Jeśli ktoś z Was zastanawia się, dlaczego w świecie pełnym okrucieństwa, wszechobecnego zła, które wylewa się na nas ze wszystkich stron, wybieram tak "depresyjne" lektury, to już tłumaczę.
Najłatwiej chyba będzie, jak zobrazuję to na znanym przykładzie. Widzicie, wszystko zależy od punktu widzenia. Ja na te książki patrzę przez pryzmat szklanki do połowy pełnej, nie pustej. A zatem są one dla mnie dowodem na zwycięstwo dobra nad złem. Podbudowującymi świadectwami ludzkiej siły i niezłomności. Przykładem, że niemal każde zło można przekuć na dobro.
I taki właśnie jest memuar, który wydała Sarah Corbett Lynch.
Sarah to ta urocza irlandzka dziewczynka z okładki, która mylnie mogłaby sugerować, że jej dzieciństwo było właśnie takie – różowe. Niestety, było zupełnie inaczej. Różowy jednak jest symbolem miłości, troski, czułości, szczęścia i nowego początku, a tego w książce też nie brakuje.
Sarah zapisała się w literackim świecie Irlandii jako jedna z najmłodszych autorek. Jako trzynastolatka stworzyła ilustrowaną książeczkę dla dzieci zmagających się z żałobą – "Noodle Loses Dad" ("Noodle traci Tatę"). Skąd taki pomysł? Z życia. Z własnego doświadczenia.
Sarah miała zaledwie dwanaście tygodni, a jej brat, Jack, dwa lata, kiedy niespodziewanie zmarła ich ukochana mama, Mags. Jeśli myślicie, że nic gorszego nie mogło już spotkać tych dzieci, to się grubo mylicie. Najgorsze dopiero nadchodziło. A w zasadzie to nadlatywało, bo tak Molly Martens, "słodka i niewinna" amerykańska au-pair, znalazła się w Irlandii.
Molly przyleciała na Zieloną Wyspę po tym, jak wypatrzyła ogłoszenie irlandzkiego wdowca pilnie poszukującego opiekunki dla swych malutkich dzieci. Jason, bo tak nazywał się ten pechowy wdowiec, nie wiedział, że otwierając drzwi przed Molly, zaprasza do swojego domu nie kobietę-anioła, lecz anioła śmierci, a ten błąd będzie go kosztował życie.
Molly była idealna tylko na papierze, bo taki właśnie wizerunek stworzyła w swoim CV. Przychodziło jej to z łatwością, wszak była wprawioną mitomanką. Patologicznie kłamała. A do tego, jak czas pokaże, była prawdziwą kobietą-modliszką, ale tego Jason nie mógł wówczas wiedzieć. Kiedy zacznie się już orientować, z kim ma do czynienia, będzie głęboko w sidłach swojej prywatnej Cruelli de Vil. Niezrównoważonej psychicznie desperatki opętanej manią posiadania jego dzieci.
Sarah wydała "A Time for Truth" w 2025 roku. Jednak biblioteczny egzemplarz, który trafił do moich rąk, wyglądał na dużo, dużo starszy – był już mocno sfatygowany. To i długa kolejka, którą musiałam wirtualnie "odstać", żeby ją dostać, to doskonały dowód na to, jak bardzo Irlandia nadal żyje tą tragedią. Śmierć Jasona odbiła się tutaj szerokim echem, a proces jego morderców był niezwykle medialny. W minionym roku upłynęła dziesiąta rocznica jego śmierci. Sarah niejako upamiętniła ją publikacją swojego przejmującego memuara.
Opaska, którą Temida ma przewiązane oczy, symbolizuje jej całkowitą bezstronność i brak uprzedzeń wobec oskarżonych – równość wszystkich wobec prawa. Ona jako grecka bogini może faktycznie taka jest. Bezstronna. Śmiem jednak wątpić, czy ludzie, którzy już z samej natury są istotami niedoskonałymi, również tak postępują. Czy aby na pewno w sposób bezstronny rozstrzygają prawne spory? Czy mimo wszystko nie posługują się, nawet nieświadomie, głęboko zakorzenionymi stereotypami, albo swoimi osobistymi uprzedzeniami i preferencjami?
