejsce w piekle. Takie mam wrażenie, ilekroć patrzę na moją "przepustkę" z wyraźnym napisem "unreserved seating", pod którym kryje się właściwie jedno: prawa dżungli. Kto pierwszy ten lepszy. Przychodzisz na ostatni moment? Licz się z tym, że możesz stać przez cały koncert, bo co sprytniejsi już się usadowili.

Dlatego postanawiam być tą sprytniejszą. Przychodzę odpowiednio wcześnie i choć oznacza to, że najpierw muszę przejść przez piekło (stać w deszczu, chłonąć go jak gąbka, marznąć, czekać i przyglądać się zakochanym parom...), dzięki temu później już do niego nie trafiam. Kiedy bowiem otwierają się wrota raju, szybko udaje mi się znaleźć przytulny zakątek z bardzo dobrą widocznością. 
Szybko też doceniam kameralne rozmiary teatru i  akustyczne właściwości jego sali. Mam świetne miejsce, jest mi wreszcie sucho (choć nie ciepło), a poza tym... dostrzegam też innych loserów, którzy przyszli tu bez osoby towarzyszącej! "Boże, czego tutaj było się obawiać?!" - myślę sobie i nie mogę ukryć politowania nad własną głupotą. 
Do tej pory każdy występ supportu był dla mnie "złem koniecznym". Jedynym rodzajem "gry wstępnej", którą zawsze i z chęcią bym pomijała. Błyskawicznie jednak zmieniam zdanie, kiedy na scenie pojawia się Moncrieff supportujący Walking on Cars. 
W pierwszej chwili mam chęć ponownie sprawdzić swój bilet, bo coś tu ewidentnie jest nie tak: albo ja trafiłam do złej sali i wylądowałam na występie Chippendalesów, albo to on pomylił scenę z siłownią. Wszystkiego się bowiem spodziewałam tej nocy, ale nie tego, że zobaczę przed sobą "pakera" z imponującymi bicepsami i tricepsami, w białym bezrękawniku wręcz krzyczącym "zerwij mnie!". A Moncrieff wygląda właśnie jak uciekinier z pierdla, który przez ostatnie dziesięć lat swojego pobytu w nim nie wychodził z siłowni, a jeśli już, to tylko po to, by dla rozrywki obić gębę kilku żółtodziobom. No i oczywiście zaraz po tym szybciutko wrócić na siłownię, by znów pieczołowicie rzeźbić muskulaturę niczym mistrz Rodin swojego "Myśliciela". 
Plus tego wszystkiego jest taki, że jego obecność na scenie automatycznie podnosi temperaturę  - już nie jest mi zimno! Mam za to grzeszne myśli, ilekroć patrzę na ten bezrękawnik ;) "Cóż za ironia!" - myślę sobie, przywołując scenę spryskiwania się perfumami Caroliny Herrery. Good Girl? I am anything but! 

