poniedziałek, 4 lutego 2013

Szwajcaria, odcinek 2: Pani Samochodzik


Błyskawicznie przekonaliśmy się, że decyzja o wynajęciu samochodu była naszym drugim najlepszym wakacyjnym pomysłem. Co było pierwszym? Oczywiście wyjazd do ojczyzny Wilhelma Tella. Brak auta zapewne zaowocowałby tym, że większość urlopu na szwajcarskiej ziemi spędzilibyśmy kursując pociągami między dużymi miastami. Nie jest to opcja zła, bo Szwajcaria jest wspaniale zorganizowanym krajem i transport nie sprawia tu problemów. Środki miejskiej komunikacji być może byłyby optymalną opcją. Ale nie tym razem, nie w tych okolicznościach. Bo skoro już tutaj wylądowałam, a moja szwajcarska bajka zaczęła się realizować, to nadal chciałam być jej kreatorką. Od początku do samego końca.




Moje założenie było proste - to ja mam mieć do dyspozycji otaczającą mnie rzeczywistość, a nie ona mnie. Moje buntownicze ego ochoczo przyklasnęło tej idei – i tym oto sposobem nasz szelmowski duet sam decydował o swoim losie. Z euforyczną radością dziecka, które po raz pierwszy wymawia bardzo brzydkie, zakazane słowo, bezczelnie pokazywaliśmy digitus infamis wszystkim harmonogramom komunikacji miejskiej. Bo świadomość bycia panem własnego losu jest bezcenna. A tak właśnie się poczuliśmy, kiedy tuż po wylądowaniu dostaliśmy kluczyki do wynajętego samochodu.



Pani Samochodzik w postaci miniaturowej Toyoty Yaris 1.3 przypadła nam po szybkiej decyzji i dość ubogim wyborze. I chyba podstępnie wyczuła nasze nieco lekceważące podejście do jej gabarytów i możliwości technicznych, bo na początku prychała drwiąco, stroiła fochy i nie chciała z nami współpracować, przez co nie obyło się bez kilku wysoce stresujących sytuacji, po których zapewne pierwsze siwe włosy pojawią się u mnie dziesięć lat wcześniej niż ustawa przewiduje.




Postanowiliśmy jednak od razu wyjaśnić sprawę i powiedzieć jej wprost: słuchaj, wiem, że nie pałamy do siebie sympatią, ale chwilowo jesteśmy na siebie skazani. Jasne, że wolelibyśmy popier... popierniczać po drodze tym kapitalnym Oplem Insignią, który był alternatywną opcją, ale zdecydowanie się na tego demona prędkości byłoby w tym wypadku obrzydliwie nuworyszowskim postępowaniem, a my mamy pierdyliard lepszych pomysłów, jak wydać franki szwajcarskie, które mielibyśmy zapłacić za tę maszynę. Już nieco łagodniejszym i czulszym głosem dodaliśmy, że ze swojej strony zrobimy wszystko, aby ani jedna rysa nie pojawiła się na jej szaro-stalowej karoserii. Na znak wspomnianej troski pogłaskaliśmy ją czule i dodaliśmy: no już, już... Nie gniewaj się! Topór wojenny został zakopany, a rozejm skutecznie osiągnięty. Od tej pory Pani Toyota ładnie się spisywała, a za cichutkie, praktycznie niesłyszalne mruczenie na drodze dostała głośną pochwałę. Tak samo jak za IPAS-a, system ułatwiający parkowanie [nie tylko w teorii, ale przede wszystkim w praktyce].



Podróżowanie szwajcarską autostradą okazało się nie tylko przyjemną czynnością o wysoce estetycznych walorach, ale także niespodziewanie przyniosło nam nowe doświadczenie. Już wiemy, jak niefajnie jest być ciągle wyprzedzanym. W Irlandii kierowcy na ogół jeżdżą bardzo przepisowo, spokojnie i wolno. Czasami nawet za wolno. W ciągu kilku lat podróżowania i przejechaniu kilkudziesięciu tysięcy km, tylko dwa lub trzy razy natrafiliśmy na autostradzie na obiekt, który dosłownie przemknął koło nas, a my przez następne 10 minut pytaliśmy: Czy to był ptak? Czy to był samolot? Czy to był Superman? Jego prędkość musiała być naprawdę bliska 200 km. Piszę obiekt, bo jednak do końca nie jestem pewna, czy to był samochód. Gdyby nie to, że sunął po ziemi, można by pomyśleć, że to było F-16.