Przyznam, że skrzywiłam się z niesmakiem, kiedy amerykański sędzia zwrócił się do oskarżonego, Toma Martensa, i powiedział mu, że wyraża wobec niego duży szacunek, dziękuje za jego służbę (to emerytowany agent FBI) i życzy mu wszystkiego najlepszego! No, ludzie... Ten człowiek brutalnie zamordował innego człowieka – nie przypadkowo (mówimy o co najmniej dwunastu ciosach metalowym kijem bejsbolowym!), nie obcego, a swojego zięcia! Ojca dwojga małych dzieci, które kilka lat wcześniej straciły swoją rodzoną matkę!
I tak się zastanawiam. Czy oskarżony nie powinien stać przed sądem "nagi"? Odarty z jakichkolwiek przywilejów, dokonań, tytułów i zasług? Sprawowany urząd nie powinien być tu czynnikiem łagodzącym, bo wydając mniejsze i łagodniejsze wyroki tym, którzy wykonują prestiżowe zawody, niejako faworyzujemy ich i dajemy im przyzwolenie na łamanie prawa.
Ba! Myślę też, że oni sami doskonale wiedzą, iż są na uprzywilejowanych pozycjach, mają respekt w społeczeństwie, przez co stają się aroganccy i zadufani w sobie. Wielu z nich wręcz nauczonych jest, że inni – ci "gorsi", mniej szanowani i wykwalifikowani, "pospólstwo" – nadskakują im, płaszczą się przed nimi i traktują niczym bożków. I takiego też VIP-owskiego traktowania oczekują.
Myślę, że ta parszywa dwójka, tatuś i córeczka, właśnie na to liczyła, planując to paskudne morderstwo. Że wszyscy łykną ich wersję niczym młode pelikany. Że nikt nie zwątpi, nikt nie zakwestionuje, bo przecież jak to tak, nie dać wiary słowom wysoko postawionego agenta FBI? Jak można nie uwierzyć "kruchej", biednej i pokrzywdzonej kobiecie, że jest ofiarą przemocy domowej z rąk tego paskudnego Irlandczyka-pijusa? Przecież od zarania dziejów wiadomo, że Irlandczycy to alkoholicy, a agresorami są tylko mężczyźni!
Pycha kroczy przed upadkiem. I tu też tak było, kiedy z czasem okazało się, że wersja Martensów sypie się jak zamek z piasku, a na wierzch wypływają kolejne nieścisłości. Ponieważ jednak system prawny jest wielce niedoskonały, a utalentowani prawnicy potrafią za grubą kasę po mistrzowsku naginać fakty, to mamy to, co mamy. Ludzi-potworów na wolności, podczas gdy przez długie, długie lata powinni gnić za kratami za to, że jednego człowieka pozbawili życia, a całą rzeszę innych straumatyzowali.
Nie ukrywam, dużo w tej książce smutnych wydarzeń. Już sama historia miłosna Jasona i jego pierwszej żony jest do głębi tragiczna. Jakieś takie bolesne ukłucie poczułam w sercu, kiedy patrzyłam na ich fotografię ślubną: piękni, młodzi, szczęśliwi, w tle plaża i ocean. Świata poza sobą nie widzieli. Zapewne głęboko wierzyli też, że świat leży u ich stóp. Że mają przed sobą całe życie, a to, co najlepsze dopiero nadchodzi.
Z wielkim zaangażowaniem i ekscytacją budowali swój wymarzony dom, a ona z czułością dokumentowała każdy krok tej budowy. Nie wiedzieli jednak, że ten sam świat (jakże okrutny i niesprawiedliwy!) ma w zanadrzu paskudną niespodziankę: dom, który z taką miłością budowali, zostanie ostatecznie sprzedany, żadne z nich nie dożyje nawet 40 lat, a ich ukochane dzieci zostaną sierotami.