Moncrieff szybko jednak udowadnia, że nie jest artystą, który "golizną" zasłania swoje braki w muzycznym wykształceniu i umiejętnościach. To nie jest ani nic na podobieństwo "trompe l'oeil" ani zasłony dymnej, mających za zadanie odwrócić uwagę i oszukać odpowiednie zmysły. 
Moncrieff jest dobry. Jest nawet bardzo dobry! Ma miły dla ucha wokal, który w dodatku idzie w parze z przyjemną osobowością sceniczną i "showmańskimi" umiejętnościami. Wykonuje tylko kilka piosenek (między innymi swoją flagową "Like I Do", "Ghost", balladę poświęconą zmarłemu kilka lat temu bratu, który zawsze go dopingował, i cover "Dance Monkey", który spotyka się z największym entuzjazmem,) i w każdą z nich wkłada tyle samo zaangażowania. 
Choć jego ruchy sceniczne wydają się momentami nieco teatralne, podoba mi się jego żywiołowość. Jest wulkanem energii, który jednak cały czas pamięta o tym, by utrzymywać kontakt z widownią i dziękować jej po każdej piosence. Patrząc jednak na sztywniaków, którzy doskonale sprawdziliby się na planie filmowym "Walking Dead", odnoszę wrażenie, że publika na to nie zasługuje. 
O 21:00, po półgodzinnej przerwie, która nastąpiła po występie Moncrieffa, na scenie pojawia się Patrick Sheehy i spółka, a publiczność wreszcie demonstruje swoje dzikie i głośne oblicze - piskom, wrzaskom, oklaskom i gwizdom nie ma końca. Widownia dobitnie pokazuje w ten sposób, dla kogo tu się zgromadziła. 
Rozlegają się pierwsze dźwięki "Too Emotional", piosenki, którą zespół wybrał na utwór rozpoczynający swój występ, a uśpione wcześniej światła rozbłyskują barwami tęczy, przypominając wszystkim zgromadzonym nazwę najnowszej płyty ("Colours") i trasy koncertowej. To sprawia, że dopiero teraz dociera do mnie coś, czego wcześniej nie zauważyłam - to, jak bardzo ascetyczny i achromatyczny był pod tym względem występ Chrisa z Waterford (Moncrieffa).
Trudno jednak nie zauważyć kontrastu między Patrickiem a Chrisem, "młodym byczkiem", który mógłby razem z Jagienką z "Krzyżaków" zawodowo rozłupywać orzechy jej niezawodną metodą. 
W przypadku wokalisty WoC kamera nie dodaje kilogramów: tak w niej, jak i poza nią nadal jest chucherkiem, co jeszcze bardziej widać wtedy, kiedy zrzuca koszulę z długim rękawem i występuje w t-shircie z szerokim dekoltem, spod którego wystają wyraźne kości obojczykowe i chudziutkie jak patyki ramiona. 
Podziwiam jednak jego energię. Nie jest tak teatralny jak Chris, ale jest daleki od bycia statycznym. W ogóle nie widać po nim trudów związanych z męczącą trasą po całym świecie (dopiero niedawno wrócili z Australii, Nowej Zelandii, ZEA i Rosji...), dlatego dopóki na scenie pozostaje tak dynamiczny i aktywny jak teraz, nie mam zamiaru dołączać do "zatroskanych" piszących pod teledyskami, że powinien więcej jeść. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, że Patrick zdążył w porę się opamiętać i zerwać z nałogiem. Czasy, kiedy budził się w rowie po nocnej libacji ma już szczęśliwie za sobą, i od ponad sześciu lat pozostaje abstynentem, co daje nadzieję, że nie dołączy do "klubu 27" (no chyba, że już przekroczył ten wiek, tego nie wiem, bo trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat wieku członków zespołu...). 
Zauważam też, że Sorcha, w przeciwieństwie do mnie, postawiła na czarną, częściowo przezroczystą bluzkę. Bardzo ją lubię i choć uważam, że każdy w zespole wykonuje kawał dobrej roboty, to jednak ona i Patrick są moimi ulubieńcami i wnoszą do niego wyjątkowy element. Sorcha, naturalna piękność, darzy swoją miłością nie tylko pianino, ale także modę, którą ewidentnie się bawi. Tego wieczoru postawiła na tiulową spódnicę maxi z falbanami, ale zdecydowanie zneutralizowała jej cukierkowy wygląd poprzez dodanie rockowych elementów: ciężkich, skórzanych martensów, kabaretek i ramoneski.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak ta grupa fantastycznie brzmi na żywo! Uświadamiam też sobie, że chyba powinnam zainwestować w lepszy sprzęt do odtwarzania muzyki, bo to, co słyszę na żywo znacznie odbiega od tego, co tyle razy słyszałam z domowych głośników: brzmienie WoC jest bardziej rockowe, dynamiczne, generalnie pod każdym względem lepsze, w czym na pewno pomaga akustyka sali. Napawam się tymi wspaniałymi momentami, nagrywając przy okazji wiele filmików telefonem (nie wzięłam ze sobą aparatu, bo myślałam, że mnie z nim nie wpuszczą, jak to miało miejsce na koncercie Kings Of Leon), ale kiedy kilka godzin później leżę w łóżku i ich odsłuchuję, czar pryska - znów nie brzmią tak świetnie jak na żywo...
Godzinę później zespół schodzi ze sceny, a ja jestem pewna, że nie jestem jedyną, która ma w tym momencie chęć zatrzymać go słowami z "Two Stones": "one more, one more, one more, one more time!" Grupa pozwala nam głośno i wyraźnie domagać się jej powrotu, by niedługo później znów stać na scenie i dawać czadu. Kiedy w czasie wykonywania "Catch Me If You Can" z sufitu spada deszcz confetti, myślę sobie, że już bardziej euforycznie i perfekcyjnie być nie może, ale... mylę się. Patrick bowiem robi nam wspaniałą przedświąteczną niespodziankę i zaczyna wykonywać cover "The Winter Song", którą tak bardzo chciałam kiedyś usłyszeć na żywo, ale z którą nie wiązałam większych nadziei, bo nie jest to stała pozycja na ich set liście. "I love this song!" - dobiega do mnie podekscytowany głos kogoś z publiki. "So do I" - odpowiadam w myślach. 
Kiedy kilkanaście minut później cała sala wyśpiewuje z Patrickiem kolejne wersy "When We Were Kids" a później "Speeding Cars" odczuwam dumę z niego, mimo że nie łączą nas żadne więzy krwi - bo to musi być cudne uczucie, kiedy taki tłum śpiewa słowa twojej własnej piosenki! - a także nieopisaną radość, że miałam okazję wziąć udział w tym niezapomnianym koncercie. 
Pod koniec wykonania "Speeding Cars" z sufitu spadają na nas liczne wstęgi, a ja wiem już, że to był najlepszy koncert w całym moim życiu, a piątek trzynastego okazał się zdecydowanie moim najszczęśliwszym dniem grudnia i jednym z najlepszych w całym minionym roku! 
Wiem też, że bilet na ich występ jest wart znacznie większych pieniędzy od tych, które wydałam i że w przyszłości z przyjemnością tu wrócę, jeśli tylko jeszcze kiedyś będą występować w Castlebar. W międzyczasie zaś spróbuję utrafić szóstkę w Lotto, by za przykładem Gordona Ramsaya, który "zatrudnił" Eda Sheerana na urodzinowy występ dla swojej córki, wynająć Moncrieffa i Walking On Cars na moje urodziny ;)

40 komentarzy:

  1. Dzień dobry Taito,

    Chyba niebawem przekonam się jak to jest, ponieważ w lutym wybieram się na koncert, gdzie nie mam jeszcze biletu;) Dla mnie piekłem są również miejsca pod sceną, gdzie aby być w pierwszym rzędzie, wszyscy pędzą na złamanie karku.

    Przed koncertem Eda Sheerana również stałam pół dnia w deszczu, skąd ja to znam!

    Mówisz, że lubisz panów napakowanych na siłowni?:P Nie podejrzewałam Cię o taki gust, hihi

    Próbowałam znaleźć jakiekolwiek informacje na temat członków zespołu i faktycznie, jest ich niewiele w sieci. Co do dźwięku-właśnie dlatego lubię chodzić na koncerty, ponieważ wrażenia dźwiękowe i zmysłowe są zupełnie inne niż słuchasz muzyki przez inne źródła. Odkąd mam telefon z nadgryzionym jabłkiem-dźwięk z telefonu jest fantastyczny, jednak mimo to nigdy nie odzwierciedla to live'u.

    Cieszę się, że ten dzień okazał się dla Ciebie szczęśliwy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Rose, w tę piękną i słoneczną niedzielę - jaka odmiana po wczorajszym dniu!

      Biorąc pod uwagę fakt, że bilet kupiłam na kilkanaście dni przed koncertem, to nie powinnam w ogóle narzekać, tylko cieszyć się, że jeszcze były dostępne. Nawet mi nie przyszło do głowy, że uda mi się zająć tak fajne miejsce z bardzo dobrą widocznością. Żałuję tylko, że nie wzięłam ze sobą aparatu - okazało się, że przed koncertem nie było żadnej kontroli bezpieczeństwa, bez problemu mogłabym ze sobą wnieść i butelkę wody i aparat, co było niemożliwe w Dublinie przed występem Kings Of Leon. Jak widać - koncert koncertowi nierówny.

