czwartek, 15 października 2015

Magic Mayo 2

Magicznego Mayo część druga.



Któregoś pięknego dnia, niedługo po powrocie z Mayo, wyszłam na wzgórze w moim hrabstwie i  rozejrzałam się wokół  siebie. Wow, ale piękny wiejski krajobraz! Ciągle jeszcze mieliśmy lato. Gdzie nie spojrzeć, tam bujna zieleń, przyroda w pełnym rozkwicie. Zielone pastwiska, rozłożyste drzewa, złociste łany zbóż… I wtedy mnie oświeciło! Te pola ze złocistymi zbożami – przecież ich nie było w Mayo! Jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć? Co niektórzy farmerzy już rozpoczęli żniwa i zamiast zbóż na polach były duże i ciężkie bele ze słomą. Inni jeszcze czekali na odpowiedni moment. Ale nie w tej części Mayo, w której byłam. Tam nie było niczego, ani pola z owsem, ani pszenicą czy jęczmieniem. Ani jednego balota z sianokiszonką.


Kwintesencja irlandzkości. Do pełni obrazu brakuje chyba tylko Leprechauna ;)


A mimo to, podobało mi się tam i to bardzo. Gdzie wtedy było moje uwielbienie do zieleni? Prawdopodobnie wygryzło je zamiłowanie do gór, morza i oceanu, do surowej, ale mimo to pięknej w tej swojej surowości przyrody. To jest to, czego mi brakuje w moim hrabstwie. Zatem naturalną rzeczą jest dla mnie postawa wykazująca się chęcią nacieszenia się tym wszystkim na zapas.


Gniew oceanu


Nie wybrałam sobie miasta, w którym mieszkam na wyspie. Pewnie nie zdecydowałabym się na moje hrabstwo, gdybym miała wybór te ponad dziewięć lat temu. Ale to głównie dlatego, że są tu inne hrabstwa, które wywołują u mnie większe, lepsze emocje. Nie jest mi tu źle, a mimo to mam tendencję do niedoceniania go – dogodne położenie sprawia, że jest ono dobrą bazą wypadową praktycznie do wszystkich regionów wyspy.


Nigdy nie kradnij koła ratunkowego. Ukradzione koło, to skradzione życie


Gdybym mieszkała w Mayo na jakimś odludziu, miałabym na wyciągnięcie ręki to, co mnie tak zachwyca. Ale czy nie byłoby wtedy tak, że tkwiłabym głównie w tym hrabstwie, bo wybranie się na przeciwległy kraniec wyspy zakrawałoby niemalże na wyprawę na koniec świata? To są pytania, które od czasu do czasu rozum sprytnie podsuwa sercu, chyba w trosce o moje własne dobro – nie chcąc, bym tęskniła za czymś, co może być tylko utopią, moimi prywatnymi szklanymi domami.


Zawsze jest ten pierwszy raz. Takiego pięknego i karbowanego dna jeszcze nie widziałam


Trawa zawsze wydaje się bardziej zielona po drugiej stronie furtki. Może jestem tylko głupiutką owieczką, która myśli, że jest ona smaczniejsza.


Owca z hrabstwa Clare, ale nie miała nic przeciwko, by udawać mieszkankę Mayo :)


Tyyyleee wydm!


No doprawdy nie obraziłabym się, gdybym codziennie mogła pić kawę mając taki widok


Nie znacie? Powinniście! Super miejsce. 



Tak wygląda las, kiedy przypadkowo sfotografujesz go w trybie "pod wodą".


Tak, wiem, kompozycja kuleje. Uwierzycie, jeśli powiem, że to zdjęcie właśnie tak miało wyglądać? Ocean odsłonił ogromny kawał piaszczystego dna.