Nie widać tego na tej ślubnej fotografii, ale gdzieś tam z tyłu za ich plecami czaił się bezlitosny Ponury Żniwiarz. Absolutnie nie gotowy do żadnej negocjacji. To po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że życie jest krótsze, niż nam się wydaje. Żyjemy na pożyczonym czasie, więc idźmy za radą mędrców – carpe diem.
Historia, którą przekazała nam Sarah, to nie tylko gorzki dowód na niesprawiedliwość naszego świata i ułomność prawa, lecz również optymistyczna historia bezgranicznej mocy, jaką niesie ze sobą rodzina, bo gdyby nie ona, to nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych biednych dzieci. Dziś być może – oprócz poczucia winy, które niestety w sobie noszą – trawiłyby ich nałogi, a oni sami leżeliby gdzieś w rynsztoku z innymi, z których okrutny los brutalnie zakpił. Miłość, którą okazała im rodzina zmarłego ojca nie wymazała traumatycznych przeżyć, ale zdecydowanie je złagodziła, i pozwoliła dorastać w normalnym, szczęśliwym domu – z dala od bezwzględnej macochy z piekła rodem i jej wynaturzonych rodziców.





Bardzo mocna historia...okrutna, taka okrutna. Tak, ożenili się, dwoje młodych ludzi. Pełni nadziei, a tu taka historia. Może i mamy jakiś tam wpływ na życie, ale co pisane, to pisane... Co to za historia życia, brakuje mi słów. Znam takie osoby...miłe, budzące zaufanie, usmiechniete i pomocne, które robią okropne rzeczy...naprawdę złe. Świetni aktorzy, manipulatorzy stuleci...którzy wybronią się, choćbyś dowody zła pokazała ofiarze...znam takich...chwała, że nie są już mi bliscy. Jak można chwalić, życzyć dobroci komuś, kto zabił...katatrofa. Obserwuję coraz wiecej ludzi, co czynią okropności, a widzą siebie, jakby byli najbardziej uczynnymi, najmilszym istotami świata, do tefo najmądrzejsi... Dobrze, ze opisałaś tu tę historię, będę o tym myśleć i jeszcze bardziej doceniać to, co posiadam!!! Dobrze, ze jesteś, dobrze, ze są tacy ludzie. Jak ja Ci dużej dawki szczecia życzę, dziekije za ten post okrutna i bardzo ważny.
OdpowiedzUsuńChyba telepatycznie Cię tutaj sprowadziłam, bo dosłownie na parę minut przed Twoim komentarzem myślałam o Tobie i już szykowałam się do złożenia Ci niezapowiedzianej, wirtualnej wizyty! :)
UsuńOj tak, unikam jak ognia tych wszystkich faryzeuszy, nie potrzebuję takich ludzi wokół siebie. Przeraża mnie ich hipokryzja, łatwość z jaką im przychodzi takie zachowanie (tak jakby stało się to już ich drugą naturą) i wyrachowanie. Lubię prostych, autentycznych ludzi z całą gamą ich przywar, bo nikt nie jest idealny.
Ludzie, o których piszesz, to klasyczny przykład tych, co "widzą źdźbło w oku bliźniego, a belki w swoim nie dostrzegają". Życzę Ci, aby Wasze drogi się nie krzyżowały, a jeśli to niemożliwe do wykonania, to aby Wasze życiowe orbity jak najrzadziej się przecinały. Koncentrujmy się na tych wartościowych i dobrych ludziach wokół siebie :)
Dziękuję za Twoją wizytę i podzielenie się Twoim punktem widzenia.
Pewnie nie zaskoczę Cię jeśli wspomnę, że czasami czytam podobne historie z tego samego powodu co Ty.