Praktycznie przez cały czas przemieszczania się po autostradach czułam się tak, jakbym brała udział w parodii Speed – niebezpieczna prędkość. Tylko w naszym przypadku sytuacja była nieco inna. W filmie, żeby uruchomić bombę trzeba było przekroczyć pewną prędkość i potem już nie schodzić poniżej 50 mil na godzinę. Chyba nigdy nie jeździliśmy tak grzecznie i przepisowo jak właśnie w Szwajcarii. Dziadkowie byliby z nas dumni.



Obydwoje usilnie pilnowaliśmy, by wskazówka prędkościomierza nie przekroczyła magicznej liczby 120 – zupełnie tak, jakby po osiągnięciu tej prędkości w aucie miała aktywować się bomba. Powód był bardziej przyziemny – jeszcze będąc w Irlandii naczytaliśmy się w sieci ostrzeżeń, by w ojczyźnie Wilhelma Tella nie zabawiać się w piratów drogowych, bo można napytać sobie biedy, a poza tym zabawa może się skończyć naprawdę boleśnie dla portfela.



W praktyce wyglądało to tak, że po autostradach sunęliśmy z ‘zawrotną’ prędkością 90-100 km/h. Bawiło mnie to, bo po pierwsze kojarzyło mi się ze wspomnianym Speedem, a po drugie... tego dnia mało co mnie nie bawiło. Odkąd postawiłam swe szanowne kończyny dolne na lotnisku w Genewie nagromadziła się we mnie niebezpieczna wręcz ilość endorfin, a ja najwyraźniej przechodziłam przez swoisty laugh trip. Dziwne, bo nic nie ćpałam. Nic świadomie. Może Połówek podstępnie dosypał lub dolał mi czegoś do picia w myśl zasady: pij więcej, będziesz łatwiejsza.




Podsumowując motoryzacyjny temat, napiszę, że wybór samochodu na nasz główny środek transportu, to był naprawdę doskonały pomysł. Kierowcy w Szwajcarii dali mi się poznać jako kulturalni i rozsądni użytkownicy dróg, którzy potrafią wykrzesać z siebie cierpliwość, jeśli zajdzie taka potrzeba, a oni przez przypadek staną się świadkami żenującej sytuacji obnażającej brak współpracy pomiędzy Panią Toyotą Z Fochem a jej kierowcą. Mają też stosunkowo duży respekt dla pieszych – nieproszeni sami zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, nawet jeśli piechurka nieśmiało im sygnalizuje, że mogą jechać dalej, bo ona nie będzie mieć im tego za złe.


17 komentarzy:

  1. My za każdym razem jak jedziemy w Alpy mamy okazję korzystać ze szwajcarskich dróg. Nie zapomnę jak kiedyś jechaliśmy po wąskich, krętych dróżkach Szwajcarii tak ok. 80 km/h, a za nami jechał rodowity Szwajcar i trąbił niemiłosiernie, bo nie dało się nas wyprzedzić (kręta droga i non stop samochody z naprzeciwka jadące), a wg. niego za wolno jechaliśmy (dopuszczalna prędkość w terenie niezabudowanym jest właśnie 80 km/h). Jak mu się w końcu udało nas wyprzedzić to moment i go widać było. Co do autostrad w Szwajcarii to mam kilka zastrzeżeń, zwłaszcza przy miastach - za wąski i jak jechaliśmy w godzinach szczytu to przy wjazdach/wyjazdach do/z miast korki się straszne robiły.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szwajcaria bardzo się zmieniła od czasów, kiedy ją odwiedziłam. Wtedy nie wywarła na mnie dobrego wrażenia, była zaśmiecona, cuchnąca, pełna niczym nie uzasadnionego przepychu. Dziś jest kompletnie odmieniona - czysta, świeża, ze smakiem i przede wszystkim otwarta, tolerancyjna. Taką ją teraz lubię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej Taito!

    A możesz zdradzić jakie koszty są tej przyjemności? I czy zamawialiście samochód już przy kupnie biletów lotniczych?