Po tupocie małych stóp zostały już tylko ślady

25 komentarzy:

  1. Podejrzewam, że w pierwszym momencie naszego pobytu na Wyspie nikt nie wybierał sobie miejsca, ot, tak wypadło z różnych względów. Pewnie gdybym miała teraz decydować, gdzie najbardziej lubię, wybrałabym najmniej przyjazne miejsce.... z tym, że i tak wybierać nie mogę, bo sa różne powody, przemawiające za tym, co mi najmniej odpowiada.
    te zdjęcia sa fantastyczne; zawsze kiedy oglądam takie widoki żałuję, że sama nie byłam tam i nie wiedziałam tego własnymi oczami!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie tak. Ja to w ogóle nie planowałam wtedy emigracji. Jeśli już miałabym gdzieś wyjeżdżać, to wybrałabym albo Włochy albo Francję. Tak sobie wtedy myślałam :) To tylko pokazuje, jak nieprzewidywalne jest nasze życie. Czy żałuję, że nie jestem w tych wspomnianych krajach? Bardzo rzadko, a jeśli już ma to miejsce, to spowodowane jest głównie moją tęsknotą za górami wysokimi. Za Pirenejami, Alpami i Dolomitami. Czasami wydaje mi się, że szkoda życia na mieszkanie tylko w jednym kraju, więc nie wykluczam, że kiedyś mnie stąd wiatr wywieje i zaniesie do jakiegoś innego kraju.

    Pejzaże nie zając, nie uciekną. Kiedyś tam dotrzesz, jestem tego pewna.

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja z kolei marzyłam o Norwegii. Mieszkałam tam przez 3 miesiące - zimowe, dodam tylko, i byłam zachwycona! Życie ułożyło się inaczej i nie żałuję tego, choć jak pisałam, gdzieś, w głębi serca tli się malutki żal, że w PL życie mija bez nas... ale nie jest to bynajmniej zgorzknienie czy frustracja, czy cokolwiek innego.

    My z mężem też mielibyśmy ochotę na inne kraje, ale... no właśnie. nie będę już o tym pisac. Mój A. ciągle zarzeka się, że jak tylko wygramy w lotka, to zaczniemy zwiedzac świat :)

    miłej niedzieli

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale mnie zaskoczyłaś tą Norwegią! Albo o niej nie wspominałaś wcześniej, albo zwyczajnie wyleciało mi z pamięci. Ja bardzo lubię Skandynawię. Od dawna mam już w głowie plan zwiedzania dwóch jej krajów. Czekam tylko na dogodny moment. W Norwegii natomiast byłam, ale tylko na kilkudniowy urlop, jak być może pamiętasz. Bardzo mi się tam podobało i z chęcią, bym kiedyś wróciła, ale jednak w inne strony, by zobaczyć coś nowego. Nie znam norweskiego ni w ząb, a jego nauka wydaje mi się być kosmosem, ale z tego, co zauważyłam, wynika, że swobodnie można dogadać się po angielsku.

    Norwegia zimą - to musiała być bajka! Powiem Ci, że już od kilku lat marzy mi się spędzenie kilku dni zimą w jakimś uroczym, najlepiej górskim, miasteczku np. włoskim Courmayeur. Chamonix albo Les Contamines-Montjoie też by mnie zadowoliło :)

    Dziękuję i wzajemnie :)

    Doskonale rozumiem, co masz na myśli z tym żalem, bo mam tak samo.

    OdpowiedzUsuń
  5. owce mają dla oznaczenia właściciela te kolorowe paski na grzbietach ??? ciekawy pomysł. Pewnie daleko je wywożą i może po to żeby się nie zgubiły bo pewnie tam nie kradną cudzej zwierzyny

    OdpowiedzUsuń
  6. Pewnie gdzieś tam pisałam o tym, ale raczej małe wzmianki, bo w Norwegii byłam w 2002/2003 od listopada do lutego. To jest po prostu coś NIESAMOWITEGO! Magia skandynawskiej zimy, potęga gór(mieszkałam w małej dolinie, nad jeziorem, któe było totalnie zamarznięte) i te wszechobecne, królujące świerki!!!! gdybym wtedy miała cyfrówkę.... ale i tak przywiozłam trochę zdjeć. resztę ktoś mi naświetlił, przez przypadek otwierając kasetę w moim starym nikonie na klisze. cały film - 36 - poszedł w kosmos.
    Norwegowie świetnie mówią po angielsku, niezależnie od pokolenia. a ten ich język wydawał mi się nie do przejścia. Ja z chęcią odwiedziłabym teraz Norwegię latem.
    a wiesz, że tyle czytałam o Włoszech, Francji(tam akurat byłam) i jakoś nie kuszą mnie tak bardzo? za to Skandynawia....