OdpowiedzUsuńW dzisiejszym świecie usiłuję przypomnieć sobie, że ludzie wciąż są dobrzy. Na co dzień bardzo w to wątpię.
Jednocześnie szokuje mnie zawsze pozytywnie hart ducha i siła ludzi, którzy przeszli przez piekło i tak jak piszesz nie stoczyli się na same dno rynsztoku. Myślę, że to są jakieś niebywałe moce przetrwania.
Nie wiem czy słyszałaś, ale w ostatnim czasie w Polsce też wrze po śmierci jednego ze znanych aktywistów, był jednocześnie politykiem dla wielu niewygodnym. Został potrącony jadąc na rowerze, a wypadek wygląda naprawdę dziwnie. Od dawna dostawał pogróżki śmierci. Od kilku dni nie potrafię przestać o nim myśleć, ale też o tym, że pewnie nie dowiemy się prawdy, a politycy i pseudo sądy zamiotą sprawę pod dywan.
Nie bardzo czuję się zaskoczona ;)
UsuńBardzo lubię dobrą literaturę faktu, a jej nietuzinkowi bohaterowie niesłychanie mnie inspirują. Czasami potrzebuję delikatnego przypomnienia, by się nie poddawać w walce z przeciwnościami losu, bo te belki na naszej drodze można przecież pozbierać, zawieźć do tartaku i przerobić na coś pięknego ;)
Bardzo dobrze to ujęłaś – ten ich hart ducha potrafi być w istocie szokujący!
Ci źli i patologiczni ludzie zawsze najbardziej rzucają się w oczy i uszy. Zło koniecznie chce być głośniejsze od dobra. Ważne, by nie tracić nadziei i wierzyć, że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim, jak to śpiewał Niemen.
Tak, dotarły do mnie wieści o podejrzanej śmierci Litewki. Mam te samy obawy co Ty. Kolejny niewygodny "gwóźdź", który został wbity. Niby nic nowego, analogicznych przypadków było sporo, a mimo to nieustannie bulwersują, a także przypominają, jak niewiele znaczącymi trybikami jesteśmy dla możnych tego świata.
:)
UsuńJa też lubię, czasami napisaną krótkimi reportażami jak u Kopińskiej, ale nie tylko.
Myślę, że człowiek łatwo się przyzwyczaja do dobrego i czasami codzienne przeciwności życia traktuje jak coś nie do przebrnięcia. Jednocześnie czasy mamy trudne i chyba wszyscy jesteśmy przeciążeni i zmęczeni. Dobrze jak piszesz sobie przypomnieć to i owo. Kiedyś chyba bardziej oglądałam filmy tego typu, a z wiekiem (czy to starość? ) przerzuciłam się na książki. Właśnie! Czy Ty oglądałaś It ends with us bo nie pamiętam ;-)
Hart ducha kojarzy mi się z książką, którą całkiem niedawno czytałam o Supernormalsach. Teoria i doświadczenie autorki wskazywały, że na jedną patologiczną rodzinę, tudzież środowisko znajdzie się jedno dziecko z psychiką tak mocną, że to całe zło przekształca w super moc i potrafi zmienić swoje życie, nie podążać za schematami.
To prawda. Może być dziesięciu super dobrych ludzi i wśród nich jedna toksyczna osoba, a prawda jest taka, że nasz umysł skupi się tylko na tej jednej i zacznie widzieć wszystko w czarnych barwach.
Tego samego dnia przy obiedzie pokazałam mężowi jego wpis, ponieważ pisał o lekarzu do którego chodziłam. Kiedy wszędzie zaczęłam widzieć jego czarne zdjęcie-nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że to fake. To po prostu jest niemożliwe. Tak samo jak niemożliwy jest ten wypadek i jego okoliczności.