      Tak! Zdecydowanie masz rację - nic nie zastąpi wrażeń z występu na żywo! Ponadto, z moich doświadczeń wynika, że im mniejsza hala, tym lepiej. Po koncercie w Castlebar byłam pod tak dużym wrażeniem, że chciałam pojechać na ich następny występ (jakiś tydzień później w Killarney), ostatecznie jednak zrezygnowałam, bo dopadły mnie świnie wspomniane w jednym z wcześniejszych postów. Czytałam później opinie tych, którzy mieli okazję być w INEC w Killarney - część narzekała właśnie na kiepską akustykę i salę. Cieszę się zatem ogromnie, że postawiłam na Castlebar - było idealnie!

      Zdradzisz, na jaki koncert się wybierasz, czy znowu będziesz damską wersją Tajemniczego Don Pedro? ;)

      Jako że nie jestem gadżeciarą, nigdy nie przywiązywałam dużej wagi do swojego telefonu. Od dawien dawna mam samsunga, który powoli prosi się o wymianę na lepszy model i zdarza mu się robić mi różne numery. Skoro mówisz, że iPhone lepszy, to może powinnam rozważyć jego kandydaturę? :)

      Haha, nie powinnaś być zdziwiona, przecież już dawno ustaliłyśmy, że mamy odmienny gust i inne ulubione męskie części ciała ;) A tak całkiem serio - za najseksowniejszą część ciała uważam mózg, potem całą resztę poniżej ;) Nie mam jednego określonego typu. Podobały mi się muskuły Moncrieffa, bo uwielbiam męskie ramiona, ale z urody zdecydowanie bardziej odpowiada mi Patrick, przy czym jego chudość akurat mu pasuje i w ogóle nie odbiera mu atrakcyjności.

      A skoro mowa o szczęśliwych dniach, to zabieram się za maila, żeby Ci powiedzieć, jaki miałam wczoraj wieczór... Chyba już wiesz, co mam na myśli, prawda?! Oszalałaś!!!

      Usuń
    2. Trudno mi się odnieść do pogody, ponieważ u nas słońca nie widać:P

      Powiem Ci, że z tymi aparatami i butelkami różnie bywa. Z mojego doświadczenia wynika, że na mniejsze koncerty raczej można wnosić, takie bardziej kameralne. Duże hale z kolei mają zaostrzone restrykcje bezpieczeństwa i tam absolutnie nie ma o tym mowy. Kameralne koncerty mają więcej klimatu, ale to już zapewne wiesz, ponieważ na koncerty The High Kings chodziłaś zdaje się do kameralnych miejsc.

      A jak myślisz? Znasz mnie przecież i wiesz, że jestem secret woman;) Na pocieszenie dodam, że do połowy lutego nie pozostało wiele czasu, więc o ile nie będę mieć zaległości, wkrótce się dowiesz:D

      Powiem Ci, że iPhone ma skrajne opinie. Znam takich, którzy mieli i nienawidzą, natomiast ja należę do grupy wielbicieli. Odkąd tylko nabyłam pierwszego, już wiem, że nigdy wiecej nie chcę innego telefonu. Ten jest dla mnie intuicyjny, prosty w obsłudze, idealny. Moja przyjaciółka śmiała się ze mnie przy moim pierwszym iPhonie, natomiast potem kupiła go jej współlokatorka, a koniec końców ona sama kupiła nie tylko telefon, ale również komputer Apple;) Także mamy już swój mały fan club. Moja siostra i bratanica również poddały się urokowi nadgryzionego jabłuszka.

      A wiesz, że nie pamiętam?;) Przypomnij mi jakie są te Twoje ulubione, męskie części ciała!:D

      Oszalałam już dawno kochana, nie wiedziałaś?;* U mnie właśnie roznosi się zapach cynamonu, a to wszystko Twoja sprawka!:)

      Usuń
    3. Wyobraź sobie, że i u mnie zniknęło, jak tylko pochwaliłam pogodę! Jakie to typowe!

      Tak, tak! Doszłam do identycznych wniosków. Fajnie by jednak było, żeby udzielali tego typu komunikatów przed koncertem, bo przed tym dublińskim nie było żadnych informacji o zakazie wnoszenia aparatów/wody, i dopiero na miejscu wyszło szydło z worka. W Castlebar z kolei nastawiłam się na rewizję osobistą i myślałam, że oszukałam system, zostawiając aparat w hotelu. O naiwności... Kaliber wykonawcy też pewnie nie pozostaje tu bez znaczenia, co odzwierciedla także cena biletów.

      Tak, na THK byłam dwa razy, za każdym razem w kameralnych salach. Raz w hotelu, innym razem w dublińskim teatrze.

      Jak myślę? Myślę, że pewnego dnia Cię uduszę ;) Bo w takich sytuacjach z lubością ciągniesz mnie za język, by wydobyć ze mnie moje plany, a kiedy ja usiłuję zrobić to samo z Tobą, milczysz jak zaklęta! Ostatni raz dałam się podpuścić ;) Następnym razem ostentacyjnie będę Cię ignorować ;)

      Ach, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził ;) A co nie ma skrajnych opinii? Dokładnie taki jest dla mnie mój samsung, a wcześniej była ukochana nokia! Pewnie do dziś bym z niej korzystała, gdybym pewnego razu nie znalazła pod choinką smartfona...

      Przypomnę Ci, że zawsze najbardziej ekscytowały Cię męskie zadki ;) Ewww! Czy coś się zmieniło teraz w tej kwestii?

      Teraz już mam na to niezbite dowody, nie wiem tylko, co mam Ci zrobić...

      Usuń
    4. Tak, pogoda w Irlandii zmienną jest, jak nie przymierzając... łaska pańska :P
      A tu zapowiadają odwiedziny jakiegoś Brendana -
      https://poloniairlandia.pl/huragan-brendan-uderzy-w-irlandie/?fbclid=IwAR24-5qiWQ1gg_8jY3UBv9X5PSQIZR94h37i6m9J9iBxT4ythy8i5qMjgQY

      Ja nie rozumiem, jak w ogóle można słuchać muzyki z telefonu?
      A z tym mózgiem to chyba nie tak, że jaki on ładny, pofałdowany i ten kolor, co? A może Ty po prostu jesteś neurochirurgiem?