    Podczas naszych podróży nigdy w sumie auto potrzebne nam aż tak bardzo nie było - oczywiście pomijając te wycieczki po Irlandii, gdzie jak wiadomo bez auta to prawie jak bez ręki - ale gdzieś dalej, to wystarczała nam komunikacja miejska, czy siła własnych mięśni. Gdyby jednak zdarzyło nam się w przyszłości wypożyczyć, to już teraz wiem, że chyba najbardziej obawiałbym się jakiejś awarii, nie daj Boże wypadku. Mimo wszystko zrobiliście najpewniej właściwie, biorąc pod uwagę fakt, że jednak czas był jakby nie patrzeć ograniczony i jeżdżąc pociągami, tak jak wyżej napisałaś, widzielibyście tylko główne miasta. A nie od dziś wiadomo, że gro wspaniałości kryje się poza aglomeracjami. No i koszty takich biletów mogłyby się zbliżyć do kosztów wynajmu samochodu.

    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. bez auta tylko warto zwiedzać tylko, jeśli pozostaje się w obrębie miasta. A jeśli się dużą grupą jedzie, to nawet finansowo bardziej się opłaca samochód wypożyczyć. Myśmy Szwajcarię zza okien Alhambry podziwiali, bośmy trzy tony górskiego ekwipunku targali i piątkę amatorów turystyki górskiej. Takie toyoty to byśmy musieli cztery nająć, by się pomieścić.

    Osobiście preferuje road trip z tylnego siedzenie, bowiem lubię się wówczas oddawać przyjemnością, które z prowadzeniem samochodu stoją w niejakiej szprzeczności. Szczęśliwie Kostek przyznaje, że jak zacznie z napojami wyskokowymi, to nie wie kiedy skończyć, woli więc nie zaczynać w ogóle, a miejsce za sterami idealnie do tego motywuje.

    Doświadczenie pokazuje, że to nawet lepiej, bo gdy na moment zasiadłem za kierownicą Alhambry, wpakowałem się w płot. Do tej pory nie wiem jak to się stało. Odpaliłem auto, zaczęło się powoli staczać, duszę hamulec a Alhambra sunie dalej. Klepałem po heblach kilka razy, ale samochód wbrew logice zatrzymał się dopiero na metalowej barierce. Szczęśliwie spadek był bardzo łagodny i ze stalą zetknęliśmy się tablicą rejestracyjną, także ślad nie został, ale wstyd było mi niepomiernie. Dobrze, że Anieśka była jedynym świadkiem kolizji.

    OdpowiedzUsuń
  5. :))) na obcych drogach należy jeździć zgodnie z przepisami :))))
    a male autko jest chyba idealne na nowe trasy

    OdpowiedzUsuń
  6. Korki w godzinach szczytu przy zjazdach z autostrady to chyba nic nadzwyczajnego. My na szczęście nie borykaliśmy się z takimi problemami. Jazdę po szwajcarskich drogach wspominamy miło, no może poza tymi wąskimi i krętymi dróżkami, kiedy kierowcy dość mocno "ścinali" zakręty - tam było dość niebezpiecznie.

    Bardzo przydała nam się nawigacja - bez niej chyba do dziś krążylibyśmy po tej zakręconej obwodnicy zuryskiej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciężko mi to sobie wyobrazić, bo to, co widziałam było zgoła odmienne od opisanego przez Ciebie przypadku. Zwiedziliśmy kilkanaście miast i miasteczek i żadne z nich nie było brudne. Wręcz przeciwnie - za każdym razem uderzało mnie zamiłowanie do porządku i wszechobecna czystość. Fajnie, że kraj tak bardzo się zmienił.

    OdpowiedzUsuń
  8. To była dość droga "impreza" - po zsumowaniu wszystkich kosztów [dodatkowa opcja w ubezpieczeniu i extra dopłata za zwrot auta do miasta na drugim krańcu kraju] wyszło jakieś 115 euro za dzień. Jednak absolutnie nie żałujemy wydanych pieniędzy. Gdybyśmy mieli wrócić do Szwajcarii, to ponownie zdecydowalibyśmy się na wynajem. Raczej nic nie wskazuje na to, byśmy wybrali się tam własnym pojazdem [z pewnych powodów nie do końca jestem przekonana do "ciągnięcia" własnego auta po obcych krajach]. Parę razy myślałam o tym w kontekście podróżowania po Szkocji, Anglii i Walii, ale jak dotąd skończyło się tylko na planach.