    OdpowiedzUsuń
  7. Od dziś mówię na Ciebie Sokole Oko. Wyobraź sobie, że ja nie zauważyłam tych pomalowanych owiec, mimo że sama robiłam zdjęcia, a Ty żeś się dopatrzyła :)

    Irlandzkie owce są czasami ubabrane w farbie, bo jak już im się znudzi skubanie trawy, to idą pograć w paintballa ;) A tak całkiem poważnie, to dobrze główkujesz. Czasami maluje się je właśnie po to, żeby łatwo było je rozróżnić [coś jak wypalanie cechy u bydła przez kowbojów na Dzikim Zachodzie], bo zdarza się, że na jednym pastwisku wypasają się owce różnych właścicieli. W Irlandii nie jest tak, jak w Polsce - moi dziadkowie zawsze przyprowadzali bydło na noc do stajni. Tutaj zwierzęta praktycznie cały czas przebywają na pastwiskach. Nieważne, że pada deszcz, grad, albo śnieg. Mało jest drapieżników, które mogłyby im zagrozić. Czasami widzi się psy pasterskie, które pilnują stada owiec, rzadziej... alpaki. Uwierzysz, że one lepiej bronią stada niż psy?

    Hmm, coś jeszcze miałam dodać. Aha, już wiem - ponieważ te zwierzęta pozostawione są "same sobie" i nie nocują w stajniach, to raz na jakiś czas zdarzy się, że ktoś zakradnie się nocą i zamorduje kilka sztuk [były takie przypadki], albo jak całkiem niedawno - ukradnie całe stado owiec [25 sztuk] i zabierze do tego jeszcze 75 sztuk bydła, pozbawiając rolnika całego inwentarza.

    Poza tym farmerzy malują owce także w innym celu - żeby wiedzieć, które np. dostały lekarstwa. To dobry sposób na to, by nie faszerować tego samego zwierzęcia dwa razy. Sami stosowaliśmy tę metodę kilka lat temu, kiedy opiekowaliśmy się maleńkimi jaskółkami, które wypadły z gniazda. Nie mogłam ich tam z powrotem umieścić, bo było ono zdecydowanie poza moim zasięgiem. Zabrałam je więc do domu. Ponieważ maluchy wyglądały tak samo, musieliśmy oznaczyć je fluorescencyjnymi mazakami: różem, seledynem i żółcią :) Dzięki temu wiedzieliśmy, które były nakarmione i napojone, a które nie. Wiesz, że trzeba było je uczyć jeść i fruwać? Wymagały wiele troski, ale były kochane. Na tyle dały się oswoić, że nie uciekały przed nami, tylko prosto z pudełka, gdzie mieszkały, wychodziły nam na ręce, albo czasami lądowały... na głowie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wierzę na słowo, Aniu. Już sam opis brzmi fantastycznie. Chciałabym to zobaczyć na własne oczy. Nie wiem, czy bym tam wytrzymała tyle miesięcy, zwłaszcza, że wszystkie przypadły na zimę, ale zdecydowanie chciałabym pomieszkać w takiej scenerii choćby przez tydzień, dwa. Gdyby to jeszcze była jakaś fajna, "góralska" i drewniana chatka, to w ogóle byłabym wniebowzięta.

    Wiem, że Francja i Włochy to kraje, które mamy praktycznie na wyciągnięcie ręki, ale mimo to, kuszą i bardziej mnie interesują niż np. wszystkie arabskie kraje. Francją byłam zafascynowana od liceum, a kiedy uczyłam się o tych wszystkich dostojnych "chateaux", o pięknych zabytkach Paryża, o magicznej Bretanii i jej menhirach, o flamingach i dzikich koniach w Camargue, o polach lawendowych, o zapierającym dech w piersiach Mont Saint-Michel, obiecałam sobie, że kiedyś zobaczę to wszystko na żywo. I nadal mam taki plan. Byłam we Francji i Włoszech kilkukrotnie, ale to, co zobaczyłam, jest tylko kroplą w morzu tego, co te kraje oferują.