      Kiedy tak czytałem to prawie mi się szkoda zrobiło, że na koncerty nie chodzę.

      Usuń
    5. Zgadza się - wczoraj wichura i gwałtowna ulewa, dziś rano zaś - pogodnie, sucho i słonecznie. Doszły mnie słuchy o huraganie, ale u mnie "tylko" żółty alert. Dzień jak co dzień zimową porą ;)

      Co do słuchania muzyki z telefonu, to lepszy rydz niż nic, wiesz? W domu słucham za pomocą głośników, ale poza nim pozostaje mi już tylko telefon. A tak w ogóle, to... powiedz, że nigdy tego nie robiłeś! ;)

      Z mózgiem sprawa ma się tak, że to jeden z najbrzydszych, ale jednocześnie najbardziej pociągających organów! Zdecydowanie nie jestem tą, która leci na przystojnych facetów, jeśli uroda to ich największy kapitał i jedyne, co mogą mi zaoferować. Jeśli mają imponujący mózg to TAK - jestem zainteresowana :)

      Zielaku, Zielaku... Zacznij żyć! Chyba sama Cię kiedyś wyciągnę na jakiś koncert! Jest jakiś, na który chciałbyś się udać?

      Usuń
    6. Powiadają: nie chwal dnia przed zachodem słońca;)

      Wiesz, z tymi informacjami bywa różnie. Myślę, że lepiej nie zabrać aparatu niż nie wejść na koncert albo musieć odnieść do pokoju i stracić dobre miejsce. Nie sądzisz?;)

      TYM dublińskim teatrze, gdzie stacjonuje mój boski człowiek-bóg-Domhnall?;)

      Nie duś! Daj żyć! Okaż łaskę! Ty będziesz mnie ignorować? Ale czemu? Ale jak? Smutno.

      Absolutnie nie. Nadal moim fetyszem są męskie zadki, męskie dłonie oraz rude włosy i brody:D

      Jak to co? Rozwiązanie jest tylko jedno moja droga-kochać taką, jaką jestem:D

      Zielaku! Na początku pozdrawiam Cię serdecznie!
      Gdybyś dojeżdżał do pracy każdego dnia 1,5 h w jedną stronę wiedziałbyś, jak muzyka z telefonu może umilić prozę życia.

      Usuń
    7. I rację mają! Dzięki, że mi o tym przypomniałaś :)

      W Dublinie akurat miałam przypisane krzesełko, więc nikt nie mógł mi go zająć, ale w Castlebar nie byłam szczęśliwą posiadaczką wykupionego miejsca siedzącego. Sama musiałam je sobie zapewnić.

      Haha, nie wiem, gdzie stacjonuje "człowiek-bóg-Domhnall", ja jednak byłam w The Olympia Theatre - ładny, ale zdecydowanie najniewygodniejszy z wszystkich dublińskich teatrów, w których byłam.

      Okażę łaskę, ale tylko dlatego, że nie chcę potem trafić do więzienia ;) Chociaż... gdyby mieli tam koedukacyjne cele i "Moncrieffów", to nie miałabym nic przeciwko ;)

      Tak, będę Cię ignorować, ale tylko wtedy, kiedy będziesz mnie podpuszczać i wspominać o kolejnych wyjazdach/koncertach, w nadziei, że znów zapytam: "a gdzie to, szanowna panienka, się wybiera?". Zapomnij! ;)

      Męskie dłonie - TAK! Ale nie zadki! Ewww... Czekaj, czekaj, czy Twoim ideałem jest Leprechaun?! ;)

      Usuń
    8. Taito, mówię że nigdy nie słuchałem. Bo Beethoven z Nokii 3310 chyba nie liczy się. Za to małżonka ma raniła mi zmysł słuchu, puszczając muzykę z jutubów na smartfonie. Mnie po prostu odrzuca brak niskotonowych dźwięków z miniaturowych głośniczków. Był to główny powód dogadania się z Mikołajem aby pod choinkę położył głośnik "niebieskozęby" w minioną Gwiazdkę.
      Rose, wierzę. Dlatego sam używam staromodnego odtwarzacza mp3 z niskotonowymi słuchawkami sony jeśli nie jest to audio w samochodzie. Ja również pozdrawiam. :)

      Usuń
    9. A zatem już wiem, do kogo zwrócić się po pomoc, jak będę zmieniać sprzęt! Coś mi podpowiada, że możesz być bardziej pożyteczny niż pracownicy DID Electrical i tym podobnych sklepów, gdzie najczęściej pracują ludzie z łapanki ;)

      Usuń
    10. Hahaha! Tego się nie podejmę. Na WSZYSTKICH forach radzą udać się do sklepu w którym są stanowiska odsłuchowe i przetestować kilka różnych zestawów. Ja audiofilem nie jestem z braku funduszy a nie z niechęci do brzmienia doskonałego, dlatego skompletowałem sobie sprzęt z ubiegłego wieku bardziej po taniości niż po osiągach. Ale chciałem by wyraźnie było słychać wokale i instrumenty nawet gdy jest bardzo cicho odtwarzane np późnym wieczorem.

      Usuń
    11. Człowiek-bóg stacjonuje dokładnie tam, gdzie piszesz;) Nie mów, że nie wiedziałaś!

      Tylko dlatego? A ja naiwna myślałam, że choć troszkę mnie lubisz;)

      To się narobiło...Dlatego, że ja już mam jakieś konkretniejsze plany hihi;)

      Uważasz, że tylko leprechauny mają rude włosy i brody? Z resztą co my tu o ideałach rozmawiamy jak już jest po ptakach:P

      Usuń
    12. Prawdę powiedziawszy nie wiedziałam :) Bo i skąd miałam wiedzieć? Nie jestem jego stalkerką ;) Nadrobiłam jednak braki w wiedzy i wiem już, że parę lat temu wielka trójca (Brendan, Brian & Domhnall) występowali razem w sztuce "The Walworth Farce" w Olympii. Że też tego nie widziałam! Nie wiem, jak młody Gleeson, ale Brendan jest przesympatyczny, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i co najważniejsze - nie miał mi za złe tego, że go, jak skończona idiotka!, pocierałam po plecach!