    Nie. Bilety lotnicze rezerwowaliśmy chyba na siedem miesięcy przed wyjazdem, na samochód zdecydowaliśmy się praktycznie w ostatniej chwili. W pierwotnej wersji mieliśmy podróżować po kraju środkami komunikacji miejskiej.

    Nie ukrywam, że obawiałam się jakiejś kolizji lub nieszczęśliwego przypadku [nawet nie z naszej winy]. Na auto chuchaliśmy i dmuchaliśmy, chyba bardziej niż na nasze własne. Ja zresztą zawsze dbam o swoją i cudzą własność.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się. Początkowo nasz plan zakładał zwiedzanie samych dużych miast, dlatego nie przewidywaliśmy w nim samochodu. Zresztą oddawaliśmy "naszą" Toyotę w Zurychu, więc wiemy, co oznacza posiadanie auta w tak dużym mieście - m.in. piekielnie drogie parkingi. Mimo że byliśmy tylko we dwójkę, to i tak uważam, że bardziej opłaciło się nam wynająć samochód - bilety na środki komunikacji miejskiej wcale nie są tam takie tanie, a auto oznacza przede wszystkim nieograniczoną swobodę. Na tym ostatnim najbardziej nam zależało. A ponieważ mieliśmy do dyspozycji pełny bak i żadnego limitu przejechanych kilometrów, to z wielką radością korzystaliśmy z auta.

    Całkowicie zapomniałam, że wiele aut typu 'hatchback' prawie nie ma bagażnika, zatem nieco się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, że do Toyoty ledwo się mieści jedna walizka.

    Ja nie lubię tylnego siedzenia i nawet jak mamy gości, to niezbyt chętnie wpuszczam ich do przodu ;) Przedni fotel jest tylko mój. Ach, no i złoszczę się, kiedy ktoś majstruje mi przy jego ustawieniach [za bardzo obniża albo - nie daj Boże - odchyla go do jakichś 150 stopni].

    Ostro ;) A ja do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że Pani Toyota na początku nie chciała z nami współpracować. Ktoś mądry stwierdził kiedyś, że każde auto trzeba "wyczuć" i tego się trzymam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Trudno mi odniesc sie do europejskiej turystyki ale ja zawsze jestem za autem ktore zawiezie cie gdzie chcesz. Wypozyczenie samochody ma wiele zalet; nie musisz sie martwic o ewentualne naprawy albo obicia bo pokrywa to ubezpieczenie twojego auta, w razie awarii firma podstawia kolejny pojazd bez zadnych ceregieli, nie musisz martwic sie czy auto dojedzie do celu bo egzemplaze sa przewaznie z nieduzym przebiegiem i ciagle na fabrycznej gwarancji, jedynym mankamentem to dziura w portfelu ale z tym trzeba sie liczyc wyjezdzajac na wakacje. Podrozowanie autem ma tyle uroku, ze nie zamienilabym go na pobyt w hotelu nie ruszajac sie z miejsca i odwiedzajac tylko te miejsca ktore sa w przewodniku. Na dwie osoby Yaris to rzeczywiscie minimum ale i tak miejsca jest pod dostatkiem, chyba trzy razy wiecej niz w Maluchu:))) Co do predkosci to widze, ze w cywilizowanych krajach jezdzi sie uzywajac mozgu a potem "gazu" co swiadczy o inteligencji uzytkownikow drog. Wysokie mandaty ucza i wychowuja dobrych kierowcow.

    OdpowiedzUsuń
  11. Prawda. A tak na marginesie, znasz kogoś, kto zawsze jeździ zgodnie z przepisami? Bo ja nie.

    Małe auto ma swoje zalety, nie przeczę, ale jakoś sobie nie wyobrażam takiej Toyoty do codziennego użytkowania. Przyznam, że z ulgą przesiedliśmy się do swojego auta. Jak przystało na rasową 'blacharę', lubię mocne i duże auta, a nie takie miniaturki jak np. nasz rodzimy Fiat 126p, w którym strefa zgniotu kończyła się na silniku :) Muszę jednak uczciwie przyznać, że do "szwajcarskich potrzeb" Toyota zupełnie nam wystarczała.