Coś w tym jest. Dobre i łatwe życie jest oczywiście przyjemne, ale chyba też nieco człowieka rozmiękcza i pozbawia odporności na trudności. Te wszystkie problemy, które napotykamy na swojej życiowej drodze są mimo wszystko cenną lekcją – uczą i wzmacniają, czynią człowieka silniejszym, bardziej odpornym na przeciwności losu.
UsuńTak, oglądałam "It Ends With Us" jakiś czas po tym, jak przeczytałam książkę Colleen Hoover. Lubię Blake Lively i ogólnie byłam ciekawa, jak ta historia została sfilmowana. Materiał źródłowy zdecydowanie bardziej mi się podobał, co raczej nie dziwi. Filmy/seriale rzadko przerastają książki, choć w moim odczuciu było kilka takich przypadków ("Love Story", "Dexter").
"Supernormalsi" –zanotowane. Jak będę mieć okazję, przeczytam! Dzięki za cynk! Zdarzyło mi się czytać coś z Twojego polecenia i byłam zadowolona :)
Niestety, jego śmierć nie jest fake newsem :( Był młody, jeszcze dużo dobra mógł uczynić, ale złośliwy los (?) chciał inaczej. Wybrańcy bogów umierają młodo.
Znam tę historię. Słuchałam o niej na jakimś podcaście true crime. I jakiś dokument oglądałam, chyba na Netflix. Dobrz chociaż, że te dzieci wyrwały się z łap okropnej baby.
OdpowiedzUsuńZaskoczyłaś mnie, bo spodziewałam się raczej komentarzy w stylu "nie znam, nie słyszałam, nie będę czytać, to nie dla mnie".
UsuńSprawa śmierci Jasona była bardzo medialna i kontrowersyjna, i faktycznie wzięli ją na tapet także podcasterzy. Po przeczytaniu książki sama pokusiłam się o wysłuchanie tej historii na jakimś podcaście. To było fajne uzupełnienie tej sprawy.
Cieszę się, że Sarah miała możliwość zabrania głosu i przedstawienia sprawy ze swojego punktu widzenia, bo niestety smutne realia są takie, że ofiarom często zabiera się prawo głosu, albo mocno ogranicza. To już kolejna książka, której autorka narzeka na to "zagłuszanie".
I remember how much this case haunted the news, and seeing that the library copy is already worn out proves that Ireland hasn't forgotten Jason. I’m so glad the children had their Irish family to catch them. Without that 'limitless power of family,' this story would have ended so differently.
OdpowiedzUsuńOh yes, it is definitely one of the most popular criminal cases in Ireland.
UsuńI'm glad too. Jason's family has shown Sarah and Jack the true meaning of love.
Naprawdę dołujące i przerażające nawet! Nie wyobrażamy sobie, ile zła jest na świecie, póki nie usłyszymy podobnych historii, a wydaje się, że to filmy fabularne są przesadzone...
OdpowiedzUsuńZgadza się, Jotko, bezmiar zła nieustannie poraża, tak samo jak okrucieństwo ludzi. Wielka szkoda, że to wszystko poszło w tak złym kierunku, i że człowiek jest wilkiem dla drugiego człowieka. Ale świat pełen jest też wspaniałych jednostek i to nade wszystko o nich trzeba mówić :) W tym przypadku to właśnie rodzina zamordowanego Jasona – wspaniali ludzie o wielkim sercu.
UsuńCzasami też sięgam, po takie cięższe historie... Ale przyznaję, że ciężko mi się póżniej z nich otrząsnąć...
OdpowiedzUsuńNiektórzy ludzie są potworami...
Świetna recenzja i bardzo zachęca do przeczytania tej książki.
Dziękuję, że ją polecasz!
Pozdrawiam serdecznie!😊
Dziękuję bardzo za pozostawiony ślad :) Cieszę się, że mamy podobny gust czytelniczy, a nade wszystko raduje mnie fakt, że czytasz :)
UsuńMiłego dnia i wielu ciekawych pozycji książkowych :)
Przerażająca historia, będąca dowodem, że życie pisze najpiękniejsze ale i najstraszniejsze scenariusze. Cóż, świat jest pełen odrażających ludzi, robiących odrażające rzeczy.