      [Udaję, że nie słyszałam o żadnych planach!] ;)

      Ależ oczywiście, że nie! K. też pewnie ma rude włosy ;) Ale nie na klacie, bo tego byś nie zniosła ;P Chociaż... czego się nie robi dla miłości! ;)

      Usuń
    13. Zielaku, taki niekoleżeński jesteś? Ładnie to tak odmówić pomocy niewieście w potrzebie? ;) A ja Cię miałam za dżentelmana! ;)

      Usuń
    14. Sugerujesz, że ja jestem?;) Myślę, że on tak pilnie strzeże swojej prywatności, że nikt nic o nim nie wie. Mi się wydawało, że on reżyseruje tam sztuki? Hm? Taka tam odskocznia od Holywood.

      Zaskoczę Cię-nie ma rudych włosów, ale ma rudą brodę. I co Ty na to?:D

      Usuń
    15. Skądże znowu! Ty jednak - jako jego fanka - z pewnością jesteś w stanie więcej o nim powiedzieć niż ja :)

      Yyyy, muszę to zobaczyć! A ma w ogóle włosy? ;)

      Usuń
    16. Beczki soli z nim nie zjadłam, nie spotkałąm go niestety również na Klifach Moheru....Także nie jestem co do tej wiedzy pewna;)

      Nie tak szybko moja droga! Oczywiście, że ma włosy. Całe mnóstwo w różnych miejscach (hih). Nigdy nie słyszałaś o panach, którzy mają jedynie rudą brodę? Mama K. jest ruda.

      Usuń
    17. Jeszcze wszystko przed Tobą! Irlandia to tak naprawdę jedna wielka wioska na klifie, nigdy nie wiesz, kto czai się za rogiem! Możesz go spotkać w najmniej oczekiwanym momencie :)

      To niemożliwe - uwierzę, jak zobaczę! ;) Taki niewierny Tomasz ze mnie.

      PS. Kiedy pisałam poprzedni komentarz, to akurat kończyłam "Emigrację", uśmiałam się, wielkie dzięki! W niedzielę zaś zabieram się za biografię Kurta Cobaina! :) Już nie mogę się doczekać! :)

      Usuń
    18. No nie. Jakbym go teraz spotkała to byłby prztyczek od losu:P

      Kochana, ja wierzę w Twoje istnienie, chociaż na oczy Cię nie widziałam:P

      P.S. Wstyd się przyznać, ale w tym roku nie przeczytałam jeszcze ani jednej książki. Emigrację kupiłam również sobie, ale nie czytałam jeszcze;) Kurta też nie, za to miałam podobną pozycję z biblioteki o Mercurym. Czekam na wrażenia!

      Usuń
    19. Nie mogłaś lepiej się wstrzelić, jeśli chodzi o wrażenia na gorąco, bo dosłownie chwilkę temu skończyłam biografię Kurta - dobrze i bardzo szybko się czytało. Mam mieszane uczucia, wiesz? Obawiam się, że jej najmocniejsza stroną jest to, że jest pięknie wydana. Zabrakło mi w niej... głębi? Nie wiem też, ile jest w niej Kurta, a ile konfabulacji. Nie jest to autobiografia, ta byłaby dla mnie bardziej wiarygodna. Wolałabym oczywiście przeczytać autentyczne zapiski Kurta, ale jak się nie ma, co się lubi... Nie zrozum mnie jednak źle - książka jest w porządku, z tym, że czegoś mi w niej ewidentnie brakuje.
      Właśnie widziałam, że są inne pozycje z tej serii - jak wrażenia po tej o Freddiem?

      Ta była moją trzecią przeczytaną w tym roku, o pierwszej z nich napiszę tutaj wkrótce, bo zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie.

      Usuń
    20. Lubię książki, które są pięknie wydane i właśnie to mi się najbardziej podobało w tej o Freddiem. Jest fantastycznie wydana. W niej było dużo faktów jego życia, ale dla mnie już znanych. Umówmy się, że aby przeczytać biografię-sięga się po bardziej ambitne dzieła. Książka o Kurcie miała być miłym pomysłem, a nie skarbnicą wiedzy, więc myślę, że to zadanie spełniła;)

      U la la. Wstyd mi! Szalejesz!

      Usuń
    21. Była przemiłym pomysłem i niech Ci do głowy nie przyjdzie, że było inaczej! :)

      Szalałabym bardziej, gdybym nie miała innych zobowiązań. Miałam jednak chwilowo nieco więcej wolnego czasu, więc wykorzystałam go produktywnie :) Jak do końca miesiąca uda mi się przeczytać jeszcze jedną, to będzie to już szczyt szaleństwa ;) I bez względu na to, jak bardzo pesymistycznie i mało ambitnie to zabrzmi, to nie sądzę, by udało mi się w tym roku pobić zeszłoroczny wynik. No, ale nie o to w tym chodzi przecież...

      Usuń
  2. Sokole Oko

    Żebym była pierwsza ??? nie do wiary :) oczywiście nie znałam ani przedskoczka ani rzeczonego WoC ale odsłuchałam wszystko co podlinkowałaś i nawet te kamienie mogłabym odtworzyć kilka razy :) myślałam, że słuchasz bardziej krzyczącej muzyki :)

    Fajnie, że jednak piątek 13-tego okazał się świetną zabawą i szczęśliwym a nawet najlepszym dniem zeszłego roku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słucham przeróżnej muzyki w zależności od nastroju i potrzeb - od melancholijnych wyciskaczy łez typu "The Blower's Daughter" i "Before You Go" poprzez irlandzki folk, country, a kończąc na ostrych rockowych dźwiękach. Najrzadziej zaś hip hopu.