    OdpowiedzUsuń
  12. W zasadzie to zgadzam się z wszystkim, co napisałaś, ale nie z ostatnim zdaniem. Chyba nie jestem taką optymistką jak Ty. Niektórzy są niereformowalni [mam takich w swoich środowisku] i ich nawet dziesiąty mandat z kolei niczego nie nauczy. Poza tym nie bardzo wierzę w ogólnie pojętą "resocjalizację". Także kierowców, jeśli można tego określenia użyć w stosunku do nich.

    A co do nadmiernej prędkości, to uważam, że zabija, ale jednocześnie należę do tych osób, które twierdzą, że często większe zagrożenie na drodze stwarza niedoświadczony młodzik jadący np. 100 km/h [lub staruszek z 50 km/h] niż doświadczony kierowca pędzący np. z prędkością 150 km [oczywiście nie mówię tu o drodze, gdzie obowiązuje ograniczenie do 60 czy 80 km].

    Pomimo tego, że auto było wynajęte, to i tak nie mogłam pozbyć się pewnego lęku - nowe warunki na drodze, nowe auto, ruch prawostronny, etc... Ponoć złej baletnicy przeszkadza rąbek spódnicy ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nawet nie wiesz jak ucieszył mnie Twój komentarz Taito!!!
    A u nas zima!!! Właśnie nasypało jakieś pół metra i prawdę mówiąc, opady śnieżnego puchu nieustannie powodują u mnie wybuchy szczerej, dziecięcej wręcz radości ;)
    Chyba nie będę miała dośc śniegu przez następne 7 lat!
    Ale do wiosny też już powoli zaczynam tęsknić i zamierzam sobie kupić różowego hiacynta w doniczce :) A co!
    Co do Szwajcarii - nie byłam, ale autostrady maja tam nieziemskie :)))
    Chcięliśmy wypożyczyc auto podczas pobytu w Hiszpanii ale brak karty kredytowej udaremnił nasze zamiary. A szkoda! Następnym razem nie popełnimy tego błędu!
    Pozdrawiam :)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Mandaty moze cie nie naucza dobrej jazdy i nie to mialam na mysli ale jak zaplacisz $425 (co udalo sie Petroneli) to juz zadne szkolenie ci nie potrzebne. Za 15mph ponad speed limit zabieraja prawko i w kajdanach wioza cie do aresztu. Nauka sama przychodzi do ciebie jezeli nie przestrzegasz przepisow. Resocjalizacja to jedna wielka pomylka bo dolar wyplacony za glupote uczy szybciej niz najlepszy uniwersytet.
    Ja tez lubie czasami przycisnac aby poczuc jak wciska cie w fotel ale wszystko powinno miec rece i nogi.

    OdpowiedzUsuń
  15. A mnie Twój :)

    A my też mieliśmy zimę! Przez całe pół dnia :) Luty ładnie się zaczął, już było czuć wiosnę, a tu nagle tyle śniegu nasypało, że można było całą rodzinę bałwanów ulepić. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Teraz właśnie deszcz siąpi.

    Autostrady jak to autostrady, ale jakie widoooki :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Pozbawienie prawka i areszt za przekroczenie prędkości o 15mph?! Cieszę się, że nie mieszkam w USA :) A co w takim razie czeka pijaka/narkomana za kierownicą, który teoretycznie stwarza zdecydowanie większe niebezpieczeństwo niż kierowca przekraczający prędkość o 25 km/h?

    OdpowiedzUsuń
  17. Ha, ja sie chyba starzeje albo szantaz dziala, bo ostatnio jezdze wolneij i bardzo przepisowo. Moze jednak dlatego ze na razie to moj maz placi ubezpieczenie za dom i samochod (jako 1 pakiet) ale mamy umowe, ze jeskli dostane mandat za pzrekroczenei szybkosci, to ja bede palcic wyzsze ubezpieczenie. A ze sie sknera jakas taka okropna ze mnie robi ostatnio, to sie pilnuje ;-)

    OdpowiedzUsuń