    Uwielbiam Irlandię za wiele rzeczy, ale powiem szczerze, że gdybym dostała jakąś kuszącą ofertę pracy w innym kraju, to z pewnością bym ją poważnie rozważyła. Zapuściłam tu korzenie, ale z każdym rokiem mam tu coraz mniej rzeczy do zwiedzania, i czasami mój niespokojny duch domaga się nowego i "nieodkrytego" kraju.

    OdpowiedzUsuń
  9. o Sokole Oko mi się podoba :D w sumie taki sposób oznaczania farbą jest lepszy i bardziej humanitarny niż wypalanie czegokolwiek i gdziekolwiek. I ciekawe, że taki w Irlandii ciężki klimat a te owce tak cały czas na dworze ??? serio ??? ale mają jakieś zadaszenia czy domki ??

    I jednak kradną czyli proceder wszechobecny a już myślałam, że tam jednak nie no ale jak owce ciągle na wolności i pilnowane tylko przez inne zwierzęta to i łatwy łup w zasadzie (musiałam sprawdzić co to alpaka) boszzzzz i po co ktoś morduje ??? to chyba już mogę zrozumieć kradzież ale jak ktoś zabił to nie rozumiem po co :(

    OdpowiedzUsuń
  10. Z tym ciężkim klimatem to lekka przesada. Ciężki klimat to jest na Antarktydzie, a nie na Zielonej Wyspie :) Burze zdarzają się tu niezwykle rzadko, zimy mamy łagodne, śnieg pada bardzo sporadycznie, a jeśli już, to nie ma go za dużo i dość szybko topnieje. Z deszczem bywa różnie. Jeśli się nie mylę, to dziś był pierwszy deszczowy dzień w październiku.

    Właśnie z tego, co zauważyłam, to owce nie mają żadnych zadaszeń. To samo z innymi zwierzętami. I tak, mówię poważnie, całymi dniami i nocami przebywają na pastwiskach. Tak jest zdecydowanie łatwiej dla farmerów - oni przeważnie mają po kilkadziesiąt, często grubo ponad 100 owiec, więc wyobraź sobie, ile mieliby roboty, gdyby chcieli codziennie zamykać zwierzęta na noc w stajni.

    Psy pasterskie są dobrymi stróżami, ale alpaki/lamy z nimi wygrywają. Z kolei jednym z największych zagrożeń dla wypasających się owiec są błąkające się psy - pies to tylko pies, nie można mu w 100% zaufać. Mój znajomy Irlandczyk ma bardzo dobrego psa pasterskiego, który nigdy wcześniej nie atakował stada, a mimo to, w zeszłym roku przyłapałam gnojka na gorącym uczynku. Zaatakował owcę, która była ranna, bo wyczuł krew.
    (Nie)stety dla wielu psów taki występek oznacza śmierć. Ale może to i lepiej - nie chciałabyś widzieć "miejsca zbrodni" z rozszarpanymi szczątkami owieczek, z owcami, które w przerażeniu uciekały przed atakującymi je psami i potopiły się w rzece...

    Te owce, lub owieczki [już nie pamiętam], o których wspominałam, to akurat ktoś dla mięsa zabił.
    Różni psychole są na świecie - w tym roku słyszałam o przypadku owieczek, które zmarły na zawał serca, po tym, jak jakiś zwyrodnialec obciął im uszy.

    OdpowiedzUsuń
  11. Taito, wyróżniłam Twój blog Liebsterem (https://pocztowkizirlandii.wordpress.com/2015/10/20/liebster-nr-6-i-liebster-nr-7/).
    Zapraszam do zabawy,
    Dag.

    OdpowiedzUsuń
  12. aaaaaaaaaaa kończmy temat zabijania owiec bo się zaraz pobeczę. Matko jakie koszmarne przykłady ....

    Hmmm mnie to się klimat Irlandii kojarzy tylko z deszczem temperaturą poniżej 10 stopni, szarówką i deprechą. Oczywiście nie mówię, że słusznie tylko, że taki mam nie wiedzieć czemu obraz. No i właśnie zawsze jak oglądam Twoje zdjęcia to mi ten obraz psujesz głównie tym niebieskim niebem z białymi chmurkami :))

    OdpowiedzUsuń
  13. Wow, dziękuję Ci bardzo za wyróżnienie, Dag :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Niestety, wszystkie z życia wzięte, choć wolałabym, aby zaliczały się do "urban legends". Przychylam się jednak do zakończenia tej niezbyt przyjemnej tematyki. Na pocieszenie dodam, że to nie są rzeczy, które dzieją się zbyt często.