      Usuń
    2. Sokole Oko

      o hip hop bym Cię nie podejrzewała :) ale bardziej o jakieś mocniejsze właśnie takie rockowe tony :)

      Odpalę sobie raz jeszcze te lineczki :)

      Usuń

      Usuń
    3. Jak miło, że się skusiłaś! A nuż wpadnie Ci coś w ucho? :)

      Usuń
  3. Twoje relacje są niezwykle obrazowe i potrafią doskonale przenieść w opisywaną sytuację. Nawet dla tak słabego znawcy Walking On Cars jak ja recenzja jest na tyle emocjonalna, że wydaje mi się, że już nie muszę wcale jechać na ich koncert! ;)
    Co zaś tyczy się tych wszystkich problemów związanych z butelkami z wodą czy aparatami, to powoli staje się standardem, że nie wolno wnosić na koncerty aparatów fotograficznych poza tymi w smartfonach, a także zamkniętych butelek z wodą. To pierwsze z powodów oczywistych, to drugie zaś ze względów bezpieczeństwa. Ta zasada obowiązuje już od dawna. Na profesjonalnie zorganizowanych eventach przy bramkach należy odkręcić butelkę i wyrzucić zakrętkę. Ja mam na to swój sposób - trzymam zawsze zapasowe zakrętki w plecaczku. Inna sprawa, że bardzo często organizatorzy mylnie interpretują zakaz wnoszenia zamkniętych butelek jako zakaz wnoszenia w ogóle, napędzając tym samym sprzedaż w sklepikach na terenie koncertu, gdzie ceny są zazwyczaj obłędne.
    Mam nadzieję, że udało Ci się mimo wszystko zrobić kilka dobrych zdjęć swoim smartfonem, czy też nagrać jakiś klip. Szkoda, że nie ma ich w treści postu. No i mam nadzieję, że nagrywając, trzymałaś smartfon w poziomie! Samsung jest jak najbardziej OK i wg mnie są to najlepsze funkcjonalnie urządzenia. Wrzucam kamyczek do dyskusji pod postem oczywiście ;) Kilka lat temu zamieniłem swojego drugiego już Samsunga J6 na iPhone 6+. Trochę z ciekawości, trochę ze snobizmu. I powiem tak: od samego początku próbuję doszukiwać się w nim cech, które w jakiś zasadniczy sposób przewyższyłyby smartfona. Ani jakość zdjęć, ani funkcje nie rzucają na kolana, a intuicyjność obsługi jest totalnie przereklamowana. Sposób komunikacji z laptopem, przesyłu zdjęć, plików muzycznych to jakiś koszmar, chyba, że wszystkie urządzenia komputerowe w domu masz z jabłuszkiem. Oczywiście iPhone to dla każdego faceta +3 cm do męskości, ale ja na szczęście nie muszę sobie przedłużać. Natomiast jest bardzo solidny i dobrze pracuje w systemie Apple CarPLay w samochodzie.
    A wracając do relacji z koncertu... Ja ze swoimi recenzjami mam pewien problem. Bo zazwyczaj chcę opisać jak najobszerniej i niejako automatycznie skupiam się na repertuarze prezentowanym przez wykonawców i siłą rzeczy wymieniam tytuły utworów. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że każdy umieszczony w relacji tytuł piosenki zmniejsza liczbę czytelników o 10%. Ma to związek z tym, że dla osób, które nie znają danego zespołu, tytuły utworów są abstrakcją i wtedy "przeskakują" tylko po treści. Co o tym sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki cudny komentarz, R.!!! Co prawda o mało co nie parsknęłam na monitor przełykaną kawą, kiedy przeczytałam o tym przedłużaniu sobie męskości, ale i tak dziękuję za zabranie głosu i ustosunkowanie się do tylu poruszonych kwestii! :)

      Wszystko to święta prawda - na koncercie Kings of Leon, który odbywał się latem, musiałam kupić wodę, bo temperatura na hali dawała mi się we znaki, i zapłaciłam za nią jak za butelkę Moeta ;) Swoją wodę zaś musiałam wyrzucić do kosza, nie było szans na to, by ją wnieść nawet bez zakrętki.

      Tak, udało mi się zrobić parę fotek i nagrać kilka filmików (telefonem trzymanym w poziomie, a jakże!), dobrymi bym ich jednak nie nazwała. Na moje prywatne potrzeby są jednak wystarczające - za każdym razem, kiedy je odtwarzam, wracam pamięcią do tamtego grudniowego wieczoru i jakoś tak od razu cieplej robi mi się na sercu...

      Samsung również jest intuicyjny w obsłudze, znam osiemdziesięciokilkuletniego Irlandczyka, który się z powodzeniem nim posługuje ;) Podoba mi się stylistyka MacBooków i ich kompaktowe rozmiary, w domu nie mam jednak żadnego sprzętu Apple i nie planuję mieć w najbliższej przyszłości.

      Co o tym sądzę? Sądzę, że nie powinieneś nic zmieniać. Nie widzę potrzeby ulepszania czegoś, co tego nie wymaga. Nadal pozostajesz moim niedoścignionym mistrzem w pisaniu muzycznych relacji. Na żadnym innym blogu nie znalazłam tak profesjonalnych i informatywnych opisów z muzycznej sceny jak właśnie u Ciebie. Podziwiam wiedzę i efekt końcowy Twojej pracy - bardzo dobrze czyta się te Twoje relacje i żaden umieszczony w tekście tytuł piosenki/link nie zniechęciłby mnie do dalszego czytania. I jak pokazał przykład Sokolego Oka, Twojej przedmówczyni, jej też nie :) Nie dość, że doczytała do końca, to jeszcze (co najmniej) dwa razy odsłuchała podlinkowane piosenki! To się nazywa poświęcenie! ;)

      Ja jestem otwarta na nowości, a ponieważ Twój gust muzyczny w dużej mierze pokrywa się z moim, to zawsze chętnie sprawdzam to, co polecasz. A skoro o tym mowa, to... właśnie mam ochotę na BoH!








      Usuń
  4. Czy ja dobrze tekst przyswoiłem? Oglądałaś koncert z poziomu krzesełka!? To typowe dla Irlandii, czy raczej dla Walking On Cars, których muzyka chyba nie bardzo skłania do wygibasów?

    Pytam poważnie, bo przez 15 lat pobytu w Irlandii tylko na jednym koncercie byłem, gdy do Dublina Dżem zawitał. W hali bokserskiej, w której odbywała się impreza siedziała wówczas tylko jedna osoba - perkusista.