OdpowiedzUsuńPrzeczytam tę książkę z... Miałam napisać 'z przyjemnością', ale byłoby to mocno nie na miejscu. Przeczytam ją, gdy tylko pojawi się w polskim przekładzie, bo cenię dobrą literaturę faktu.
Wiesz, Twoja konkluzja o 'niedoskonałym systemie' jest wg mnie zbyt delikatna. Dla mnie prawo to ponury żart. Zawiłe, pełne kruczków i precedensów w istocie zdaje się chronić morderców i wszelkiej maści przestępców, a powinno być jak Kodeks Hammurabiego- proste, surowe i nieuchronne czyli, jak w tym przypadku morderstwa z premedytacją (bo takie właśnie było) życie za życie. Bez taryfy ulgowej dla VIP-ów z FBI.
Dla mnie to czysty absurd, że mordercy tacy jak ci opisani przez Sarah, chodzą po ziemi, podczas gdy ich ofiara w niej gnije. Poza tym, zmuszanie bliskich ofiar do finansowania egzystencji mordercy w więzieniu z pieniędzy z podatków to dla mnie podwójna wiktymizacja i ich ponowne krzywdzenie przez system, który rzekomo ma ich chronić.
Spójrzmy chociażby na Breivika, siedzącego w 'więzieniu' przypominającym SPA, któremu ciągle coś nie pasuje.
Tak, życie jest jak otwarcie i zamknięcie drzwi. Tylko od nas zależy, jak wykorzystamy czas, gdy są uchylone...
Zacznę od serdecznych podziękowań za Twój ciekawy komentarz i szersze spojrzenie na całą sprawę :) Kochana, powiedzmy sobie wprost – mamy takie same poglądy na sprawę, tylko ja chciałam je w miarę dyplomatycznie ująć we wpisie :) Zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś i sama nie zrobiłabym tego lepiej.
UsuńŚwiatopoglądowo zdecydowanie bliżej mi do wspomnianego przez Ciebie Kodeksu Hammurabiego niż do naiwnej wiary w resocjalizację. Gdyby to ode mnie zależało, to nie cackałabym się z seryjnymi mordercami, pedofilami, gwałcicielami i innymi Epsteinami. Te jednostki bezwzględnie usuwane byłyby ze społeczeństwa. Krótka piłka. Chyba mam zapędy na Kim Jong Una ;)
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie :)
Ja będę jednak z tych osób, co powiedzą nie, to nie dla mnie. TAK jak napisałaś na początku, życie samo przynosi nam okrutny świat do domu, nie mam w zwyczaju czytać podobnych strasznych historii o zdegenerowanych ludziach.
OdpowiedzUsuńWybieram lżejsze lektury. W książce chcę odnaleźć piękno, spokój, harmonię życia. Albo walkę z przeciwnościami i zwycięstwo. Z przyjemnością też sięgam do lekkich filozoficznych rozważań, Marii Szyszkowskiej.
Naszym żalem czy złością nie zmienimy systemu. A sami możemy popadać w depresję. Dla odmiany lubię filmy o mścicielach.
I nie ma w tym nic złego, Ardiolo :) Jestem ostatnią osobą, która zmuszałaby innych do czytania tego, co nie wpisuje się w ich upodobania. Sama też nie lubię pewnych autorów czy gatunków (jak science-fiction, tandetny romans, niektóre przykłady fantastyki) i po prostu po nich nie sięgam. Na nasze szczęście istnieje tyle ciekawych i pięknych książek na świecie, że każdy mol książkowy z łatwością może znaleźć coś dla siebie :)
UsuńA przytoczona książka (choć przykra) jest dla mnie właśnie pięknym przykładem na walkę z przeciwnościami losu i zwycięstwo, bo przecież niejedno dziecko całkowicie "zeszłoby na psy" po tak traumatycznych wydarzeniach i czułoby się do tego usprawiedliwione. Ilu alkoholików wokół nas pije, bo X, Y, Z, i tym się tłumaczy? A tu mamy przykład dwojga młodych ludzi, którzy pięknie pokierowali swoje życie i teraz mogą być przykładem do naśladowania.