    Koniecznie trzeba Ci wybić z głowy takie niesprawiedliwe skojarzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj, te kraje też chętnie bym zwiedziła.... zwłaszcza po lekturze kilku książek, po obejrzeniu tysięcy zdjęć moich znajomych. Tam na pewno miałabyś co zwiedzać przez lata :) w końcu Francja jest "całkiem spora", a Włochy też niczego sobie. ta nasza Irlandia, nawet gdyby liczyć jej północną część, odpada w przedbiegach. Zapach lawendy uwielbiam, do tego winnice i wino :)

    Nie wiem jak jest w całej Norwegii, ale mieszkając na wsi, byłam zakwaterowana w ich typowym domu norweskim - cały w drewnie, łącznie z sufitami, wspaniałe podłogi, kuchnia... marzenie, a living-room miał okno na pół ściany z widokiem na to zamarznięte jezioro i wzgórza za nim.... jedynie te krótki dni były często gęsto przygnębiające. generalnie jednak pięknie było, bajkowo, bym powiedziała.

    ciasta 3 bit nie znam, ale już przeczytałam i już wiem!że na pewno dwie starsze będą je lubić. nie wiem jak najmłodsza. ona taka wybredna jest. nic tylko "chocolade mud cake, please" :) to jej ulubione

    OdpowiedzUsuń
  16. No hej!
    Ale nie myślisz, że uwierzymy w opowieści jak to koszmarna pogoda jesienna powstrzymała Was od kolejnych wycieczek i nie masz żadnego materiału do opublikowania? Nie żebym Cię poganiał czy coś... ALE DO ROBOTY TAITO!!! Brać się za pisanie, bo my tu usychamy (mam nadzieję, że nie piszę w imieniu swoim i własnym tylko ;) ).
    Był Bank Holiday Weekend, było Halloween, pogoda jesienna o niebo lepsza niż latem więc wszystko wskazuje, że masz coś napisanego w zanadrzu. Nie daj nam czekać kolejnych tygodni.

    Umęczony kółkami, z gorącymi pozdrowieniami,

    Zielak

    OdpowiedzUsuń
  17. Hej Taita. Odkryłam Twojego bloga zupełnie przypadkiem przedwczoraj i wpadłam w nałóg. Wprawdzie nie super dokładnie- ale przestudiowalam Twoje kilkuletnie wpisy i jestem zachwycona. Mieszkam w Irlandii jeszcze dłużej niż Ty, bo właśnie minęło mi 11 lat. Prawie 10 z nich spędziłam w Tullamore z roczna przerwa na Kilkenny. Niedawno opuściliśmy kochane Offaly i przeprowadziliśmy sie w okolice Galway. Uwielbiam ten kraj i tych ludzi. Dziękuje Ci za tyle pięknych myśli i zdjeć. Fajnie byłoby czytać Cię nadal. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Matko Polko, dziękuję Ci. Bardzo. Bardzo. Za te pokrzepiające słowa i za uśmiech, który nimi wywołałaś w ten nieco depresyjny i deszczowy poranek. Potrzebowałam ich. Nie wiem, jak Wy to robicie [mam tu głównie na myśli nowych czytelników], ale zawsze wybieracie odpowiedni moment na ujawnienie się, zawsze piszecie coś, co mnie motywuje, a jednocześnie nieco zawstydza. Uświadamiam sobie wtedy, że Wy czekacie na nowy wpis, a ja nic nie piszę.

    Gratuluję Ci kolejnej rocznicy życia na wyspie. Mnie za ponad pół roku minie 10 rok irlandzkiej przygody. I też, tak jak Ty, mogę napisać, że uwielbiam ten kraj i tych ludzi. Witaj w klubie! :) Członkostwo darmowe, czuj się jak u siebie w domu ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Zaskoczę Cię, Zielaku, ale ostatnie o czym teraz myślę, to wycieczki.

    Materiały mam, gorzej z chęciami, motywacją i samodyscypliną. Tu leży pies pogrzebany.