    Dobry sprzęt grający to jedno, a źródło to drugie. Z pustego i Salomon nie naleje, tymczasem wbrew obiegowej opinii nawet Spotify nie oferuje jakości wyższej niż empetrójka. Zostaje więc CD, Tidal, albo właśnie koncert na żywo - bliżej oryginału się nie da.

    W czasach przed irlandzkich nie przepuściłem, żadnej okazji, gdy Dżem do nas do miasta zajechał. Przy dobrej akustyce spodnie od basów drżały. Mój brat mawiał, że na dobrym koncercie muzykę czuć w ...

    ... a zresztą sama się domyśl, skoro już w komentarzach rozgorzała dyskusja o męskich częściach ciała ;).

    Cieszę się, że wyjazd do Castlebar po wstępnych turbulencjach zakończył się hepiendem. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz odetchnąć, Twoje czytanie ze zrozumieniem oceniam na 5+! :) Oglądałam go z poziomu krzesełka, ale nie dlatego, że muzyka nie zachęcała do wygibasów (ja "tańczę" nawet przy gotowaniu do większości piosenek, które akurat lecą w radiu...), a z obawy, że mnie zlinczują, jeśli się wyłamię, wstanę i zacznę innym zasłaniać widok ;) Wierz mi, były takie momenty (zwłaszcza, jak występował Moncrieff), kiedy w akcie desperacji miałam ochotę wstać i z okrzykiem "tak to się robi!" zacząć kręcić biodrami, bo nie mogłam patrzeć na ten sztywny tłum ;) Całe szczęście, że nie byłam zbyt blisko sceny, bo pewnie ochrona musiałaby mnie stamtąd ściągać ;)

      Z przyjemnością Cię uświadomię, koncertowy "prawiczku" ;) Byłam na pięciu koncertach na naszej pięknej wyspie i wszystkie przesiedziałam (razem z innymi). Wynikało to chyba głównie z lenistwa/wygody i absolutnie nie było spowodowane słabym występem. Z tego, co zauważyłam - jeśli koncert ma miejsce w teatrze i widownia ma miejsca siedzące, to po prostu z nich korzysta. Nikt się nie wyłamuje i nie zasłania widoku innym. Każdy sobie giba we własnym zakresie w obrębie własnego krzesełka ;)

      Walking On Cars i Kings Of Leon wykonali swoje największe hity na samym końcu ("Speeding Cars" i "Sex On Fire") i to wtedy wszyscy zerwali się na równe nogi i tak już zostali do ostatniej sekundy, by podziękować zespołom owacjami na stojąco.

      Czy jest to tylko typowe dla Irlandii? Nie sądzę. W Paryżu na koncercie Queen też siedziałam. I nie byłam wyjątkiem, a koncert był świetny.

      Ach, byłabym zapomniała. Jest to uwarunkowane salą koncertową. Jak szukałam biletów, to sprawdzałam też venue w Galway, i tam były tylko i wyłącznie stojące miejsca (wszystkie wyprzedane zresztą).

      Nie korzystam ze Spotify ani Tidala, więc nie mogę się na ten temat wypowiedzieć. Za to chyba już wiem (pomijając akustykę sali), czemu odniosłam wrażenie, że na żywo zespół brzmi bardziej dynamicznie i rockowo - słuchałam przed chwilą piosenek WoC i przy okazji natrafiłam na ciekawe komentarze. Okazuje się, że po tym jak grupa podpisała umowę z wytwórnią fonograficzną, część piosenek uzyskała bardziej żwawe tempo. To by wyjaśniało moje odczucia.

      A skoro już mowa o męskich częściach ciała, to coś kojarzę, że nigdy nie mogłeś zrozumieć kobiecej fascynacji łydkami ;)

      Serdeczne podziękowania za długi i ciekawy komentarz - wiem, że nie przyszło Ci to z łatwością ;) Ale chyba aż tak bardzo nie bolało, co? ;)

      Usuń
    2. Ej, ej ... co Ty sugerujesz, że zmontowanie tekstu o dwucyfrowej liczbie linijek, który na dodatek byłby jeszcze ciekawy, wymaga ode mnie wzniesienia się na wyżyny intelektualne??? Jak możesz Taito, jak? Prosto w serce! Jako jedyny czytelnik mojego bloga spoza mojej rodziny powinnaś wiedzieć lepiej ;).

      Masz rację. Kobieca fascynacja męskimi łydkami jest poza moją zdolnością pojmowania. Nie jednak tak, żeby mi to sen z powiek spędzało. Jak mawiała moja koleżanka, Was nie trzeba rozumieć, Was trzeba kochać :). Tymczasem w myśl zasady nasz klient nasz pan, dołączyłem ćwiczenia łydek do mojego reżimu na siłowni :).

      Skoro nie korzystasz ze Spotify, ani z Tidala, to w jaki sposób moja droga amiszko dokonujesz odsłuchu?

      Usuń
    3. Haha, bałam się, że tak to zinterpretujesz ;) A chodziło mi tylko o to, że Ty jesteś krótkodystansowcem... oh wait, to też źle brzmi! ;) OK, jeszcze raz: długie komentarze nie są w Twoim stylu! :)

      Czekaj, czekaj, jak to spoza Twojej rodziny? Chcesz powiedzieć, że te kilkanaście lat(!) czytania Cię poszło na marne i nie doczekałam się statusu "członka rodziny"?! Przecież uwielbiam Cię niczym rodzona matka i regularnie przymykam oko na Twoje haniebne przerwy w pisaniu! Ja nie jestem zwolenniczką nepotyzmu, ale czy nie uważasz, że choćby z tego względu powinnam cieszyć się szczególnymi względami, hę? ;)

      Łydki to Ty szanuj, a daleko zajdziesz! ;)

      Chcesz powiedzieć, że masz klientów, którzy ślinią się na widok Twoich łydek? ;) Czy Ty aby nie przesadzasz z tymi treningami? Uważaj, bo bycie tak zajebiście (pardon my French!) wysportowanym jest nielegalne! ;) Poza tym jesteś już na takim etapie życia, że oczekiwania klientek nie powinny zaprzątać Ci głowy! ;)

      Coś mi się wydaje, że za góra dwa lata będę kupować książki Twojego autorstwa a nie Joe! Tylko jak już będziesz tym obrzydliwie bogatym trenerem personalnym/autorem, to nie zapomnij, kto Ci wiernie towarzyszył w drodze na szczyt! ;)

      "Amiszka" - I love it! :) YouTube is my porn! ;) A oprócz tego CD :)

      Usuń
    4. Dobra, powiedzmy, że się jako tako z tego wykaraskałaś.