Masz rację, my maluczcy nie mamy zbyt dużego wpływu na system, ale to nie oznacza, że nie możemy głośno mówić o tym, co się nam nie podoba. Od tego często zaczynają się zmiany.
Książka czy film to ostatnia rzecz, która mogłaby mnie wprowadzić w depresję :) A filmy o mścicielach (autentycznych albo fikcyjnych) też lubię :D Zawsze na przykład kibicuję Punisherowi i innym, jemu podobnym superbohaterom :D Rambo i innych mięśniaków też uwielbiam, haha :)
Ja również nie podejmuje się czytania rzeczy tak trudnych, dołujących, pełnych zła i okrucieństwa. Czytanie takich historii, tym bardziej, ze stało się to w przeszłości i nie można w żaden sposób pomoc ani zmienić toku wydarzeń , sprawia mi wręcz fizyczny ból. Kule się cala nawet pobieżnie czytając streszczenie. Pobieżnie, bo nawet nie chce zagłębiać się w szczegóły. Podobnie jak Ardiola, w książkach, które zreszta czytam bardzo rzadko, bo po prostu nie mam już na nie czasu ani sił, a natłok informacji jest ogromny z każdej innej strony, szukam jedynie piękna, spokoju, harmonii i radości życia. Cala resztę , czyli prawdziwe życie, z jego wzlotami i upadkami, z dobrem i zlem , w trudem , ale i radością, mam na codzień, a życie wymaga ode mnie coraz większego i większego wysiłku. Nie mogę sobie pozwolić na marnowanie cennej energii , potrzebnej mi do życia, do ogarniania pracy, domu i setki spraw na codzień , i oddawać mój spokoj ducha na sprawy tak ciężkie, trudne i na które nie mam żadnego wpływu, a które dołują, przygniataja, zabierają siły, energię i radość życia. Dlatego uprzedzam, ze nie będę komentować żadnych tego typu recenzji w przyszłości, nie z braku szacunku dla autorki Taity, która bardzo bardzo cenie i ktorej talent pisarski podziwiam cala dusza, ale z powodów jak powyższe. Uwielbiam Twoje posty z podróży Taito... są tak piękne i budujące i pełne cennych opisów i historii... Gorąco cię pozdrawiam . Kitty
OdpowiedzUsuńJa na szczęście nie odbieram tego aż tak fizycznie i boleśnie, choć nie ukrywam, zdarza mi się czasem uronić łzę (małe niedopowiedzenie) w czasie takiej lektury. Jednak nie dotyka mnie to w taki sposób, abym później nie spała po nocach, miała koszmary czy popadła w depresję. Fascynuje mnie po prostu ludzka, skomplikowana natura i usilnie próbuję zrozumieć ludzi. Każdy ma jakieś swoje dziwactwa, moim jest najwidoczniej właśnie to ;)
UsuńRozumiem Twoje powody, Kitty, i w pewnym sensie nie dziwię Ci się :) Każdego napędza co innego. Niektórzy czytelnicy (w tym właśnie Ty) najwidoczniej potrzebują miłych, pozytywnych i dobrych lektur – książek, nad którymi można zapłakać, ale ze szczęścia albo śmiechu, nie ze smutku :) I to jest OK, tak jak pisałam Alicji powyżej :) Nie mam z tym problemu, bo nie wszystko jest dla wszystkich. Ja z kolei, czytając bezsensowne opowiastki o "wszystkim i o niczym" czuję pewnego rodzaju frustrację, że marnuję czas na książkę, która nic nie wnosi do mojego życia, i o której zapomnę po tygodniu. Lubię, jak dobra literatura mną "wstrząśnie". Pozostawi po sobie na długo ślad, ale lubię też piękną narrację, ciekawie poprowadzoną fabułę, bo przy takich książkach autentycznie relaksuję się.