    Obawiam się, że piszesz we własnym imieniu. Jak mi tu przedstawisz petycję z co najmniej dwudziestoma podpisami, to jeszcze tego samego dnia opublikuję posta ;)

    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  20. O to właśnie chodzi. Tam miałabym zajęte nogi [zwiedzaniem] i ręce [aparatem] przez długie lata. Nowe intryguje, nowe kusi. A ponieważ drzemie we mnie niespokojny duch, który trochę sprzeciwia się monotonii i stabilizacji, to czasami pojawiają się myśli o przeprowadzce w inne miejsce. Pisałam już w poście, że jestem jak ta głupiutka owieczka, która myśli, że trawa jest smaczniejsza po drugiej stronie ogrodzenia.

    Nie zwiedziłam jeszcze wszystkiego w Irlandii, mimo że, coraz trudniej znaleźć mi w przewodnikach miejsca, do których jeszcze nie dotarłam. W najbliższej przyszłości planuję koncentrować się na irlandzkich wyspach.

    Okno na pół ściany! Mówiłam już, że uwielbiam duże okna? Nie ma nic gorszego niż ciemny i ponury dom. Nie mogłabym żyć w ciemnej norze.

    O, chocolate mud cake :) Czuję, że znalazłabym wspólny język z Izą - uwielbiam czekoladowe ciasta. Nie wszystkie oczywiście, ale czego ja bym nie zrobiła za dobrze zrobione chocolate brownie czy death by chocolate ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Dzięki za przyjęcie do klubu. Na pewno zagrzeje w nim miejsce na dłużej. Naprawdę podziwiam Cię za ogrom pracy włożonej w priwadzenie tego bloga, za Twój zwykle żartobliwy styl, za nieunikanie poważniejszych tematów. Moje zycie jest troche bardziej prozaiczne: mniej wycieczek i atrakcji, ale za to trojka fajnych dwujęzycznych dzieciaków i liczna gromada przyjaciół przez duże P. Rownież irlandzkich. P.S. W Galway tez leje jak z cebra od samego rana :(((

    OdpowiedzUsuń
  22. Prawdą jest, że prowadzenie bloga wymaga sporo czasu, zaangażowania i chęci. Tego ostatniego nieco mi brakuje w ostatnim czasie. Wielkie dzięki zatem, że jesteś, wspierasz i rozumiesz. To naprawdę się dla mnie liczy.

    Moja droga, nie wyciągaj pochopnych wniosków - moje życie jest baaardzo prozaiczne i banalne. Nie wiem, czy Twoje nie jest bardziej ekscytujące. Dzieci, przyjaciele, mieszkanie, w kraju, który uwielbiasz... Coś mi mówi, że jesteś szczęśliwą kobietą :)

    U mnie identycznie. W nocy padało, teraz też pada. A tak ładnie, sucho i pogodnie było jeszcze nie tak dawno temu. Koty postanowiły zastrajkować i siedzą w domu. Pójdę ich śladem :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Na pewno jestem szczęściara bo mam szczęście do ludzi. Na tutejszych Polakach nie zawiodłam sie nigdy- sa jak rodzina, a czasem nawet więcej. Krakow, Gdańsk, Wrocław, górale, wszystkich nas połączyło zycie tutaj. A Irlandczycy? Gdyby to były tylko luźne znajomosci to skończyłyby sie w dniu naszej przeprowadzki. Teraz, żeby sie z nami spotkać trzeba jednak wsiąść w samochód i przejechać te 140km. Wsiadają i jadą :). Z czystej sympatii. Żeby spotkać sie z nami, Polakami, obcokrajowcami, ludźmi wychowanymi w innej kulturze. Juz właściwie nie czujemy tej różnicy. Tematów nie brakuje, objadamy sie pysznym jedzonkiem, nasze dzieciaki szaleją na gorze. Właśnie wczoraj był taki dzień- odwiedziny cudownych ludzi: ona Włoszka, on Irlandczyk. Nie mogliśmy sie nagadać. Jeśli chodzi o nas to chcemy zostać tu na zawsze. To nasze miejsce na ziemi. Nic innego nie potrzeba nam do szczęścia :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Jak miło czytać takie słowa. Komentarze Polaków zadowolonych z życia na wyspie i kontaktów z Irlandczykami zawsze sprawiają mi radość. Po tylu latach na wyspie nadal nie uodporniłam się na marudy i narzekaczy, którym nie pasuje dosłownie wszystko: od żywności, przez pogodę aż po samych "Iroli", którzy są przecież tacy głupi...