      Ma się rozumieć, że Ci się względy szczególne należą i status członka rodziny. Ale rodziny wirtualnej. E-rodziny można by powiedzieć. Ja miałem na myśli tą rodzinę, z którą się wyłącznie na zdjęciach dobrze wychodzi :).

      Bycie zajebiście wysportowanym jest nie tylko nielegalne, ale wzbudza głęboką niechęć osób postronnych. Stąd zwykle po powrocie z siłowni wcinam pączka i odpalam e-papierosa.

      Nikt się na widok moich łydek nie ślini. Może dlatego, że mieszkam w Irlandii, a więc krótkie spodnie trzymam w walizce. Ale mam jedną wymagającą klientkę w domu, a etap życia, w którym człowiek traci zainteresowanie płcią przeciwną, nazywa się uwiąd starczy. Chyba nie sugerujesz...?

      Serdeczne Bóg zapłać za wiarę we mnie, ale za dwa lata będę Ci co najwyżej podpowiadał, kiedy książki Joe pojawią się w sprzedaży w sieci popularnych w Irlandii dyskontów. A może i tego nie będę Ci w stanie powiedzieć, bo do końca roku mam zmienić stanowisko. Będę rozwoził po Wyspach kaganek oświaty.

      Bądź zdrowa Amiszko :)

      Usuń
    5. No nie mów, że nadal męczysz te e-papierosy!!! Miałam nadzieję, że już dawno w cholerę rzuciłeś! To trzeba jak pępowinę przeciąć jednym sprawnym ruchem! [Jaysus, gadam jak Twoja matka! Bez obrazy dla Twojej Szanownej Rodzicielki, wiem, że równa z niej babka!]

      Osoba zajebiście wysportowana jest najczęściej tak samo mile widziana wśród leni kanapowych jak abstynent na popijawie, co potwierdziło dziś dwóch rodaków w sklepie, głośno wyrażając swoją nadzieję, że ich kumpel przyjdzie na libację "bez tej swojej, co to nigdy nic nie pije, ale zawsze ma strasznie dużo do powiedzenia, nawet na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia!" :) Ach, te nocne Polaków rozmowy...

      Jawnie to pewnie nikt się nie ślini w obawie, że podpadnie nieokrzesanej małżonce ;) A tak w ogóle, to zgrabne łydki można - i powinno się! - eksponować w skinny jeansach!

      Haha, ależ skądże - nic takiego nie sugerowałam, bo przecież nie mam do tego podstaw! ;) Zawsze twierdziłam, że jesteś młodym bogiem! :) Ja wiem, że nawet e-rodzina jest nieobiektywna, ale mimo wszystko... :)

      Skoro wiara przenosi góry, to dlaczego nie mogłaby Ciebie przenieść do rankingu najpopularniejszych trenerów personalnych? :) Jeszcze nie będziesz mógł się odpędzić od rozhisteryzowanych przedstawicielek płci pięknej pragnących Twojego autografu, mark my words! :)

      Ta zmiana stanowiska brzmi niesamowicie interesująco! Musisz mi o tym koniecznie opowiedzieć! Tym bardziej, jeśli będziesz rozwoził ten kaganek po mojej Walii!

      Bądź zdrów, Miszko! :)

      Usuń
    6. Masz ci los, Taito Ty Boga w sercu nie masz. Skinny jeansy!? Chyba prędzej bym na miasto w sukience w lamparci wzorek wyszedł. Raz na jakiś czas nasz szefo zatrudni nam jakiego małolata w rurkach. Zwykle nie jest w stanie przepracować dwóch pełnych tygodni, bez opuszczenia dnia pracy. Bo brzuszek boli, bo główka boli, bo słowa ranią. Bo praca taka ciężka i fizycznie wymagająca, a ta krągła Litwinka już trzeci raz go dubluje, a to źle działa na jego poczucie własnej wartości i terapeuta zalecał tego typu sytuacji unikać, jeśli chce przestać moczyć łóżko. Słowem, nie mają jaj. Co w moim przekonaniu jest bezpośrednio związane ze skinny jeansami. Myślę, że to kwestia nadmiernej kompresji.
      Skinny jeansy to nie tylko element ubioru. To styl bycia. To symbol zniewieścienia rodzaju męskiego. Jakby wojna wybuchła, to te małolaty w obcisłych spodenkach mogłyby się co najwyżej rozpłakać, bo w tak ciasnych portkach nie ma jak nawet uciekać.
      Nie mówmy o tym więcej...

      Usuń
    7. Hahahaha, masz rację, nie mówmy o tym więcej, bo nawet gdybym chciała, to bym nie potrafiła... turlam się ze śmiechu po podłodze, ale jednocześnie tak bardzo rozumiem, co masz na myśli! :)

      Usuń
  5. Nie żebym coś insynuował. ale istnieje powszechna opinia, że pierwszą oznaką starości jest wybieranie na koncertach miejsc siedzących zamiast stania na płycie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha! Myślisz, że uwierzę w Twoje czyste intencje? ;) Przyganiał kocioł garnkowi! ;) A teraz się przyznaj, czy na ostatnim koncercie Comy stałeś czy siedziałeś! :) Mam swoje podejrzenia! :)

      Nawet jeśli wg powszechnej opinii jestem "starszą i dostojną panią", która musi siedzieć na koncertach, żeby je przetrwać, to i tak najważniejsze, że mam młodą duszę :)

      Usuń
    2. Oj tam.. ja już od dawna wybieram miejsca na trybunach ;)

      Usuń
    3. I knew it!!! ;) Mają swój urok!

      Jak w takim układzie robisz tak świetne zdjęcia? Oglądając je, miałam nieraz wrażenie, że byłeś na płycie w pierwszym rzędzie! ;)

      Usuń