Nie szkodzi, Kitty :) Wiesz, że bardzo lubię Twoje komentarze i zawsze na nie czekam, ale absolutnie nie zmuszam Cię do komentowania czegoś, na co nie masz ochoty. Znam Twoje preferencje czytelnicze, wiem, że rozmijają się z moimi, i wiem też, że to nie są książki dla Ciebie. Jednocześnie czuję potrzebę pisać o takich rzeczach, więc recenzje tego typu na pewno będą się tu pojawiać. Ja i tak jestem pozytywnie zaskoczona odzewem czytelników, bo publikując wpisy o książkach nigdy nie spodziewam się dużego ruchu pod postem. A tu mam wrażenie, że komentarze szybciej się posypały niż pod poprzednim wpisem o kocim schronisku.
Ach, i jeszcze jedna rzecz :) Ja nie jestem żadnym nazi ;) Oznacza to, że nie wymagam ścisłego trzymania się tematu wpisu, jak to robią niektórzy autorzy. Możesz do mnie wpaść i napisać o czymkolwiek tylko chcesz. Na przykład pochwalić się czymś fajnym, albo wręcz przeciwnie – ponarzekać na coś, aby sobie ulżyć ;)
I dziękuję bardzo za te wszystkie piękne słowa pod moim adresem – kochana jesteś! Rumienię się, ale też wewnętrznie raduję, kiedy je czytam :)
Oj Taito, nawet nie wiesz , ile książek mną tak wstrząsnęło, ze do dziś je pamiętam i do dziś przeszywa mnie ból i niepokój , jak o nich pomyślę. Najwiecej w życiu przeczytałam miedzy 13-tym a 24-tym rokiem życia. Jestem jedynaczka, bardzo dużo czasu spędzałam sama w pokoju ze sobą , szczególnie w długie jesienne i zimowe wieczory, przeczytałam wtedy cala biblioteczkę Taty , a potem chyba cala bibliotekę osiedlowa :) Książki brałam jak leci, więc mętlik w głowie powstał mi niezły. Najwieksza szkode, jaka to czytanie we mnie wyrządziło, było chyba to, ze wyrosłam w przekonaniu, ze każde zło będzie ukarane, a dobro zawsze wynagrodzone... Ze świat jest sprawiedliwy. Oj, bolesne było późniejsze zetknięcie z rzeczywistością. Mimo to, nigdy nie przestałam w to wierzyc. Wracając do wstrząsów. Najmocniejsze wrażenie pozostawiły książki z czasów wojny... okrucieństwo tamtych czasów przerastało wszystko , co byłam w stanie sobie wyobrazic. Nie mogłam uwierzyć , ze ludzie mogli dopuszczać się takich czynów. Byłam wtedy 13-letnia dziewczynka, ale to uczucie wręcz fizycznego bólu pozostało ze mną do dziś. W dzisiejszych czasach coraz mniej czasu przeznaczam na książki. Czas stal się bardzo cenny. Siły i spokój ducha tez. Jeśli mam wybrać łatwa regeneracje na kanapie bądź w ogrodzie na łonie natury, wybieram to łatwiejsze. Może, jak znajdę się na emeryturze to wrócę do książek, ale coś mi się wydaje, ze czas wtedy będzie płynąl jeszcze szybciej. Czas to tajemnicza i zwodnicza siła :) A na słowa pochwały zasługujesz po wielokroć i cieszę się , ze wprawiły cię w miły nastrój. Niech ci on towarzyszy jak najdłużej :) Kitty
Usuń