    Prawdziwi przyjaciele są na wagę złota i nie jest to absolutnie wyświechtany frazes.

    Nigdy nie byłam jakoś specjalnie towarzyską osobą, ale w ostatnim czasie coraz bardziej zaczyna mi brakować bliskich z Polski. A co do kontaktów z naszymi rodakami, to mam niestety mieszane doświadczenia, powiedziałabym nawet, że z małą przewagą w negatywną stronę. A tak na marginesie, to ja dość często natrafiam tutaj na ludzi z północnego-zachodu Polski.

    OdpowiedzUsuń
  25. Tak czytam te powyższe komentarze i fajna dyskusja się wywiązała :) Od siebie mogę tylko dodać, że również leci mi już 11 rok na Wyspie. Od 2005 roku czas uciekł jak z bicza strzelić, człowiek się nie obejrzał nawet a już przekroczył 30 wiosen, dzieci się urodziły, tyle różnych rzeczy się działo. Z drugiej strony jednak, podobnie jak Wy, czuje się, że to nasze codzienne życie to jedna wielka monotonia. Nie wiem czy inni ludzie mają podobnie (zapewne tak) ale te dni pędzą nie dość, że szybko, to jeszcze w niemal identycznej formie. Tak się czasem zastanawiałem, że ludzie narzekają na wiele spraw, bo nie podróżują właśnie? No ale Matka Polka stwierdziła, że też mało jeździ a jednak żyje wesoło :) Czyli nie dla każdego podróże to największe szczęście, można tę radość znaleźć gdzie indziej :) Jednak od siebie doradziłbym aby podróżować i poznawać, bo na prawdę jest warto. Taita to bardzo dobrze wie, ja to wiem i mam nadzieję, że inni również się do takiej formy wypoczynku przekonają. Pomóc może im w tym między innymi odwiedzanie blogów podróżniczych.

    Już to wcześniej u Ciebie chyba wyczytałem, gdzieś coś mi się o uszy obiło, ale powiem szczerze, że delikatnie mnie zmartwiłaś tym, że macie luźne plany aby z Irlandii wyjechać... Niby się nie znamy ale szkoda by było, gdyby Irlandia straciła taką fajną osobę :) My raczej już się stąd nie ruszymy, jeśli jednak miałoby do tego dojść, to byłaby to bardziej Polska aniżeli Włochy, Norwegia, Szwajcaria czy jakikolwiek innych kraj.

    Do pierwszych akapitów tej opowieści mógłbym się bez problemu podpiąć. Moje hrabstwo również nie jest kwintesencją pięknych pejzaży, niesamowitych gór, nie uraczysz tutaj oceanu, jeziora, ruin. Typowa miejscowość z Midlands, gdzie króluje raczej wiejska sceneria. I również po głowie chodzi, że gdyby się mieszkało w Mayo, Kerry, Wicklow czy Galway to te wspaniałości krajobrazowe byłyby na wyciągnięcie ręki i człowiek by się tym z czasem przesycił i by mu spowszedniało... A tak jest się na tym umownym środku i jak chcę to w godzinę jestem w Sligo, w półtorej godziny w Galway i tyle samo w Dublinie. Dobra baza wypadowa.

    Wracając jeszcze do relacji międzyludzkich to my osobiście jesteśmy raczej domatorami, z rzadka się z kimś odwiedzamy, mamy stałych znajomych i w sumie dobrze nam z tym. Chociaż czasami, mając na uwadzę tę wspomnianą monotonię, myślimy, że może warto otworzyć się na nowe znajomości? Oczywiście nie jest tak, że nie jesteśmy kontaktowi, bo znamy sporo ludzi, jednak te znajomości są głównie uliczne, na cześć, na krótką rozmowę. Fajnie, że Polakom udaje się asymilacja, że poznają nowe kultury, że dogadują się z miejscowymi. To się chwali!

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń